Blog > Komentarze do wpisu

Opera Rara, 27 stycznia

Nicola Porpora, Germanico in Germania, Capella Cracoviensis plus soliści, dyrygował Jan Tomasz Adamus.

Dawno nie pisałem o muzyce? Wczorajszy koncert jest okazją, by do tego wrócić.

Po tym, gdy Kraków wyrzucił Filipa Berkowicza, formuła Opera Rara zmieniła się - moim zdaniem na gorsze. Ale wczoraj było, jak dawniej: Wykonanie nieco zapomnianej opery barokowej, z dziwacznym i ahistorycznym librettem, w formacie koncertowym,  w Teatrze Słowackiego, z udziałem znanych solistów. 

Powiedzmy szczerze, muzyka Porpory nie jest szczególnie porywająca, tym bardziej można się było skupić na tym, jak poszczególni artyści śpiewali.

A śpiewali całkiem dobrze. Kontratenor Max Emanuel Cenčić jest tak dobry, że gdy tylko mu się chce - a wczoraj mu się nawet chciało, co było miłym kontrastem w stosunku do jego poprzednich występów w Krakowie - jest bez zarzutu i słucha go się z dużą przyjemnością. Grecka mezzosopranistka Mary-Ellen Nesi i rosyjska sopranistka o bardzo orientalnej, zapewne tatarskiej urodzie, Dilyara Idrisova, wypadły bardzo dobrze; chyba właśnie śpiew Idrisovej najbardziej mi się wczoraj podobał. Sopranistka Marzena Lubaszka ma ładny głos i śpiewa bardzo dobrze, niestety, dość cicho. Ponieważ Lubaszka zastąpiła w obsadzie inną, pierwotnie anonsowaną śpiewaczkę, orkiestra była wyraźnie ustawiona pod mocniejszy głos i miejscami wprost zagłuszała Lubaszkę. Węgierski tenor György Hanczár śpiewał poprawnie i to chyba wszystko, co można o nim powiedzieć.

Rozczarowaniem była dla mnie druga rosyjska sopranistka, Julia Lezhneva, obok Cenčica największa gwiazda wieczoru. Lezhneva nie jest już tą młodziutką, nieśmiałą dziewczyną, która kilka lat temu po raz pierwszy pojawiła się w Krakowie. Mimo, że wciąż jest młoda - ma 27 lat - jest już śpiewaczką dojrzałą. Trochę przytyła i, jakby to ująć, "zmężniała". Ma cudowną barwę głosu, głos jest przy tym czysty i donośny, nie ma najmniejszych trudności technicznych - niektóre rzeczy wyśpiewuje trochę w stylu Viviki Genaux, wykonując niesamowite, nieludzkie wprost, trudne do ogarnięcia ruchy wargami i policzkami; technicznie efekt jest niesamowity! - ale chyba trochę zmieniła ustawienie głosu, przybiera inną pozycję do śpiewu; być może jest to związane z drobnymi w końcu zmianami w jej fizycznej budowie. No i jakoś mi to nie brzmi. Coś jest nie tak. Do tego nabrała jakiejś takiej nieprzyjemnej maniery scenicznej, toczy wzrokiem po sali jak śpiewaczka sprzed stu lat. Publiczność dawała jej wielkie brawa, a my nie. Czemu zachwyca, skoro nie zachwyca?

Przyszło mi w którymś momencie do głowy, że Julia Lezhneva będzie tak samo wyglądać i tak samo śpiewać przez najbliższe dwadzieścia lat. 

Orkiestra - krakowska, ale w bardzo międzynarodowym składzie - grała nader przyzwoicie, poza jednym momentem. Otóż w kończącej pierwszy akt arii Son qual misero róg ma, w zamyśle, grać w kontrapunkcie z solowym sopranem. No i róg w tym fragmencie okrutnie fałszował. Fałszował. Fał-szo-wał. Podobno gra na rogu jest bardzo trudna, ale lepiej, gdyby go tam nie było.

Poza tym wszystko w porządku. Można powiedzieć, przyjemny wieczór, ale bez rewelacji.

sobota, 28 stycznia 2017, pfg

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack URL wpisu:
Komentarze
2017/01/31 10:13:43
"toczy wzrokiem po sali jak śpiewaczka sprzed stu lat"

Od jakiegoś czasu interesują mnie stare memy i stereotypy i na marginesie tego zainteresowania mam memy operowe. Zastanawia mnie zatem, na ile ten konkretny jest prawdziwy. Bo że ten o grubej babie, która śpiewa, pochodzi z karykatury i można go między bajki włożyć, jestem już w zasadzie pewna. Analiza portretów, początkowo malowanych, a następnie fotograficznych, znanych śpiewaczek dość wyraźnie wskazuje, że odsetek "wielorybów" był wśród tej grupy zawodowej taki sam w XIX w. jak dzisiaj, tzn. że była to mniejszość. Co więcej, te najsłynniejsze były raczej zgrabne. Skądinąd być może wzmacniała ten stereotyp świadomie lub półświadomie Callas, kreując się na szczupłą i zgrabną piękność (trochę chyba, zaczynam mieć takie wrażenie, żeby pokryć braki warsztatowe w repertuarze, który jej nie leżał, ale upierała się go śpiewać) - rzekomy wyjątek od reguły.

No i stąd pytanie: czy są realne dane o takiej manierze scenicznej 100 lat temu?
-
pfg
2017/02/01 22:33:35
@drakaina - przyznaję, to była tylko taka figura stylistyczna. Nie wiem, czy sto lat temu była taka maniera sceniczna. Wiem tylko, że obecna maniera Lezhnevej wydaje mi się trudna do zniesienia.
-
Gość: x, *.free.aero2.net.pl
2017/02/01 23:46:06
Filmowych nagrań oper sprzed stu lat z oczywistych przyczyn nie mamy, ale wiadomo, jak zmanierowane było wczesne kino, więc można to nieco ekstrapolować i na operę.

Swoją drogą dzisiejsze opery czy filmy też na pewno będą kiedyś postrzegane jako zmanierowane. Granica między stylem a manierą jest bardzo płynna.
-
2017/02/02 11:06:48
Stare nagrania audio pozwalają się nieco domyślać, jaka była maniera - w sumie jeszcze w połowie XX w. śpiewano bardziej emfatycznie. Z mojej strony to też trochę była retoryka, bo jakiś czas temu zauważyłam, jak bardzo obudowane stereotypami jest postrzeganie opery.

A co do dzisiejszej maniery - marzy mi się jedno: żeby operowe spektakle Warlikowskiego (teatralnych nie znam) zostały zweryfikowane jako humbug, intelektualna i artystyczna pustka oraz dowód kompletnego niezrozumienia muzyki i librett.