Blog > Komentarze do wpisu

Mekong

Stosunek do przyjmowania uchodźców jest w tej chwili jednym z najważniejszych elementów dyskusji publicznej w Polsce. Doskonale zdając sobie sprawę, że obecnie blisko 3/4 Polaków jest przeciwko przyjmowaniu uchodźców, ja uparcie powtarzam swoje: Ze wszystkimi zstrzeżeniami, które już na tym blogu czyniłem, Polska powinna przyjmować uchodźców - jeśli nawet nie ze względu na solidarność z cierpiącymi, to z uwagi na nasz własny interes. Uchodźcy już są w Europie i nadal przybywają całymi tysiącami. Kraje południowej Europy, najbardziej wystawione na napływ uchodźców, nie radzą sobie z rozmiarami kryzysu i oczekują wsparcia od swoich europejskich partnerów. Jeśli my im tego wsparcia nie udzielimy, oni nie udzielą wsparcia nam, gdy my go będziemy w jakiejś innej sprawie potrzebować. Co więcej, nasza publicznie i z wielkim zadowoleniem przyprawiana sobie gęba rasistowskiego ksenofoba nikomu (może poza krajami V4, ale i to nie jest pewne) w Europie się nie podoba, więc inni też nam nie pomogą. Już prędzej nas ukarzą, nie wprost, ale tak konstruując europejski budżet i przyjmując takie regulacje, które nie będą odpowiadać naszym interesom.  

Mój prawicowy znajomy pyta się, czy mnie nie niepokoi, że po świecie przemieszczają się takie wielkie potoki ludzi. Ależ niepokoi mnie, nawet bardzo, ale nie mam na to wielkiego wpływu: To, że wielkie potoki ludzi się przemieszczają, należy uznać za warunek brzegowy.

Czy moglibyśmy jakoś ten warunek brzegowy zmienić? pyta znajomy i proponuje, aby na początek Europa ograniczyła konsumpcję: 

rzadziej zmieniać smartfony, sukienki, samochody, rzadziej jeździć na superwakacje na rafy koralowe i w Himalaje, pić mniej drogich alkoholi, nosić tańsze zegarki, itd, itp. Tak o 10% mniej. Może o 20%. Przywrócić tradycyjne "protestanckie" wartości: pracowitość, skromność, uczciwość (ale bez protestanckiej oschłości i ponuractwa!) Ale to dotyczy głównie bogatych krajów Zachodu - nas trochę też, ale mniej, bo my biedniejsi.

Z bardzo wielu powodów byłoby dobrze, gdyby Zachód (globalny Zachód, że tak to ujmę) ograniczył konsumpcję. Miałoby to też jakiś wpływ na poziom życia krajów Północnej Afryki i Bliskiego Wschodu, a także bardzo biednych i ciężko pracujących ludzi w Indiach, Bangladeszu czy Indochinach. Ale akurat Unia Europejska - owszem, przede wszystkim bogate kraje "starej Unii", ale bez zgody i kosztów dla Polski by się nie obyło - mogłaby zrobić rzecz niesłychanie prostą, ale politycznie w Europie bardzo trudną: znieść bariery chroniące rynek europejski przed afrykańskimi produktami rolnymi - warzywami i owocami, cukrem, bawełną, zdaje się, że także roślinami strączkowymi i oleistymi. One tam ze względów klimatycznych pięknie rosną, mogłyby rosnąć jeszcze piękniej, gdyby wprowadzić wyższą kulturę rolną, przetwarzanie, przechowywanie itd, ale Afryka nie może ich sprzedawać. A gdyby mogła, to z afrykańskiego punktu widzenia wielu ludzi miałoby pracę, poziom życia by wzrósł, młodzi mężczyźni mieliby inne perspektywy, niż wstąpienie do takiej czy innej armii lub partyzantki, głównie po to, aby grabić, gwałcić i mordować biednych chłopów. Z europejskiego punktu widzenia produkty rolne być może by odrobinę zdrożały, choć inni mówią, że wręcz przeciwnie, mogłyby potanieć, trudno mi to oszacować, ale na pewno bardzo wielu europejskich rolników (producentów rolnych) by splajtowało. A w europejskich krajach głosują europejscy rolnicy, afrykańscy chłopi, jeśli nawet głosują, to u siebie. Plantatorowi papryki, obojętnie czy z Hiszpanii, czy z Francji, czy z Polski, rozwiązaniem prostszym i bezpieczniejszym dla ich doraźnych interesów wydaje się zalecenie, aby wszystkich tych imigrantów odsyłać gdzieś do Libii czy Maroka, nawet jeśli to będzie kosztować dużo pieniędzy z kieszeni podatników, niż zgodzić się, że co prawda imigrantów będzie mniej, ale paprykę to ja sobie będę mógł uprawiać rekreacyjnie i będę musiał sobie poszukać innego zajęcia.

Nauczeni smutnymi doświadczeniami skutków dezindustrializacji, powinniśmy rozważać odległe skutki społeczne: Jakaś gmina - hiszpańska, francuska czy polska - żyła sobie nieźle z uprawy papryki. Plantacje upadły, bo dopuszczono konkurencję aftrykańską. Ci europejscy rolnicy, wraz z zatrudnianymi robotnikami rolnymi i ich rodzinami, nie znajdą innej pracy: Doliny Krzemowej tam nie ma i nie będzie, w najbliższej okolicy nie ma tradycyjnego przemysłu, co oni mają robić? Żyć z zasiłków, pardon, z lewicowej pensji obywatelskiej, która pozwoli na zaspokojenie elementarnych, level Europa, potrzeb życiowych, ale nie da żadnego poczucia sensu? O tym też trzeba pomyśleć.

Teoretycznie moglibyśmy mieć także wpływ na działanie wielkich korporacji surowcowych, które niemiłosiernie eksploatują Afrykę i, w pewnym stopniu, inne części świata, dewastując środowisko i korumpując lokalnych polityków, którzy wyżywają się potem na biedakach z innego ludu (narodu), mających - na skutek decyzji kolonialnych - pecha znajdować się pod ich władzą. Teoretycznie moglibyśmy mieć na to wpływ, ale wielkie korporacje stały się ponadnarodowe, wyalienowały się spod wpływów swych nominalnych rządów. Silna i naprawdę zjednoczona Unia Europejska mogłaby sobie jakoś z korporacjami poradzić, poszczególne kraje, nawet te duże, nie.

Są jeszcze dwa czynniki, które wpłynęły na ukształtowanie się obecnych warunków brzegowych i na które nie wyobrażam sobie, jaki moglibyśmy mieć wpływ. 

To prawda, że Europa Zachodnia zbudowała swoje bogactwo na niemiłosiernej, nieludzkiej, niebywale okrutnej eksploatacji swoich kolonii, więc teraz ma i wyrzuty sumienia, i można twierdzić, że ma wobec tych krajów jakieś zobowiązania, ale dziedzictwo kolonialne ma też dobre strony: demografię. Oprócz całego zła, Europejczycy przynieśli do kolonii i byłych kolonii elementy nowoczesnej medycyny, przede wszystkim szczepienia, higienę (w tym zasady dość elementarne, "nie pij wody skażonej odchodami"), a także ulepszone techniki produkcji żywności ("zielona rewolucja"). W efekcie populacja Afryki, Bliskiego Wschodu, Indii i innych krajów eksplodowała. W Syrii w roku 1960 mieszkało 4,5 mln ludzi. W roku 2011 23 mln. Pięciokrotny wzrost liczby ludności w ciągu pięćdziesięciu lat! Podobnie stało się w Egipcie, Etiopii i w krajach subsaharyjskich. I choć te kraje są wielkie, to brakuje zasobów, które mogłyby tę ludność wyżywić, nie ma pracy, nie ma perspektyw, epidemie wyeliminowano lub znacznie ograniczono, zostają więc tylko maltuzjańskie wojny: część młodych mężczyzn, nie mając perspektyw na normalne życie z pracy na roli czy w jakiejś fabryce, bo ani ziemi, ani takiej pracy nie ma (globalny Zachód lokuje swoje fabryki w Indiach i dalej na wschód, ale nie w Afryce czy na Bliskim Wschodzie), wstępują do jakiegoś wojska; pewnie zginą, ale co wcześniej użyją grabiąc, gwałcąc i mordując, to ich! Inni ludzie natomiast boją się, że zostaną zabici przez żołnierzy o nieco innym kształcie nosa lub wierzących w nieco innego Boga, albo skutków interwencji globalnego Zachodu, który oprócz przejmowania dochodów z ropy, chce wprowadzać demokrację i prawa człowieka, ale wprowadza głównie chaos (czyli całkiem na odwrót, niż Mefistofeles), albo boją się biedy na makabrycznie przeludnionej wsi czy w slumsach Nairobi, więc decydują się na ucieczkę. Gdyby ich było mniej, może jakoś by sobie poradzili. Ale ich jest dużo.

No i ostatni punkt: Mówi się, że wojna w Syrii jest pierwszą wojną klimatyczną. Coś jest na rzeczy. Wojnę domową poprzedziło kilka lat katastrofalnej suszy, w wyniku której ludność wiejska uciekła do miast. Gdy w przeludnionych miastach też zaczęło brakować wody i żywności, narastały napięcia społeczne, coś pękło i wybuchła wojna domowa wszystkich przeciwko wszystkim. Przy czym do suszy, jak mi się wydaje, przyczyniła się polityka państw, które zaczęły stawiać tamy na Eufracie, żeby nawodnić swoje pola, nie przejmując się losem ludzi mieszkająych w dole rzeki. Zdaje się, że coś podobnego z wolna szykuje się w Indochinach, gdzie kraje, przez które przepływa Mekong, też chcą go grodzić tamami, nie przejmując się tymi w dole. To dalej od nas, niż Syria, ale za to mieszka tam znacznie więcej ludzi.

Mekong Dam Project

Więcej o projekcie tam na Mekongu można przeczytać tutaj.

W Indiach natomiast gwałtownie ubywa wody w naturalnych podziemnych zbiornikach, z których korzysta 600 mln ludzi. Wody ubywa, bo ludzi i zwierząt hodowlanych jest o wiele więcej, niż dawniej, a opady są mniejsze. Pisałem o tym kiedyś na ś.p. blogu naukowym. Niechby 10% zagrożonych suszą ludzi postanowiło się gdzieś przenieść, a będziemy mieli wędrówkę ludów na skalę niespotykaną w przeszłości.

sobota, 01 lipca 2017, pfg

Polecane wpisy

  • Los Macierewicza

    Obserwatorzy polskiej polityki zastanawiają się, jaki będzie ostateczny los ustaw sądowych - czy dr Duda zaakceptuje najnowsze poprawki PiSu, wykraczające, jak

  • 47%

    Najnowszy sondaż CBOS daje PiSowi poparcie 47%. Opozycja smętnie dołuje - Platforma ma 16%, Nowoczesna 6%. Część komentatorów stara się to bagatelizować zwracaj

  • BAT i ciepłownie

    Przeczytałem , że Polska, zgodnie z unijnymi kryteriami BAT ( best available technology ), musi do 2021 mocno oganiczyć emisję zanieczyszczeń, przede ws

TrackBack
TrackBack URL wpisu:
Komentarze
Gość: mlaskot, *.neoplus.adsl.tpnet.pl
2017/07/01 20:32:22
Ponieważ tylko praca daje poczucie sensu, tacy np fizycy potrzebują tworzyć mitologię wokół dydaktyki (wciskając np nieprzystające pojęcia "warunków brzegowych", w innym miejscu dziwiąc się kulturoznawcom i "literaturze ergodycznej"). Nie słychać głosów kryzysu egzystencjalnego klasy właścicielskiej żyjącej z rentierstwa, natomiast dochód obywatelski = psychicznej nędzy.

W Ameryce Południowej brałem udział w ożywionej dyskusji na temat rabunkowej gospodarki rolnej prowadzącej nie tylko do wycinki lasu tropikalnego i widocznych zmian środowiskowych, i owszem, w tej skali, klimatycznych, ale także powszechnie szkodliwego ekonomicznie wyjaławiania. Winna była oczywiście Wspólna Polityka Rolna krajów zamorskich, argumenty były najprzedziwniejsze, bo rzeczywiście trzeba się starać, żeby te dwie rzeczy powiązać. Wyobraźmy sobie co by się tam stało gdyby te cła znieść.
-
Gość: chińska_telewizja_centralna, *.adsl.inetia.pl
2017/07/02 00:48:42
@pfg
"populacja Afryki, Bliskiego Wschodu, Indii i innych krajów eksplodowała (...) brakuje zasobów, które mogłyby tę ludność wyżywić"

To prawda, ale są też dobre wieści:
współczynnik dzietności już dość poważnie, w porównaniu z latami '70,
zwolnił (choć ludzie żyją coraz dłużej). Parę przykładów (1970 vs 2014), pomijam naturalnie Chiny:
Algieria 7.6/2.9 (-5.0), Indonezja 5.5/2.6 (-2.9), Filipiny 6.3/3.0 (-3.3), Indie 5.5/2.4 (-3.1), Iran 6.4/1.8 (-4.6), Meksyk 6.7/2.2 (-4.5), Wietnam 6.5/2.1 (-4.4), Turcja 5.7/2.1 (-3.6), Kenia 8.8/4.3 (-4.5), Bangladesz 7.0/2.2 (-4.8), Etiopia 7.0/4.1 (-2.9), Brazylia 5.0/1.8 (-3.2). Są oczywiście miejsca, gdzie zwolnił, ale bardzo, bardzo nieznacznie:
Nigeria 6.5/5.6 (-0.9), Pakistan 6.6/3.8 (-2.8), Sudan 6.9/5.2 (-1.7).

A co do zasobów mogących wyżywić trzeci świat; jedyny ratunek, jaki obecnie widzę, to, wobec wyzwań klimatycznych, tanie i wydajne systemy odsalania wody morskiej + bardzo zaawansowane GMO.
-
2017/07/02 01:11:37
Zastanawiam się, czy rzeczywiście ten skok populacyjny w Syrii i w ogóle na świecie ma wiele wspólnego (bezpośrednio) akurat z kolonializmem, a nie po prostu z ogromnym skokiem w XX w. Ten z kolei łączy się oczywiście z podniesieniem przeżywalności (duuuużo mniejsza śmiertelność okołoporodowa zarówno dzieci, jak i kobiet; de facto likwidacja kilku chorób epidemicznych plus możliwość leczenia kilku innych; ograniczenie strat wojennych itd.). Pytanie tylko, czy bez kolonializmu na pewno akurat takie zdobycze by tam nie zawędrowały w XX w. i ten skok tak czy siak by nie nastąpił? A skądinąd Europa (+Ameryka północna, bo mimo że to byłe kolonie, to akurat budowały na tym samym) zbudowała bogactwo nie tylko na eksploatacji kolonii, bo gospodarka ekstensywna nikomu w historii nie przyniosła długotrwałego sukcesu, ale jednak w dużej mierze na, pardonnez le mot, innowacyjności. Z powodu jej braku upadło np. cesarstwo rzymskie, mimo że odpowiedników kolonii miało aż za dużo, a warunki doskonałe (patrz niżej); jej brak jest też problemem "trzeciego świata". Paradoksalnie na dodatek zwłaszcza tego, gdzie życie jest stosunkowo łatwe: jest co jeść w zasięgu ręki, klimat taki, że nie potrzebujesz sie wysilać na budowę trwałych konstrukcji itd. To hamuje innowacyjność w równym stopniu co bardzo złe warunki.

To, że tylko umiarkowanie dobre warunki geograficzno-klimatyczne sprzyjają innowacyjności widać już w prehistorii (Mezopotamia: najpierw przodują obszary górskie, gdzie stosunkowo łatwo osiągnąć przyzwoity poziom cywilizacyjny, a potem jak raz dzięki wynalazkom obszary nadrzeczne, w dolinach, się wysforują do przodu, to górskie ich nigdy nie dogonią). I pod tym względem Europa po prostu wygrała los na loterii: idealne warunki do tego, żeby trzeba było trochę się natrudzić, ale nie za bardzo, żeby dobrze przeżyć i jeszcze mieć nadwyżkę na kulturę. Tylko problem jest taki, że Europa z jej idealnymi warunkami jest maleńka. A większość lądów na Ziemi ma po prostu dużo gorzej i albo miałeś za trudno na to, żeby była nadwyżka czasu na rozwój cywilizacyjny, albo za łatwo, a to nie wywołuje potrzeby takiego rozwoju.

Nie jest więc tak, że wyłącznie kolonializm jest winny, aczkolwiek oczywiście to, co o nim piszesz, jest zasadniczo prawdą. Ale też kolonializmy były różne i w czasie, i w przestrzeni, nie ma jednego modelu. A państwa postkolonialne niekoniecznie są na szarym końcu gospodarczym, wręcz przeciwnie - vide USA. Które uzyskały niepodległość raptem kilkadziesiąt lat wcześniej niż spora część krajów Ameryki Łacińskiej, a na dodatek ta niepodległość w pierwszych dekadach była z jednej strony bardzo nowoczesna, a z drugiej baaardzo daleka od zgodnego współistnienia poszczególnych stanów. Co ciekawe, Ameryka pn. nie jest takim idealnym miejscem jak Europa - "rdzenne" (pomińmy kwestię, co tam było naprawdę u początków antropogenezy) ludy jeszcze w XVIII w. żyły na poziomie epoki brązu i możemy zachwycać się etnograficznie ich kulturą, ale na tej samej zasadzie co kulturą wczesnych Słowian (która nasze ziemie cofnęła o kilkaset lat w tył w stosunku do kultur istniejących tu wcześniej), bo to mniej więcej podobny etap.
-
2017/07/02 01:13:32
PS. Fetysz "dzietności" uważam za jeden z najbardziej szkodliwych mitów: oznacza on gospodarkę ekstensywną w najgorszym wydaniu, bo kolejnych pokoleń musi być coraz więcej, jeśli mają z nadwyżką żywić siebie i emerytów. Ale kolejne rządy zamiast na technologie, naukę i przemiany społeczne z uporem godnym lepszej sprawy stawiają na dzietność...
-
2017/07/02 09:56:26
Ale ja przepraszam za offtopa. Ja tu zawżdy trafiłem ze względu na ś. p. blog naukowy. Czy miast pisać o tym co na wątrobie (ciekawie, nie powiem), raz lub dwa razy na jakiś czas coś gospodarz by wysmarował o na przykład hm... fizyce?
-
pfg
2017/07/02 10:20:34
@junoxe - fizyka nie dokucza, wątroba tak ;-) O fizyce ostatnio było 3 miesiące temu. Spróbuję...
-
pfg
2017/07/02 19:45:01
@mlaskot - a te lasy wycinano po to, żeby pozyskać drewno, czy po to, żeby założyć tam nowe plantacje roślin uprawnych? Na podstawie lektury gazet sądzę, że chodzi raczej o nowe plantacje, kluczem zaś jest bioetanol. Otóż odkąd Unia Europejska w ramach słusznej walki z CO2 wpadła na aberracyjny pomysł, aby do benzyny obowiązkowo dodawać bioetanol (wcześniej podobne regulacje wprowadziły Stany, a jeszcze wcześniej Brazylia), popyt na ten surowiec wzrósł bardzo znacznie i "opłaca się" zakładać nowe plantacje kukurydzy (i innych zbóż, ale głównie kukurydzy) z przeznaczeniem nie na konsumpcję czy na pasze, ale na bioetanol właśnie. Tak więc wylesianie Ameryki Południowej, katastrofalne ze środowiskowego punktu widzenia - między innymi dlatego pomysł UE jest aberracyjny - ma sporo wspólnego z polityką UE, choć akurat nie bezpośrednio ze Wspólną Polityką Rolną.
-
pfg
2017/07/02 19:48:00
@drakaina - OK, wyraziłem się niezbyt jasno. Chodziło mi o to, że zdanie "wszystko, co Europejczycy przynieśli do (byłych) kolonii, było złe", jest fałszywwe, bo medycyna, higiena i zielona rewolucja złe nie były. Ale nie sugeruję istnienia prostego związku z (post)kolonializmem.
-
Gość: x, *.free.aero2.net.pl
2017/07/02 20:47:36
@PFG/wycinka

Jeśli dobrze zrozumiałem Mlaskota, to sugerował, że otwarcie europejskiego rynku na żywność produkowaną w Afryce przyczyni się do zagłady tamtejszych lasów. Obawiam się, że może mieć w tej kwestii rację, w związku z czym Europa powinna w takim przypadku zawrzeć transakcję wiązaną, której częścią będzie ochrona afrykańskiej przyrody. Ta część umowy okaże się zaś nieegzekwowalna - nie ma powodów, by sądzić Europa, która nie daje sobie rady z opanowaniem zdziczenia na Węgrzech czy w Polsce, lepiej poradzi sobie w Afryce...

Z drugiej strony wprowadzanie takich rozwiązań selektywnie, na małą skalę i stopniowo, może doprowadzić do jakichś cywilizowanych skutków. Tak chyba dzieje się z importem przez Europę żywności z dawnych francuskich kolonii, które (bardziej chyba nieoficjalnie niż oficjalnie) traktowane są ulgowo, w zamian dbając o utrzymanie poprawnych relacji z Paryżem. Jakoś to działa, i podobnie planowano chyba szerzyć stopniowo cywilizację na wschodzie Europy - tyle że w roli protektora Ukrainy miała występować Polska. O czym z oczywistych przyczyn możemy już po dwóch latach rządów PiS zapomnieć.
-
Gość: mlaskot, *.neoplus.adsl.tpnet.pl
2017/07/02 20:58:09
Myślę, że nikt z nas nie zna się na rolnictwie. Wielką zaletą polityki UE jest to, ze ona istnieje (w przeciieństwie do np amerykańskiej która nie stara sie niczego ksztaltowac) i jest przemyślana. Wymaganie żeby jeszcze była omnipotentna i światowa, najlepiej też nieomylna i rozwiązywała jednoczesnie problem optymalizacji i informacji w grach wolnorynkowych wydaje się krytykom dopuszczalne tylko dlatego, że w ogóle jest w pierwszym rzędzie jakoś tam kompetentna.

Innymi słowy nie wiem dlaczego jest to abberacyjny pomysł, jakie powody za nim stały i dlaczego jest oczywiste, że jest zły.

Podobny argument jest wokół pozwalania im na uprawę soi crookedtimber.org/2012/05/30/in-soviet-union-optimization-problem-solves-you/

Też nie do końca rozumiem co miałyby zmiany w polityce UE zmienić w tej kwestii. UE ma nakazać żeby pasze były z przenicy? Otworzyć rynek? Zamknąć rynek? Dopłacać do soi jak amerykanie do bawełny? content.time.com/time/nation/article/0,8599,1978963,00.html

No ale tak jak napisałem, nie znam się na rolnictwie, poza tylko tym że we wszystkich krajach, włącznie z Chinami i Brazylią nie jest to wolny rynek (subsydia ok. 10% rynku (nie liczac zagranicznych jak wyżej), w porownaniu amerykanskimi 15, srednia OECD 26 i UE 30%). Oraz tym, że górnictwo pierwiastków używanych w nawozach jak fosfor czy potas też ma ograniczenia, a rozsądnie gospodarować nimi trudniej niż węglem en.wikipedia.org/wiki/Peak_phosphorus i to doprowadzić może do głodu i też raczej nie u nas. Jeśli UE miałaby móc coś zrobić coś osiągalnego dla globalnego rolnictwa, to energiewende dla fosforu.
-
2017/07/02 21:32:30
Lekko offtop @wycinka

Nie tylko rolnictwo jest przyczyną masowych wycinek (i pomijam tu głupie ustawy). W Europie południowej też kiedyś było znacznie więcej lasów, na sporej części terenu, tam, gdzie teraz jest bardzo jałowo, wycięli je Ateńczycy w ramach zostawania potęgą morską. Ale jeszcze ciekawszy jest casus Afganistanu i okolic: jeszcze na pewno w IV w. p.n.e., a prawdopodobnie i przez kilka, jeśli nie kilkanaście następnych stuleci, był to jeden z najzieleńszych terenów znanych ówczesnym Europejczykom. Zalesiony, a tam, gdzie się nadawał do upraw, bardzo żyzny. Tam z kolei całą zieleń jak leci wykończyło pasterstwo.
-
Gość: x, *.free.aero2.net.pl
2017/07/02 23:00:54
@Drakaina, Mlaskot

No i właśnie dlatego - tj. z powodu trudności z przewidywaniem nowych zagrożeń i zapobieganiem odkrytym - zamiast celować w nieosiągalne ustawy idealne, lepiej utrzymywać system sprzężeń zwrotnych pozwalających na korekty na bieżąco, np. poprzez zbudowanie takiego systemu powiązań gospodarczych z krajami Trzeciego Świata, by opłacało im się w dobrej wierze uwzględniać zastrzeżenia Europy, które im samym wydają się jeszcze abstrakcyjne i błahe. Afryka to Afryka, ale przecież nam też cywilizowany świat nie daje rady wytłumaczyć, żebyśmy nie wycinali Puszczy Białowieskiej i nie betonowali koryt rzecznych...
-
Gość: mlaskot, *.neoplus.adsl.tpnet.pl
2017/07/02 23:41:00
oh, soi
wwf.panda.org/what_we_do/footprint/agriculture/soy/soyreport/the_continuing_rise_of_soy/the_market_for_soy_in_europe/

W ramach pozostałych światów, gdyby z Brazylii nastąpił "transfer technologii" do podobnej klimatycznie części Afryki to byłby ogromny postęp, znów, ciężko tu widzieć rolę wyłącznie unijnej polityki rolnej.
-
2017/07/03 00:04:47
Na marginesie kwestii handlowych z notki. Dość przez przypadek trafiłam dziś na informację o tym, jak to Anglicy za pomocą jednego traktatu z 1703 zrobili sobie de facto kolonię w samiutkiej Europie - z Portugalii - i wykończyli tamtejszy przemysł (raczkujący, bo kraje tradycyjnie katolickie były zasadniczo antyindustrialne), a i rolnictwo, przestawiając praktycznie całą produkcję na wino (porto). Jak traktat wyszedł z użycia (jakoś w połowie XIX w. chyba), to Portugalczycy zostali z nadmiarami wina i zacofaną resztą przemysłu. Na tym jednak nie koniec, bo po drodze Anglicy w ramach obrony swoich interesów gospodarczych w Portugalii (o czym się przy tej okazji nie mówi, jako że historię piszą zwycięzcy) wsparli skrajnie reakcyjną partyzantkę w Hiszpanii (o tym jej aspekcie Hiszpanie dopiero zaczynają mówić), rzekomo w obronie "rodzimej dynastii" (rodzima dynastia w Hiszpanii skończyła się na Joannie Szalonej w połowie XVI w., a jak się uprzeć to na Karolu II w 1700 r., bo w końcu był jej potomkiem, więc jedni Francuzi czy drudzy Francuzi nie powinno mieć akurat pod tym względem znaczenia). Interesujące w tym wszystkim jest to, że jeden głupi traktat handlowy miał tak kolosalne skutki i to dla całej Europy, bo gdyby nie interwencja angielska na Półwyspie Iberyjskim w 1807, jej losy mogłyby wyglądać zupełnie inaczej.
-
pfg
2017/07/03 10:04:57
@aberracyjność: Z jednej strony, jak już powiedziano, wycinka lasów tropikalnych pod nowe plantacje roślin na bioetanol jest szkodliwa dla środowiska, dla bioróżnorodności, ale z drugiej sam dobroczynny wpływ zastępowania benzyny bioetanolem nie jest oczywisty.

W teorii to działa tak: Owszem, spalanie biopaliw uwalnia CO2, bo musi, ale rośliny musiały wpierw wychwycić cały ten węgiel ze środowiska, więc pero, pero, bilans wychodzi na zero, to znaczy do środowiska nie jest uwalniany "nowy", przez miliony lat zamknięty w skałach węgiel, tylko recyklowany jest węgiel już obecny w środowisku.

No, nie całkiem na zero, bo ileś dwutlenku węgla trzeba uwolnić w procesie uprawy, zbioru i przetwarzania roślin, w trakcie produkcji i transportu bioetanolu, ale jak się to wszystko podliczy, to ilość "nowego" węgla uwalnianego w trakcie spalania bioetanolu jest cały czas wyraźnie mniejsza, niż ilość "nowego" węgla uwalnianego w trakcie spalania energetycznie równoważnych paliw kopalnych, gdzie 100% uwalnianego węgla jest "nowe".

Ten bilans nie uwzględnia jednak węglowego kosztu zakładania nowej plantacji. Mianowicie przy pierwszej orce dotychczasowego calca (tak to się chyba nazywa?), do atmosfery uwalniane są monstrualne ilości CO2. W glebie jest mnóstwo węgla w postaci roślin, grzybów, owadów, mikroorganizmów i Bóg wie, czego jeszcze. Współpracowałem kiedyś z takimi ludźmi z Cambridge, którzy - między innymi -
zajmowali się obiegiem węgla w przyrodzie, więc ten argument mnie przekonuje. Przeczytałem, że ten węglowy koszt początkowy jest tak duży, że biorąc pod uwagę ile faktycznie zyskujemy spalając bioetanol zamiast paliw kopalnych, plantacja musiałaby pracować kilkadziesiąt lat, aby pod względem bilansu węglowego wyjść na zero. A koszt początkowy jest jeszcze większy, jeśli nową plantację zakładamy nie na sawannie czy innej łące, ale gdy musimy wykarczować las: Drewno może być użyte jako surowiec gdzie indziej, ale węgiel zawarty w gałęziach, liściach, porostach i ciałach owadów i mikroogranizmów zamieszkujących las jest uwalniany do środowiska (na ogół przez spalenie lub pozostawienie do wygnicia). Po uwzględnieniu tego węglowego kosztu początkowego, zwłaszcza w wypadku konieczności karczowania lasu, cały korzystny wpływ zastępowania benzyny przez bioetanol znika, lub zgoła staje się ujemny (w skali kilkudziesięciu lat).

Teraz - podobno - wprowadzana jest nowa technologia wytwarzania bioetanolu z celulozy, więc może to coś zmieni.
-
2017/07/05 10:23:38
Warto zauważyć, ze konsumpcja przeciętnego Europejczyka to ok. 2x mniejsze zużycie zasobów niż konsumpcja przeciętnego Amerykanina, Kanadyjczyka czy Australijczyka przy porównywalnym poziomie życia. Dodatkowo w typowej populacji ok. 50% zasobów konsumuje najbogatsze 2% społeczeństwa. Głównym problemem jest model konsumpcji - powszechne dążenie do tego modelu życia, który niekoniecznie podnosi jego poziom (mierzony stanem zdrowia, długością życia, stopniem zadowolenia z kontaktów z ludźmi) a stopniem posiadania... W sumie FIZYCZNIE NIEWIELE trzeba zrobić by drastycznie obniżyć poziom zużywanych przez bogate społeczeństwa zasobów BEZ obniżania przeciętnego poziomu życia. Problem w tym, ze jest to zupełnie niezgodne z naszą kulturą, ekonomią i ogólnie panującymi zasadami życia społecznego, które w dużej mierze są efektem sukcesu ewolucyjnego i są jakoś związane z naszą istotą jako gatunku...
-
2017/07/05 10:32:18
@PFG
Wytwarzanie bioetanolu z celulozy na dużą skalę może pomóc, ale chodzi tu głownie o zastosowanie odpadów biologicznych do produkcji paliw, nie o nowe plantacje. Obiecujące w tej kwestii jest paliwo z alg (tzw. "algae biofuel") ze specjalnych plantacji na pustyniach, ta biotechnologia rozwija się gwałtownie i bardzo inwestuje w nią np. przemysł lotniczy.
-
Gość: mlaskot, *.neoplus.adsl.tpnet.pl
2017/07/05 10:52:15
To jest ciekawe pytanie czy posiadanie i zużywanie zasobów jest fizycznie związane z naszą istotą jako gatunku. Takie poczucie zagrożenia i konieczność dominacji nad współplemieńcami jako warunek sukcesu ewolucyjnego gatunku.

Człowiek szybko uzyskał status apex predator a kolejne pokolenia nie rodziły się z niczym - miały w spadku dominację nad zasobami Ziemi. Od tego momentu jest to kwestia wewnętrzna gatunku, chyba nie bardziej ewolucyjna niż np religia.

www.opendemocracy.net/beyondslavery/karl-widerquist/my-own-private-basic-income
-
Gość: , *.bredband.comhem.se
2017/07/05 12:06:46
@drakaina
Właśnie miałem to wkleić. Jeśli ktoś by się interesował jak PiS zamierza nas z UE wypisać to już wiadomo.
Ktoś ma jeszcze jakieś wątpliwości co do poziomu inteligencji 50% społeczeństwa?
-
Gość: mlaskot, *.neoplus.adsl.tpnet.pl
2017/07/05 12:37:55
W wideo pod, Kwaśniewski mówi o opinii publicznej krajów zachodnich.

London Review of Books: www.lrb.co.uk/v39/n08/james-meek/somerdale-to-skarbimierz

Artykuł jest o przenosinach fabryki Cadbury z Anglii na dolny śląsk nawet bez wymiany wiekowego sprzętu, na teren lotniska które gmina chętnie zbyła za symboliczne złotówki. Dziennikarz pyta wójta co sądzi o globalizacji:

"He ruminated about capital, and Jews, and when I asked what Jews had to do with it, said: The question is, wheres the capital which rules this world? Im just making a point about who has the capital: the Jews from the USA. Of course theyre all over the world, but mainly the US. Its not that were complaining about it. This is what weve waited for, to have this capital coming, so we dont have to go around the world searching for work."

Dalej autor opowiada historię ziem odzyskanych, wypędzonych, oraz obozu pracy który wybudował lotnisko:

"The plaque bears the Christian cross and the Kotwica, the wartime symbol of the Polish resistance, later adopted by anti-communists. There is no Jewish star."

Jedną z centralnych tez jest:

"In other words, not only did the EU pay for much of the infrastructure that enabled Cadbury to shut down its English factory and move it to Poland; it signed off on a massive financial inducement for Cadbury to go."

Dalej zastanawia się czy per saldo nie jest lepiej, bo byliśmy bardzo biedni, a teraz jesteśmy dużo bogatsi mimo, że oni tam są trochę biedniejsi. Opowiada o naszych umowach tymczasowych, konkluduje, że bogactwo którym Europa się podzieliła spowodowało utratę dobrych miejsc pracy tam, ale brak zysku dobrych miejsc pracy tu.

"Talking to Poles in Silesia I was struck by the sense of economic insecurity"
-
Gość: anab, *.dynamic.chello.pl
2017/07/05 23:00:20
Ja jestem przeciwko przyjmowaniu nasiedleńców.
Już sam fakt presji, szantażu oskarżeniami o ksenofobię i rasizm jest wystarczającym powodem, aby do ewentualnego przyjmowania migrantów podchodzić z bardzo dużą ostrożnością (nawet gdyby nie było kryzysu multi-kulti w innych częściach Europy).
Zgoda na przyjmowanie "z rozdzielnika" w istocie byłaby de facto rezygnacją z własnego państwa, byłaby degradacją naszeg państwa do roli lokalnego karbowego.
Trzeba się też poważnie zastanowić, czy aby przyjmowanie migrantów nie byłoby dla nich większą krzywdą, niż nieprzyjmowanie. Gdzieś, w odległych miejscach jest organizowany wyjazd młodych mężczyzn, mężczyzn bez wykształcenia, nie znających języka miejsca docelowego, mających wyobrażenie o swojej przyszłości zupełnie inne, niż to, co możliwe.
Nie sposób nie podejrzewać, że za taką operacją na dużą skalę kryje się plan wielkiej grabieży -- zarówno społeczeństw pozbawianych młodych mężczyzn jak i społeczeństw w miejscach docelowych.
W globalnym świeceie można produkować daleko od rynków zbytu.
Jeżeli na rynki UE można produkować na Dalekim Wschodzie, to można byłoby na Bliskim Wschodzie czy w północnej Afryce.
Dlaczego więc nie jest rozwijany przemysł wytwórczy w krajach arabskich?
Zapewne dlatego, że społeczeństwa te nie są kulturowo tym zainteresowane.
Uważają, że jest to zadanie dla służących niewiernych.
Produkcja żywności -- powinna być lokalna. Globalnie dystrybuwane powinny być jedynie rarytasy takie, które mogą być produkowane tylko w specyficznych warunkach.
-
2017/07/06 00:35:33
@anab

"Dlaczego więc nie jest rozwijany przemysł wytwórczy w krajach arabskich?
Zapewne dlatego, że społeczeństwa te nie są kulturowo tym zainteresowane.
Uważają, że jest to zadanie dla służących niewiernych. "

Mam wrażenie, że nie masz racji. To może tak wyglądać, jak się chce na to tak patrzeć, ale rzeczywistość jest znacznie bardziej prostacka: kto ma w nadmiarze kasy na zakup dóbr, rzadko ma ochotę je produkować. Zwłaszcza że gdzie indziej ta produkcja będzie tańsza, więc taniej jest kupić, niż produkować samemu - przecież dlatego europejsko-amerykańscy "niewierni" produkują w Azji.

A wiem, co mówię, również z pewnego autobiograficznego powodu: lat temu wiele, dziecięciem jeszcze będąc, siedziałam przez rok w (katolickiej) Wenezueli, która w epoce przedchavezowskiej była krajem mlekiem i miodem płynącym. Dodajmy: krajem płynącym wszelkim luksusowym towarem sprowadzanym z zagranicy, tam akurat głównie z USA. Owszem, było trochę produktów z dumnym napisem "hecho en Venezuela", ale powiedzmy sobie szczerze: to były *owe produkty. Bo Wenezuela zasadniczo nie produkowała wówczas nic znaczącego oprócz ropy. I wszystko za tę ropę kupowała. Bo tak jest łatwiej. Trochę się problem zaczyna, jak ktoś tę koniunkturę zniszczy, kasa się skończy i nie da się kupować, a produkować się nie umie. Ale Arabii Saudyjskiej i Zjednoczonym Emiratom raczej to nie grozi.
-
Gość: x, *.free.aero2.net.pl
2017/07/06 08:38:20
@Drakaina

Ale wszelka koniunktura kiedyś się kończy, a odbudować po latach produkcję, gdy się ją całkiem zamknęło, jest niezwykle trudno (to jest zresztą również argument za tym, by nie zamykać teraz 100% polskich kopalń, mimo że są nierentowne; tak, bardzo zredukować wydobycie, zabezpieczyć, co się da, żeby zminimalizować ryzyko pożarów czy zawałów w starych chodnikach, ale także podtrzymać przynajmniej jedną kopalnię, w której przetrwa górniczy fach, na wypadek gdyby za 50 czy 100 lat trzeba było jednak odbudować wydobycie węgla - owszem, prawdopodobnie taka rezerwa pozostanie nie wykorzystana, a koszty trzeba będzie ponieść, ale to trochę jak z wałami przeciwpowodziowymi).

Oczywiście pl.wikipedia.org/wiki/Choroba_holenderska dotyka nie tylko krajów Trzeciego Świata, ale one są wobec niej bardziej bezbronne, choćby dlatego, że łatwiej poddają się zewnętrznym naciskom, by interes zagranicznych importerów stawiać ponad długoterminowym interesem własnego społeczeństwa.
-
2017/07/06 09:21:54
@x
Miałam na myśli, że AS i ZEA raczej nie grozi jakiś Chavez, który im wywróci gospodarkę opartą wyłącznie na sprzedaży ropy do góry nogami, więc tam, w przeciwieństwie do Wenezueli, raczej nie nastąpi nagły krach wywołany radykalną zmianą polityczną.
-
Gość: x, *.free.aero2.net.pl
2017/07/06 09:43:52
@Drakaina

Co, na dłuższą metę, niekoniecznie jest dla AS i ZEA dobre, bo przedłuża trwanie w nich monokultury gospodarczej. Wenezuela może pozbierać się już po Chavezie, gdy kraje arabskie dopiero wpadną w znacznie głębszy dołek (a przy ichnich turbulencjach wenezuelskie moga okazać się bagatelne).

Rzeczpospolita Obojga Narodów też nie wyszła najlepiej na tym, że tak długo opłacała się nam gospodarka ekstensywna a antyinnowacyjna.
-
2017/07/06 10:26:54
@x
A to prawda, oczywiście. Jak już pisałam, nawet imperium rzymskie załamało się od gospodarki ekstensywnej, mimo że miało fenomenalny aparat administracyjny, niezłe i nieźle funkcjonujące prawo, a także (do czasu) wysoki poziom tolerancji religijno-obyczajowej, co w przypadku podbojów/federacji jest warunkiem sine qua non uzyskania w miarę rozsądnej współpracy ze strony podbitych/skonfederowanych. Wymagało właściwie jedynie, żeby mu płacić podatki i zazwyczaj nawet pilnowało, żeby nie było zbytnich nadużyć w prowincjach.

Skądinąd głównym teoretykiem, praktykiem i propagatorem gospodarki latyfundialnej, która ostatecznie zadecydowała o nieinnowacyjności i sporo wieków później pogrążyła Rzym, był wielki "nacjonalistyczny" moralista, Katon Starszy. Ja może przez grzeczność nie przypomnę, kto założył swego czasu Stowarzyszenie Katon.
-
Gość: x, *.free.aero2.net.pl
2017/07/06 12:31:06
Rzymskie imperium przynajmniej przez jakiś czas nadrabiało niedostatki własnej innowacyjności poprzez niezwykle sprawne przyswajanie zdobyczy podbitych narodów. O wpływie kultury podbitej Grecji na Rzym wszyscy wiedzą, ale przecież to tylko jeden z bardzo wielu przykładów (wiśnie sprowadzone do Italii przez Lukullusa mogą się dziś niektórym wydać błahostką, ale to na tysiącach tego typu drobnych zmian opiera się rozwój gospodarki).

"Holenderska choroba" na ogół nie daje szans nawet na taką kompensację.
-
2017/07/06 13:39:09
@x

"O wpływie kultury podbitej Grecji na Rzym wszyscy wiedzą,,,"

Troszeczkę wpadasz w pułapkę memów. Bo "Graecia capta victorem cepit" odnosi się głównie do sztuki, literatury, filozofii czyli "kultury" w wąskim sensie (którą Rzymianie też przejęli, ale nie bardzo rozwinęli). Co Rzym - z całym swoim praktycyzmem! - mógł sobie rzeczywiście wziąć od Grecji, to postęp technologiczny. Grecy mieli wyobraźnię, także naukową, i w Aleksandrii czy Syrakuzach dokonywali odkryć i wynalazków, które można było przełożyć na zastosowanie praktyczne, czego już nie potrafili. (Po części z powodu gospodarki opartej na taniej pracy niewolników, ale tylko po części, bo mem dotyczący żeglarstwa jest nieprawdziwy - w państwach greckich wiosłowali z reguły ludzie wolni.) Rzymianie cenili praktycyzm, więc maszyny czy choćby i broń oparte na tych wynalazkach powinny były się im spodobać, ale zabrakło im wyobraźni, żeby te greckie maszyny parowe czy gwintowane lufy zastosować do rozwoju technologicznego. Czyli to, czego naprawdę mogli się nauczyć, przegapili... Na setki lat.
-
Gość: x, *.free.aero2.net.pl
2017/07/06 13:59:20
@Drakaina

W tym rzecz, że aby maszyny parowe starożytnych przysposobić do potrzeb gospodarki albo armii, trzeba było jeszcze wielu lat rozwoju. Kultura hellenistyczna nie zdążyła (albo nie była dostatecznie do tego kierunku badań przekonana), a Rzymianie przy całym talencie do adaptacji gotowych rozwiązań nie potrafili dokonywać wielkich przełomów (z wyjątków przychodzi mi teraz do głowy przede wszystkim szeroko rozumiana architektura, a i to w pewnej mierze była chyba pochodna talentów administracyjnych; no, także - przynajmniej przez jakiś czas - taktyka wojskowa). Ale za to świetni byli w rozprzestrzenianiu zdobyczy cywilizacyjnych po podbitych regionach.

W końcu uczeni europejskiego średniowiecza, a przedtem Bizancjum czy Arabowie, sami skądinąd nieźli technologicznie (grecki ogień, destylacja etc.), również dysponowali opisem greckich maszyn, ale nic wielkiego stąd nie wynikło...

A innowacyjność to skomplikowana sprawa. Na jej niedostatki od dawna narzekają kraje Dalekiego Wschodu, Japonia i Południowa Korea, które na ogół kojarzymy z wysokim poziomem nauki i technologii. Ale jest różnica pomiędzy talentem imitacyjnym albo perfekcją w udoskonalaniu czegoś, co już ktoś odkrył, a zupełnie samodzielnym odkryciem. Myślę, że działa tu jakaś bariera kulturowa, odciskająca się w modelu kształcenia, i nie dotyczy ona nawet bezpośrednio uzdolnień, lecz raczej aspiracji, motywacji. Grecy to coś mieli, Rzymianie - nie.

-
2017/07/06 14:15:35
@x

W architekturze największym wynalazkiem Rzymian był beton, który im umożliwił budowanie praktycznie wszystkiego, i skądinąd też został potem zapomniany na ponad półtora tysiąca lat. No a poza tym to prawo i administracja - to jest jeden z bezwzględnie najważniejszych rzymskich wynalazków.

A co do przełomów - o to właśnie mi chodzi, że Rzymianie nie potrafili, bo brakowało im wyobraźni. Bo czas (te wiele lat rozwoju) mieli, czterysta lat po hellenizmie to całkiem sporo. Jasne, w III w. zaczęło im się już imperium sypać, ale to między innymi dlatego, że nie byli innowacyjni. Nie tylko zresztą technologicznie czy gospodarczo, bo tu akurat istotny był też konserwatyzm społeczny i niedopuszczanie nie-Rzymian do stanowisk, który skończył się później najazdem Alaryka.

W średniowieczu rozwój technologiczny był już hamowany odgórnie, religijnie - kościół katolicki był en masse i na wierchuszce ostro antytechnologiczny i antynaukowy do XIX w. (a po prawdzie jest do dziś, choć nieco lepiej to maskuje). Jasne, sporo uczonych działało w ramach tego kościoła, bo inaczej nie bardzo mogli, zwłaszcza w rzeczonym średniowieczu, ale swobody naukowej nie było. Bizancjum na nauki przyrodnicze raczej nie stawiano, ale przynajmniej przechowano sporo literatury greckiej - w Europie zachodniej praktycznie nieznanej do XIV w. W państwach muzułmańskich na obrzeżach Europy, czyli tych, które mogły mieć (i miały) bezpośredni wpływ na to, co się tu naukow działo, w pewnym momencie też zaczęły wygrywać tendencje antynaukowe (do czego walnie przyczynili się Europejczycy ze swoimi krucjatami i rekonkwistami). I oni mają tego pecha, że u nich nie zdarzyło się następnie oświecenie, więc w dużej mierze pozostali w tamtym paradygmacie.
-
Gość: pantarej, *.internet.virginmobile.ca
2017/07/06 14:37:51
To kiedy bedzie mozna kupic udzialy w tej waszej "Cracow Africa Company"?
-
Gość: x, *.free.aero2.net.pl
2017/07/06 14:59:17
@Drakaina

Cóż, obecnie to dla Rosji kluczowe staje się zatrzymanie rozwoju nauki i technologii (zwłaszcza w dziedzinie energetyki, klimatologii i militariów) na Zachodzie. A że wpływ na zachodnie społeczeństwa ma znaczny, możemy spodziewać się kłopotów. Inna sprawa, że to i tak tylko zatykanie przecieku w tamie palcem - Chinom Putin już tak łatwo nie fiknie, a akurat Chińczycy są rozwojem bardzo zainteresowani. Zresztą nawet Zachód, jak to z naiwnymi demokracjami bywa, potrzebował wprawdzie sporo czasu, wpierw żeby w ogóle zrozumieć, że to jakiś gnom szcza mu do mleka (przecież tak się nie robi!), a potem raz czy drugi przyłapać go na gorącym uczynku, ale teraz już będzie bardziej czujny.
-
Gość: x, *.free.aero2.net.pl
2017/07/06 15:23:54
A co do tłumienia postępu ze względów religijnych i, ogólniej, obskurantyzmu, to oczywiście jest tu wiele racji, ale chyba też i wiele przesady. Podejrzewam, że zbyt wiele wagi przypisuje się tym czynnikom, a mniej zwraca uwagę na "klątwę nisko rosnących owoców". Np. technologia młynów rozwijana była w Europie nieprzerwanie od starożytności, a prawdziwy rozkwit przeżyła akurat w średniowieczu. Najwyraźniej w tej dziedzinie łatwiej było osiągać szybki postęp niż w konstrukcji i zastosowaniu maszyn parowych, a to odciągało uwagę uzdolnionych konstruktorów od tych ostatnich; my, wiedząc już ex post, jak się rzeczy mają, mamy tendencję do zapominania, jak nieoczywiste mogło to być dla naszych przodków.
-
Gość: x, *.free.aero2.net.pl
2017/07/07 15:10:15
Wracając do uwagi o Indiach z zakończenia wpisu PFG, warto zwrócić uwagę na to, że podobne rzeczy dzieją się i w najbogatszym państwie świata: en.wikipedia.org/wiki/Ogallala_Aquifer - nie mówimy tu tylko o katastrofalnej suszy, która ostatnimi laty trapiła Kalifornię (takie rzeczy się zawsze zdarzały, choć teraz jakby częściej), ale o wyczerpywaniu depozytów stanowiących bufor w skali tysięcy lat...
-
2017/07/07 20:03:41
@ x
Klątwa nisko rosnących owoców.

Na pewno. Zresztą bardzo mało zjawisk, jeśli w ogóle, ma jedną i wyłączną przyczynę. Na sytuację wczesnego średniowiecza złożyło się sporo czynników, a następnie kk odegrał podwójną rolę: z jednej strony stał sie przetrwalnikiem edukacji, z drugiej - tłumił rozwój nauki. Tłumił, bo nauka wymaga myślenia, a myślenie jest niebezpieczne dla rządów dusz... Dlatego przecież tłumił też reformację, przekłady Biblii i jej interpretacje. Co do młynów vs. maszyn parowych - w epokach, kiedy panuje dość powszechna bieda, oczywiście, że wynalazczość będzie się skupiała na codziennych potrzebach, a nie fanaberiach. Taki byt, co określa świadomośc ;) Ale jednak naprawdę jeszcze w połowie XIX w. jeden z papieży (nie pamiętam w tej chwili imienia i numerku, jakoś cała ówczesna dość dynamiczna sukcesja papieży nie trzyma się mojej pamięci) sprzeciwiał się budowie kolei w Państwie Kościelnym, bo to diabelski wynalazek.
-
Gość: pantarej, *.internet.virginmobile.ca
2017/07/07 22:14:46
A mnie wasz kolega Andsol zbanowal, po tym jak zglosilem ze w srodowiskach naukowych nie ma zgodnosci co do bezpieczenstwa upraw GMO. Natomiast profestor Czachorowski ( Uniwersytet Warminsko-Mazurski ) w dyskusji na ten sam temat, po prostu bezczelnie wycial wideo, ktore wkleilem w komentarzu. Poniewaz PFG szczyci sie niejako tym ze nie kasuje komentarzy, pozwole sobie wkleic to wideo:

www.youtube.com/watch?v=Sl0-Ds6Cioc
-
Gość: x, *.free.aero2.net.pl
2017/07/07 23:57:58
W grę mogą też wchodzić, i moim zdaniem wchodziły, czynniki czysto psychologiczne - oswojenie. Kościół dość długo podchodził np. sceptycznie do ziołolecznictwa, bo skoro mechanizm działania ziół był kompletnie niezrozumiały, zaś dostępne wówczas tłumaczenia przypominały np. magię sympatyczną (a magia z oczywistych przyczyn źle się kojarzyła; podobnie zresztą jak i same zielarki, boć to i baby, nierzadko pewnie bez chłopa, i włóczyły się samopas po jakichś uroczyskach, albo co gorsza i w kompanii, aż strach pomyśleć jakiej, i płody ani chybi spędzały, no: istny pomiot czarci), to oczywiście musiały w to być wplątane demony. No, ale z drugiej strony jak tu się wyrzec czegoś tak ewidentnie przydatnego i służącego tak zacnej sprawie jak uzdrawianie... Więc się te praktyki "ochrzciło", opatrzyło każdą procedurę modlitewnym wezwaniem do stosownego św. patrona, dorobiło koncept "białej magii" i jakoś poszło, zwłaszcza że i w klasztorach uprawa ziół i leczenie nimi całkiem ładnie się udawały.

Podejrzewam, że z młynami było podobnie, właśnie dzięki temu, że technologia przetrwała upadek imperium rzymskiego, a więc nie pojawiała się nagle z powrotem znikąd czy, co gorsza, z pogańskich pism. Notabene dziś też "oswojenie" technologii odgrywa olbrzymią rolę - np. pozyskanie tej samej ilości energii w przypadku spalania węgla kosztuje dużo więcej życia ludzkiego i bardziej niszczy środowisko niż w przypadku syntezy jądrowej, ale powszechne odczucia są zupełnie odwrotne, z niebagatelnymi skutkami dla polityki energetycznej.

A akurat używanie maszyn parowych na większą skalę wiązałoby się z bardzo dużymi wyzwaniami. Niełatwo było wtedy wytworzyć naczynia zdolne utrzymać parę pod ciśnieniem (metalurgia), niełatwo byłoby też pozyskać wystarczające ilości opału dla masowego wykorzystania tej technologii - drewna dość szybko by zabrakło, a było potrzebne i do innych celów, zaś łatwego do wydobycia węgla nie było zbyt wiele (trzeba by więc rozwinąć wydajne górnictwo). Co innego fajne prototypy na użytek świątyni, arystokraty czy innego zamożnego sponsora (np. własny, przy odrobinie szczęścia), a co innego ekonomiczna wydajność na masową skalę, której osiągnięcie pewnie było i wtedy możliwe, ale tylko przy założeniu, że ktoś gotów byłby ponieść olbrzymie koszty i poświęcić na to mnóstwo czasu. Pewnie mało było chętnych na podjęcie takiego ryzyka, zwłaszcza że korzyści czekające na końcu tej inwestycji były dla wówczas żyjących ludzi znacznie mniej oczywiste niż dla nas, post factum. Podczas gdy młyny wykorzystywały łatwiejszą do zmysłowego ogarnięcia energię wiatru lub płynącej wody, już nieźle działały, można było budować ich coraz więcej i powoli wprowadzać kolejne pomysłowe udoskonalenia...
-
Gość: x, *.free.aero2.net.pl
2017/07/08 00:03:18
@Pantarej

Że Cię PFG nie zbanował, to mu chyba palmę męczeństwa przyniesie. W ikonografii będzie pewnie przedstawiany z Pantarejem (jako narzędziem męki, nie współmęczennikiem).

A co do środowiskowego bezpieczeństwa otwartych upraw GMO istotnie nie ma pełnej jasności: gmo.net.pl/oswiadczenie-komitetu-ochrony-przyrody-pan-w-sprawie-uwalniania-do-srodowiska-organizmow-modyfikowanych-genetycznie-gmo-koniecznosci-moratorium-i-wielostronnych-badan-2/ (nie trzeba jutuba).
-
pfg
2017/07/08 00:09:55
@pantarej - w istocie, staram się nie wycinać komentarzy. Ale
1. Nie ma żadnych uzasadnionych wątpliwości odnośnie do tego, czy genetycznie modyfikowane rośliny uprawne są groźne dla ludzi: NIE SĄ GROŹNE.
2. Jest możliwe, że uprawa roślin genetycznie modyfikowanych zagraża bioróżnorodności. Ach, chabry i kąkole tak malowniczo prezentowały się w łanach zbóż, a my je chcemy wytępić!
3. Niezależnie od powyższego, praktyki biznesowe wielkiej firmy na M są godne potępienia. Nie ma to jednak nic wspólnego z samymi GMO, które NIE SĄ GROŹNE.
-
Gość: x, *.free.aero2.net.pl
2017/07/08 00:24:06
@PFG

Środowiskowo chodzi nie tylko o to, co się dzieje w obrębie samej uprawy, ale np. również o ryzyko, że en.wikipedia.org/wiki/Horizontal_gene_transfer doprowadzi do przedostania się introdukowanego genu z rośliny uprawnej do jakiegoś gatunku roślin dzikich, ze skutkiem podobnym do zawleczenia gatunku inwazyjnego. Ryzyko powiększa fakt, że GMO często mają wprowadzane geny z bardzo odległych filogenetycznie organizmów, więc są to transfery, które wprawdzie w naturze też się przydarzają, ale bardzo rzadko. A tu mamy okładać naturę czymś takim na skalę przemysłową, więc wcześniej czy później odczujemy skutki prawa wielkich liczb.
-
Gość: x, *.free.aero2.net.pl
2017/07/08 00:44:24
@chabry i kąkole

Tu nie ma z czego żartować, tyle że problem dotyczy w ogóle wszelkich wielkoskalowych upraw, a zwłaszcza monokultur na dużych obszarach; uprawy GMO będą tylko następnym krokiem w tym procesie. Chabry i kąkole, drzewa przy miedzy, małe oczka czy nie regulowane cieki wodne, ot, różne takie drobiazgi burzące monotonię krajobrazu i przeszkadzające w mechanizacji upraw, a więc obniżające ich wydajność, to przy okazji siedlisko bardzo wielu istot o średnio tylko zrozumianej roli w ekosystemie. Wystarczy spytać specjalistów, co się stało w Polsce z populacjami wielu gatunków owadów czy ptaków, odkąd zaczęliśmy dopasowywać się do zachodnioeuropejskich wzorców rolnych. A także ile pieniędzy Zachód wkłada obecnie w odwrócenie tych zmian, które u nas dopiero następują.
-
Gość: chińska_TV, *.adsl.inetia.pl
2017/07/08 19:43:36
W perspektywie nadchodzących zmian klimatycznych (być może katastrofalnych), GMO może być jedyną szansą dla krajów Trzeciego Świata, szczególnie Afryki, na wyżywienie tamtejszej ludności. Bez bardzo mocno zmodyfikowanych upraw (odpowiednio przystosowanych do ekstremalnych warunków klimatycznych typu niedobór wody), krytycy GMO skazują w przyszłości rzesze ludzi na głód lub permanentną zależność ekonomiczną od krajów zachodu. Być może już za 50, 100 lat klimat zmieni się na tyle, że staniemy przed wyborem: albo Highly Modified GMO, albo globalny głód. W tym kontekście bezzasadna krytyka GMO zahacza wręcz o ludobójstwo i porównywalna jest do nawoływań różnych oszołomów o zaprzestanie szczepień (przecież ludzkość przez stulecia jakoś radziła sobie bez zabójczych szczepionek).

W Polsce, z naszym umiarkowanym klimatem, od dawna nienotowany głód może wydawać się zupełną abstrakcją, dlatego tak łatwo przychodzi nam odrzucanie tego "Frankensteina", ale wielu gorzej od nas położonych (geograficznie) państw nie stać na taki luksus. Dla zachodu głód w Trzecim Świecie (a przynajmniej w krajach najmocniej dotkniętych przez zmiany klimatyczne) również oznacza katastrofę, ponieważ zdesperowanym ludziom trzeba będzie udzielać ciągłej pomocy żywnościowej, co oznacza coraz większe wydatki - lub przyjmować coraz więcej uciekających przed głodem i nędzą desperatów - co oznacza jeszcze większe wydatki.

Wierzę, że nauka poradzi sobie z tym zadaniem. Wyprodukowanie odpornej na nieprzyjazne warunki klimatyczne superpszenicy czy superryżu (czy innych super-...), które wyżywią świat, nie powinno być jakimś gigantycznym wyzwaniem naukowym, a dla ludzkości może to być kwestią życia lub śmierci. Zresztą podobne eksperymenty były już wdrażane (Zielona Rewolucja).
-
Gość: x, *.free.aero2.net.pl
2017/07/08 21:43:49
@Chińska

Zielona Rewolucja nie jest tu szczególnie pocieszającym argumentem. Tak, mogła wystarczyć na swobodniejsze wykarmienie populacji o ówczesnych rozmiarach. A co spowodowała? Błyskawiczne rozrośnięcie się populacji do rozmiarów, w których deficyty żywności ponownie stały się problemem. A nawet jeśli nauczymy rośliny jeszcze wydajniej produkować substancje odżywcze, to tylko przyspieszymy jałowienie gleby. A nawet jeśli będziemy glebę jeszcze szybciej nawozić, to nasze możliwości produkcji niektórych substancji są ograniczone (patrz np. link do opisu kwestii dostępności fosforu podrzucony przez Mlaskota). I trzeba będzie na to coraz więcej energii. Itd. itp. W krajach, w których głód jest podstawową barierą dla wzrostu populacji, głód jest istotną przyczyną śmierci. To tautologia całkiem słusznie wskazana przez Malthusa (choć w wielu innych sprawach się mylił). Zachód wyrwał się z pętli głodu nie dlatego, że ma lepsze warunki naturalne, tylko dlatego, że tam po raz pierwszy w historii dążenie do jak największej dzietności przestało być powszechną prawidłowością.

Chętnie witałbym coraz wydajniejsze metody uprawy np. w zamian za ograniczenie ich powierzchni i pozwolenie na powrót na dawniej uprawiane tereny utrzymywanych przez ograniczony wypas bydła łąk albo całkiem już naturalnych w naszej strefie klimatycznej lasów. Ale nie, i u nas, i na całym świecie, równocześnie próbuje się zwiększać wydajność i areał upraw; a w sporej części Trzeciego Świata na dodatek jeszcze zaludnienie. Nie wydaje się, by katastrofy ekologicznej dało się w ten sposób uniknąć, a gdy nadejdzie, pociągnie za sobą śmierć mnóstwa ludzi i upadek wielu społeczności. Im więcej ludzi będzie wówczas zamieszkiwać Ziemię, tym większe - w liczbach bezwzględnych, ale zapewne także procentowo - wynikną straty.
-
Gość: x, *.free.aero2.net.pl
2017/07/08 22:45:50
Dodam, że od dłuższego czasu uprawą są też w znacznej mierze lasy (z jednej strony praktycznie cały ich areał w Europie jest obsadzany w sposób kontrolowany przez człowieka i wedle jego potrzeb, z drugiej strony przynajmniej wciąż pozwala się na to, by "na gapę" rosły tam jakieś krzewy, paprocie, grzyby, szwendały się i zakładały gniazda różne zwierzaki). I z nimi też nie byłoby większego problemu - sam lubię pójść na grzyby do lasu "gospodarczego" korzystając z tego, że nie muszę się w nim przedzierać przez chaszcze czy brnąć przez bagno - gdybyśmy przynajmniej na małym kawałku kraju dali lasom spokój i pozwolili im funkcjonować w sposób przewidziany dla nich przez naturę (choć i to pewnie z ograniczeniami, bo zawsze w pobliżu będą jakieś ludzkie osady i drogi, więc np. trzeba będzie dbać o szybkie gaszenie leśnych pożarów, nawet tych powstałych od uderzenia pioruna). Ale nie, nawet starodrzewy Puszczy Białowieskiej musimy przerobić na deski, żeby komuś parę złotych wpadło do kieszeni. Dla naszej niepohamowanej zachłanności zawsze znajdzie się jakieś wytłumaczenie: a to kornik drukarz, a to plaga głodu. Tymczasem rozmiary i zasoby Ziemi są skończone, a innej na razie nie mamy.
-
Gość: chińska_TV, *.adsl.inetia.pl
2017/07/09 01:02:53
@x
"Zachód wyrwał się z pętli głodu nie dlatego, że ma lepsze warunki naturalne, tylko dlatego, że tam po raz pierwszy w historii dążenie do jak największej dzietności przestało być powszechną prawidłowością"

Na zachodzie dzietność zaczęła spadać dopiero wtedy, gdy ten wystarczająco się wzbogacił i głód przestał być realnym zagrożeniem.

Zachowując proporcje - u nas też najwięcej dzieci rodziło się w kryzysie, w czasie gdy na półkach był głównie ocet; kiedy Polska zaczęła się bogacić, fertility rate od lat 90-tych zaczęło gwałtownie spadać (choć spadek wcześniej miał względnie stabilną i niewielką dynamikę). I to pomimo kościelnego huczenia o rzekomym złu antykoncepcji! Uwaga na marginesie: wzrost dochodów nie była jedynym powodem spadku dzietności - innym była również niepewność zatrudnienia.

Aby to zobrazować, muszę przekleić to, co napisałem na początku, czyli Fertility Rate wybranych krajów (wybierałem raczej ludne), 1970 vs 2014:

Bangladesz 7.0/2.2 (-4.8); Algieria 7.6/2.9 (-4.7); Iran 6.4/1.8 (-4.6); Kenia 8.8/4.3 (-4.5); Meksyk 6.7/2.2 (-4.5); Wietnam 6.5/2.1 (-4.4); Turcja 5.7/2.1 (-3.6); Filipiny 6.3/3.0 (-3.3); Brazylia 5.0/1.8 (-3.2); Indie 5.5/2.4 (-3.1); Etiopia 7.0/4.1 (-2.9); Indonezja 5.5/2.6 (-2.9); Pakistan 6.6/3.8 (-2.8).

Jak widać, wzrost zamożności powoduje spadek dzietności (oczywiście oba te czynniki korelują wzajemnie, ale wzrost zamożności jest zapewne pierwotną przyczyną). Generalnie tam, gdzie poprawiała się sytuacja ekonomiczna (co w sytuacji Trzeciego Świata oznaczało głównie: więcej jedzenia), ludzie decydowali się na mniej potomstwa (co wynika z podanych powyżej danych). Tu mała uwaga: celowo upraszczam, pomijając tu kwestię polityki demograficznej tamtejszych rządów (promocja antykoncepcji itd) i wtrącania się w to autorytetów religijnych - mimo, że dzietność na Filipinach jest wciąż wyższa niż na Indonezji (3.0 vs 2.6), kraje te startowały z zupełnie innego poziomu (6.3 vs 5.5); widać, że zwalczanie "bezbożnej" antykoncepcji na Filipinach od końca lat 80-tych (po obaleniu Marcosa) zrobiło swoje.

Dla porównania:
Sudan 6.9/5.2 (-1.7); Nigeria 6.5/5.6 (-0.9).
Kraje te były i są biedne - mimo pozornego zwiększenia się PKB per capita. Jako że dochody z ropy naftowej są rozkradane, przeciętny mieszkaniec tych krajów ma tyle, ile miał, czyli niewiele - a więc "inwestuje" w potomstwo (na zasadzie: "może chociaż część dzieci przeżyje").

Gdyby w Indiach w odpowiednim czasie nie przeprowadzono Zielonej Rewolucji, dziś mielibyśmy tam porażającą jak na dzisiejsze czasy nędzę (coś jak w dystopii Harryego Harrisona) i mniej więcej taki sam współczynnik dzietności jak w roku 1970 (powyżej 7). Zmieniłoby się tylko tyle, że rodziło by się o wiele więcej dzieci, ale też o wiele więcej ludzi niż dziś umierałoby z głodu (oczywiście, z uwzględnieniem poprawki na zachodnią pomoc humanitarną, wysyłaną tam wagonami). Czy według ciebie byłby to lepszy scenariusz? I, co ważniejsze, w związku z niezmniejszającą się nędzą, ówczesna eksplozja demograficzna Indii (i sąsiadów, bo to naczynia połączone) nie zostałaby wyhamowana do dzisiejszego poziomu (3.1), a Indie byłyby dziś drugą Afryką.

Dla kontrastu: w skrajnie ubogiej, zbrutalizowanej Somalii żaden spadek dzietności nigdy nie nastąpił (ok, Somalia to kraj biedny; w naftowym, ale biednym i niestabilnym Iraku spadek też praktycznie nie nastąpił). A przecież powinien, nie? Bo wojna, głód, zarazy itd. Mówiąc brutalnie, w skrócie działa to tak: im więcej jedzenia, tym niższa dzietność - a więc, w przyszłości, tym mniej gąb do wykarmienia. Im mniej jedzenia, tym wyższa dzietność - a więc, w perspektywie, tym więcej gąb do wykarmienia. Z czego wniosek: opłaca się pomagać, a przede wszystkim inwestować w nowoczesne, wydajne rolnictwo (w tym: rozwijać GMO).
-
Gość: chińska_TV, *.adsl.inetia.pl
2017/07/09 01:39:05
Dodam jeszcze, że każdy kraj powinien produkować (w miarę możliwości!) żywność u siebie (rozumiem, że w takiej Japonii są same skały, ale większość krajów świata jednak posiada jakieś ziemie uprawne). Oczywiście, nadwyżki można czasem eksportować, ale produkować i konsumować należy na lokalnym rynku dlatego, że przewożenie gór żywności zwyczajnie się nie opłaca (choć są wyjątki: Chiny, w związku z Nowym Jedwabnym Szlakiem, czyli szybkim połączeniem kolejowym tego państwa z UE, mają plany transportowania do Europy swoich produktów przemysłowych, a w odwrotnym kierunku - dobrej jakości żywności europejskiej w gigantycznych ilościach, przeznaczonej głównie na potrzeby własnej klasy średniej, która zwyczajnie boi się tykać - całkiem słusznie zresztą - żywności "made in China").

Na zachodzie marnuje się niewyobrażalne ilości jedzenia (tu, korzystając z okazji, zarekomenduję książkę "Głód" Martina Caparrosa, który porusza ten problem) podczas, gdy Afryka głoduje. Tylko co z tego? My tych nadwyżek do Afryki i tak nie przewieziemy, gdyż szybki transport takich rzeczy się nie opłaca - a transportując powoli, wszystko i tak by się po drodze zepsuło.

Sama Ukraina teoretycznie (zakładając intensywność rolnictwa taką, jak w Holandii) mogłaby ze swoimi czarnoziemami wyżywić ze 300 milionów ludzi (a, co za tym idzie, zarabiać gigantyczne pieniądze na eksporcie żywności), a jednak jakoś nikt tam w ten "obiecujący" rynek nie inwestuje.

Po za tym wysyłanie żywności uzależnia biedne kraje od dobrej woli darczyńców. Można to robić w sytuacjach humanitarnych (wojna, kataklizmy itd.), ale lepiej dawać wędkę, a nie rybę, czyli rozwijać intensywne rolnictwo tam, gdzie jest to możliwe (a jeśli nie jest na dzień dzisiejszy możliwe, niech naukowcy wymyślą coś takiego, żeby potrafiło wyrosnąć nawet w Etiopiach i Somaliach i było kaloryczne jednocześnie). A takie cuda, panie, to tylko Highly Modified GMO z labolatoriów doktora Frankensteina.
-
Gość: x, *.free.aero2.net.pl
2017/07/09 09:05:10
@Chińska

Gratuluję optymizmu. Akurat im bardziej wyrafinowane GMO, tym większe ryzyko uzależnienia krajów, które je uprawiają, od dostarczycieli tej technologii.

Czy dostarczanie Afryce żywności, która u nas by się zmarnowała, jest opłacalne? W kategoriach ekonomicznych - nie. Ale w kategoriach czysto ekonomicznych pewnie najbardziej opłacałoby się po prostu pozwolić Afrykanom wymrzeć albo jeszcze troszkę ich pomordować, gdyby swym istnieniem sprawiali Zachodowi kłopot. Zalewanie Afryki europejską żywnością na dłuższą metę (pomijam oczywiście sytuacje doraźnej pomocy np. po klęskach żywiołowych) nie ma sensu z przyczyn drugiego typu, tzn. dlatego, że zdusiłoby lokalną produkcję żywności, i tak nie będącą w najlepszej kondycji, a potem albo musiałoby ustać, czyniąc sytuację gorszą niż "na wejściu", albo ciągnąć się ad infinitum, trwale obciążając Europę.

To, co piszesz o zmianach dzietności, w znacznej mierze nie przeczy temu, co ja napisałem. W historii ludzkości niezliczone społeczności uzyskiwały lepszy niż przedtem standard życia i wyżywienia, nieodmiennie eskplodując przy tym demograficznie i ponownie docierając do sytuacji wysokiej śmiertelności (przy czym barierą nie zawsze musi być stricte głód, mogą nią być np. złe warunki sanitarne i epidemie związane z przeludnieniem, ale najczęściej, wcześniej czy później, głód też się pośrednio lub bezpośrednio pojawiał; pośrednie pojawienie się głodu to np. niemożność wykarmienia lub porządnego wykarmienia urodzonych już dzieci i wynikła stąd większa ich śmiertelność - albo wręcz nierzadkie "aborcje pourodzeniowe", gdy dziecko po prostu porzucano). To, co się teraz zmienia np. w Ameryce Południowej, to nie kwestia dostatku, bo ten zawsze jest względny, a wielu dzisiejszych tamtejszych biedaków wiedzie życie lepsze i zdrowsze niż przeciętny Europejczyk 300 lat temu, tylko kwestia zmiany, po raz pierwszy, podejścia do dzietności, podążająca za zmianami na Zachodzie. Owszem, zamożność i stabilność zatrudnienia odgrywają w tym rolę, ale jest ona wtórna.

Pomagać trzeba. Ale trzeba bardzo uważać, by pomoc nie pogorszyła sytuacji zamiast ją poprawić. Np. wykupywanie ludzi z niewoli jest niewątpliwie szlachetnym gestem, ale jeśli jednocześnie nie zwalczy się samych korzeni niewolnictwa, to ten szlachetny w intencji czyn odpowiednio często powtarzany spowoduje popadanie w niewolę większej, a nie mniejszej, liczby osób (prosta relacja podaży i popytu). Rzecz obserwowalna historycznie, nie wyłączając ponoć historii najnowszej (Sudan).
-
Gość: x, *.free.aero2.net.pl
2017/07/09 09:17:29
PS. Tym, którzy chcieliby argumentować, że kraje rozwijające się same mogłyby opanować zarządzanie technologią GMO, przypominam, że rozmaite awitaminozy, którym m.in. modyfikowane uprawy mogłyby zapobiegać, zwykle równie prosto byłoby zmienić, nieznacznie modyfikując zwyczaje kulinarne cierpiących na niedobory populacji. Prościej uprawiać i jeść choćby zwykłą marchew niż modyfikować ryż, by zawierał prowitaminę A. Zaś nawet najlepsze źródło witaminy A nie pomoże jej przyswoić, jeśli konsument nie spożywa odpowiedniej ilości tłuszczu.

Jeśli ktoś uważa, że zabobonnych wieśniaków łatwiej i lepiej przekonać do uprawy i jedzenia inaczej niż dotąd wyglądającego ryżu niż do odrobinkę bardziej zróżnicowanego odżywiania, to znów - gratuluję optymizmu.
-
pfg
2017/07/09 11:42:42
@x i 2xGMO: Ja to wszystko wiem. O chabrach i kąkolach pisałem dlatego, że ludzkość malownicze chwasty (a więc i bioróżnorodność) zwalcza od lat "konwencjonalnymi" herbicydami, nie tylko niezwykle wydajnym produktem R firmy M.

Wielkoobszarowe, monokulturowe uprawy są szkodliwe dla środowiska, choć jednocześnie bardzo wydajne. Już jakiś czas temu słyszałem, że Unia powinna Polsce płacić nie tyle (nie tylko) za uprawy, ale także (głównie?) za zachowanie naturalnego europejskiego krajobrazu, z szachownicą pól, miedzami, ogródkami, kurami w obejściu, kilkoma krowami czy kozami na jakiejś łączce. To wciąż istnieje, zwłaszcza w Małopolsce i dawnej Kongresówce. Ale poważne zgłoszenie takiego postulatu jest niemożliwe gdy polskie środowisko reprezentuje minister Szyszko na wielkim harvesterze.
-
Gość: chińska_TV, *.adsl.inetia.pl
2017/07/09 15:37:17
@x

To, o czym piszesz (wzrost zamożności => więcej jedzenia => eksplozja demograficzna => głód => spadek populacji), to procesy znane od wieków. Z tym, że wiązały się one na ogół z rolnictwem ekstensywnym (co uzależniało produkcję od areału, a tym samym wymuszało "głód ziemi" i migracje), a dziś należy wziąć poprawkę na rosnącą poprawę wydajności. Po "latach tłustych" następowały "lata chude" dlatego, że ówczesne rolnictwo mogło być łatwo zaburzone czynnikami, których nie potrafiliśmy dobrze zamortyzować (a w epoce łowiecko-zbierackiej było jeszcze gorzej: wybijesz okoliczną zwierzynę i zjesz wszystko, co się nadaje do zjedzenia i masz do wyboru albo umrzeć z głodu, albo przenieść się gdzieś dalej). Ten proces udało się w wielu wypadkach przerwać (wzrost zamożności => więcej jedzenia => stabilizacja demograficzna => dalszy wzrost zamożności => silniejsza stabilizacja demograficzna).

Wracając do Indii (bo krytykujesz zieloną rewolucję). Pisałem już, co by się działo, gdyby zielona rewolucja z jakiegoś powodu nie nastąpiła: eksplozja populacji równoważona byłaby olbrzymią śmiertelnością, a tego procesu nie przerwałbyś już tak łatwo, np. promując antykoncepcję. Obstawiam, że Indie osunęłyby się w przepaść rozruchów głodowych i destabilizacji politycznej.

"Jeśli ktoś uważa, że zabobonnych wieśniaków łatwiej i lepiej przekonać do uprawy i jedzenia inaczej niż dotąd wyglądającego ryżu niż do odrobinkę bardziej zróżnicowanego odżywiania, to znów - gratuluję optymizmu"

Właśnie to zróżnicowane odżywianie jest często problemem społecznym (mentalnym), bo np. ludzie są przyzwyczajeni do ryżu, ryż im smakuje i nic innego nie tkną. W Indonezji (ok, tam akurat jedzenia nigdy nie brakowało), żywność różnego rodzaju jest dostępna na rynku i względnie tania, a jednak ludzie uwielbiają ryż (i tylko ryż!), nie jedząc praktycznie niczego innego. Problem sięgnął najwyższych szczebli władzy (rząd Indonezji próbuje przekonywać ludzi do urozmaicenia diety, mówi że inne rzeczy też są jadalne i zdrowe, jak dotąd bez większych rezultatów). Owszem, ludzie "urozmaicają" dietę tym, że czasem do tego ryżu coś wrzucą albo i nie i po prostu masz ryż w 120 wariantach.

A jeśli chodzi o nowinki typu GMO, to one same się wybronią wysoką wydajnością. Problemem jest podlewanie tego GMO chemikaliami, no ale to już kwestia odpowiedniej modyfikacji genów (bo jak M zrobiło oporność na herbicydy, to nie trzeba pielić). Wolałbym, żeby GMO było przerabiane pod kątem odporności na niedobory wody a nie odporności na chemikalia, no ale to już kwestia odpowiedzialności społecznej koncernów (dlatego lepiej, żeby zajęło się tym państwo jak za zielonej rewolucji).
-
pfg
2017/07/09 23:18:22
A tymczasem obejrzałem na NatGeo bardzo ciekawy program o przekrętach na wodzie w Kalifornii. W Kalifornii pada głównie w górach i na północy, a ludzie żyją głównie na południu. Tam też, na wielkiej równinie, która naturalnie byłaby jałową pustynią, dzięki sztucznemu nawadnianiu produkowane jest i wino, i olbrzymia część warzyw, które potem sprzedawane są w całych Stanach. A wody jest mało. Stan Kalifornia utworzył więc bank wodny, teoretycznie publiczny, ale dopuścili jednego prywatnego udziałowca, wielką spółkę rolną. No i ta spółka, na drodze różnych machinacji, przejęła większość udziałów i kieruje wodę na swoje pola. W czasie wielkiej suszy, która trwała w Kalifornii przez kilka lat, mieszkańcom racjonowano wodę, a tej spółce nie. Oznaczało to, że ludzie w bogatych białych przedmieściach nie mogli podlewać ukochanych trawników i myć samochodów, a w biednych latynoskich miasteczkach przez całe lata w ogóle nie było wody, ludzie pili tylko wodę butelkowaną, a myć się jeździli do znajomych mieszkających w bardziej szczęśliwych miejscowościach.

Ale najlepszy numer jest z wodami podziemnymi. Teoretycznie są własnością stanu, ale każdy na swojej ziemi może postawić pompę i ciągnąć wodę. No więc ludzie - a głównie wielkie spółki rolne, w tym ta, co powyżej - ciągną, oczywiście wyciągając ją także z ziemi sąsiadów, wyjawiając ich pola. I to wszystko nie w Indiach, ale w Kalifornii! Przypomina się film Polańskiego Chinatown, zresztą wspomniany w tym programie, gdzie u źródeł skomplikowanej intrygi kryminalnej też były przekręty na dostawach wody.
-
Gość: x, *.free.aero2.net.pl
2017/07/10 00:53:18
@Chińska

To, co nazywasz stabilizacją demograficzną, istotnie miewało miejsce i wcześniej, w tym sensie, że nie zawsze po eksplozji demograficznej śmiertelność powodowała spadek rozmiarów populacji. Ale dawniej powodem owej stabilizacji było zrównoważenie wzrostu dzietności przez wzrost śmiertelności. A powodem owego wzrostu śmiertelności były głód, niedożywienie, epidemie, walki o zasoby etc. Tymczasem od kilkudziesięciu lat w wielu krajach szeroko rozumianego Zachodu ludzie żyją coraz dłużej, lepiej i w coraz większej obfitości pożywienia (tak bywało i wcześniej), ale dzietność spada lub nie rośnie (a to już w zestawie z poprawą warunków życia zdecydowanie jest novum).

Natomiast Zielonej Rewolucji per se nie krytykuję, bo uratowała i ratuje życie wielu milionom ludzi, a ja nie jestem potworem. Krytykuję ciąg dalszy tej historii. Tak samo cieszy mnie, że detoks ratuje ciężko strutemu wódą alkoholikowi życie; ale martwi mnie, że on wykorzystuje to zwrócone życie w taki sposób, że zamiast pójść na odwyk, zaraz ląduje na detoksie z powrotem, tylko dużo bardziej struty - w którymś momencie tak zniszczy sobie wątrobę, że nawet detoks nie pomoże. Ludzkość jest takim właśnie nałogowcem, tyle że w znacznie gorszej sytuacji: im później dojdzie do tragedii, tym więcej straszliwych cierpień przyniesie.
-
Gość: chińska_telewizja_centralna, *.adsl.inetia.pl
2017/07/10 01:16:24
@x

Ale jeszcze raz: tam, gdzie poprawia sie jakość życia, tam dzietność spada (przeanalizuj podane przeze mnie dane). We wszystkich krajach, które podałem, poziom życia wzrósł czasem znacząco (wcześniej w poprzedniej notce podałem, o ile wzrosło skumulowane PKB w większości z tych krajów: Wietnam, Bangladesz, Indonezja, Turcja itp), dzietność spadła. Dla kontrastu mogę podać kraje, gdzie poziom życia nie wzrósł i dzietność została na poziomie z lat 70-tych (parę afrykańskich).
-
Gość: x, *.free.aero2.net.pl
2017/07/10 01:31:06
Nie wiem, ile razy muszę powtórzyć: w ostatnich latach korelacja, o jakiej piszesz, istotnie się pojawia (na Zachodzie od dziesiątek lat, w wielu krajach Trzeciego Świata od niedawna). Przedtem - przez całą historię ludzkości, o ile da się to ocenić (bo oczywiście z niektórych okresów dane są mocno obciążone niepewnością lub bardzo niekompletne) - było wprost przeciwnie. To wskazuje, że relacja "dobrobyt wiąże się z mniejszą dzietnością" jest czymś nowym i nie stanowi uniwersalnego, ponadczasowego wzorca ludzkich zachowań, tylko wynik radykalnej, niedawnej zmiany, która najpierw nastąpiła na Zachodzie, a teraz dopiero rozprzestrzenia się po świecie. Co więcej, nie wszędzie jeszcze dotarła i nie jest jasne, czy dotrze tam, gdzie problem przeludnienia i wyczerpania zasobów jest największy, na czas, by zapobiec katastrofie humanitarnej na olbrzymią skalę. Wszystko wskazuje na to, że nie zdąży tam dotrzeć, choćby dlatego, że "tam" przemieszcza się wraz ze środkiem ciężkości eksplozji demograficznej - wczoraj była to Ameryka Środkowa, dziś będzie to Afryka czy Indie, jutro - jeszcze inny region. I siłą rzeczy zawsze "tam" właśnie znajduje się znaczna część ludzkości, chętna do tego, by wyeskportować swoje problemy do Europy czy USA.
-
Gość: x, *.free.aero2.net.pl
2017/07/10 01:39:52
Dodajmy może, że owa rozprzestrzeniająca się z Zachodu zmiana demograficzna wędrowała sobie po świecie w pakiecie z paroma innymi cechami społeczeństwa, takimi jak upodobanie do praworządności czy liberalnej demokracji. Skoro te ostatnie są ostatnimi czasy zagrożone, a gdzieniegdzie w wyraźnym odwrocie czy wręcz zaniku, to skąd przekonanie, że i ta pierwsza nie zacznie się cofać? Np. Trump wyraźnie walczy z promowaniem świadomego macierzyństwa, a i nasz rodzimy podłozmian najchętniej zakazałby nie tylko aborcji (bez wyjątków), ale i antykoncepcji, a już niebawem pewnie będą chcieli wsadzać na długie lata do mamra za poronienia (jak w Salwadorze) i ofiary gwałtu (jak w niektórych krajach muzułmańskich). W tej sytuacji wspomiane novum może okazać się jedynie krótkotrwałą aberracją.
-
Gość: chińska_telewizja_centralna, *.adsl.inetia.pl
2017/07/10 02:23:24
@x
"w ostatnich latach korelacja, o jakiej piszesz, istotnie się pojawia (...) Przedtem - przez całą historię ludzkości (...) było wprost przeciwnie"

A może dopiero teraz dobrze to widać w statystyce, bo wcześniej we wczesniejszych epokach ani wzrostu gospodarczego specjalnie nie było (znaczy czasem był, ale bardzo powolny, rzędu 1% albo wręcz zero w skali dekady; a często nawet ujemny, bo gdzieś wybuchły rozruchy, coś zaatakowała zaraza, zima była sroga albo wroga armia spustoszyła jakieś miasto), ani dzietność specjalnie się nie zmniejszała (dzieci rodziło się multum, z czego połowa nie dożywała 5 roku życia, więc inwestowano w ich ilość, nie w jakość, tzn. zapewnienie im dobrych warunków).

Być może ta korelacja była już wcześniej ale pozostawała niezauważona, bo istniała w dużych skalach, tzn. dajmy na to rozkwit ekonomiczny Imperium Rzymskiego czy starożytnego Egiptu spowodował spadek fertility rate z 8.5 (z czego umierały cztery) na 5.5 (z czego umierało jedno) w skali 250 lat? Dodajmy, że różne klęski głodu, wojny i kataklizmy wybuchały dość często, co jeszcze gmatwa sprawę.

Liczba ludności jednak per saldo stale rosła, ale (do pewnego czasu) powoli. Eksplozja demograficzna wiązała się chyba z coraz lepszym rozwojem medycyny, a nie ze zmianą strategii reprodukcyjnych (to zaczynało działać dopiero, gdy dobrobyt się stabilizował). Ale to tylko moje przypuszczenia; nie będę się upierał, bo nie jestem specjalistą - tu by się musiał wypowiedzieć ktoś kompetentny.
-
Gość: chińska_telewizja_centralna, *.adsl.inetia.pl
2017/07/10 02:28:30
@x
"nasz rodzimy podłozmian najchętniej zakazałby nie tylko aborcji (bez wyjątków), ale i antykoncepcji, a już niebawem pewnie będą chcieli wsadzać na długie lata do mamra za poronienia (jak w Salwadorze) i ofiary gwałtu (jak w niektórych krajach muzułmańskich)"

Takie kalkulacje (prezerwatywy won, aborcji zakazać, niech baby rodzą ile mogą) mają skutki raczej przeciwne do zamierzonych (patrz: Rumunia Ceausescu). Podziemie aborcyjne zawsze będzie, najwyżej jeszcze głębsze i jeszcze bardziej zakonspirowane iokrutniejsze (pogrzebacze i Domestos).
-
Gość: x, *.free.aero2.net.pl
2017/07/10 08:40:15
Pewna nadzieja wiąże się z wyraźną (odkąd można mierzyć te wskaźniki w miarę dokładnie, a znaczne zmiany zaczęły następować w skali ludzkiego życia, więc łatwiej zauważyć trendy) dodatnią korelacją pomiędzy skłonnością ludzi do płodzenia kolejnych dzieci a śmiertelnością wczesnodziecięcą - kto widzi, że dzieci mrą mu jak muchy, od razu stara się o kolejne; ponoć zmiana tej postawy pod wpływem obserwacji, że teraz już dzieci nie umierają tak szybko jak kiedyś, zajmuje zwykle parę pokoleń. Poprawa opieki okołoporodowej to coś, co może przetrwać nawet załamanie w innych sferach życia, choć pewnie w biednym i mocno przeludnionym kraju trochę się posypie nawet mimo pomocy zagranicznej. Trzymam kciuki za to, żeby stojący za tą korelacją domniemany związek przyczynowo-skutkowy był prawdziwy, bo to chyba w przewidywalnej przyszłości jedyna szansa dla Afryki i Bliskiego Wschodu. Ale z drugiej strony nawet przy tym założeniu podstaw do wielkiego optymizmu nie ma - walki na Bliskim Wschodzie i w Afryce chyba nie przyczyniły się ostatnio do poprawy tamtejszej opieki okołoporodowej i wczesnodziecięcej...
-
Gość: x, *.free.aero2.net.pl
2017/07/10 11:16:25
@PFG

Harwestery min. Szyszki pełnią tę samą rolę, co kiedyś dynamit i artyleria talibów w Bamianie: pl.wikipedia.org/wiki/Pos%C4%85gi_Buddy_w_Bamianie Całkiem serio podejrzewam, że jeśli obecne metody niszczenia Puszczy Białowieskiej nie okażą się wystarczająco wydajne, a rząd PiS-u będzie zagrożony rychłym upadkiem, to po prostu na do widzenia "nieznani sprawcy" podpalą jej najstarsze części, a służby leśne dzielnie zablokują próby gaszenia pożaru. Nie będzie sobie coś stało i prowokowało tylko dlatego, że przetrwało tysiące lat. Jak już wiemy z warszawskiego Marszu Niepodległości, nawet rachityczne młode miejskie drzewka bezczelnie zaczepiają Zdrowy Rdzeń Narodu i całkiem słusznie są za to łamane i wyrywane.

Jest w chrześcijańskim imaginarium pewien byt, który wszystkiego, co stworzone i żywe, z zasady nienawidzi. W Tolkienowskim Śródziemiu bardzo ładnie tę rolę odgrywają demoniczny Sauron i upadły Saruman, a u nas - o. Rydzyk i min. Szyszko.
-
Gość: chińska_telewizja_centralna, *.adsl.inetia.pl
2017/07/10 14:51:02
@fertility rate
Na tej stronie wszystko jest jasno, logicznie i przystępnie wyjaśnione, a w dłuższej skali (1955-2015) dynamikę spadku dzietności najlepiej pokazuje ta mapka (włącz "play", to ci pokaże zmiany w okresie pięcioletnim).
-
Gość: x, *.free.aero2.net.pl
2017/07/10 22:28:48
@Chińska

Tak, znałem m.in. ten tekst, pisząc to, co pisałem powyżej.