|
Blog > Komentarze do wpisu
Minister, Ernst & YoungMinisterstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego ogłosiło wczoraj Strategię Rozwoju Szkolnictwa Wyższego w Polsce do roku 2020. Strategię, na zlecenie Ministerstwa, opracowała firma doradcza Ernst & Young, za 1,7 mln złotych. Dokument ten, omawiany już na wielu forach, zawiera szereg rekomendacji. Część z nich jest lepsza, część gorsza, ale kilka budzi mój sprzeciw:
Jednocześnie pani minister Kudrycka opublikowała artykuł, w którym zachwala swoją strategię. Artykuł jest cukierkowo niekonkretny, pełno w nim haseł, pobożnych życzeń, ale żadnych gwarancji. I jeszcze te stereotypy: Natalia - kobieta - to "dociekliwa humanistka", która "skoncentruje się na psychologii społecznej [...] i intensywnej nauce języków obcych", Wojtek - mężczyzna - to "umysł ścisły i praktyczny", który wobec tego pójdzie na politechnikę. Mnie zaś uderza wizja pani minister: uniwersytety to humanistyka, kierunki ścisłe to politechnika, która "musi zbliżyć swoją ofertę dydaktyczną do oczekiwań przedsiębiorców", są jeszcze wyższe szkoły zawodowe. A gdzie badania podstawowe, od matematyki po biologię? W wizji pani minister najwyraźniej nie ma na nie miejsca. Mam nadzieję, że ten projekt reform nie wejdzie w życie. sobota, 06 lutego 2010, pfg
Tagi:
reforma nauki
TrackBack
Komentarze
2010/02/07 00:05:57
A przepraszam. Napisałam:
...reszta młodych doktorów odejdzie z nauki. Powinnam napisać - z nauki polskiej. Dadzą nogę za granicę. 2010/02/07 00:18:16
Ach, żeby tylko pani minister mogła administracyjnie zapewnić miejsca pracy dla kandydatów na profesorów!
Należy pracować za granicą. Zamysł reformy jest taki, żeby odsiać tych, co sobie nie poradzą, a dawać pieniądze i stanowiska najlepszym. I to jest OK. Ale jeśli prowadzić się ją będzie konsekwentnie, to kadra naukowa się w Polsce uszczupli. Będzie mniej profesorów, mniej doktorów. Gdyby teraz nagle pozwalniać z uczelni wszystkich tych, co nie spełniają zachodnich wymogów poziomu naukowego - to byłyby ogromne rzesze ludzi! Gdybym była ministrem nauki, to poradziłabym sobie z tym problemem tak: Należałoby oddzielić stanowiska dydaktyczne od badawczych. I tych, co nie radzą sobie w badaniach, przesunąć na stanowiska dydaktyczne. Należałoby też w rozdziale państwowych pieniędzy osobno rozdzielać na dydaktykę, wg jakichś tam kryteriów oceniania, a osobno - wg całkiem innych kryteriów - dawać pieniądze na badania. Na badania pieniądze powinny być rozdawane w konkursach, najlepszym grupom badawczym - a nie najlepszym wydziałom czy instytutom, bo to nie kołchoz. 2010/02/07 00:53:43
Pawle: to się nazywa neoliberalizm. To słowo klucz oznacza współcześnie stosowanie zasad wolnego rynku tam gdzie żadnego wolnego rynku nie ma. Oto środowiska naukowe dotarły do dokładnie tej samej sytuacji z jaka mieli do czynienia wcześniej górnicy czy hutnicy ;-) jednak wówczas to właśnie te środowiska tłumaczyły, że reforma musi uzdrowić rynek pracy. No to uzdrowi. Kluczem do zrozumienia tych spraw jest opublikowana z 3-4 lata temu analiza jakiegoś gościa z Cambridge czy innego Oxfordu ;-) niestety internet jest płynny i jej nie znajde juz teraz - była omawiana na bbc news. W analizie tej padło stwierdzenie ze największym atutem Ukrainy Polski sa uczelnie kształcące w bardzo tradycyjny sposób w naukach ścisłych, co stanowiło o sensowności inwestowania w naszym obszarze w różne "montownie", biura konstrukcyjne i inne takie małpiarskie zajęcia wymagające dobrze wykształconych inżynierów ( nie bylo ani słowa o przenoszeniu R&D - R&D przenosi się z powodów z finansami nie mających nic wspólnego - we współczesnym świecie R&D jest zbyt ważne aby robić je w Polsce - i NIKT go nie robi - podawane przykłady wynikają z niezrozumienia czym jest R&D i czym sie różni od inżyniera a nawet fizyka liczącego numerykę pod czyjeś dyktando). Jednocześnie w tym samym raporcie pisano, że wraz z urynkowieniem systemu szkolnictwa wyższego atut ten przestanie istnieć i nie będzie dłużej juz uzasadniał inwestycji w Polsce i Ukrainie, z tym, ze na Ukrainie proces ten odbędzie się z opóźnieniem w stosunku do Polski. No i właśnie tak się dzieje - za 10 lat nie będzie juz nauki w tym kraju, ale za to będa tani robotnicy fizyczni...
2010/02/07 07:39:15
wyjazd do innego miasta za pracą - i to nie ze wsi, ale z miasta uniwersyteckiego! - jest nam kulturowo obcy
Paweł, w jakim ty świecie żyjesz? Zastanów się, gdzie się podziewa większość byłych doktorantów z twojego zakładu? Wyjechali właśnie do innego miasta! Z tym że na ogół w innym kraju. Różnica między mobilnością na terenie Polski a mobilnością na terenie Europy i świata polega tylko na wysokości płac. 2010/02/07 09:55:24
@anuszka -
w jakim ty świecie żyjesz? Otóż - i piszę to najzupełniej szczerze - często wydaje mi się, że w wieży z kości słoniowej. Nasza dyscyplina, fizyka, zawsze pozostawała i wciąż pozostaje w kontakcie z nauką światową. Fizyka jako wykształcenie jest niesłychanie elastyczna, każdy zdolny absolwent może się łatwo przekwalifikować na coś innego. Nasz - mój - wydział jest gigantyczny, jeśli wziąć pod uwagę ilość samodzielnych pracowników (to akurat nie są same miody, bo wielka skala oznacza też wielką bezwładność, co akurat w tej chwili oznacza kłopoty). U nas jest rzeczą normalną, że młody doktor wyjeżdża na co najmniej rocznego postdoca, i to nie byle gdzie, ale do dużych ośrodków w cywilizacji. Problem wieloetatowości u nas istnieje w stopniu śladowym. My jesteśmy, jak sądzę, dosyć nietypowi, ministerialne propozycje wydają nam się szczególnie nieadekwatne, ale w przewidywalnej przyszłości sobie poradzimy. Tyle, że ja nie piszę o naszym wydziale, podobnie jak ministerialne propozycje nie są adresowane do naszego wydziału czy do podobnych monstrów, typu FUW. A w skali Polski może w konsekwencji dojść do zjawisk, które sama trafnie opisałaś: Koncentracja w niewielkiej liczbie ośrodków, które potrafią zdobywać duże granty międzynarodowe, decyzja o emigracji lub odejściu z nauki/nauki polskiej dla innych, spadek liczby doktorantów, za kilkanaście lat - duża luka pokoleniowa. @kakaz - Nie, to się nie nazywa "neoliberalizm". To się nazywa "teoria spiskowa". Myślisz, że jakaś grupa krwiożerczych neoliberałów planuje z wyprzedzeniem jak zniszczyć edukację w Polsce i na Ukrainie? Ja rozumiem, że ludzie są przerażeni złożonością świata i muszą sobie tworzyć wizje upraszczające, porządkujące wszystko - takie wizje, nawet straszne, są jednak psychologicznie łatwiejsze do zaakceptowania, iż mamy do czynienia ze skomplikowanymi, niezrozumiałymi, wielkoskalowymi procesami, nad którymi mamy nikłą kontrolę. A w wypadku "reformy Kudryckiej" sytuacja jest całkiem prosta: źródłem jest mieszanka poglądów socjalistyczno-etatystycznych (dziedzictwo czasów, w których ludzie ci się mentalnie ukształtowali, ale też wpływ nowej lewicy światowej, która chce stworzyć przepisy regulujące wszelkie możliwe konflikty), biurokratycznych zapędów kontrolnych i polskiej, chłopskiej mentalności, która nie pozwala nam na wzajemne zaufanie i każe przyjąć domniemanie, że każdy, bez wyjątku, chce nas oszukać i wykorzystać. Swoją drogą, przytoczona analiza ciekawa. Jeśli znajdziesz link, przyślij, chętnie przeczytam. 2010/02/07 12:34:19
@ anuszka - byłabym w stanie z marszu wymienić kilkoro waszych byłych bardzo dobrych doktorantów, którzy wyjechali czy nie wyjechali, ale pracują poza fizyką i poza nauką. Więc mobilność bywa też taka, a czasem szkoda. Bo nie każdy ma ochotę z góry założyć, że jak już raz wyjedzie na postdoka za granicę, to już tam będzie musiał zostać, bo tu nie znajdzie pracy. Wiadomo, jak są rozdzielane etaty.
Nawiasem mówiąc, wydaje mi się, że niestety cały problem sprowadza się do jednego: dramatycznego, katastrofalnego wręcz niedofinansowania nauki. Bo po prostu przy istniejącej liczbie zarówno studentów jak i potencjalnych programów badawczych na uczelniach na wielu kierunkach powinno pracować dwa razy tyle ludzi. Żeby każdy wybitny doktorant czy doktor mógł - choćby po powrocie z zagranicznego stypendium - liczyć na to, że gdzieś w Polsce się zatrudni. Żeby ludzie nie uczyli dwudziestoosobowych grup studenckich, bo to nie ma sensu. Znam zakład, w którym jest w sumie czworo pracowników, bo na więcej nie ma kasy, ale ponieważ zwiększono liczbę studentów mniej więcej dwa razy, ci wszyscy ludzie de facto pracują dydaktycznie jak na dwóch etatach, dostając pieniądze za jeden. I wszystko pomimo bardzo restrykcyjnych w teorii przepisów uniwersyteckich w sprawie nadgodzin... 2010/02/07 18:20:38
Ten caly raport E&Y to niezly przekret. Skopiowano, dosc nieudolnie system amerykanski i zazadano jeszcze za to pieniedzy. Moje trzy grosze
1. Mobilnosc - owszem wskazana, ale jak mowisz nierealna. Poza tym nawet w US, jest to wewnetrzna sprawa uczelni i nie jest to wymog 100% 2. Wieloetatowosc - tu akurat popieram. Zwlaszcza jesli chodzi o etaty na wielu uczelniach. I nie chodzi tu tylko o czas pracy - ale przede wszystkim o konflikt interesow 3. Stypendia - to jest juz zupelnie paranoja. W "cywilzacji" istnieja naukowe bezzwrotne - pozyczki. Moim zdaniem najlbardziej efektywny sposob mobilizacji mlodego czlowieka do nauki. 4. I na koncu system "bolonski". Fakt, ze licencjat to szkolka. Mysle,z e jedyna rada to przedluzyc go do 4-5 lat, a magisterium to cos ekstra, jedynie dla tych najlepszych 2010/02/07 18:29:52
Anuszko:
Nie mysle, ze oddzielenie dydaktyki od badan naukowych to dobry pomysl. Za wyjatkiem tzw. etatow starszego wykladowcy. Pomiijajac fakt, ze dydaktyk pwonien meic kontakt z nauka na wysokim poziomie. dochodzi jeszcze problem rekrutacji na studia wyzszego stopnia. Otoz, pracuje w tzw. instytucie badawczym, gdzie mamy praktycznie zero dydaktyki (za wyjatkiem szkolenia magistrow i doktorow). Efekt tego jest taki, ze rekrutacja studentow na studia post-graduate jest nieco trudna. 2010/02/07 18:30:23
Anuszko:
Nie mysle, ze oddzielenie dydaktyki od badan naukowych to dobry pomysl. Za wyjatkiem tzw. etatow starszego wykladowcy. Pomiijajac fakt, ze dydaktyk pwonien meic kontakt z nauka na wysokim poziomie. dochodzi jeszcze problem rekrutacji na studia wyzszego stopnia. Otoz, pracuje w tzw. instytucie badawczym, gdzie mamy praktycznie zero dydaktyki (za wyjatkiem szkolenia magistrow i doktorow). Efekt tego jest taki, ze rekrutacja studentow na studia post-graduate jest nieco trudna. 2010/02/07 20:35:47
@anuszka
Gratuluje ze udalo Ci sie "zalapac" do grupy TEAM. Z mojej perspektywy wyglada to tak: z szeciu wyksztalconych przeze mnie doktorow dwaj wyjechali do Los Alamos (ci definitywnie juz nie wroca) jeden do JPL, teraz ostatni wyjezdza do NCAR. Jeden jest poza nauka, jeden przez ostatnie 5 lat niczego nie obublikowal, pracuje w Instytucie Panstwowym. Nie wiem jakie powinny byc proporcje - ilu ludzi powinno zostac w nauce, ilu pojsc do przemyslu, wiem tylko tyle, ze miejsc pracy dla nich w Polsce nie ma bo nauka sie nie rozwija, a wyjatki typu TEAM, choc optymistyczne, nie zmienia wiele w systemie - wyatrczy popatrzec na kwoty. Poniewaz jest to kolejna reforma ktora bede przezywal, moja ocena jest taka bedzie duzo zamieszania, sprytni sie "zalapia", mniej sprytni niekoniecznie. Tak dlugo jak mechanizmy finansowania nauki nie beda przejrzyste, a wnioski o roznorodne granty nadal beda oceniane "losowo" (jakie sa zasady - jaki jest poziom odciecia - kto ocenia?) i nie beda solidnie rozliczane naukowo, niewiele sie zmieni. I jeszcze - money, money, money... Smutkiem napawa mnie np. sposob marnowania sporych pieniedzy jakie teraz wydajemy na inwestycje czy programy nauczania z funduszy strukturalnych. Tak naprawde kryteria merytoryczne sa drugorzedne - liczy sie strona formalna, niezwykle zawiklana. Widac to np. po organizacji samego sposobu oceniania wnioskow: najpierw sprawdza sie poprawnosc formalna i dopiero potem grupa "z lapanki" ocenia zawartosc merytoryczna. Np. w NSF (pisze o duzych projektach) kolejnosc jest odwrotna: pisze sie "whitepaper" - co z kim, jak i za ile chce sie zrobic, a w przypadku pozytywnej oceny dopracowuje sie szczegoly formalne i negocjuje dokladnie finanse. Nie wspomne juz o stopniu skomplikowania rozliczenia.... Innymi slowy: wizja pani Minister, jaka jest, kazdy widzi. Magiczne slowa typu "konkurs", "uczelnia badawcza", "zakaz taki i owaki" maja zalatwic wszystko. Problem nie w magicznych slowach, a w pieniadzach i systemie ich rozdzielania. I w aktualnej, i w innej formie organizacyjnej kluczem powinna byc rzetelna recenzja przed(jakosc naukowa wnuisku) i po (sposob awansu zawodowego). Tak dlugo jak nie zbudujemy czy nie "zaimportujemy" odpowiedniej kultury naukowej (nie pisze o najlepszych jednostkach naukowych, ale o sredniej), polaczonej z odpowiednim zastrzykiem finansowym, tak dlugo wiele pozytku z reformy nie bedzie. 2010/02/07 23:25:07
@pfg
często wydaje mi się, że w wieży z kości słoniowej Mnie się też tak wydawało. Dopóki nie wyjechałam na postdoca za granicę. ;-) Po prostu należy porównywać się z normalnym światem, a nie z resztą Polski. A w skali Polski może w konsekwencji dojść do zjawisk, które sama trafnie opisałaś: Koncentracja w niewielkiej liczbie ośrodków, które potrafią zdobywać duże granty międzynarodowe, decyzja o emigracji lub odejściu z nauki/nauki polskiej dla innych, spadek liczby doktorantów, za kilkanaście lat - duża luka pokoleniowa. Jednak skoro już mowa o porównywaniu się ze światem - czy nauka światowa wiele straci po odcięciu tych długich ogonów? Nie. 2010/02/07 23:37:31
Mnie się też tak wydawało. Dopóki nie wyjechałam na postdoca za granicę.
No wiesz, ja też wyjechałem, a jednak piszę, co piszę. czy nauka światowa wiele straci po odcięciu tych długich ogonów? Nie. A Polska? Długie ogony, jak wiadomo, są wynikiem skalowania, w cywilizacji też występują. Kto za kilkanaście lat będzie kształcił inżynierów, nauczycieli? A kakaz będzie mówił "a nie mówiłem"...
Gość: M, bzf162.neoplus.adsl.tpnet.pl
2010/02/08 00:29:47
Przyjemnie się czyta Wasze sensowne wypowiedzi. Szkoda, że ministerstwo i tak zrobi swoje.
2010/02/08 00:31:26
Tak sobie myślę, że w sumie przydałaby się zupełnie inna reforma, skoro już mamy ten idiotyczny system boloński, który na części kierunków boleśnie się nie sprawdza - po części zresztą dlatego, że w trzech latach został upchnięty program dawnych pięciu, a dwa kolejne to w sumie strata czasu, bo są tam powymyślane na siłę przedmioty, w sporym procencie nikomu do niczego nie potrzebne.
Ale do rzeczy. Mianowicie przydałby się u nas podział studiów (szkół wyższych?) na czysto akademickie i nauczycielskie ("zawodowe"?), z tym że te drugie to nie powinny być dawne WSP (dziś noszące miano Uniwersytetów Pedagogicznych) czyli ni pies ni wydra, tylko raczej coś na kształt francuskich grandes ecoles, które są tak po prawdzie uczelniami zawodowymi, co jednakowoż nie odcina możliwości zrobienia kariery naukowej. Bo u nas na siłę wszystkich kształci się akademicko, co potem odbija się na poziomie nauczycieli, bo do zawodu jest selekcja negatywna, ergo źle się uczy młodzież i tak w koło Macieju. Oczywiście dopóki nauczyciel będzie zarabiał grosze, trudno będzie o selekcję pozytywną, ale sensowne studia mimo to by się przydały, zwłaszcza gdyby dawały dobre przygotowanie do zawodu, nie skazując na niego. 2010/02/08 01:03:24
Anuszka:
Masz 100% racji co do przejrzystosci finansowania. To trzeba zmienic, tylko jak. Podam CI przyklad, kroty mnie mocno wpieprzyl - rok temu, jako osoba zewnatrz recenzowalem 11 grantow. Minimalny opiewal na kwote 7mln zlotych, srednia to bylo kolo 20mln. Za wyjatkiem jednego, reszta byly to rzeczy dawno juz zrobione (a zatem zadnej inowacji). W wiekszosc badan mozna by bylo przeprowadzic za 20% funduszy (i to placac ludziom godziwe stawki). Moim najwiekszym zdumieniem byl fakt, ze trzy z tych grantow dostaly fundusze, mimo bardzo negatywnej opinii. COs jest nie tak
Gość: pg, acwl29.neoplus.adsl.tpnet.pl
2010/02/08 16:11:27
Chcialbym odniesc sie do dwoch poruszonych tematow: "uczelnie badawcze" i "mobilnosc", wydaje mi sie bowiem, ze zanosi sie na jeszcze jedna klasyczna ilustracje dobrze nam znanego zjawiska, gdy obce wzorce przenosi sie bez chwili refleksji na polski grunt i potem ze zdziwieniem konstatuje, ze przeciez mialo byc tak pieknie, a wyszlo tak, jak zwykle... Pomysl stowrzenia, wzorem Ameryki, polskiej "Ivy League" to, w moim odczuciu, naturalna konsekwencja braku pieniedzy -- w koncu ktos zauwazyl, ze przy obecnym finansowaniu nauki nie ma fizycznej mozliwosci utrzymania przy zyciu kilkunastu uniwersytetow, wymyslono wiec, zeby finansowac 2-3, a pozostale zamienic w fabryki magistrow. Obawiam sie, ze bedzie to kolejny kamien milowy na drodze do cywilizacyjnego i kulturowego upadku Polski... jaki bowiem bedzie poziom wyksztalcenia oferowanego przez owe fabryki magistrow nietrudno przewidziec, a opowiesci o tym, ze zdolna mlodziez przeniesie sie do Krakowa czy Warszawy po to, aby tam studiowac mozna z czystym sumieniem odlozyc na polke z bajkami: po pierwsze, nie przeniesie sie, bo nie ma za co, a po drugie, nawet gdyby akurat miala dosc pieniedzy i motywacji aby sie przeniesc, to przeniesie sie na Zachod.
|
|
...a pod nim moją odpowiedź autorowi.
Pensja asystenta + pensja policjanta? Hmm...
Prof. Proń nie postawił kropki nad i. Mobilność młodych naukowców kosztuje. Jeśli ktoś zaproponowałby mi przeniesienie się do innego miasta za 1700 na rękę, to nie starczyłoby mi nawet na ciężarówkę do przewozu mebli. Co innego, jeśli proponują 7000 na rękę. Koszty przeprowadzki oraz zmiany pracy małżonka da się wtedy przeboleć.
Gdy pojawił się program TEAM FNP, oferujący pensje na poziomie najniższych, bo najniższych, ale zachodnich postdoków to nagle okazało się, że młodzi naukowcy są cholernie mobilni...
Jestem w grupie TEAM prof. Roberta Hołysta. Przeniosłam się z Krakowa do Warszawy.
Wymóg mobilności, taki jak przedstawiony w przytaczanym przez ciebie projekcie, zadziała - ale nie wiem, czy twórcy projektu zdają sobie sprawę, w jaki sposób zadziała.
Na początku, gdy jeszcze nie wszystkim naiwnym otworzą się oczy, ludzie porobią doktoraty i zaczną konkurować o dobre posady w nauce. Mniejszość spośród młodych doktorów znajdzie pracę w dobrych grupach dysponujących grantami na przyzwoite pensje dla postdoków. Ponieważ jednak takich dobrych grup jest w Polsce mało, to reszta młodych doktorów odejdzie z nauki.
Następnie ludzie zorientują się jak to działa i przestaną w tak dużej liczbie jak dotychczas iść na studia doktoranckie, chyba że są naprawdę bardzo utalentowani i zmotywowani, przekonani, że wygrają w konkurencji do tych najlepszych grup. Taki odsiew jest sam w sobie pozytywny.
Brak doktorantów będzie jednak oznaczał dla uczelni brak (pół)darmowej siły roboczej do prowadzenia dydaktyki. Co zrobią uczelnie? Są dwie możliwości:
a) Uczelnie będą musiały wystarać się o lepsze projekty badawcze, tak by dostać na nie granty. Z grantów płaci się za pracę badawczą, a nie za dydaktykę. Za pieniądze z grantów będą więc zatrudniać postdoków, ale z warunkiem prowadzenia dodatkowo dydaktyki, która będzie płatna przez uczelnię.
b) Uczelnie nie wyrobią tylu grantów. Po pierwsze dlatego, że w Polsce jest bardzo, bardzo mało instytucji pozarządowych, które fundują granty. Po drugie, wiele uczelni za słabo zajmuje się badaniami, żeby nagle wymyślić dobry projekt badawczy. Zatem uczelnie pójdą z płaczem do ministerstwa i zażądają zlikwidowania wymogu mobilności.
Możliwość b) jest niestety najbardziej prawdopodobna.