Kategorie: Wszystkie | Edukacja | Fizyka | Kryzys | Literatura | Muzyka | Polityka | Rozmaitości
RSS
środa, 19 lipca 2017

Wczoraj stała się rzecz nieoczekiwana: Prezydent Andrzej Duda sprzeciwił się PiSowi. Najwyraźniej wkurzył się, że PiS do tego stopnia go lekceważy, że nawet nie poinformował go o treści ustaw podporządkowujących wymiar sprawiedliwości rządowi, a nawet odebrał prezydentowi pewne uprawnienia (kto powołuje I Prezesa Sądu Najwyższego). Duda zgłosił więc pewne poprawki i w ostrych, jak na niego, słowach zapowiedział, że nie podpisze ustawy o SN, jeżeli jego poprawki nie zostaną uwzględnione.

Poprawki Dudy nadal są niekonstytucyjne, a bliższa analiza pokazuje, że niewiele one zmieniają - poza pstryknięciem w nos pana Zbyszka, który przygotował sobie takie piękne narzędzia, a chyba będzie musiał oddać je Dudzie. Jedyny pożytek z prezydenckich poprawek może być taki, że co najwyżej opóźnią podporządkowanie sądów PiSowi o jakiś czas; może nawet SN zdąży skierować sprawę Kamińskiego do drugiej instancji. No i tyle.

Niemniej jednak stało się coś ważnego: po raz pierwszy od jesieni 2015 Jarosław Kaczyński przestał sprawować absolutną kontrolę.

Co prawda niektórzy - na przykład Ziemowit Szczerek - przypuszczają, że było to uzgodnione z PiSem: taka gra, aby Duda wyszedł na dobrego policjanta. Nie sądzę. PiS był zaskoczony, czego najlepszym dowodem jest irracjonalna decyzja, aby wobec jednoznacznej zapowiedzi prezydenckiego weta, przyspieszyć prace nad ustawą o SN. A w nocy Jarosław Kaczyński kompletnie się zdekompensował i zwyzywał opozycję od zdradzieckich mord, kanalii, a wreszcie morderców, gdyż mieli czelność wziąć imię ś.p. Lecha Kaczyńskiego nadaremno (to takie nowe przykazanie w kościele PiS).

Myślę więc, że Andrzej Duda zagrał na serio - co zresztą wcale nie musi być dobrą wiadomością. Ale o co on gra?

Mówi się, że pierwsza kadencja służy do tego, aby zapewnić sobie drugą (Bronisław Komorowski o tym zapomniał, no i masz babo placek). Andrzej Duda wie, że PiS nie może go nie wystawić w wyborach 2020, bo byłoby to zupełnie niezrozumiałe dla znacznej części twardego elektoratu. Gdyby PiS wystawił nie-Dudę, choćby samego prezesa, a Duda wystartował z własnego komitetu, głosy by się rozbiły i prezydentem, kto wie, mógłby zostać znienawidzony Tusk. Jeśli więc Duda nie przedzierzgnie się nagle w liberała czy choćby w europejskiego chadeka, na co się zresztą nie zanosi, ale jednak zacznie się PiSowi stawiać, PiS i tak go wystawi, nawet jeśli zrobi to z kwaśną miną. Jednocześnie Duda wie, że Jarosław Kaczyński, Antoni Macierewicz i grupa ich najwierniejszych pretorianów budzi wśród wielu ludzi głęboką niechęć, obsesje Kaczyńskiego i niejasne powiązania Macierewicza szkodzą Polsce, a kult smoleński większość ludzi doprowadza do złości i zażenowania. I teraz Duda ma swoją szansę: jeśli wygra z Kaczyńskim batalię o sądy, bardzo wzmocni się wizerunkowo (jeśli przegra, stanie się pośmiewiskiem nawet we własnym obozie) i - pamiętając o wszystkich upokorzeniach, których doznał od prezesa - będzie mógł myśleć o umniejszeniu roli, a z czasem o zmarginalizowaniu Kaczyńskiego i Macierewicza. Będzie mógł się kreować na centrystę, który, owszem, służąc Narodowi Polskiemu, chce go trzymać silną ręką, nie pozwoli na sejmową anarchię, ale też nie podporządkowuje się dyktatowi Brukseli, broni przedmurza chrześcijaństwa i uchodźców nie przyjmie, ale będzie chętnie z Europą w innych sprawach współpracował, a przy tym nie jest jawnie obłąkany. W to może uwierzyć znaczna część wyborców PiSu (a inni będą sparaliżowani, bo jeśli nie Duda, to Tusk!), podłączy się do tego - już się podłącza! - Kukiz i jego nacjonalistyczno-zaściankowi wyborcy, a może nawet prawa część Platformy? Stąd już tylko krok do wskazania, że Kaczyński i Macierewicz z jednej, a Tusk, Schetyna i Petru z drugiej, to typy anachroniczne, zgrane, toczące swoją rytualną wojnę, która szkodzi Polsce. Trzeba ich wszystkich odrzucić, bo dopóki będą obecni w polityce, dopóty będą ją zatruwać. Potrzebna jest młoda, centrowa partia, pod przywództwem młodego, energicznego prezydenta Dudy! I druga kadencja w kieszeni, pozycja polityczna wzmocniona, trwałe miejsce w historii pewne!

Co by to przyniosło Polsce? Więcej chaosu i bałaganu, ale mniej paranoi, dysfunkcjonalność, ale bez zagrożenia wyrzuceniem z UE, utrwalenie pół-peryferyjnej pozycji gospodarczej Polski, ale bez bezpośredniego ryzyka wpadnięcia w rosyjską strefę wpływów. Polska nadal będzie ksenofobiczna i patriarchalna, ale pozycja Kościola trochę osłabnie, medyczna marihuana zostanie zalegalizowana, a wycinka puszczy wstrzymana. Soft-PiS, wzmocniony kukizowcami i - być może - prawą stroną Platformy, nie tak zły, jak w arcypesymistycznej wizji Marcina Kamińskiego, ale, mówiąc szczerze, i tak całkiem niedobry.

Jaki kraj, taki Macron.

mordy zdradzieckie, kanalie

wtorek, 18 lipca 2017

PiS właśnie brutalnie, niekonstytucyjnie przejmuje władzę nad Sądem Najwyższym. Wszyscy podkreślają ustrojową rolę Sądu Najwyższego: To SN stwierdza ważność wyborów. Gdy więc już PiS "odzyska" SN, ten zatwierdzi wybory wygrane przez PiS dzięki złamaniu ordynacji wyborczej - lub też, jeśli tak się zdarzy, nie zatwierdzi wyborów przegranych przez PiS.

Nie wykluczam, że Jarosław Kaczyński, zły człowiek, będzie chciał skorzystać z tej możliwości. Jednak pośpiech, z jakim PiS dokonuje swojego zamachu, świadczy o tym, że cele są doraźne: Mianowicie chodzi o uniemożliwienie SN skierowania do drugiej instancji sprawy Mariusza Kamińskiego, koordynatora służb specjalnych, bezprawnie ułaskawionego przez prezydenta, a także o uniemożliwienie SN zbadania, czy sędzia Przyłębska została prawidłowo wybrana na prezesa TK.

Ponieważ jednak wiele osób nie dostrzega, że orzeczenie o ważności wyborów dotyka także ich praw fundamentalnych, a we wspomnianych sprawach widzi tylko ich aspekt "celebrycki", komentatorzy starają się wytłumaczyć, dlaczego niezawisły Sąd Najwyższy jest potrzebny zwykłym obywatelom.

Spróbuję i ja.

Sąd Najwyższy rozstrzyga kasacje oraz wydaje interpretacje prawa w sprawach mogących dotyczyć zwykłych obywateli, a zarazem bardzo skomplikowanych prawnie - na przykład dotyczących dziedziczenia, podatków czy różnych aspektów działalności gospodarczej. Otóż ja bardzo bym chciał, aby te wyroki, opinie i interpretacje wydawali sędziowie dobrani ze względu na swoje wysokie kompetencje merytoryczne i moralne, a nie ze względu na polityczne sympatie i lojalność. Niezliczone przykłady z różnych krajów i epok pokazują, że lojalność i posłuszeństwo władzy nie są tożsame z wysokim poziomem kompetencji. Na ogół bywa wręcz przeciwnie. Na naszym podwórku widzimy, jakie to tuzy prawnicze PiS skierował do Trybunału Konstytucyjnego. Nie ma powodu oczekiwać, że w wypadku SN byłoby inaczej. Przecież nie na darmo PiS forsuje przepis, wedle którego sędzią SN może zostać prokurator lub radca prawny z pięcioletnim stażem.

Nie chcę, żeby w Sądzie Najwyższym orzekały osoby o kwalifikacjach Misiewicza lub PiSowskich menedżerów stadnin koni.

Łańcuch światła pod Sądem Najwyższym

Protest w obronie niezawisłości Sądu Najwyższego, Warszawa, 16 lipca 2017

czwartek, 13 lipca 2017

Dwa lata temu pisałem, że Polska to wspaniały kraj i wytrzyma rządy PiSu, choć będzie ciężko. Dziś już nie jestem tego pewien. Gospodarka co prawda nadal jest rozpędzona - PO-PSL zostawiły ją w bardzo dobrym stanie, a jedyną zasługą PiS jest to, że jej natychmiast nie popsuły - bezrobocie jest niskie a program 500+ ma krótkotrwale korzystny wpływ na poziom zamożności. Jednak inwestycje zostały zahamowane, co fatalnie wróży na przyszłość, a tłumy Misiewiczów, których jedyną kompetencją jest to, że znają program PiS lub mają w PiS jakiegoś wujka, w praktyce gwarantują, że zarządzane przez nich spółki skarbu państwa i inne ważne instytucje popadną w kłopoty. PiS szykuje ukryte podwyżki podatków (abonament RTV, opłata paliwowa, zmiany w prawie wodnym). Zadłużenie rośnie tak szybko, jak chyba nigdy dotąd. Wbrew wszelkim światowym trendom, Polska stawia na energetykę węglową (co na razie skutkuje koniecznością oficjalnego importu węgla, być może z Rosji!), a PiS z premedytacją niszczy energetykę OZE. Mamieni obietnicami dostaw gazu z Ameryki, coraz bardziej uzależniamy się od dostaw z Rosji. Dalej, armia została katastrofalnie oslabiona: dowódcy pozwalniani, Lubuska Dywizja Kawalerii Pancernej rozbrojona, śmigłowców wielozadaniowych nie ma, o śmigłowcach szturmowych nawet nikt nie wspomina, obrony przeciwlotniczej nie ma (będzie - jeśli będzie - po 2022, ale za to ho, ho, jaka nowoczesna - i jaka droga!), za to za pieniądze przeznaczone na rozwoj sił operacyjnych powstaje prywatna armia ministra Macierewicza. Wokół Macierewicza, werbalnie niezwykle antyrosyjskiego (złodziej zawsze najgłośniej krzyczy "Łapaj złodzieja!"), kręcą się różne dziwne typki, przynajmniej pośrednio powiązane ze służbami rosyjskimi. Ostatnio padła nawet sugestia, że afera taśmowa rozgrywała się z udziałem rosyjskich służb. We wrześniu zobaczymy, do jakiego nieszczęścia doprowadziła minister Zalewska w oświacie, a w październiku, gdy zacznie działać sieć szpitali, doświadczymy załamania opieki zdrowotnej. Na płaszczyźnie międzynarodowej Polska jest izolowana (uchodźcy, rządy prawa, obawa przed rosyjską penetracją, publiczne wystąpienia antyniemieckie i antyfrancuskie naszych władz). Minister Jurgiel chce przywracać PGRy. Minister Szyszko wycina puszczę i drzewa w miastach. Nawet stadnin koni nie oszczędzili!

A gdy wejdą w życie najnowsze PiSowskie ustawy dotyczące prawa - o ustroju sądów powszechnych, o KRS, a przede wszystkim o Sądzie Najwyższym, ta ostatnia zgoszona jako projekt poselski (!), w środku nocy i w środku wakacji - będzie można oficjalnie ogłosić, że Polska przestała być demokratycznym państwem prawa. 

Teoretycznie ustawy te może jeszcze zawetować prezydent, ale raczej nie żywię złudzeń, że dr Duda się na to zdobędzie.

Przestałem w pewnym momencie komentować kolejne PiSowskie, bezprawne zmiany w Trybunale Konstytucyjnym, bo stało się to zupełnie jałowe. Dla porządku więc przypomnę, że po śmierci Lecha Morawskiego, dublera, Trybunał liczy 12 sędziów (przy czym wśród sędziów są osoby nie spełniające konstytucyjnego wymogu wyróżniania się wiedzą prawniczą, jak na przykład ta pani, która nie nadawała się do orzekania w Sądzie Okręgowym, bądź nieskazitelnością moralną, jak pan, który jako adwokat brał od klientów pieniądze, zwodził ich całymi miesiącami, ale żadnych czynności w ich sprawach nie wykonywał), plus trzech sędziów wciąż niezaprzysiężonych przez dr. Dudę, plus dwóch dublerów. Konstytucyjne stanowiska prezesa i wiceprezesa TK pozostają nieobsadzone: Za prezesa uchodzi pani wybrana niezgodnie nawet z uchwalonymi przez PiS przepisami, wiceprezesem zaś mianowano pana, który nie jest sędzią, ale to oni decydują o wyznaczaniu składów i terminów rozpraw. Nie ma więc kto uznać niekonstytucyjności PiSowskich przepisów, a gdy pan Zbyszek przejmie całkowitą kontrolę nad sądami, nawet rozproszona kontrola sądowa konstytucyjności prawa stanie się niemożliwa.

Co dalej, a raczej, kiedy i w jakiej kolejności dalej? Samorządy, media prywatne, cenzura? W 2019 odbędą się jakieś wybory, ale przy tak zmienionej ordynacji i zastraszaniu opozycji, że będzie to operacja czysto fasadowa, jak w Turcji czy w Rosji.

Witaj, Euroazjatycka Unio Gospodarcza!

Dietrich Monten, Finis Poloniae, 1831

P.s. Tak, wiem, że Kościuszko nie wzniósł tego okrzyku. 

P.p.s. Polecam też notkę drakainy.

sobota, 01 lipca 2017

Stosunek do przyjmowania uchodźców jest w tej chwili jednym z najważniejszych elementów dyskusji publicznej w Polsce. Doskonale zdając sobie sprawę, że obecnie blisko 3/4 Polaków jest przeciwko przyjmowaniu uchodźców, ja uparcie powtarzam swoje: Ze wszystkimi zstrzeżeniami, które już na tym blogu czyniłem, Polska powinna przyjmować uchodźców - jeśli nawet nie ze względu na solidarność z cierpiącymi, to z uwagi na nasz własny interes. Uchodźcy już są w Europie i nadal przybywają całymi tysiącami. Kraje południowej Europy, najbardziej wystawione na napływ uchodźców, nie radzą sobie z rozmiarami kryzysu i oczekują wsparcia od swoich europejskich partnerów. Jeśli my im tego wsparcia nie udzielimy, oni nie udzielą wsparcia nam, gdy my go będziemy w jakiejś innej sprawie potrzebować. Co więcej, nasza publicznie i z wielkim zadowoleniem przyprawiana sobie gęba rasistowskiego ksenofoba nikomu (może poza krajami V4, ale i to nie jest pewne) w Europie się nie podoba, więc inni też nam nie pomogą. Już prędzej nas ukarzą, nie wprost, ale tak konstruując europejski budżet i przyjmując takie regulacje, które nie będą odpowiadać naszym interesom.  

Mój prawicowy znajomy pyta się, czy mnie nie niepokoi, że po świecie przemieszczają się takie wielkie potoki ludzi. Ależ niepokoi mnie, nawet bardzo, ale nie mam na to wielkiego wpływu: To, że wielkie potoki ludzi się przemieszczają, należy uznać za warunek brzegowy.

Czy moglibyśmy jakoś ten warunek brzegowy zmienić? pyta znajomy i proponuje, aby na początek Europa ograniczyła konsumpcję: 

rzadziej zmieniać smartfony, sukienki, samochody, rzadziej jeździć na superwakacje na rafy koralowe i w Himalaje, pić mniej drogich alkoholi, nosić tańsze zegarki, itd, itp. Tak o 10% mniej. Może o 20%. Przywrócić tradycyjne "protestanckie" wartości: pracowitość, skromność, uczciwość (ale bez protestanckiej oschłości i ponuractwa!) Ale to dotyczy głównie bogatych krajów Zachodu - nas trochę też, ale mniej, bo my biedniejsi.

Z bardzo wielu powodów byłoby dobrze, gdyby Zachód (globalny Zachód, że tak to ujmę) ograniczył konsumpcję. Miałoby to też jakiś wpływ na poziom życia krajów Północnej Afryki i Bliskiego Wschodu, a także bardzo biednych i ciężko pracujących ludzi w Indiach, Bangladeszu czy Indochinach. Ale akurat Unia Europejska - owszem, przede wszystkim bogate kraje "starej Unii", ale bez zgody i kosztów dla Polski by się nie obyło - mogłaby zrobić rzecz niesłychanie prostą, ale politycznie w Europie bardzo trudną: znieść bariery chroniące rynek europejski przed afrykańskimi produktami rolnymi - warzywami i owocami, cukrem, bawełną, zdaje się, że także roślinami strączkowymi i oleistymi. One tam ze względów klimatycznych pięknie rosną, mogłyby rosnąć jeszcze piękniej, gdyby wprowadzić wyższą kulturę rolną, przetwarzanie, przechowywanie itd, ale Afryka nie może ich sprzedawać. A gdyby mogła, to z afrykańskiego punktu widzenia wielu ludzi miałoby pracę, poziom życia by wzrósł, młodzi mężczyźni mieliby inne perspektywy, niż wstąpienie do takiej czy innej armii lub partyzantki, głównie po to, aby grabić, gwałcić i mordować biednych chłopów. Z europejskiego punktu widzenia produkty rolne być może by odrobinę zdrożały, choć inni mówią, że wręcz przeciwnie, mogłyby potanieć, trudno mi to oszacować, ale na pewno bardzo wielu europejskich rolników (producentów rolnych) by splajtowało. A w europejskich krajach głosują europejscy rolnicy, afrykańscy chłopi, jeśli nawet głosują, to u siebie. Plantatorowi papryki, obojętnie czy z Hiszpanii, czy z Francji, czy z Polski, rozwiązaniem prostszym i bezpieczniejszym dla ich doraźnych interesów wydaje się zalecenie, aby wszystkich tych imigrantów odsyłać gdzieś do Libii czy Maroka, nawet jeśli to będzie kosztować dużo pieniędzy z kieszeni podatników, niż zgodzić się, że co prawda imigrantów będzie mniej, ale paprykę to ja sobie będę mógł uprawiać rekreacyjnie i będę musiał sobie poszukać innego zajęcia.

Nauczeni smutnymi doświadczeniami skutków dezindustrializacji, powinniśmy rozważać odległe skutki społeczne: Jakaś gmina - hiszpańska, francuska czy polska - żyła sobie nieźle z uprawy papryki. Plantacje upadły, bo dopuszczono konkurencję aftrykańską. Ci europejscy rolnicy, wraz z zatrudnianymi robotnikami rolnymi i ich rodzinami, nie znajdą innej pracy: Doliny Krzemowej tam nie ma i nie będzie, w najbliższej okolicy nie ma tradycyjnego przemysłu, co oni mają robić? Żyć z zasiłków, pardon, z lewicowej pensji obywatelskiej, która pozwoli na zaspokojenie elementarnych, level Europa, potrzeb życiowych, ale nie da żadnego poczucia sensu? O tym też trzeba pomyśleć.

Teoretycznie moglibyśmy mieć także wpływ na działanie wielkich korporacji surowcowych, które niemiłosiernie eksploatują Afrykę i, w pewnym stopniu, inne części świata, dewastując środowisko i korumpując lokalnych polityków, którzy wyżywają się potem na biedakach z innego ludu (narodu), mających - na skutek decyzji kolonialnych - pecha znajdować się pod ich władzą. Teoretycznie moglibyśmy mieć na to wpływ, ale wielkie korporacje stały się ponadnarodowe, wyalienowały się spod wpływów swych nominalnych rządów. Silna i naprawdę zjednoczona Unia Europejska mogłaby sobie jakoś z korporacjami poradzić, poszczególne kraje, nawet te duże, nie.

Są jeszcze dwa czynniki, które wpłynęły na ukształtowanie się obecnych warunków brzegowych i na które nie wyobrażam sobie, jaki moglibyśmy mieć wpływ. 

To prawda, że Europa Zachodnia zbudowała swoje bogactwo na niemiłosiernej, nieludzkiej, niebywale okrutnej eksploatacji swoich kolonii, więc teraz ma i wyrzuty sumienia, i można twierdzić, że ma wobec tych krajów jakieś zobowiązania, ale dziedzictwo kolonialne ma też dobre strony: demografię. Oprócz całego zła, Europejczycy przynieśli do kolonii i byłych kolonii elementy nowoczesnej medycyny, przede wszystkim szczepienia, higienę (w tym zasady dość elementarne, "nie pij wody skażonej odchodami"), a także ulepszone techniki produkcji żywności ("zielona rewolucja"). W efekcie populacja Afryki, Bliskiego Wschodu, Indii i innych krajów eksplodowała. W Syrii w roku 1960 mieszkało 4,5 mln ludzi. W roku 2011 23 mln. Pięciokrotny wzrost liczby ludności w ciągu pięćdziesięciu lat! Podobnie stało się w Egipcie, Etiopii i w krajach subsaharyjskich. I choć te kraje są wielkie, to brakuje zasobów, które mogłyby tę ludność wyżywić, nie ma pracy, nie ma perspektyw, epidemie wyeliminowano lub znacznie ograniczono, zostają więc tylko maltuzjańskie wojny: część młodych mężczyzn, nie mając perspektyw na normalne życie z pracy na roli czy w jakiejś fabryce, bo ani ziemi, ani takiej pracy nie ma (globalny Zachód lokuje swoje fabryki w Indiach i dalej na wschód, ale nie w Afryce czy na Bliskim Wschodzie), wstępują do jakiegoś wojska; pewnie zginą, ale co wcześniej użyją grabiąc, gwałcąc i mordując, to ich! Inni ludzie natomiast boją się, że zostaną zabici przez żołnierzy o nieco innym kształcie nosa lub wierzących w nieco innego Boga, albo skutków interwencji globalnego Zachodu, który oprócz przejmowania dochodów z ropy, chce wprowadzać demokrację i prawa człowieka, ale wprowadza głównie chaos (czyli całkiem na odwrót, niż Mefistofeles), albo boją się biedy na makabrycznie przeludnionej wsi czy w slumsach Nairobi, więc decydują się na ucieczkę. Gdyby ich było mniej, może jakoś by sobie poradzili. Ale ich jest dużo.

No i ostatni punkt: Mówi się, że wojna w Syrii jest pierwszą wojną klimatyczną. Coś jest na rzeczy. Wojnę domową poprzedziło kilka lat katastrofalnej suszy, w wyniku której ludność wiejska uciekła do miast. Gdy w przeludnionych miastach też zaczęło brakować wody i żywności, narastały napięcia społeczne, coś pękło i wybuchła wojna domowa wszystkich przeciwko wszystkim. Przy czym do suszy, jak mi się wydaje, przyczyniła się polityka państw, które zaczęły stawiać tamy na Eufracie, żeby nawodnić swoje pola, nie przejmując się losem ludzi mieszkająych w dole rzeki. Zdaje się, że coś podobnego z wolna szykuje się w Indochinach, gdzie kraje, przez które przepływa Mekong, też chcą go grodzić tamami, nie przejmując się tymi w dole. To dalej od nas, niż Syria, ale za to mieszka tam znacznie więcej ludzi.

Mekong Dam Project

Więcej o projekcie tam na Mekongu można przeczytać tutaj.

W Indiach natomiast gwałtownie ubywa wody w naturalnych podziemnych zbiornikach, z których korzysta 600 mln ludzi. Wody ubywa, bo ludzi i zwierząt hodowlanych jest o wiele więcej, niż dawniej, a opady są mniejsze. Pisałem o tym kiedyś na ś.p. blogu naukowym. Niechby 10% zagrożonych suszą ludzi postanowiło się gdzieś przenieść, a będziemy mieli wędrówkę ludów na skalę niespotykaną w przeszłości.

środa, 28 czerwca 2017

Jacob Jordaens (1593-1678), Król pijePoczułem, że muszę napisać coś bardzo osobistego.

Ludzie PiS są różni, przy czym przez "ludzi PiS" rozumiem ich ministrów, posłów, senatorów, działaczy, funkcjonariuszy i ich publicznych apologetów, a także partyjnych nominatów sprawujących rozmaite funkcje publiczne. Nie wszyscy oni są tacy sami. Jest co prawda kilka osób do szpiku kości złych i podłych, czyniących zło dla radości czynienia zła, ale więcej jest osób owładniętych żądzą władzy, chorych egocentryków, jeszcze więcej cynicznych karierowiczów, osób bezwzględnie realizujących swoje interesy osobiste i finansowe, frustratów odreagowujących swoje dawne krzywdy prawdziwe i urojone, zwykłych szkodników nieświadomych zła, jakie wyrządzają, ludzi nie ogarniających sił i procesów, które uruchamiają dla doraźnych, przyziemnych celów, osób, które czy to przez przypadek, czy dla kariery dalece przekroczyły swój poziom kompetencji, sporo jest szalonych ideologów, którzy - być może - jedynie wykorzystują PiS jako wehikuł do realizacji swoich poglądów, ale najwięcej jest głupców.

Nie ma wśród ludzi PiS osób robiących rzeczy dobre, nie ma nawet takich, którzy starają się, ale im nie wychodzi. Są tacy, którzy dają do zrozumienia, że "jeśli nie ja, to przyjdzie ktoś gorszy", ale to zwykła wymówka karierowiczów.

Z drugiej strony nie ma w ludziach PiS nic z grozy i przewrotności Mefistofelesa, jam jest tej siły cząstką drobną, co zawsze złego chce i zawsze sprawia dobro. Jest tylko pazerność, cynizm, obłuda, wybujałe ego i głupota, mój Boże, jaka straszna głupota.

Gdy natrafiam na fontanny chamstwa, fałszu i obłudy, wydobywające się z ust postaci w rodzaju Sasina czy Mazurek, przywołuję resztki moich ludzkich uczuć i mojego chrześcijaństwa, żeby westchnąć "Panie, wybacz im, bo nie wiedzą, co czynią", bo to są straszni głupcy.

Ale to nie uchroni ich od czyśca.

piątek, 09 czerwca 2017

biała różaPodkomisja smoleńska przeżywa kolejną kompromitację: Po tym, gdy nie potrafiła powiedzieć niczego sensownego w siódmą rocznicę katastrofy, wobec czego wystąpiła z nonsensowną teorią bomby termobarycznej, zwanej przez polskie internety bombą eskobaryczną, po tym, gdy okazało się, że przewodniczący podkomisji, dr Wacław Berczyński, zajmował się wykańczaniem Caracali, wyszło na jaw, iż podkomisja ordynarnie sfałszowała wyniki doświadczeń przeprowadzonych na WAT. Otóż eksperci z WAT ustalili, że samolot po utracie 1/3 skrzydła nie mógł bezpiecznie lecieć dalej, tymczasem podkomisja, znając te wyniki, ogłosiła, że mógł. Gdy naukowcy z WAT chcieli to sprostować na konferencji prasowej, Antoni Macierewicz, któremu WAT formalnie podlega, nakazał tę konferencję odwołać. Wiarygodność podkomisji smoleńskiej leży w gruzach, a w to, że w Smoleńsku doszło do zamachu, wierzy w Polsce mniej więcej taki sam odsetek respondentów, jaki w Ameryce wierzy w alien abduction. No i fajnie.

Jednak skoro nie zamach, to co?! Przecież oszalały z nienawiści Człowieczek Wolności, Jarosław Kaczyński, musi mieć możiwość wywarcia swej pomsty sprawiedliwej na Tusku, Kopacz, Arabskim i kim tam jeszcze trzeba. Oskarża się ich wobec tego o haniebne zaniedbania po katastrofie, w tym o "bezczeszczenie zwłok". Powiedzmy uczciwie, że i tak jest to pewien postęp - choć na przykład taka pani Beata Gosiewska, druga pani Gosiewska, osoba wyjątkowo wstrętna z uwagi na swoją pazerność i zacietrzewienie, wciąż dostrzega w Tusku mordercę jej męża - ale oskarżenia pod adresem polityków Platformy o niegodne obchodzenie się ze zwłokami ofiar katastrofy także są całkowicie bez sensu.

Sługusi pana Zbyszka prowadzą ekshumacje ofiar katastrofy i, z fałszywym współczuciem dla rodzin, epatują opinię publiczną mówiąc "dwie głowy, trzy nogi". A nie przypadkiem zmiażdżona jedna głowa i tkanki z drugiej, które można by zidentyfikować tylko robiąc badania DNA każdego fragmencika, co trwałoby miesiącami? Zapytana o to wprost, prokuratura nabrała wody w usta. No ale przecież panu Zbyszkowi chodzi wyłącznie o epatowanie, o to, aby urobić opinię publiczną przed postawieniem Tuskowi et consortes oskarżeń o chaos i zaniedbania po katastrofie. Oskarżyć o zamach ich się nie da, bo żadnego zamachu nie było, ale o coś oskarżyć ich trzeba.

Jutro jest kolejna miesięcznica. Jarosław Kaczyński wejdzie na swoją drabinkę i wciąż będzie wykrzykiwał, że "jesteśmy coraz bliżej prawdy", ale tym razem nacisk położy na to, że Donald Tusk i Ewa Kopacz rzekomo odpowiadają za "zbezczeszczenie zwłok", czyli pomieszanie fragmentów ciał ofiar katastrofy.

Teraz wydaje się, że decyzja o identyfikacji zwłok i indywidualnych pogrzebach była pochopna. Zapewne nikt w Polsce, a w każdym razie nikt w okolicach rządu, nie zdawał sobie sprawy ze stanu zwłok i natychmiast zorganizowano wyjazdy rodzin - czego zresztą one oczekiwały - do Moskwy celem identyfikacji, i już nie można było tego odwrócić. Tymczasem skoro udało się zidentyfikować ciała państwa Kaczyńskich, trzeba było zrobić uroczysty pogrzeb pary prezydenckiej, oczywiście w Warszawie, i indywidualne pogrzeby ok. 30 osób, których ciała też udało się łatwo zidentyfikować. Pozostałe szczątki należało bardzo, bardzo uroczyście pochować we wspólnym grobie, jak to zresztą robiono po innych wielkich katastrofach.

Ewa Kopacz nie musiała lecieć do Moskwy. Poleciała, bo chciała pomóc rodzinom ofiar. A ktoś z PiSu tam poleciał? Przecież wśród ofiar było tylu ich znajomych i przyjaciół. Może niezłomny Andrzej Duda? Poleciał po ciało pani Kaczyńskiej, spędził w Moskwie kilka godzin, z rodzinami się nie kontaktował i tyle go widzieli. Może minister Sasin, który też zresztą wówczas opowiadał, że identyfikacje zwłok prowadzono z wielką starannością? A nie, nie ruszył się z Warszawy, a może z Wołomina. (Nawiasem mówiąc, czemu pan Zbyszek nie wzywa teraz Jacka Sasina na przesłuchanie?) Może Antoni Macierewicz? O, ten tchórzliwie uciekł spod Smoleńska do Warszawy, żeby ratować cenne kwity, które miał zdeponowane w BBN. Może ktoś inny z wyższych urzędników kancelarii Lecha Kaczyńskiego lub polityków PiSu? Ni widu, ni słychu...

A biała róża, wiadomo, jest dla Jarosława Kaczyńskiego.

środa, 10 maja 2017

Grzegorz Schetyna próbował dziś odpowiedzieć na pytania, jakie w zeszłym tygodniu zadał Platformie PiS. Część odpowiedzi była niezła, ale w sprawach najgorętszych Platforma znów spróbowała starej taktyki: uniknąć odpowiedzi, nie powiedzieć nic konkretnego, udawać, że problemu nie ma. Kiepsko to wyszło. W ten sposób Platforma głosów nie zyska, już raczej straci, bo dużo osób dojdzie do wniosku, że w ważnych sprawach niczym właściwie nie różni się od PiSu. Grzegorzu Schetyno, nie idź tą drogą!

Ale po kolei.

1. CBA i IPN - Platforma zapowiada ich likwidację. Słusznie. CBA stało się policją polityczną PiS, a sprawami korupcyjnymi może zajmować się policja. Jeśli chodzi o IPN, to zapewne powinien istnieć instytut naukowy gromadzący dokumenty i zajmujący się tym fragmentem najnowszej historii Polski, niechby nawet nazywał się IPN, ale należy mu odebrać wszelkie funkcje prokuratorskie i lustracyjne. 

2. 500+ Platforma zachowa ten program, ale zmieni jego zasady. Nadal uważam, że programu 500+ nie należało wprowadzać, przeznaczone na niego środki można było wydać w sposób znacznie bardziej efektywny, ale skoro już jest i skoro ma pewne pozytywne krótkoterminowe skutki (dla ludzi, nie dla władzy), to zlikwidować go nie sposób, choć można go poprawić. Może przy innej okazji napiszę jak ja bym to widział.

3. Emerytury. Tu Platforma zaczyna się plątać. Zapowiada, że nie podniesie wieku emerytalnego, ale wprowadzi zachęty ("trzynasta emerytura"?!), aby ludzie jak najpóźniej przechodzili na emeryturę. Uważam, Platforma niesłusznie przestraszyła się problemu wieku emerytalnego. Należy przywrócić wiek emerytalny 67 lat dla kobiet i mężczyzn, jest to nieuniknione, co najwyżej należy rozszerzyć możliwość wcześniejszego przechodzenia na emeryturę (ale z trwale obniżonym świadczeniem), utrudnić łączenie pracy i wcześniejszej emerytury i znacznie ograniczyć możliwość występowania o rentę, gdy się już jest na emeryturze. Jednocześnie trzeba przygotować rynek pracy dla osób 60+.

4. Uchodźcy - problem najważniejszy, z którym Schetyna zupełnie sobie nie poradził. Wczoraj przewodniczący Platformy na pytanie, czy Polska powinna przyjmowac uchodźców, krótko i jano powiedział "nie". Dziś usiłował zatrzeć fatalne wrażenie, ale niezbyt dobrze mu to wyszło.

Grzegorz Schetyna najpierw przekonywał, że "nie ma problemu uchodźców", mając na myśli, że struktury europejskie obecnie nie dyskutują sposobu jego rozwiązania, nie narzucają kwot poszczególnym krajom, wszystko załatwia porozumienie UE-Turcja, a to nieprawda. Potem mówił, że Polska nie będzie przyjmować "nielegalnych migrantów", powinna natomiast mocniej angażować się w pomoc humanitarną ofiarom wojen. Powstało wrażenie, że Platforma nie ma w sprawie uchodźców jasnego stanowiska, ale jest mocno niechętna ich przyjmowaniu.

Lekki wstyd, Platformo, nieprawdaż?

Mój stosunek do przyjmowania uchodźców wyrażałem już na tym blogu kilkakrotnie (po raz pierwszy, drugi, trzeci i czwarty) i zdania nie zmieniam: Polska powinna przyjmować uchodźców. Jeśli nawet nie ze względu na ogólnoludzką solidarność z cierpiącymi ludźmi, to ze względu na solidarność europejską, czyli ze względu na nasz własny interes. Przecież uchodźcy w Europie są, ba, wciąż do niej przybywają. Głównie do Grecji i Włoch, które z wielką liczbą migrantów sobie nie radzą i oczekują, że europejscy partnerzy im pomogą. Niewiele osób chyba zrozumiało gest Angeli Merkel z 2015, gdy zdecydowała ona o przyjęciu miliona (sic!) uchodźców nie z jakiejś szczególnej do nich sympatii ani nie na zgubę Niemiec, ale by ulżyć Grecji, Włochom, Węgrom, Chorwacji i Austrii, które fala uchodźców wówczas zalała. Polska jest w Europie mocno krytykowana jako kraj, który chce brać, ale odrzuca wszelkie zobowiązania. Nie chcemy uchodźców, nie chcemy rządów prawa, nie chcemy gwarantowanych praw dla rozmaitych mniejszości, nie chcemy chronić środowiska i walczyć ze zmianami klimatu, ale przywileje wynikające z przynależności do Unii chcemy. Róbmy tak dalej, a w końcu - i to raczej szybciej, niż później - ktoś tupnie nogą i powie nam, że jeśli nie chcemy pomagać innym, możemy się wynosić na peryferie.

Oczywiście Polska powinna określić jakąś liczbę uchodźców, których moglibyśmy przyjąć - powiedzmy dziesięć tysięcy rocznie, może nawet mniej - powinna zapewnić sobie możliwość w miarę dokładnego prześwietlania tych osób, być może odmawiać przyjmowania samotnych mężczyzn o bardzo niepewnych papierach, a także zaliczać do kwoty uchodźców osoby przybywające do nas z niebezpiecznych części byłego ZSRR, głównie z Czeczenii i terenów Ukrainy objętych wojną, które uzyskają status uchodźcy, ale udawanie, że możemy z Europy brać i jednocześnie twierdzić, że problem uchodźców nas nie dotyczy, jest i nieludzkie, i całkiem doraźnie głupie.

Być może trzeba będzie zmienić europejskie prawo, tak aby uchodźcy relokowani z jednego kraju do drugiego nie mogli się swobodnie przenieść gdzie indziej: jeśli dostaną status uchodźcy w Polsce, nie powinni mieć prawa do natychmiastowego przeniesienia się do Holandii czy Niemiec i pobierania tam świadczeń socjalnych większych, niż w Polsce.

Dobrze wiem, że integracja uchodźców nie będzie łatwa. Trzeba starać się unikać błędów krajów zachodnich, nie dopuścić do powstawania gett, a przede wszystkim przełamać nasze własne negatywne stereotypy. Zauważmy: ci nie-Europejczycy, którzy już u nas mieszkają i a to studiują, a to prowadzą jakieś bary, a to pracują gdzie indziej, w większości nie przybyli do nas jako uchodźcy, ale w innym charakterze. I spotykają się z niechęcią, rasistowskimi obelgami, niekiedy z przemocą. Nasz obrzydliwy rząd na to nie reaguje, ba, wyraża dla tych postaw zrozumienie, sam nakręca niechęć do obcych i straszy terrorystami. Władze usuwają z Polski osoby, które mieszkają tu od lat i całkiem dobrze się zintegrowały: pracują, studiują, dzieci chodzą do szkoły i mają tam przyjaciół. Lokalne władze robią wszystko, żeby ośrodek dla uchodźców nie powstał na terenie ich gminy czy powiatu. Prawicowi publicyści nie dostrzegają problemu rasizmu, sami rozpowszechniają stereotypy antyislamskie i, szerzej, antymigranckie. Kościół hierarchiczny coś tam mówi o konieczności pomocy uchodźcom, ale lokalni księża nie tłumaczą wiernym, że zwyzywanie pracownika kebabu od kozojebców jest grzechem. O księżach, którzy samozwańczo mianują się kapelanami ksenofobicznych "patriotów", lepiej nawet nie wspominać...

Jest jeszcze problem rozróżnienia uchodźcy od nielegalnego migranta. Otóż precyzyjnie nie da się tego zrobić. Można wszkaże przyjąć, że ludzie, którzy ryzykują wielomiesięczną, niebezpieczną, kosztowną podróż w upokarzających warunkach, aby dostać się na wybrzeże Morza Sródziemnego tylko po to, aby podjąć jeszcze większe ryzyko przeprawy jakąś rozpadającą się, przeładowaną łódką do Europy, zasługują na nasze współczucie i wsparcie. Zapewne Europa mogłaby podjąć jakieś działania, aby tych ludzi z morza wyławiać i odstawiać do jakiegoś bezpiecznego portu na wybrzeżu północnoafrykańskim zamiast do Europy, ale na razie nie ma pomysłu jak się za to zabrać. I oczywiście wszystkie kraje europejskie, w tym Polska, powinny znacznie mocniej zaangażować się w pomoc dla cierpiących ludzi w ich własnych krajach i krajach sąsiednich, zwłaszcza zaś w zażegnanie konfliktów i skutków katastrof humanitarnych, które zmuszają ludzi do migracji. Jednak od przyjmowania uchodźców się nie wymigamy. Nawet nie powinniśmy próbować.

A na zakończenie

biała róża

Róża dla Jarosława Kaczyńskiego

poniedziałek, 08 maja 2017

Rozwija się afera śmigłowcowa, o której wspomniałem w jednym z poprzednich wpisów. Przypomnę: Dr Wacław Berczyński chwalił się publicznie, że to on "wykończył Caracale" i że Antoni Macierewicz uczynił go swoim "pełnomocnikiem w sprawie śmigłowców". Tymczasem dr Berczyński oficjanie nie uczestniczył w żadnym etapie postępowania przetargowego, a oficjalnym powodem zerwania przez Polskę rozmów było to, iż Airbus rzekomo nie chciał spełnić wymagań offsetowych.

Wybuchł skandal, w wyniku którego Berczyński zrezygnował z szefowania podkomisji smoleńskiej i radzie nadzorczej Wojskowych Zakładów Lotniczych w Łodzi i pospiesznie opuścił Polskę.

Ale to nie wszystko.

Platforma Obywatelska zmusiła MON do przyznania, że Wacław Berczyński, mimo iż nie został dopuszczony do informacji niejawnych, uzyskał dostęp do dokumentacji przetargowej na śmigłowce wielozadaniowe. MON broni się, że dokumenty, do których wgląd (prawem kaduka - na skutek osobistego polecenia Macierewicza) miał Berczyński, "miały charakter archiwalny", Berczyński w żadnym zakresie nie uczestniczył w negocjacjach offsetowych (tylko te toczyły się pod rządami PiSu - techniczno-wojskowo-finansowy etap przetargu zakończono jeszcze przed wyborami), a wreszcie że Berczyński uzyskał dopuszczenie do informacji niejawnych.

No cóż, dr Wacław Berczyński dopuszczenie do informacji niejawnych uzyskał zapewne w ramach działań damage control, dopiero w marcu tego roku, podczas gdy negocjacje offsetowe załamały się pół roku wcześniej. Nikt też nie twierdzi, że Berczyński w tych negocjacjach uczestniczył. Chodzi o coś innego: z przechwałek Berczyńskiego mogłoby wynikać, że Polska negocjowała z Airbusem w złej wierze, nigdy nie planując zawarcia kontraktu, bo o tym, że do tego nie dojdzie, zdecydowano już wcześniej.

Najbardzie frapująca jest sprawa materiałów "archiwalnych". Co to mogło być? Zapewne dokumentacja pierwszej części przetargu, ze specyfikacją i wszystkimi danymi oferowanych przez Airbus Helicopters śmigłowców, a także wynikami przeprowadzonych w Polsce testów. Możliwe, że dotyczyło to także pozostałych dwóch oferentów, Sikorsky'ego i Agusty, w zakresie, w jakim uczestniczyli oni w przetargu (odpadli wcześnie, bo oferowane konstrukcje nie spełniały wymogów wojska).

Specyfikacja, szczegółowe dane techniczne i wyniki testów to informacje, które każdy producent uznaje za poufne - za takie zresztą uznał je MON - i których raczej nie udostępnia swoim konkurentom.

Wacław Berczyński przez wiele lat pracował dla Boeinga, głównego konkurenta Airbusa. Zawdzięcza Boeingowi nie tylko emeryturę, ale także - podobno - bardzo korzystną pożyczkę, która odpowiednio zainwestowana, przyniosła Berczyńskiemu duże zyski. Pamiętajmy również, że Polska miesiąc temu, z wolnej ręki (bez przetargu), zdecydowała się na kupno trzech samolotów VIP za 2,5 mld złotych właśnie od Boeinga. Choć Krajowa Izba Obrachunkowa uznała, że MON, stosując tryb z wolnej ręki, naruszył prawo, tranzakcji nie można było już odwołać.

Pamiętajmy też o niejasnych powiązaniach ministra Macierewicza z amerykańskimi lobbystami pracującymi na rzecz przemysłu lotniczego.

Wacław Berczyński poznał szczegóły oferty Airbusa. Czy wobec tego poznał je Boeing? Założymy się?

Gdyby to się miało potwierdzić - ale spokojnie, nie potwierdzi się, przynajmniej nie w formie, którą można by przedstawić sądowi - ocierałoby się to o szpiegostwo przemysłowe i pachniało kryminałem. Gdyby zaś miało się potwierdzić, że Polska negocjowała z Airbusem w złej wierze, mogłoby to stanowić podstawę do żądania od Polski bardzo dużego odszkodowania.

Samo podejrzenie, nawet bez procesowego potwierdzenia, jest dla Polski bardzo szkodliwe. W przyszłości każdy liczący się producent trzy razy zastanowi się, czy warto Polsce oferować jakiś sprzęt, skoro Polska, za pośrednictwem swoich oficjalnych przedstawicieli, może przekazać wszystkie szczegóły oferty konkurencji. Jest to więc także element osłabiania możliwości obronnych Polski.

A śmigłowców wielozadaniowych jak nie było, tak nie ma.

Sprawa ta ma jeszcze jeden apekt etyczny. Wacław Berczyński szefował podkomisji smoleńskiej, która przez rok nie zrobiła dosłownie nic. Jasne, nie mogli udowodnić zamachu, gdyż żadnego zamachu nie było, ale oni nawet nie próbowali! A gdy w rocznicę katastrofy musieli coś pokazać, wystąpili z tezami zdumiewająco wprost głupimi. Wygląda na to, iż podkomisja smoleńska jest jedynie formą synekury dla semper fideles ekspertów smoleńskich, dla samego Berczyńskiego zaś przykrywką do prowadzenia podejrzanej działalności lobbystycznej - lub gorzej. Spójrzmy też na prawicowe media, które przez lata z ogłaszania kolejnych rewelacji smoleńskich, z zapowiadania, że prawda jest prawie udowodniona - jeszcze tylko źli ludzie, którzy nie mogą się pogodzić z wynikiem wyborów, dopuścili się zdrady dyplomatycznej i mają krew na rękach, wciąż przeszkadzają - uczyniły sobie znaczne źródło dochodów: ze sprzedaży książek, płyt, gadżetów, ale przede wszystkim dzięki wzrostowi czytalności, oglądalności i klikalności, co się przekłada na wzrost dochodów z reklam.

Wiele osób w Polsce szczerze sądzi, że w dochodzeniach smoleńskich chodzi o zamordowanego prezydenta, o zdradzonych o świcie, a tymczasem chodzi wyłącznie o pieniądze. O duże pieniądze. Nothing personal, it's just business.

sobota, 22 kwietnia 2017

Cóż za nowina! Działacze PiS zauważyli wreszcie, że przed Pałacem Namiestnikowskim, zwanym także Prezydenckim, nie ma miejsca na pomnik Lecha Kaczyńskiego. Nic to! Przecież można usunąć pomnik księcia Józefa Poniatowskiego, jak to najpierw zasugerował Jacek Sasin, działacz samorządowy z Wołomina, któremu marzy się zostać prezydentem Warszawy, co zaraz poparła posłanka Gosiewska (Małgorzata, ta mniej jadowita z dwu wdów Gosiewskich).

Czemu właściwie Lech Kaczyński miałby mieć pomnik przed Pałacem Namiestnikowskim? Chodzi, rzecz jasna, o zawłaszczenie przestrzeni symbolicznej, o pokazanie, kto nad Polską dominuje, o ustanowienie centralnego miejsca kultu nowej religii państwowej, w szczególności zaś o uświadomienie wszystkim, że tylko jakiś godny następca, czyli osoba wyznaczona przez PiS - najlepiej sam Jarosław Kaczyński, któremu śni się po nocach Recep Tayyip Erdoğan - może być prezydentem Polski. Oficjalnie PiS tych argumentów nie podnosi i mówi, że Lech Kaczyński na pomnik przy Krakowskim Przedmieściu zasłużył, gdyż był prezyentem Polski (no i co z tego? Gabriel Narutowicz, Stanisław Wojciechowski i Ignacy Mościcki, a nawet Bolesław Bierut i Wojciech Jaruzelski, też byli prezydentami, a pomników na Krakowskim Przedmieściu nie mają), poczynił wielkie zasługi (szczerze - nie takie znów wielkie), zginął tragicznie - poległ, jak mówią PiSowcy, a nawet poległ w obronie Rzeczpospolitej, jak ośmielił się powiedzieć Antoni Macierewicz - i został pochowany na Wawelu.

Usunąć Poniatowskiego, postawić Kaczyńskiego. To nie jest pierwszy przypadek, gdy PiS chce usunąć dotychczasowego patrona, by wstawić na to miejsce brata Człowieczka Wolności. Niedawno w Małopolsce głośna była próba zastąpienia Stanisławy Groblewskiej - porucznika AK, osoby zasłużonej dla przedwojennego sportu i powojennej nauki - Lechem Kaczyńskim w charakterze patrona szkoły rolniczej w Bystrej koło Gorlic; zrobił się skandal i teraz nikt nie chce się przyznać do autorstwa tego pomysłu. Podobnych przypadków było w Polsce kilka - z najsłynniejszym "mój brat był faktycznym przywódcą Solidarności".

Wracając do Księcia Józefa, to o jego pomniku znakomicie pisze drakaina. Sam Książę Pepi był, jaki był - od trunków i innych uciech cielesnych nie stronił, po polsku mówił gorzej niż po niemiecku czy po francusku - ale był zdolnym generałem, w XIX wieku uznawano go za jednego z naszych największych bohaterów narodowych. Naprawdę poległ w bitwie i jest pochowany na Wawelu.

Pomysł, aby usunąć jego pomnik z Krakowskiego Przedmieścia, by zrobić miejsce dla pomnika Lecha Kaczyńskiego, wpisuje się w odrażającą, naprawdę wstrętną PiSowską uzurpację by zastępować naszych prawdziwych bohaterów PiSowskim bohaterem mniemanym.

Niedoczekanie.

By Franciszek Paderewski (1760s-1819) - Andrzej Nieuważny, My z Napoleonem, Wrocław 1999, Domena publiczna, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=12015615

Książę Józef Poniatowski

środa, 19 kwietnia 2017

Jak donosi Gazeta Wyborcza, Polska ujawniła dane swoich agentów wywiadu, mianowicie tych, którzy współpracowali jeszcze ze służbami PRLu, w tym także tych, którzy po 1989 pracowali na rzecz wolnej już Polski. Ponieważ współpracowali ze slużbami PRLu, ich dane były w IPN, w tak zwanym zbiorze zastrzeżonym, ale od końca 2016 decyzją szefów służb - obecnych szefów służb, kontrolowanych przez PiS - zbiór ten został ujawniony. Można się dowiedzieć, jak nazywali się polscy agenci wywiadu, jakich nazwisk używali za granicą i wielu innych rzeczy.

To już druga taka koszmarna wpadka w wykonaniu polskich władz. Pierwsza zdarzyła się w 2007, gdy Antoni Macierewicz, w swoim raporcie z likwidacji WSI, ujawnił dane osobowe agentów tej formacji, także zagranicznych, a przy okazji stosowane metody operacyjne. Był to wielki prezent dla obcych, nieprzychylnych nam służb. Teraz służby te dostały drugi prezent, w postaci danych kolejnej dużej grupy agentów.

Państwo, które nie potrafi chronić danych własnych agentów, nie powinno oczekiwać, że ktokolwiek zechce z nim współpracować w przyszłości. 

Antoni Macierewicz ponosi osobistą odpowiedzialność za skandal i straty spowodowane przez raport z likwidacji WSI. W przypadku ujawnienia zasobu zastrzeżonego IPN odpowiedzialność Macierewicza nie jest co prawda bezpośrednia, ale o tym niezwykle szkodliwym dla interesów Polski kroku zdecydowały osoby mianowane przez Macierewicza na szefów wojskowych służb specjalnych. Nominaci Macierewicza nie odważyliby się podjąć takiej decyzji nie mając absolutnej pewności, że mają na to jego zgodę.

Zastanawiam się czy ujawnienie danych polskich agentów, i tych z raportu o likwidacji WSI, i tych z zasobu zastrzeżonego IPN, to tylko skrajna głupota, czy też działanie w interesie obcych służb. Obcych, ale w szczególności wiadomo, których.

Nie przesądzając, jak było w przypadku raportu z likwidacji WSI - a trzeba pamiętać, że Macierewicz natychmiast (według niektórych źródeł jeszcze przed oficjalną publikacją) zlecił przetłumaczenie go na język... rosyjski - myślę, że w kwestii zbioru zastrzeżonego IPN wina spada na ideologiczne zaślepienie, głupotę i karygodną niekompetencję PiS, jego przywódców i nominatów. "Uwalimy komuchów", pomyśleli, a że dla nich komuchem jest każdy, kto choć przez moment współpracował z PRLem i jego służbami (o ile nie otrzymał osobistego rozgrzeszenia od Jarosława Kaczyńskiego), nie zważali na to, że ujawniają ludzi, którzy niekiedy z narażeniem życia, a na ogół w dobrej wierze i z pożytkiem dla Polski służyli właśnie Polsce już po odzyskaniu przez nią niezależności.

PiSowcom, w ich bolszewickiej gorliwości, nawet nie przyszło do głowy, że po raz wtóry i kto wie, czy nie ostateczny, zniechęcają wszystkich do podejmowania jakiejkolwiek współpracy z państwem polskim. Jaką bowiem wiarygodność ma państwo, które po zmianie wewnętrznej sytuacji politycznej ujawnia swoich agentów, którzy nie służyli przecież tej czy innej partii będącej u władzy, ale właśnie państwu? Ano, żadną. PiSowcy okazali się przy tym głupsi od prawdziwych bolszewików, którzy przejąwszy akta carskiej Ochrany, wcale ich nie ujawnili: przeciwnie, strzegli ich jak oka w głowie i sami z tej agentury korzystali. 

Polska ma zresztą fatalną tradycję niechronienia danych: Okazuje się, że we wrześniu 1939, na skutek niekompetencji polskich władz, w ręce Niemców wpadły niemal kompletne archiwa polskiego wywiadu, z łatwymi do przewidzenia konsekwencjami dla osób pracujących na terenie III Rzeszy na rzecz Polski.

***

Nad Antonim Macierewiczem zbierają się chmury. Coraz więcej osób krytykuje go za to, co wyczynia w polskiej armii - kilka przykładów w komantarzach do wpisu Hucpa - coraz więcej osób publicznie mówi, że Macierewicz zachowuje się jak agent obcego państwa (wiadomo, którego). Ważne, że w samym PiSie narasta krytyka Macierewicza: najpierw zdano sobie sprawę, że "pozawojskowe" działania Macierewicza przynoszą duże szkody wizerunkowe, później powołana przez Jarosława Kaczyńskiego komisja wyrzuciła Bartłomieja Misiewicza, młodego faworyta Macierewicza, z PiS i zakazała mu pełnienia wszelkich funkcji w firmach nadzorowanych przez MON, a wreszcie okazało się, że prezydent Duda zaczął wysyłać do Macierewicza gniewne listy. Oczywiście dr Duda nie ośmieliłby się na taki krok, gdyby nie wiedział, że mu wolno (por. J 19:11). Jednocześnie w PiS ujawiła się walka frakcyjna, mianowicie podnoszą się mocne głosy w obronie ministra. To jednak musi nie podobać się Człowieczkowi Wolności, który chce całkowicie i jednoosobowo kontrolować swoją partię. Z drugiej strony za Macierewiczem stoi pan dyrektor Rydzyk i jego wpływowa organizacja medialna. Utrata głosów, które pan Rydzyk może zmobilizować, mogłaby być sporą stratą dla PiSu. Jak sądzę, decydujące będzie to, że Macierewicz zaczął wyrastać na drugą osobę w PiS, co nie podoba się jego partyjnym kolegom, w dodatku zaczęło się wydawać, że uzyskuje pozycję polityczną niezależną od autorytetu Jarosława Kaczyńskiego, a to z pewnością nie podoba się temu ostatniemu.

Na froncie smoleńskim też Macierewiczowi ostatnio się nie wiedzie. Jego ulubiona podkomisja smoleńska, kierowana przez dr. Wacława Berczyńskiego, zamiast na siódmą rocznicę katastrofy przedstawić jakiekolwiek dowody na zamach czy spisek, pokazała tylko żałosny filmik z wysadzenia blaszanego garażu z domalowanymi (sic!) oknami, mającego udawać kadłub Tupolewa. Dr Berczyński powiedział, że katastrofa prawie na pewno została spowodowana przez wybuch bomby termobarycznej, którą polski lud internetowy natychmiast przechrzcił na bombę eskobaryczną. Choć Jarosław Kaczyński nazwał ten film "naukowym dowodem" na hipotezę zamachu, przekonało to chyba tylko tych już niezachwianie przekonanych. Dużo osób, które dotąd skłonne były uznać, że w Smoleńsku doszło do zamachu, teraz zaczyna w to wątpić.

Mało tego! Dr Berczyński udzielił wywiadu, w którym przypisał sobie zaslugi w zerwaniu przez Polskę negocjacji na zakup francuskich śmigłowców Caracal:

Nie wiem, czy pani wie, ale to ja wykończyłem caracale. Znam się na tym, znam się na śmigłowcach, znam się na lotnictwie. Pamiętam, jak przeczytałem o tych caracalach, o tym, że polski rząd zamierza je kupić, to mi włosy stanęły dęba. Markowi Pyzie w piśmie „wSieci” powiedziałem, że to jest przekręt, że Polska nie może tak strasznie przepłacać – i się zaczęło. To był kwiecień 2015 r., jeszcze rządziła PO. Potem wybory wygrał PiS, ministrem obrony został Antoni Macierewicz, który powiedział: „Bądź moim pełnomocnikiem w sprawie śmigłowców”.

Stoi to w jaskrawej sprzeczności z oficjalnym stanowiskiem Polski, iż do zerwania negocjacji doszło, gdyż Airbus, producent Caracali (nb, Berczyński wiele lat pracował dla Boeinga, głównego konkurenta Airbusa), nie wywiązywał się z umowy offsetowej. MON natychmiast wydał oświadczenie, cytowane tutaj, iż Berczyński nie miał nic z Caracalami wspólnego. Albo więc zaufany ekspert Antoniego Macierewicza, dr Wacław Berczyński, ujawnił, że PiSowski rząd Polski publicznie łgał w sprawie kontraktu i w ogóle negocjował z Airbusem w złej wierze (skądinąd wiele wskazuje, że tak właśnie było), albo też Berczyński jest kłamcą i mitomanem, a MON mimo to toleruje go na stanowisku szefa ważnej podkomisji. Tak czy siak, skandal.

Po tym wszystkim widzę dwie możliwości: Albo Macierewicz zostanie odwołany z funkcji ministra, a przynajmniej jego faktyczna władza i pozycja zostaną poważnie ograniczone a część jego decyzji cofnięta, albo też Macierewicz otrzyma jedynie jakąś karę symboliczną i Kaczyński nakaże mu przez kilka tygodni czy miesięcy siedzieć cicho, jednak żadne faktyczne działania Macierewicza, jak na przykład budowa Obrony Terytorialnej jako formacji podlegającej bezpośrednio ministrowi, nie Sztabowi Generalnemu, nie zostaną zatrzymane. 

To pierwsze byłoby znakiem, że Jarosław Kaczyński odzyskał kontrolę nad swoją partią. To drugie utwierdziłoby mnie w przekonaniu, że Antoni Macierewicz ma jakieś mocne haki na Kaczyńskiego, a wobec tego jest nie do ruszenia.

Stawiam na tę drugą możliwość.

Edit, 20 kwietnia: Dr Wacław Berczyński podał się do dymisji.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 30