Kategorie: Wszystkie | Edukacja | Fizyka | Kryzys | Literatura | Muzyka | Polityka | Rozmaitości
RSS
piątek, 16 września 2016

Wśród członków obecnego rządu osobną pozycję zajmuje minister rolnictwa, Krzysztof Jurgiel. Jest to człowiek zwyczajnie głupi i niekompetentny. Żaden ideolog. Nie wypowiada się na tematy polityczne, a tylko realizuje dobrą zmianę w rolnictwie.

Wieś to dla PiS bardzo ważny obszar bo, po pierwsze, głosy mieszkanców wsi są dla PiS ważne w wymiarze krajowym, po drugie, PiS toczy na wsi walkę na śmierć i życie z PSL o głosy w wyborach samorządowych, a zatem o mnóstwo stanowisk "w terenie", będących łakomym kąskiem dla obu partii. Z perspektywy Warszawy, Krakowa czy Wrocławia stanowisko gminnego urzędnika z pensją 2,500 zł netto może nie wydawać się czymś oszałamiającym, ale z perspektywy Końskich, Annopola lub Sokółki rzecz ma się zupełnie inaczej: Tam gmina i powiat są najważniejszymi pracodawcami, praca jest pewna, na etat, a więc ze składką emerytalną, urlopem i ubezpieczeniem, dochód stały, nikt inny niczego lepszego tam nie zaoferuje. Kontrolując samorząd, można dać pracę lokalnemu działaczowi, szwagierce czy niezbyt udanemu kuzynowi. Rolnictwo wreszcie jest ważną częścią polskiej gospodarki a produkty rolne mają znaczący udział w polskim eksporcie. Wydaje się zatem, że osoba odpowiedzialna za tak ważny dla PiS obszar powinna być zdolna i kompetentna.

Nic podobnego.

Minister Jurgiel, co akurat jest typowe dla jego formacji politycznej, zaczął urzędowanie od totalnej wymiany kadr. I to nie tylko w samym ministerstwie, ale we wszystkich podległych agendach, aż do terenowych placówek Agencji Rozwoju i Modernizacji Rolnictwa i lokalnych elewatorów zbożowych włącznie. Wymiana przebiegała według klucza działacz-szwagierka-kuzyn. Doprowadziło to do sytuacji, w której za rolnictwo - od góry do dołu - zaczęli odpowiadać ludzie niekompetentni, a przede wszystkim unikający podejmowania jakichkolwiek decyzji. Działacze PiS bowiem z lubością przyglądają się, jak agencje "alfabetowe" (ABW, CBA) dobierają się do skóry przeciwnikom, ale sami boją się ich wprost panicznie. Bo gdyby coś poszło nie tak, bo gdyby przypadkiem skorzystał ktoś niewłaściwy... Nie, znacznie lepiej jest nic nie robić. Nie podejmować żadnych decyzji. Mnożyć papiery i trudności. Najważniejszym skutkiem takiej polityki były wielomiesięczne, sięgające niekiedy roku opóźnienia w wypłatach środków z unijnych dopłat bezpośrednich. Minister Jurgiel i jego fachowcy nie potrafili też przeciwdziałać skutkom załamania cen wielu produktów rolnych i konsekwencjom odcięcia Polski od rynków eksportowych. Symboliczne dla dobrej zmiany zrujnowanie hodowli koni arabskich było, w gruncie rzeczy, niewiele znaczącym dodatkiem.

Chłopów zaczął trafiać szlag. 

Dalej minister Jurgiel zajął się ustawą o obrocie ziemią rolną. W dużym skrócie: ziemię rolną mogą kupować tylko inni polscy rolnicy, do limitu 300 ha, i to z ograniczeniami geograficznymi; nie-rolnik potrzebuje arbitralnie wydawanej (sytuacja korupcjogenna!) zgody urzędnika Agencji Własności Rolnej Skarbu Państwa. Cudzoziemcom ziemi rolnej kupować nie wolno. I choć Jurgiel ostatecznie wycofał się z najbardziej krytykowanego pomysłu, mianowicie z ograniczenia prawa do dziedziczenia ziemi, obrót ziemią rolną w Polsce praktycznie ustał. Chłopom, którzy brali kredyty pod zastaw ziemi, grozi bankructwo, gdyż niesprzedawalna ziemia nie ma dla banku żadnej wartości.

Ustawa w zamierzeniu ma chronić polskie gospodarstwa rodzinne. Proszę mnie dobrze zrozumieć: zniesienie wszelkich ograniczeń w obrocie ziemią dla obywateli UE, jakie miało nastąpić 1 maja, potencjalnie mogło rodzić pewne zagrożenia. Co prawda w niczym nie przeszkadzałoby mi, gdyby przedsiębiorca rolny z Holandii czy Niemiec kupił ziemię w Polsce, niechby i kilkaset hektarów, żeby ją uprawiać - a mógłby chcieć to zrobić zważywszy, że w Polsce ziemia jest tańsza, niż na Zachodzie - ale niedobrze by było, gdyby ziemia była kupowana w celach spekulacyjnych. A takie rzeczy się dzieją w innych biednych krajach, z dużą szkodą dla tamtejszych chłopów. Jednak Jurgiel wprowadził ograniczenie najbardziej toporne - nie i szlus. To najbardziej uderza w mieszczuchów, którzy dotąd chętnie kupowali domy z kawałkiem pola i widokiem na las, oraz w podstarzałych rolników, którzy chcieli taką ziemię sprzedać. Poza tym, powtarzam, nic złego by się nie stało, gdyby ktoś z Zachodu skupił ziemię z kilku czy kilkunastu małych, nieproduktywnych gospodarstw, połączył ją i rozpoczął na niej towarową produkcję rolną. Przeciwnie, gospodarczo, a nawet cywilizacyjnie, byłoby to całkiem korzystne.

Jednak dopiero najnowszy pomysł ministra Krzysztofa Jurgiela, impuls dla powstania tej notatki, woła o prawdziwą pomstę do nieba.

Chodzi o afrykański pomór świń.

Jest to choroba wirusowa, śmiertelna dla świń, o kilkudniowym okresie inkubacji. Chore świnie umierają nie osiągnąwszy wagi odpowiedniej dla komercyjnego uboju. Wirus jest niegroźny dla człowieka, ale mięso zwierząt padłych, a także tych, u których wystąpiły już objawy (gorączka!), nie nadaje się do spożycia. Wirus może przeżyć w mięsie dość długo po śmierci zarażonego zwierzęcia, wytrzymuje też standardową obróbkę cieplną. Nie ma na tę chorobę szczepionki ani lekarstwa, jedynym sposobem przeciwko rozprzestrzenianiu się choroby jest wybijanie stad i tworzenie stref ochronnych. Kraje, w których stwierdzono afrykański pomór świń, objęte są silnymi restrykcjami eksportowymi - nie tyle z uwagi na zagrożenie dla ludzi, ile z uwagi na zagrożenie dla hodowli w krajach importujących mięso.

Naturalnym rezerwuarem wirusa są dziki, z których część przeżywa zakażenie, stając się nosicielami. Kontaktując się, choćby pośrednio, ze zwierzętami hodowlanymi, przenoszą na nie chorobę. Na terenie objętym chorobą dziki, niestety, też trzeba wybić.

To dziki przyniosły do Polski chorobę z Białorusi w 2014; białoruskie służby nie radzą sobie z kontrolowaniem choroby. Pod koniec rządów Platformy w Polsce stwierdzano trzy ogniska choroby, wszystkie w pobliżu granicy z Białorusią. Utworzono strefy ochronne. Lokalni drobni hodowcy -  prawdziwe świńskie zagłębie znajduje się po drugiej stronie Wisły - bardzo narzekali na uciążliwości tych stref: nie wolno im było świń sprzedawać do skupu, przewozić, handlować prosiętami. Ówczesny kandydat na ministra rolnictwa, Krzysztof Jurgiel, obiecał chłopom poluzowanie restrykcji. Dziś, po dziesięciu miesiącach rządów PiS, ognisk choroby jest dwadzieścia i przesuwa się ona wgłąb kraju.

Skutkiem postępu choroby było poszerzenie stref ochronnych, skutkiem tego - jeszcze większy lament hodowców. Minister Jurgiel wprowadza zatem ustawę "o szczególnych rozwiązaniach" w sprawie afrykańskiego pomoru świń. Nie ma ona na celu usprawnienia zwalczania choroby, a jedynie ulżenie doli polskich chłopów - drobnych hodowców świń z Podlasia i Mazowsza. Mianowicie, ustawa przewiduje zakup zdrowych świń nadających się do komercyjnego uboju ze stref ochronnych i przerobienia ich mięsa na konserwy dla wojska i do zapasów państwowych. Absurd! Boże drogi, jaki to jest straszny absurd! Nie chodzi przy tym o rzekome zagrożenia dla zdrowia ludzi, przed czym histerycznie przestrzegają media, bo wirus, jako się rzekło, jest niegroźny dla ludzi, ale o kolosalne ryzyko niekontrolowanego rozprzestrzenienia się choroby.

Skupywane świnie mają być badane, ale zapewne tylko pod kątem występowania objawów. Afrykański pomór świń, jak wiele innych chorób wirusowych, ma okres utajony - zwierzę nie wykazuje objawów, ale może zarażać inne zwierzęta. W ich ciele jest wirus. Wirus przedostanie się zatem do przetworów. 

Groźniejsze jest jednak co innego. Obecnie choroba rozprzestrzenia się, jak by to powiedział fizyk, dyfuzyjnie, w sposób typowy dla ruchów Browna (lewy obrazek). Przenoszą ją dziki, a także ludzie - rolnicy, którzy nie zważając na zakazy, handlują zakażonym mięsem i prosiętami na pobliskich targowiskach. Jak niedawno przyznał w rozmowie z Rzeczpospolitą minister Jurgiel, część handlarzy i rolników wykazuje mniej zrozumienia. Postęp dyfuzyjny jest powolny i można go kontrolować, tworząc odpowiednio szeroką strefę ochronną. Jednak gdy zwierzęta i potencjalnie zakażone mięso zacznie się przewozić na większe odległości, sytuacja zmienia się dramatycznie: wirus wykonuje bardzo długie skoki (spacery Levy'ego - Levy walks, patrz prawy obrazek), a wtedy powstrzymać się go praktycznie nie da - strefa ochronna musiałaby obejmować cały kraj. Roznosić wirusa mogą pojazdy używane do transportu zwierząt, a nawet ludzie pracujący przy ich załadunku i rozładunku. Może wystarczyć, żeby samochód przewożący zwierzęta chore pojechał potem do farmy wolnej dotąd od choroby. Także odpady pozostałe po obróbce zwierząt mogą być źródłem zakażenia, jeśli nie zostaną zutylizowane z zachowaniem odpowiedniego reżimu sanitarnego. A tu nie ma wielkich gwarancji, zwłaszcza w małych zakładach, gdzie panu Władkowi nie będzie się chciało, no bo przecież nic się nie stanie, więc wykaże mniej zrozumienia. A jeśli choroba przedostanie się do Wielkopolski, na Kujawy, na Pomorze Zachodnie, może to oznaczać załamanie się hodowli świń - całkowite załamanie się hodowli świń! - w Polsce na długie lata. I wieloletni zakaz eksportu wieprzowiny.

Brownian motion and Levy walk

To wszystko nie jest wiedza tajemna. Przeciwnie, rzecz jest dobrze znana i z czasów zwalczania epidemii pomoru świń (afrykańskiego i zwyczajnego) w krajach zachodnich, i, przede wszystkim, ze zwalczania epidemii choroby wściekłych krów (BSE) w Wielkiej Brytanii. Sam minister może tego nie wiedzieć, ale od tego powinien mieć specjalistów, fachowych doradców, którzy mu to powiedzą i przekonają go, że zysk (mniejsza strata) lokalnych hodowców z Podlasia nie jest wart kolosalnego ryzyka dla całej hodowli trzody w Polsce. Widać jednak ministerialni fachowcy, których głównymi kompetencjami są odpowiednie koneksje polityczne lub rodzinne, albo sami tego nie wiedzą, albo nie potrafili przekonać ministra. Cóż, minister, jako się rzekło, jest głupi.

Co trzeba było zrobić? Cóż, ekstrapolując wspomniane doświadczenia z Europy Zachodniej, należało uśpić wszystkie świnie z obszaru ochronnego, a ich ciała zutylizować, najlepiej na miejscu. Choćby przez spalenie. Jak w  czasie epidemii BSE. Rolnikom oczywiście należało wypłacić odszkodowanie, i to w wysokości kilkukrotnie większej, niż potencjalna kwota, jaką uzyskaliby ze sprzedaży świń na rynku. Kilkukrotnie większej, bo przecież przez co najmniej kilka lat nie będą mogli hodować świń. Ale ktoś postanowił "zaoszczędzić", tak jak minister Jurgiel "oszczędza", nie zaś marnotrawi świńskie tusze w drodze utylizacji. Może to kosztować naszą gospodarkę miliardy złotych. Nie miliony. Miliardy.

Należy też wybić wszystkie dziki na obszarze zagrożonym chorobą. Smutne, ale konieczne. Minister Jurgiel zarządził na początku roku odstrzelenie 40 tysięcy (sic!) dzików. Zająć się tym miał Polski Związek Łowiecki, ale efektywnie sabotuje to zarządzenie, co minister przyznaje we wspomnianej rozmowie z Rzeczpospolitą. Jest to, zapewne, przejaw sporu kompetencyjnego - jakich wiele w tym, pożal się Boże, rządzie, choć są one starannie ukrywane - pomiędzy ministrem rolnictwa a ministrem ochrony środowiska Janem Szyszko, kolejną groźną osobliwością w rządzie PiS, eksponentem lobby leśnego i łowieckiego. 

Bardzo się boję, że na skutek głupoty, krótkowzroczności i niekompetencji ministrów, polskie rolnictwo może ponieść straty, z których nie podniesie się przez wiele lat.

Cieszyć się mogą co najwyżej fizycy i epidemiolodzy, którym epidemia afrykańskiego pomoru świń w Polsce dostarczy zapewne wielu ciekawych danych do weryfikacji ich hipotez naukowych. W wypadku polskich naukowców będzie to jednak radość przez łzy.

sobota, 27 sierpnia 2016

Willard Van Orman Quine, amerykański logik, w artykule Grammar, Truth, and Logic (1980), napisał

It is a general practice, in intellectual pursuits, to argue from the truth of one sentence to the truth of another. Some such arguments are the business of logic, others not. [...] Logic studies the truth conditions that hinge solely on grammatical constructions.

Nie piszę tego po to, aby omawiać tezy Quine'a, ale by zwrócić uwagę, że struktura gramatyczna zdania jest istotna dla jego prawidłowej interpretacji. A wszystko to w kontekście niedawnej decyzji prezydenta Dudy, który odmówił powołania kilkorga sędziów. Jest to więc kontynuacja mojego poprzedniego wpisu.

Spór konstytucyjny (sic!) sprowadza się do rozstrzygnięcia, czy zdania

(1) Prezydent Rzeczypospolitej powołuje sędziów na wniosek Krajowej Rady Sądownictwa, na czas nieokreślony

oraz

(2) Sędziowie powoływani są przez Prezydenta Rzeczypospolitej, na wniosek Krajowej Rady Sądownictwa, na czas nieokreślony

są równoważne. Zdanie (2) jest literalnym powtórzeniem art. 179 konstytucji. Zdanie (1) nie występuje w konstytucji, ale liczni krytycy pana Dudy, ale także pewien przychylny dobrej zmianie logik, implicite uznają, że (1) jest równoważne (2). Gdyby tak było, należałoby stwierdzić, że konstytucja postanawia (1), a zatem prezydent musi mianować sędziów na wniosek KRS, per analogiam z omawianymi poprzednio art. 159 ust. 2 i art. 161 konstytucji. Tak jednak nie jest!

Hipotetyczne zdanie (1) mówi o prezydencie - to "prezydent" jest jego podmiotem. Zdanie to mówi, że jeśli wystąpi pewna przesłanka (tu: wniosek KRS), prezydent wykonuje pewną czynność (tu: powołuje sędziów). Wykonuje. Nie "może wykonać". Nie "ma prawo wykonać". Wykonuje. Zaistnienie przesłanki konstytucyjnie wymaga od prezydenta wykonania (i to niezwłocznego!) określonej czynności, tak jak sejmowe wotum nieufności (art. 159 ust. 2) wymaga od prezydenta odwołania ministra, a wniosek premiera (art. 161) wymaga od prezydenta dokonania zmiany w składzie Rady Ministrów.

Faktycznie występujące w konstytucji zdanie (2) mówi o sędziach. Jego podmiotem są "sędziowie". Mówi ono mianowicie, w jaki sposób można powołać sędziego: może to zrobić tylko prezydent i tylko na wniosek KRS. Zdanie to nie mówi, że prezydent musi wykonać pewną czynność, a jedynie, że aby prawidłowo powołać sędziego, muszą wystąpić dwie przesłanki: decyzja prezydenta i poprzedzający ją wniosek KRS. Ze zdania (2) nie wynika, że stosowny wniosek KRS wymusza na prezydencie podjęcie decyzji o powołaniu sędziego. Wniosek KRS jest warunkiem koniecznym, ale nie wystarczającym, aby prezydent powołał sędziego.

Można deliberować, czy ustrojodawca (ustawodawca konstytucyjny) faktycznie to miał na myśli, co wynika z językowej (i logicznej!) analizy tekstu konstytucji, czy też był to jedynie zabieg stylistyczny: Art. 179 konstytucji znajduje się w Rozdziale VIII: Sądy i Trybunały, więc jest rzeczą naturalną, że to sędziowie i sądy, nie zaś inne organa państwa, są podmiotami poszczególnych artykułów. Ale to nieważne. Jedyne, co mamy i jedyne, na czym możemy się oprzeć, to tekst konstytucji. Zdania (1) i (2) nie są logicznie równoważne (w języku Quine'a, one cannot argue from the truth of (2) to the truth of (1)), a zatem trzeba uznać, że konstytucja nie wymusza na prezydencie zastosowania się do wniosku KRS odnośnie do mianowania sędziego. Jest to dla mnie oczywiste i jasne, jak słońce na niebie.

Verum est quod clare et distincte percipio, jak stwierdził był Kartezjusz. Bez względu na to, jak oceniam motywy, którymi kierował się pan Andrzej Duda odmawiając nominacji sędziowskich pewnym osobom, muszę stwierdzić, że w świetle konstytucji prezydent nie jest jedynie notariuszem KRS, który musi opatrzyć stosowną pieczęcią jej każdy wniosek. Przeciwnie, prezydent może się wnioskom KRS sprzeciwić.

środa, 24 sierpnia 2016

Na początku lipca prezydent Duda odmówił nominowania dziesięciu sędziów, których kandydatury wysunęła Krajowa Rada Sądownictwa. W jednym wypadku chodziło o pierwszą nominację, w dziewięciu o awans do sądów wyższego szczebla. Prezydent w żaden sposób swojej decyzji nie uzasadnił, ale jest tajemnicą poliszynela, że z odmową spotkali się sędziowie, którzy poprzednio wydawali wyroki niekorzystne dla PiSu lub niemile widziane przez prawicę.

Środowisko sędziowskie jest oburzone. KRS domaga się od prezydenta przedstawienia uzasadnienia negatywnych decyzji. Niepowołani sędziowie składają skargi do sądów administracyjnych, a do prezydenta apeluje europejskie stowarzyszenie sędziów.

Wszystko to jest, jak się wydaje, zupełnie chybione. Nawet nieco się dziwię, że sędziowie zachowują się tak bardzo nieprofesjonalnie.

Nie chodzi bowiem o to, czy decyzja prezydenta była słuszna (moim zdaniem, nie była), ale czy była formalnie poprawna. Otóż była. Prezydent mógł omówić nominacji i nie musiał tej decyzji uzasadniać.

Zacznijmy od tego, że był już precedens: Prezydent Lech Kaczyński także odmówił dokonania nominacji sędziowskich, co również głośno krytykowano, ale raczej nie kwestionowano samej zasady. Niektórzy z niepowołanych wówczas sędziów  - jak możemy przeczytać - składali skargi do sądu administracyjnego, a potem do NSA, które uznały, że powoływanie sędziów jest "osobistą prerogatywą" prezydenta i że prezydent nie działa w tym zakresie jako organ administracji publicznej, a więc jego (odmowna) decyzja nie wymaga uzasadnienia.

A jak to wygląda z punktu widzenia konstytucji?

Zacznijmy od przepisu nie dotyczącego sędziów. Mianowicie art. 161 powiada, że

Prezydent Rzeczypospolitej, na wniosek Prezesa Rady Ministrów, dokonuje zmian w składzie Rady Ministrów.

"Dokonuje". Powszechnie interpretowane jest to w ten sposób, iż prezydent musi dokonać zmian w składzie rządu (odwołać ministra, powołać następcę) ilekroć zażąda tego premier. Prezydent może uwielbiać odwoływanego ministra i serdecznie nie znosić powoływanego, ale nie ma wyboru: premier składa wniosek, prezydent go wykonuje. Decyduje o tym tryb gramatyczny (tryb orzekający, strona czynna) użyty w konstytucji. Nawiasem mówiąc, taki sam tryb użyty jest we wcześniejszym przepisie konstytucyjnym - art. 159 ust. 2:

Prezydent Rzeczypospolitej odwołuje ministra, któremu Sejm wyraził wotum nieufności [...]

Tu nie ma najmniejszych wątpliwości: prezydent musi odwołać ministra, wobec którego wyrażono wotum nieufności. Prezydent nie może powiedzieć "mógłbym w tej sytuacji odwołać, ale tego nie zrobię". Nic z tych rzeczy. Prezydent odwołać musi.

A jak to jest w wypadku sędziów? Mówi o tym art. 179 konstytucji:

Sędziowie są powoływani przez Prezydenta Rzeczypospolitej na wniosek Krajowej Rady Sądownictwa, na czas nieoznaczony.

Ponadto art. 144 ust. 3 pkt. 17 wyłącza nominacje sędziowskie z obowiązku uzyskania kontrasygnaty premiera, czyniąc z tego "osobistą prerogatywę" prezydenta.

Zwróćmy uwagę, że brzmienie, tryb gramatyczny użyty w art. 179 jest inny, niż w przywołanych dla porównania art. 159 i 161. Przepis art. 179 nie zmusza prezydenta do wykonania określonej czynności (tu: powołania sędziów na wniosek KRS). Przepis ten mówi jedynie, że 

  • tylko prezydent może powoływać sędziów (nie premier, nie minister, nie prezes sądu, nie pan Staszek z sąsiedniej ulicy)
  • prezydent może to zrobić wyłącznie na wniosek KRS (nie sam z siebie, nie na wniosek premiera czy pana Staszka)

ale nie implikuje, że prezydent musi postąpić zgodnie z wnioskiem KRS. KRS - i tylko KRS - może złożyć wniosek o powołanie (awansowanie) sędziego i KRS ma swoje, dobrze zdefiniowane i dość przejrzyste procedury prowadzące do sformułowania takiego wniosku, prezydent zaś może, ale niekoniecznie musi się do takiego wniosku przychylić. Ba, można sobie wyobrazić racjonalne powody, dla których prezydent mógłby się do wniosku KRS nie zastosować - na przykład już po sformułowaniu wniosku wyjdzie na jaw, że kandydat na sędziego to jednak jest gnida lub też prezydent, opierając się na informacjach niejawnych (od służb specjalnych), do których on ma dostęp, KRS zaś nie, uznaje, że kandydat na sędziego jest agentem obcego mocarstwa; prezydent przy tym nie chce ujawnić powodów swojej odmowy żeby nie zdekonspirować służb. Jest jasne, że prezydent, który w naszej tradycji ma symbolizować jedność i ciągłość państwa, stać ponad podziałami, powinien decyzje odmowne wydawać z najwyższym umiarem - zgodzić się bowiem należy, że prezydent, w przeciwieństwie do KRS, nie ma środków i mechanizmów do dokonania merytorycznej oceny kandydata na sędziego - ale formalnie nie musi być posłuszny KRS i decyzji nie musi uzasadniać.

Stanowisko to jest spójne z... wyrokiem Trybunału Konstytucyjnego, wydanym w innej, choć powiązanej sprawie. Mianowicie, po ekscesach prezydenta Lecha Kaczyńskiego, który, jako się rzekło, odmówił nominowania niektórych kandydatów, ale przede wszystkim przez bardzo długie miesiące zwlekał z podjęciem jakiejkolwiek decyzji, ustawodawca chciał zobowiązać prezydenta do nominowania sędziego w ciągu miesiąca od wpłynięcia wniosku z KRS. Trybunał w roku 2012 uznał ten przepis za niezgodny z konstytucją, jako że godzi on w "osobistą prerogatywę" prezydenta. W uzasadnieniu wyroku TK czytamy:

Trybunał uznał, że nieokreślenie wprost w art. 179 konstytucji terminu na powołanie sędziów należy odczytywać w ten sposób, że Prezydent ma obowiązek działania niezwłocznego. Taka interpretacja dopuszcza wystąpienie uzasadnionego opóźnienia w realizacji przez Prezydenta jego kompetencji, przykładowo, gdy konieczna jest analiza kandydatur zgłoszonych przez KRS i pozwala prawidłowo ją wykonywać, umożliwiając rzetelną ocenę kandydatur na stanowiska sędziowskie.

TK uznał zatem, że prezydent może analizować i oceniać kandydatury przedstawione przez KRS. I choć Trybunał nie mówi tego wprost, należy, jak przypuszczam, rozumieć, że skoro prezydent może "analizować" i "oceniać", logicznie dopuszczalne jest, że prezydent, w wyniku analizy i oceny, niektóre kandydatury odrzuci.

Inne prawnicze uzasadnienie decyzji prezydenta Dudy można znaleźć tutaj.

Pisałem już gdzie indziej, że nadanie stopnia generalskiego, powołanie na urząd sędziego i (opisane nie w konstytucji, ale w ustawie) nadanie tytułu profesora - przez głowę państwa, w ceremonialnej oprawie - traktowane są w Polsce jak przyjęcie do stanu szlacheckiego. Sędziowie Trybunału Konstytucyjnego mają inną pozycję: zgodnie z art. 194 ust. 1 konstytucji, sędziów TK nie powołuje prezydent, ale są oni wybierani przez Sejm (w konstytucji nie ma nawet nic o ślubowaniu składanym na ręce prezydenta!). Z tej perspektywy Trybunał Konstytucyjny jest innym, niż sądy (powszechne, administracyjne i wojskowe), bardziej republikańskim sektorem władzy sądowniczej, symbolicznie niezależnym od monarszej pozycji głowy państwa. W średniowieczu (i dawniej, patrz choćby biblijny sąd Salomona) to król sprawował sądy; nominując sędziów, cedował na nich cząstkę swojej osobistej władzy. Ceremonialny charakter powoływania na urząd sędziego, z podkreślanym - choćby w cytowanych wyrokach TK i NSA - charakterem "osobistej prerogatywy" prezydenta w dokonywaniu tej nominacji, jest śladem, pozostałością starego, quasi-sakralnego zwyczaju. Natomiast sędziowie Trybunału Konstytucyjnego nie zyskują swej władzy z woli głowy państwa, ale z woli demokratycznie wybranego Sejmu. Być może dlatego (między innymi dlatego) PiS tak usilnie próbuje Trybunał Konstytucyjny ubezwłasnowolnić. Nie do pomyślenia jest bowiem, aby ktoś w Polsce sprawował władzę i mógł wydawać wiążące postanowienia nie z nadania PiSu.

Wróćmy jednak do lipcowej decyzji prezydenta. Andrzej Duda, wręczając nominacje sędziom, których wówczas powołał (bo przecież nie wszystkich odrzucił), mówił:

Bardzo ważne jest byście byli państwo niezależni od polityków. Nie pozwólcie aby ktokolwiek wywierał na was presję. Chciałbym żebyście zawsze mieli poczucie, że nie możecie ulegać żadnej presji – wpływom, namowom czy wręcz szantażom 

Aż dziw, że dr Duda nie zakrztusił się własnymi słowami. Odmawiając awansu sędziom źle widzianym przez PiS, zrobił bowiem to, przed czym powoływanych sędziów ostrzegał: Zaszantażował całe środowisko sędziowskie "jeśli będziecie orzekać nie po naszej myśli, zaszkodzimy wam w karierze". 

Decyzję prezydenta Dudy można - i, moim zdaniem, wręcz należy - krytykować jako partyjniacki i pełen hipokryzji atak władzy wykonawczej na władzę sądowniczą. Ale prezydent miał formalną możliwość tak postąpić, co jest przyczynkiem do obserwacji, że konstytucja pisana była z myślą o ludziach stosujących ją w dobrej wierze. Wypowiedź prezydenckiego rzecznika, Marka Magierowskiego, że prezydent "może, ale nie musi" powoływać sędziów, jest arogancka, ale zgodna z prawdą.

Amicus Plato...

czwartek, 04 sierpnia 2016

Ktoś mógłby uznać, że ten wpis jest spóźniony o dobrych kilka tygodni, bo zasadnicza tura rekrutacji na studia wyższe już się skończyła. Mam wszakże nadzieję, że skorzystają z niego kandydaci na studia w kolejnych latach, tym bardziej, że decyzja o wyborze kierunku studiów jest bardzo ważna i nie powinno się jej podejmować w ostatniej chwili.

Bezpośrednim impulsem do powstania tego wpisu było dramatyczne pytanie, zadane przez Komitet Kryzysowy Humanistyki Polskiej*:

dlaczego sloganem reklamowym polskich wydziałów humanistycznych jest raczej: "znajdź doskonałą pracę po skończeniu kierunku x" a nie: "po skończeniu studiów x włącz się w rozwiązywanie podstawowych problemów nowoczesnego i przyszłego świata"?

Rozwiązywanie podstawowych problemów świata, czy nam się to podoba, czy nie, było, jest i będzie udziałem nielicznych. Udawanie, że każdy, kto się odpowiednio zaweźmie, a już w szczególności ukończy Nasz Wspaniały Wydział, będzie mógł w tym twórczo uczestniczyć, jest oszukiwaniem naiwnych. Z drugiej strony faktycznie warto zachęcać tych, którzy potencjalnie mogliby to robić, ale z jakichś powodów zrezygnowali na starcie. Zrezygnowali z samego spróbowania. Tylko gdzie ich szukać?

Populację (potencjalnych) studentów w pierwszym przybliżeniu można podzielić na cztery kategorie, przy czym, co oczywiste, granice pomiędzy nimi są nieostre. Kategorię pierwszą stanowią zdeterminowani pasjonaci. Ktoś wie, w sposób niezachwiany wie, że interesuje go fizyka teoretyczna. Albo poszukiwanie nowych źródeł energii. Albo lekarstwa na raka. Albo filozofia. Albo śledzenie przemian obyczajowych w XIX-wiecznej Persji. Albo coś jeszcze innego. On czy ona to wiedzą i są gotowi poświęcić naprawdę wiele, aby to robić, a jeśli im się nie uda, cierpią. Bo nie wszystkim się udaje, ale to już zupełnie inna historia. W każdym bądź razie tych ludzi nie trzeba namawiać do włączenia się w rozwiązywanie podstawowych problemów świata. Oni co najwyżej zastanawiają się, czy studiować swój wymarzony kierunek w Białymstoku, czy w Warszawie, czy w Zurychu, a kryteria wyboru są wielorakie, bo na przykład życie w Zurychu jest cholernie drogie i nie każdego na to stać.

Na przeciwnym krańcu spektrum mamy rzeszę osób, które chcą skończyć studia, co należy rozumieć jako zdobyć dyplom. Nie zależy im na wiedzy, ale na dyplomie, mającym być przepustką do lepszego życia. Jest to, przynajmniej po części, umysłowy spadek po latach dziewięćdziesiątych i wczesnych dwutysięcznych, gdy rzeczywiście jakikolwiek dyplom ukończenia studiów wyższych plus zestaw obowiązkowy "prawo jazdy kat. B, angielski, komputer" bez mała gwarantowały zdobycie niezłej pracy. To się skończyło, ale świadomość społeczna zmienia się powoli i pcha kolejne pokolenia maturzystów do dziadowskich, bardzo słabych "uczelni wyższych", które za całkiem realne pieniądze oferują studentom pozór wykształcenia i coraz mniej znaczący dyplom. Absolwenci tych "fabryk bezrobotnych" dobrej pracy nie znajdują, awansu społecznego nie dostępują, wielu z nich zasila szeregi nisko kwalifikowanej siły roboczej w UK, Niemczech czy Holandii i czują się oszukani przez Polskę, która do takiego szwindlu dopuściła. Dlatego niezmiennie czuję wielki żal do polityków, którzy przez lata nic z tym nie zrobili, jeszcze większy zaś do tych, którzy sami w tym cynicznie uczestniczyli - w szczególności mam na myśli pana dr. Andrzeja Dudę.

Co najmniej równie liczna jest grupa, która co prawda nie ma już złudzeń, że dyplom zapewni im dobry start w życiu, ale idzie na studia, bo nie ma żadnego lepszego pomysłu, bo tym bardziej nie widzi szans na znalezienie pracy z samą maturą, wreszcie dlatego, że - jak argumentowałem - samo bycie studentem jest ekonomicznie opłacalne. Otóż członkowie tych dwóch grup wybierają przede wszystkim studia łatwe, które bez większego wysiłku można skończyć, tym bardziej, że na ogół w czasie studiów pracują - najczęściej na śmieciówkach, które traktują jako sytuację tymczasową, albo na szaro. To oni zasilają te wszystkie bieda-szkoły de nomine wyższe, które im szybciej upadną, tym lepiej, ale stanowią także sporą część studentów masowych kierunków społecznych i humanistycznych na szacownych skądinąd uczelniach. Namawianie tych ludzi do rozwiązywania podstawowych problemów świata budzi śmiech pusty, a potem litość i trwogę.

Jest wreszcie grupa, mam nadzieję, najliczniejsza, która nadal wierzy, że dobre (z naciskiem na dobre) wykształcenie zapewni im lepszą pracę i lepsze życie. Oni traktują studia jak inwestycję. Są wśród nich tacy, którzy może by i wybrali jakieś kierunki "teoretyczne", bo się nimi interesują, ale nie aż do tego stopnia, żeby zrezygnować na ich rzecz z perspektyw dobrej, a przynajmniej przyzwoitej pracy. Może i interesuję się filozofią, ale primum edere, więc zamiast na filozofię, pójdę na polonistykę, przynajmniej będę miał szanse zostać nauczycielem lub "załapać się w jakiejś redakcji" (oj, naiwny). Może ta matematyka jest fajna, ale co taki matematyk może po studiach robić, lepiej pójdę na budownictwo lądowe, tam przecież matematyka też jest potrzebna, a praca dla inżyniera zawsze się znajdzie (no, tak, ale nie od razu z Bóg wie jak wysoką pensją i "ciekawymi projektami"). I tu pojawiają się przedstawiciele odpowiednich wydziałów i wołają: Hej, młody człowieku, czy wiesz, że dobrze wykształconych filozofów chętnie zatrudniają firmy wymagające kreatywnego, nieszablonowego myślenia? A czy wiesz, że wśród absolwentów matematyki po dobrych uniwersytetach nie ma bezrobotnych? (Jedno i drugie, zwłaszcza to drugie, jest prawdą.) Otóż to do takich osób kierowane jest przesłanie

znajdź dobrą pracę po wydziale humanistycznym lub ścisłym-teoretycznym

Komitet Kryzysowy Humanistyki całkiem niesłusznie się na to zżyma. W ten bowiem sposób od czasu do czasu udaje się ułowić kogoś, kto faktycznie ma potencjał, by zając się podstawowymi problemami świata, ale bał się zderzenia z Realnym.

*Komitet Kryzysowy Humanistyki Polskiej to grupa poczciwych, przyzwoitych i niegłupich, choć dosyć naiwnych ludzi, która tak znienawidziła "neoliberalne" reformy wprowadzane w szkolnictwie wyższym przez Platformę - przy czym już bez wdawania się w dystynkcje, czy któreś z nich mają jakiś sens - że efektywnie poparła PiS w ostatniej kampanii wyborczej. Och, oni się od tego teraz odżegnują i mówią, że są a-po-li-tycz-ni, ale w trakcie kampanii okazali się pożytecznymi PiSowskimi - no, wiadomo, kim. Nie oni jedni.

niedziela, 31 lipca 2016

...Namiestnikowskim pan dr Andrzej Duda podpisał kolejną wersję PiSowskiej ustawy zniewalającej Trybunał Konstytucyjny. I w jakim trybie? Rano spotkał się z powstańcami, po południu z papieżem Franciszkiem, a wieczorem podpisał - ha, miał pięć minut i znalazł długopis, no to podpisał. Pan Duda zrobił to wbrew stanowisku Komisji Weneckiej, Komisji Europejskiej, Krajowej Rady Sądownictwa i innych gremiów, wreszcie wbrew radom publicznie wypowiedzianym przez prezydenta Obamę, samą zaś ustawę uchwalono w sposób urągający zasadom rzetelnej legislacji, z symbolicznym wręcz "pana głos nic nie znaczy" PZPRowskiego prokuratora, obrońcy księdza-pedofila i posła PiS Piotrowicza w jednym. Oczywiście odpowiednie instytucje tę ustawę zaskarżą, Trybunał - działając na podstawie konstytucji - zapewne uzna, że jest ona nieważna, ale PiS się tym nie przejmie i znowu obwieści, że to nie jest wyrok, tylko grupa kolesi na prywatnym spotkaniu sobie coś uchwaliła.

Jest to ze strony PiS brutalna manifestacja: mamy was wszystkich w dupie.

Jak to, w dupie?! Ktoś może zapytać, czy ja nie szanuję urzędu Prezydenta Rzeczypospolitej? Ależ szanuję. Urząd szanuję. A czy pan dr Andrzej Duda pełni urząd prezydenta legalnie? Owszem, jak najbardziej tak. Czy w związku z tym nie powinienem okazywać szacunku panu Dudzie? Cóż, każdemu człowiekowi należy się szacunek z racji jego czy jej człowieczeństwa, ale poza tym panu Dudzie żaden dodatkowy szacunek się nie należy. Pan dr Andrzej Duda to mały, słaby, żałosny, trzeciorzędny funkcjonariusz partyjny, hańbiący swoją osobą sprawowany przez siebie urząd. Hańbiący mój kraj.

Nie ja jeden tak uważam i pan Duda dobrze o tym wie. Nie chodzi mi o to, że pan Duda powinien szczególnie przejmować się tym, że ja, pfg, uważam, że jego osoba hańbi prezydenturę. Pan Duda - człowiek wykształcony, oczytany, absolwent elitarnego liceum i dobrego uniwersytetu, prawnik, któremu powinno zależeć na opinii w środowisku zawodowym, z którego się wywodzi - powinien jednak zwracać uwagę, że wiele osób o podobnym, co on, zapleczu kulturowym myśli o nim to, co ja. Ale najwyraźniej mu na opinii tego środowiska nie zależy. Rżnie głupa, z kamienną twarzą znosi kolejne upokorzenia i podpisuje wszystko, co mu poseł Kaczyński podpisać nakaże.

Nie lubię teorii spiskowych, ale wydaje mi się, że wytłumaczenia zachowania pana Dudy może być tylko jedno: Poseł Jarosław Kaczyński musi mieć na pana Dudę jakiegoś "haka". Sama groźba, iż PiS nie wystawi Dudy do następnych wyborów prezydenckich, to mało: Gdyby Duda przeciwstawił się Kaczyńskiemu i PiS go faktycznie nie wystawił, przestałby za cztery lata być prezydentem, ale przynajmniej zachowałby twarz i możliwość funkcjonowania w przestrzeni publicznej. Sądzę więc, że poseł Kaczyński ma na pana Dudę jakiegoś "haka" natury obyczajowej, musi znać jakąś jego wielką tajemnicę, o której obaj sądzą, że ujawnienie jej całkowicie skompromitowałoby go w oczach opinii publicznej. Tylko co?

To zresztą nie jest takie ważne. Ważne jest, że Bóg opuścił Andrzeja. I to jest, w gruncie rzeczy, dosyć smutne.

środa, 13 lipca 2016

Od kilku dni planowałem poświęcenie osobnego wpisu pani minister Annie Zalewskiej i firmowanym przez nią PiSowskim zmianom w systemie edukacji.

Jeszcze o tym napiszę.

Tymczasem jednak pani Zalewska, zaproszona przez Monikę Olejnik w kwestii reform edukacyjnych, nie miała odwagi powiedzieć, kto dokonał zbrodni w Jedwabnem i pogromu w Kielcach. Pytanie było jak najbardziej zasadne, padło bowiem w kontekście nowego, bardziej patriotycznego programu historii, który pani Zalewska chce w polskich szkołach wprowadzić.

Pani Anno Zalewska! Wredny, głupi człowieku! Wielkie i dumne narody mają odwagę stanąć w prawdzie, przyznać się do ciemnych kart swojej historii, do plam na honorze. To właśnie - między innymi - czyni je wielkimi. Na odwrót, narody małe, słabe, pełne kompleksów, zaprzeczają prawdzie i zakłamują historię, nie mają bowiem niczego, co można by przeciwstawić tamtej hańbie.

Polacy to wielki i dumny naród. Ale jeśli będziemy uczyć nasze dzieci tkwienia w zakłamaniu, jeśli tchórzliwie będziemy unikać skonfrontowania się z naszą własną przeszłością, skarlejemy.

Pani Zalewska! Nie nadaje się pani do kształtowania polskiej edukacji. Pani i wszystkie te osoby, których tak się pani boi, że nie ma pani odwagi powiedzieć prawdy, jesteście zakałą Polski. Życzę pani, żeby jak najszybciej, najlepiej natychmiast, znikła pani z naszego życia publicznego. Wynoś się!

czwartek, 16 czerwca 2016

E, tam. Miałem dalej pisać o uchodźcach, imigrantach i ustawie antyterrorystycznej, niech ją piekło pochłonie. Po co? Lepiej obejrzyjmy teledysk.

środa, 15 czerwca 2016

Mój stosunek do problemu przybywających do Europy uchodźców wyraziłem trzy lata temu w notce Lampedusa. I nie zmieniłem w tej sprawie zdania. Kilka miesięcy temu argumentowałem natomiast, że Polska powinna włączyć się w rozwiązywanie kryzysu związanego z olbrzymim napływem uchodźców, jeśli nie ze względów humanitarnych, to z uwagi na solidarność europejską. Także i to zdanie podtrzymuję.

Po ataku w Orlando, gdzie napastnik pochodzenia afgańskiego zabił 50 osób bawiących się w klubie gejowskim, a drugie tyle ranił, napisał do mnie mój prawicowy przyjaciel, jeden z niewielu, którzy wciąż się do mnie odzywają:

nie będziemy mieć dużej mniejszości muzułmańskiej w Polsce, nie będziemy mieć tego typu zamachów co dziś w US

Mój przyjaciel łączy to z problemem przyjmowania uchodźców. Związek ten jest dosyć luźny.

Po pierwsze, napastnik z Orlando nie był uchodźcą: Urodził się w Nowym Jorku i całe życie mieszkał w Ameryce. Uchodźcami, choć może w tym wypadku lepiej powiedzieć, emigrantami politycznymi, byli jego rodzice. Po drugie, ta zbrodnia nie była aktem terroru politycznego (zabijamy przypadkowe osoby żeby wywołać chaos i panikę w znienawidzonym społeczeństwie), ale miała podłoże homofobiczne: Strzelano nie w jakimś dowolnie wybranym klubie nocnym, ale w klubie gejowskim, a sprawca w przeszłości wiele razy wyrażał swą nienawiść do homoseksualistów. Wiele osób zapewne powie, że homofobia jest wbudowana w islam, więc w gruncie rzeczy wszystko jedno. Cóż, gdyby posłuchać głosów wielu prominentnych przedstawicieli polskiego Kościoła z ostatnich lat i poczytać komentarze, jakie po zbrodni w Orlando zalały polski internet, można by dojść do wniosku, że homofobia jest równie mocno wbudowana w katolicyzm i naszą kulturę narodową. I jaki stąd miałby płynąć wniosek? To, że zamachowiec z Orlando w rozmowie telefonicznej tuż przed atakiem złożył przysięgę na wierność Państwu Islamskiemu, nie musi być szczególnie istotne: ludzie, nawet realizując swoje prywatne obsesje, lubią czuć przynależność do jakiejś wielkiej Sprawy, bo to w ich oczach przydaje im znaczenia.

Po trzecie, zamachowiec z Orlando nie zabił 50 osób gołymi rękami. Ani nawet nie z pistoletu, który miał jako pracownik agencji ochrony. Posłużył się półautomatycznym karabinkiem szturmowym, jaki w Ameryce można legalnie w ciągu kilku minut  kupić.

Liberalna (czyli lewicowa) prasa w Ameryce  zwraca przy tym uwagę, że sprawca z Orlando, z uwagi na swoje pochodzenie, natychmiast został nazwany terrorystą, podczas gdy biali sprawcy równie potwornych zbrodni są inaczej traktowani. Zbrodniarz z Charleston sprzed kilku miesięcy nazywany był na przykład "ogłupiałym dzieciakiem" (whacked-out kid), co brzmiałoby nieledwie pieszczotliwie, gdyby nie dotyczyło gościa, który wtargnąwszy do kościoła zabił dziewięć osób tylko dlatego, że były czarne.

Mój przyjaciel pisze, że choć od dawna można było sprawcę z Orlando podejrzewać o złe zamiary, nikt z tym nic nie zrobił z uwagi na polityczną poprawność. Reakcje na sprawy z Orlando i Charleston świadczą raczej o politycznej poprawności à rebours.

Ameryka to dziwny kraj, wróćmy więc do Europy, którą rozumiem o wiele lepiej, niż Stany Zjednoczone.

Zamachowcy z Brukseli, z Paryża czy z Londynu też nie byli uchodźcami, imigrantami. Jedni byli urodzeni w Belgii, drudzy w UK. Posiadali od urodzenia obywatelstwo swoich krajów. (Przy ciele jednego z zamachowców z Paryża znaleziono paszport syryjski, więc ten człowiek mógł być uchodźcą. Jednak równie dobrze paszport mógł być fałszywy - przy innej okazji wykryto całą siatkę na masową skalę handlującą podrabianymi dokumentami syryjskimi - a terrorysta użył go aby wzbudzić nienawiść do uchodźców.) "Duże mniejszości muzułmańskie" pojawiły się dlatego, że po drugiej wojnie światowej kraje europejskie, cierpiące na brak rąk do pracy, wręcz zachęcały ludzi z krajów muzułmańskich do osiedlania się w Europie. Część z przybyszów miała zresztą obywatelstwo swoich krajów metropolitalnych i po prostu mogła tam przyjechać. Tylko w krajach skandynawskich imigranci, a później ich dzieci, pojawili się na skutek polityki humanitarnej; w ostatnich latach, zwłaszcza w 2015, nasilił się też napływ uchodźców do kontynentalnej Europy. Idiotycznie - co trzeba przyznać - prowadzona polityka imigracyjna, łączenie (rzekomych i bardzo szeroko rozumianych) rodzin, doprowadziła do eksplozji. W dodatku ludzie niegdyś zapraszani, stali się zbędni. Ich dzieci i wnuki na każdym kroku spotykały się z dyskryminacją, co nie sprzyjało integracji, a wręcz przeciwnie, wrogość okazywana przez społeczeństwo europejskie rodziła zamknięcie się i wrogość społeczności muzułmańskich. Powstawały dzielnice biedy, zacofania i wykluczenia, z których wycofywały się szkoły, policja i inne instytucje państwowe, a Kościoły chrześcijańskie w ogóle tam nie zaglądały. Zostawali tylko radykalni islamiści, którzy tłumaczyli młodym ludziom, że nie mają pracy, że ich życie jest trudne, bo Europejczycy nienawidzą ich z powodu ich religii. Podawali przykłady, że Johny ukradł samochód i dostał kuratora, a Abdul za to samo trafił do więzienia, gdzie był upokarzany. Wystarczyło, żeby ułamek procenta osób poddanych takiej indoktrynacji w to uwierzyło...

Nawiasem mówiąc, podobny mechanizm został dobrze opisany w odniesieniu do Brzegu nad Odrą, gdzie działała słynąca z radykalizmu "brygada" ONR. Od "trudnej młodzieży" - polskiej, białej młodzieży - odwróciło się państwo, szkoła, Kościół i organizacje społeczne. Policja ich aresztowała, poniżała, a potem wypuszczała, żeby za jakiś czas znowu aresztować. Z młodzieżą zostali tylko narodowcy, którzy dosłownie organizowali im życie, sącząc przy okazji jad swojej propagandy, że Żydzi, kapitaliści i wszelkiego rodzaju lewacy nienawidzą ich za to, że są Polakami i stąd bierze się całe spotykające ich zło.

Cóż więc robić? Uczyć się na błędach, nie powielać chybionych rozwiązań nieskutecznie stosowanych przez naszych europejskich partnerów, ale też nie uchylać się od odpowiedzialności. Polska powinna przyjmować uchodźców, choć na pewno nie wszystkich: samotni mężczyźni z podejrzanymi papierami, podający się za niepełnoletnie sieroty wojenne, nie powinni być mile widziani. Zresztą na razie chętnych do przyjazdu do Polski nie ma i nie będzie zbyt wielu: nie ten klimat, nie ten poziom życia i nie ta atmosfera społeczna, co w krajach Zachodu. Jeśli więc ktoś chce przyjechać do Polski, to widać jest tak zdesperowany, że powinniśmy mu pomóc. A gdy już przyjadą, nie powinni doświadczać wrogości i dyskryminacji ze strony Polaków. Nie należy dopuszczać do powstawania zamkniętych, radykalizujących się gett etnicznych.

No i nie wolno odwracać się od naszej własnej młodzieży i naszych własnych wykluczonych. Praca u podstaw...

Nie będzie łatwo, przeciwnie, będzie bardzo trudno, ale musimy w tym uczestniczyć - tak ze względu na tragedię uchodźców, jak i przez wzgląd na solidarność z naszymi europejskimi partnerami. Nawet jeśli te kraje popełniły liczne błędy i w polityce imigracyjnej, i w reakcji na zeszłoroczny kryzys uchodźczy.

Polska powinna też uczestniczyć w wysiłkach na rzecz zlikwidowania przyczyn masowych migracji. Uczestniczyć finansowo i organizacyjnie. To będzie kosztować, to zapewne będzie dużo kosztować, ale powinniśmy się z tym pogodzić. 

piątek, 10 czerwca 2016

Poseł Jarosław Kaczyński, jak mi się wydaje - ale może wydaje mi się całkiem źle? przepraszam, ale ja już nie mam ani siły, ani ochoty, by podążać za strzelistymi myślami pana Kaczyńskiego i dokonywać ich egzegezy - wpadł na pomysł, jak tu wybrnąć z zamieszania w sprawie Trybunału Konstytucyjnego, a jednocześnie zachować twarz. Temu ma służyć najnowszy PiSowski projekt, rozpatrywany na równi (niezły żart, ha, ha!) z projektami autorstwa KODu (sic!) i PSL. Otóż PiSowski projekt, jak rozumiem - ale patrz wyżej! - odwołuje tak PiSowską "ustawę naprawczą", jak i platformerską nowelizację z czerwca 2015. PiS wprowadza co prawda orzekanie zgodne z kolejnością wpływu spraw i większość kwalifikowaną w sprawach ustrojowych, ale pozwala Trybunałowi na ocenianie tej ustawy na podstawie przepisów sprzed "ustawy naprawczej". PiS - a tak naprawdę nie PiS, ale Jarosław Kaczyński, bo tylko jego wola się w tej partii liczy - godzi się na to, że Trybunał te przepisy obali, jak już to zrobił obalając "ustawę naprawczą". Kaczyński spodziewa się jednak, że Trybunał za niekonstytucyjne uzna tylko te przepisy, nie zaś obecnie procedowaną ustawę jako całość, a to będzie oznaczać, że obie nowelizacje z ostatniego roku stracą moc. To zaś, myśli Kaczyński - ale patrz wyżej, patrz wyżej! - będzie oznaczać, że i osoby prawidłowo wybrane jesienią przez poprzedni Sejm, i osoby nieprawidłowo* wybrane przez obecny Sejm w grudniu, przestaną być sędziami i PiS będzie mógł na nowo przeprowadzić wybory na trzy wakujące miejsca w Trybunale. Przy okazji Kaczyński pozwoli na publikację wyroków TK z 9 marca i następnych, bo będą one miały charakter "historyczny", jak to wielokrotnie powtarzał.

Z jednej strony oznacza to, że PiS się wycofuje z frontalnego ataku na Trybunał, choć broń Boże nie jest gotów tego przyznać! Z drugiej - jest kłopot, którego poseł Kaczyński zdaje się nie dostrzegać. Otóż nawet jeśli teraz okaże się, że nowelizacja z czerwca 2015 nie obowiązuje - a może się tak okazać, bo w samym fakcie przyjmowania i odwoływania przez ustawodawcę ustaw nie ma niczego niekonstytucyjnego - to obowiązywała ona jesienią 2015. Obowiązywała, bo PiS - ani grupa posłów, ani urzędujący już wówczas PiSowski funkcjonariusz, dr Andrzej Duda - nie oprotestował jej, gdy była po temu pora. A skoro obowiązywała, to prawidłowo wybrani sędziowie zostali wybrani prawidłowo i nie można ich odwołać, bo zgodnie z konstytucją są nieusuwalni.

PiS będzie twierdził, że sędziowie wybrani w październiku nie są sędziami, więc można wybierać nowych. Trybunał Konstytucyjny, a wraz z nim środowiska prawnicze i opozycja, że panowie ci są sędziami i prezydent Duda powinien niezwłocznie odebrać od nich przysięgę. Wrócimy więc, w najlepszym wypadku, do stanu z końca listopada 2015

Będzie to jakiś postęp w stosunku do stanu obecnego, ale można go było osiągnąć jednym ruchem, przez publikację wyroku z 9 marca. Oszczędziło by nam to całych miesięcy sporów, ułagodziło Komisję Wenecką i Komisję Europejską, nie zszargało w tak wielkim stopniu opinii o naszym państwie - niestety, wymagałoby to jednego: Jarosław Kaczyński musiałby otwarcie przyznać się do porażki. Gdyby zaś spełniły się jego obecne kalkulacje (nieustannie patrz wyżej!), nie musiałby tego robić. A Kaczyński jest organicznie niezdolny do przyznania się do błędu.

*Nawiasem mówiąc, jak ktoś zauważył, uchwały o wyborze trzech osób, których prezes Andrzej Rzepliński nie dopuszcza do orzekania, mają wadę prawną, mianowicie nie określają początku kadencji sędziego. Proszę porównać nieprawidłową uchwałę o wyborze Henryka Ciocha i prawidłową uchwałę o wyborze sędziego Pszczółkowskiego.

wtorek, 07 czerwca 2016

W Polsce panuje powszechne oczekiwanie, że jeśli popierasz jakąś partię, to popierasz ją we wszystkim. A jeśli krytykujesz, to także we wszystkim. A tymczasem to tak nie działa. Głosowałem na Platformę, ale dalece nie wszystko, co ta partia robiła, mi się podobało. W działaniach PiSu z kolei nie podoba mi się większość tego, co robią, ale jakby to ująć, nie podoba mi się na różnych poziomach.

Mamy oto ustawy godzące w fundamenty państwa i praw obywatelskich: kolejne warianty ustawy o Trybunale Konstytucyjnym, ustawę inwigilacyjną, ustawę antyterrorystyczną, owoce zatrutego drzewa czy znaczne części ustawy o prokuraturze. Teraz pan Zbyszek szykuje zamach na sądownictwo powszechne (ustawa o KRS już jest w Sejmie), a do tego wszyscy spodziewają się manipulacji przy ordynacji wyborczej. PiS nie ma większości konstytucyjnej, przeprowadza więc te zmiany uniemożliwiając kontrolę ich konstytucyjności, a przy okazji łamiąc regulamin Sejmu, zasady przyzwoitości i dobre obyczaje.

Jednak inne projekty i ustawy obecny rząd przeprowadza w ramach legalnie posiadanych uprawnień. Można się z tymi projektami zgadzać, a można i nie zgadzać, ale ewentualna krytyka nie ma w tym wypadku charakteru fundamentalnego, ale pragmatyczny: ile będą kosztować, czy przyniosą zakładane skutki i czy ich faktyczne skutki będą korzystne. Mam tu na myśli takie kwestie, jak podniesienie wieku szkolnego (jestem przeciw), program 500+ (jestem umiarkowanie przeciw, bo choć program ten jest ekonomicznie nieefektywny, doceniam jego znaczenie symboliczne), podatek bankowy i podatek od handlu (umiarkowanie przeciw z uwagi na nieefektywność pierwszego i szkodliwe skutki drugiego), zmuszenie energetyki do finansowania górnictwa węgla kamiennego (przeciw), atak na OZE, zwłaszcza na wiatraki (raczej przeciw), groźby obniżenia wieku emerytalnego (zdecydowanie przeciw) czy zapowiedzi podniesienia godzinowej stawki minimalnej (byłbym entuzjastycznie za, ale rząd na razie zapowiada, zapowiada, ale niewiele z tego wynika).

Ustawy o przekształceniu mediów publicznych w media partyjne, o zastąpieniu służby cywilnej krewnymi i znajomymi Królika i o poddaniu obrotu ziemią pod arbitralną, niczym nie ograniczoną kontrolę urzędników Agencji Własności Rolnej, leżą gdzieś pomiędzy biegunami ustaw szkodliwych z powodów zasadniczych, powstałych w wyniku uzurpowania sobie przez PiS uprawnień, których nie posiada, a dopuszczalnych, choć raczej szkodliwych.

Piszę to wszystko po ogłoszeniu przez premier Beatę Szydło programu mieszkaniowego, zakładającego budowę przez państwo tanich mieszkań na wynajem. Program miałby być adresowany do osób, których nie stać na kredyt hipoteczny, ale są zbyt zamożne, aby móc liczyć na mieszkania komunalne. Niewątpliwie wdrożenie takiego programu należy do uprawnień rządu. Trudno jednak napisać coś więcej, bo jego szczegóły, zwłaszcza finansowe, są jeszcze nieznane, dlatego dość gwałtowna krytyka, z jaką ten program się spotyka, wydaje mi się przedwczesna.

Istotne jest co innego: Oto rząd stara się przekonać ludzi, że wynajmowanie mieszkania jest czymś normalnym, że mieszkanie wynajęte także może być "swoje", że niekoniecznie każdy musi mieć dom czy mieszkanie będące jego własnością. Oczywiście, jeśli kogoś na to stać, to proszę bardzo! Ale dotąd banki, doradcy finansowi i deweloperzy przekonywali, że tylko własne się liczy, a jeśli trzeba do tego wziąć kredyt, to nie ma problemu, wszak rata kredytu jest niewiele większa od miesięcznego czynszu, a będzie się miało to własne! Wszystko pięknie, dopóki kredytobiorca zarabia tyle, że nie ma problemów ze spłatą. Gdy pojawią się kłopoty losowe lub spowodowane zmianą zewnętrznych warunków ekonomicznych, nieszczęśni kredytobiorcy, związani wieloletnią umową z bankiem, z której nie mogą się wycofać, mają potężny problem. Nie tylko finansowy, ale także psychologiczny. Prowadzący do niewolniczej wręcz zależności od toksycznej pracy. Albo uniemożliwiający rozstanie z małżonkiem, niegdyś ukochanym, a dziś już nie do zniesienia. A gdy kredytobiorca znajdzie się under water, to znaczy gdy wartość rynkowa kredytowanej nieruchomości spadnie poniżej pozostałego do spłaty kredytu, jest już bardzo źle. Dotyczy to zwłaszcza frankowiczów, ale potencjalnie może dotknąć każdego. Tymczasem najemca, jeśli pojawią się kłopoty, może z mieszkania zrezygnować, przeprowadzić się do mniejszego, przeprowadzić się do mniejszej miejscowości albo gdzieś na drugi koniec Polski czy za granicę, gdzie akurat będzie odpowiednia praca.

Tak więc to dobrze, że rząd zapowiada, iż będzie się starał zachęcić ludzi do wynajmowania mieszkań, nie tylko do kupowania ich na kredyt. Już poprzedni rząd coś takiego próbował, ale cichcem i półgębkiem, nie kwestionując zasadniczego paradygmatu, że tylko własne się liczy. Teraz powiedziano, że nie tylko. Brawo, PiS!

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 27