Kategorie: Wszystkie | Edukacja | Fizyka | Kryzys | Literatura | Muzyka | Polityka | Rozmaitości
RSS
środa, 13 lutego 2019

Najbliższe otoczenie Jarosława Kaczyńskiego pokłada w partii Roberta Biedronia ogromne nadzieje,

pisze Cezary Michalski w najnowszym Newsweeku. Taki jest generalny ton komentatorów związanych z Platformą Obywatelską/Koalicją Obywatelską czy tylko z nimi sympatyzujących: Partia Wiosna, którą tworzy Robert Biedroń, będzie przede wszystkim żerować na Koalicji Obywatelskiej, podbierać jej działaczy i wyborców, a to, zważywszy na kształt naszej ordynacji wyborczej, będzie sprzyjać PiSowi, nawet jeśli stanie się tak wbrew intencjom samego Roberta Biedronia.

Wiosna, z dokładnością do fluktuacji, nie odbierze głosów PiSowi. Odbierze trochę Kukizowi i SLD, zapewne połknie śladowy elektorat Razem, ale głównie będzie rosnąć kanibalizując Platformę i Nowoczesną. To, w istocie, byłby prezent dla PiSu.

Tak jednak nie musiałoby się stać, gdyby Biedroniowi udało się zmobilizować tych wyborców, którzy bez Wiosny zostaliby w domu. Mam na myśli przede wszystkim wyborców najmłodszych. To prawda, że w 2015 największym w tej grupie poparciem cieszył się PiS a za nim szła nasza pożal się Boże alt-prawica, ale to w tej grupie była też największa absencja wyborcza. Jest więc kogo mobilizować. Ci młodzi wyborcy, którzy nie zagłosują na PiS ze względu na ich stosunek do Kościoła, nie na PiS czy alt-prawicę ze względu na praktykowane przez nich archaiczne formy patriotyzmu, nie na SLD, bo to leśne dziadki, nie na Razem, bo to hipsterzy, o których nikt nie słyszał, ale też nie na Koalicję Obywatelską, którą widzą jako mieszankę gospodarczych neoliberałów i kunktatorów w sprawach obyczajowych, mogliby zagłosować na Biedronia. Wyraźnie antyklerykalne - ale nie antyreligijne, żeby nie zrażać bardziej tradycjonalistycznych wyborców! - hasła Wiosny, w połączeniu z ogólnym entuzjazmem i kreowanym wizerunkiem świeżości, mogłyby tych wyborców zmobilizować. Gdyby tych zmobilizowanych, którzy nie mogąc głosować na Biedronia, gdyby go nie było, wybraliby absencję, było więcej, niż głosów odebranych Koalicji Obywatelskiej, efekt netto wkroczenia Wiosny do polityki mógłby być korzystny z punktu widzenia starań o odsunięcie PiS od władzy. Byle tylko Robertowi Biedroniowi na tym zależało...

Nie wiem jednak czy tak jest. Cytowany przez Michalskiego Jarosław Flis, socjolog i znawca systemów wyborczych, powiada, że Wiosna może walczyć wyłącznie o wielkomiejskich, liberalnych wyborców, zresztą nie z grupy najmłodszej, ale tej o oczko starszej.

Przejęcie wyborców Nowoczesnej, którzy bez entuzjazmu wracali do PO, a nie wchłonięcie SLD czy Partii Razem, to priorytet nowej partii Roberta Biedronia,

pisze Michalski.

Pośrednio potwierdza to publicysta Liberte!, pisząc, iż w wielu miejscach partię Wiosna tworzą ci sami ludzie, którzy cztery lata temu tworzyli Nowoczesną, a jeszcze wcześniej Ruch Palikota. Podobnie, czytając wywiad z Beatą Maciejewską, "ekspertką Wiosny do spraw zrównoważonego rozwoju", odnoszę wrażenie, że partia ta apeluje do wyborcy mieszkającego samodzielnie i względnie dobrze sytuowanego, a więc raczej nie do tego z najmłodszej grupy wiekowej, który dotąd nie zwracał uwagi na sprawy publiczne. Maciejewska, odnosząc się do postulatu zamknięcia wszystkich kopalń węgla do 2035, mówi:

Potrzebujemy zmiany nawyków, nowego sposobu myślenia o energii i przebudowania systemu energetycznego. Większość z nas to zresztą robi w swoim codziennym życiu. Wymieniamy sprzęt na bardziej energooszczędny, regulujemy ciepło, wymieniamy oświetlenie na LED-owe.

Wszystko fajnie, ale to nie jest argument skierowany do wyborcy, który w ogóle nie ma zamiaru głosować, a "wymiana sprzętu" jest dla niego pojęciem abstrakcyjnym.

Jeśli chodzi o program, to jest on "progresywny", ale szalenie niekonkretny: wysokie emerytury obywatelskie, radykalne skrócenie kolejek do lekarzy-specjalistów, dekarbonizacja gospodarki. Nie wiadomo co prawda, jak to wszystko sfinansować, a podawane przez Wiosnę szacunki są bardzo mocno zaniżone, ale tym się Robert Biedroń i jego zwolennicy nie przejmują. Plus, jak już pisałem, radykalne - jak na warunki polskie! - postulaty antyklerykalno-obyczajowe, paradoksalnie, najtańsze do wprowadzenia. Wydaje mi się, że Biedroniowi chodzi głównie o przyciągnięcie wyborców, nie zaś o realizację obietnic wyborczych. Z jednej strony jest to niezbyt uczciwe, a z drugiej szalenie polskie: jakoś to będzie!

Ale najbardziej niepewnym elementem partii Roberta Biedronia jest sam Robert Biedroń. Polityk ten z pewnością obdarzony jest sporą charyzmą, jest typem celebryty-showmana - co akurat może się sprawdzać w przyciąganiu wyborców - ale jest w nim coś z pozera. Przede wszystkim przedstawia się jako nowa jakość w polityce, człowiek świeży, nieskażony władzą - iluż przed nim to już robiło? - a faktycznie długie lata był w SLD, kandydował z ramienia tej partii do Sejmu, gdzie w końcu wszedł wraz z Palikotem. Nic wielkiego jako poseł nie osiągnął, ale się wylansował. Zrezygnował z mandatu, wygrał wybory na prezydenta Słupska, ale nie zrealizował wielu obietnic wyborczych (zgoda, nie była to wyłącznie jego wina). Nie ubiegał się o reelekcję, ale stanął do wyborów na radnego. Mandat zdobył, ale go nie objął: pociągnął listę, ale być może zawiódł tych, którzy jemu osobiście zaufali. Teraz mówi, że chce zostać premierem, ale wystawia partię do eurowyborów, choć na partyjnej konwencji nie powiedziano dosłownie niczego na temat polityki europejskiej. Sam Biedroń zapowiada, że stanie do eurowyborów, ale mandatu nie obejmie: jak w Słupsku pociągnie listę, a zdobyty przez niego mandat obejmie ktoś inny. Na pierwszy rzut oka taka zapowiedź jest uczciwa, ale przecież wiadomo, że wiele osób głosując "na Biedronia" faktycznie wprowadzi do Parlamentu Europejskiego jakichś działaczy, którzy być może budzą ich znacznie mniejszy entuzjazm. A dalej co? Premierem Robert Biedroń jednak nie zostanie, więc po kilku miesiącach zrezygnuje z mandatu żeby stanąć do wyborów prezydenckich? Toż to jest czysty lans, nie zaś uprawianie polityki rozumianej jako służba publiczna.

Tymczasem zaś osoby nieprzychylne Robertowi Biedroniowi, nieprzychylne, choć nienapastliwe, przypominają, jak Biedroniowi jeszcze jako działaczowi LGBT w czasie różnych kampanii na rzecz praw tego środowiska bardziej zależało, żeby to jego zapamiętano, nie zaś, żeby kampania odniosła skutek. Teraz zaś Biedroń blokuje na Twitterze wszystkich, którzy wyrażą się bez dostatecznego entuzjazmu o nim lub o programie jego partii. Tak, jakby mu nie zależało na przekonywaniu wątpiących, ale na zdobywaniu wyznawców.

Rekapitulując, jeżeli Robertowi Biedroniowi uda się skłonić dużą grupę wyborców, którzy dotąd nie szli głosować, do udziału w wyborach, jego wejście do ogólnopolskiej polityki będzie można uznać za korzystne. Nie zrealizuje on, co prawda, znacznej części swoich postulatów, co jedni mu wybaczą - każdy w kampanii wyborczej obiecuje gruszki na wierzbie - ale inni poczują się rozczarowani, oto bowiem okaże się, że kolejny "nowy" polityk obiecuje jedynie gruszki na wierzbie. Inna rzecz, że nowi wyborcy, których Biedroń mógłby przyciągnąć, w mniejszym stopniu kierowaliby się postulatami ekonomicznymi. Oni zdecydują biorąc pod uwagę sytuację społeczno-obyczajową.

Jeśli jednak siła partii Roberta Biedronia oparta będzie przede wszystkim na głosach odebranych Koalicji Obywatelskiej, jego udział w wyborach będzie destruktywny z punktu widzenia walki politycznej z PiS, czyli z walki o zachowanie Polski jako kraju demokratycznego, wiernego europejskim wartościom. Na razie wiele wskazuje na tę właśnie możliwość. 

Czas pokaże. Ja sam na razie jego formacji nie potępiam, ale też patrzę się na nią z bardzo dużym sceptycyzmem.

Robert Biedroń

poniedziałek, 04 lutego 2019

pies bokserMagdalena Ogórek. Dwie wieże. Jurny Stefan. Ewa Kopacz i dinozaury. Problemy Misiewicza. Dwórki Glapińskiego. Nowa afera mięsna (dla Polski gigantyczna katastrofa wizerunkowa). Sylwester syna Czarneckiego. Korupcja w KNF. Skandal goni skandal, afera goni aferę. To, co dziś jest skandalem i wiadomością dnia, pojutrze będzie zapomniane, gdyż wybuchnie kolejna afera, co najmniej tak samo obrzydliwa, jak poprzednie.

U postronnych może to wywołać wrażenie, że wszystko, co choć trochę ociera się o politykę, jest brudne i obrzydliwe, więc lepiej się tym nie zajmować, uprawiać swój własny ogródek, nie przejmować się wyborami, a politycy - jeden wart drugiego - niech się gryzą i opluwają we własnym gronie. Może o wywołanie takiego wrażenia właśnie chodzi? Jeśli ktoś zza granicy obserwuje polskie życie publiczne, nieuchronnie musi dojść do wniosku, że Polska to dziki, barbarzyński kraj, Borduria i Rurytania (© Ziemowit Szczerek), a jej europejskie aspiracje świadczą jedynie o chorobliwej megalomanii. Zaciera się też różnica pomiędzy aferami bardzo poważnymi - dwie wieże, KNF - a tymi marginalnymi, choć z różnych względów ohydnymi - Magdalena Ogórek, jurny Stefan.

Wśród tych wszystkich afer jedna wydaje mi się szczególna. Oto mecenas Robert Nowaczyk, zeznając przed komisją reprywatyzacyjną, powiedział nie tylko o bardzo podejrzanym zaangażowaniu ludzi z obozu PiS i z obecnych, nadzorowanych przez PiS służb specjalnych w reprywatyzację warszawskich nieruchomości, ale też o alkoholowych libacjach z udziałem osób nadzorujących obecnie polskie służby specjalne. Mecenas Nowaczyk sam ma zarzuty kryminalne w aferze reprywatyzacyjnej, więc dość łatwo jest powiedzieć, że obciąża innych, żeby oczyścić siebie. I PiS to właśnie mówi. Ba, nie przesądzając, jak było naprawdę, brzmi to dość wiarygodnie. Ale do wątku alkoholowego nikt się nie odnosi.

Otóż, moim zdaniem, jeśli minister odpowiedzialny za służby specjalne, facet mający dostęp do wszelkich tajemnic państwowych i tajemnic NATOwskich, zostaje publicznie oskarżony, że upił się tak bardzo, iż łaził na czworakach i całował się z psem-bokserką, a nikt oskarżyciela natychmiast nie zdezawuował jako niewiarygodnego kłamcy i mitomana, to tenże minister pięć minut po upublicznieniu zeznań powinien się podać do dymisji. Tu nie ma żadnych wątpliwości - natychmiastowa dymisja i żadnych dalszych dyskusji. Ale bohater tej opowieści, czołowy PiSowski hunwejbin, minister Mariusz Kamiński, ani myśli o dymisji, nikt zresztą zbyt głośno się tego nie domaga.

Więc może my jesteśmy Bordurią?

poniedziałek, 14 stycznia 2019

Paweł Adamowicz, 1965-2019Zamordowany wczoraj prezydent Gdańska, Paweł Adamowicz, był przez długie miesiące brutalnie atakowany przez PiSowskie media, w tym przez tak zwane media "publiczne", które są publiczne w tym samym stopniu, co publiczne były PRLowski Dziennik Telewizyjny i Trybuna Ludu. Zwłaszcza w okresie samorządowej kampanii wyborczej Adamowicz był przedstawiany jako złodziej i malwersant, który w ramach jakichś ciemnych interesów zalał pół Gdańska fekaliami, ale i przed kampanią, i już po jej zakończeniu, Paweł Adamowicz był dla PiSu jednym z ważniejszych wrogów. Był na przykład pomawiany o to, że ma niemiecki paszport, a więc że nie był Polakiem, tylko zdrajcą.

Adamowicz zginął w trakcie tegorocznego finału WOŚP. Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy jako organizacja i fenomen społeczny, a już szczególnie Jurek Owsiak, byli wyjątkowo mocno atakowani i spotwarzani przez środowiska i media bliskie PiSowi. Dosłownie trzy dni przed finałem WOŚP PiSowska telewizja "publiczna" wyemitowała szczególnie ohydny filmik "satyryczny" wymierzony w Owsiaka.

W ogóle PiS, odkąd doszedł do władzy w 2015, lży i opluwa ludzi i środowiska polityczne, które nie są entuzjastami ich rządów. "Gorszy sort", "mordy zdradzieckie", zdrajcy i Targowica to już klasyki gatunku, a był też "element najbardziej zdemoralizowany, podły, animalny". Animalny, czyli nie-ludzki. Zdehumanizowany, pozbawiony ludzkiej godności i praw.

Gdy zdarzały się ataki symboliczne - szubienice ze zdjęciami, wystawiane przez Młodzież Wszechpolską "akty zgonu", groźby i zniewagi - a nawet fizyczne - wybicie szyb w mieszkaniu Michała Tuska - na działaczy opozycji, członków ich rodzin i osoby związane z WOŚP, nadzorowana przez PiS prokuratura i policja starały się je umniejszać, dochodzenia umarzać, a przynajmniej ciągnąć w nieskończoność. Można było odnieść wrażenie, że PiSowska władza przyzwala na ataki na Platformę. Cóż, to w końcu jest "element animalny", któremu prawa obywatelskie nie przysługują.

Zabójca Pawła Adamowicza wykrzykiwał coś o krzywdach, jakie miała mu wyrządzić Platforma Obywatelska.

W tej sytuacji nic dziwnego, że antypisowska część opinii publicznej obarcza PiS odpowiedzialnością za to morderstwo. Przynajmniej odpowiedzialnością moralną, choć padają wprost oskarżenia o "mord motywowany politycznie". Część internetów dyszy nienawiścią.

A ja na to mówię: Spokojnie. Spokojnie. Nie nakręcajmy spirali nienawiści, bo to nas do niczego dobrego nie doprowadzi. Tak, PiS nas lżył i lży nadal - jak słyszę, nawet dzisiaj Wiadomości TVPiS przedstawiały Tuska, Komorowskiego i Wałęsę jako siewców nienawiści, a wczoraj posłanka Pawłowicz wysyłała nienawistne tweety pod adresem Owsiaka - ale nie odpłacajmy im tym samym. Choć wiemy, że PiS to polityczne szkodniki, nie odmawiajmy im ludzkiej godności.

Mordercą Pawła Adamowicza był kryminalista, który właśnie odsiedział wyrok za rozboje. Podobno w więzieniu stwierdzono u niego schizofrenię. Kilkakrotnie odmawiano mu przedterminowego zwolnienia, być może ze względu na chorobę uznając, że może stanowić zagrożenie. Z pewnością był pełen gniewu i pretensji do świata, które chciał rozładować.

PiS od lat przedstawia się jako ofiara "bezprzykładnych ataków" ze strony Platformy i jej "przemysłu pogardy". PiS czyni to z lubością, bo ta formacja polityczna lubuje się w celebrowaniu klęsk i ustawianie się w roli ofiary sprawia im perwersyjną radość. Gdy w 2014 pewien człowiek zamordował łódzkiego działacza PiS, partia ta oskarżała Platformę nieledwie o podżeganie do zabójstwa. Witold Waszczykowski krzyczał do działaczy PO "Nie zabijajcie nas!" Platforma odpowiadała, że stanowczo sprzeciwia się przemocy, współczuje rodzinie zamordowanego, zabójca był niezrównoważony psychicznie, a jego celem był jakiś polityk: zabójca, zanim wszedł do biura poselskiego PiS, próbował się dostać do biura Platformy.

Po zamachu w Nicei w 2016 lewicowo-liberalne media podkreślały, że zamachowiec, choć był muzułmaninem, nie był religijny, nie praktykował, nie był też związany, nawet luźno, z żadnymi islamskimi grupami terrorystycznymi, choć należy przypuszczać, że zetknął się z ich propagandą. Był natomiast niezrównoważony, jakiś czas się leczył, miał też poważne problemy osobiste. Oczywiście z tłumaczeniem różnych zbrodni złym stanem psychicznym sprawców należy bardzo uważać. Jak pisałem, w Ameryce, jeśli sprawca zbiorowego mordu, których zdarza się tam mnóstwo, jest biały, media przedstawiają go jako niezrównoważonego psychicznie. Jeśli sprawca jest nie-biały, natychmiast zostaje ogłoszony terrorystą.

Nie wiemy dlaczego Stefan W. zabił Pawła Adamowicza. Możliwe, że wszechobecna propaganda rządowa zwrócona przeciwko Platformie i Adamowiczowi przyczyniła się do tego, że niezrównoważony sprawca zogniskował swój gniew na prezydencie Gdańska. Ale możliwe też, że ta propaganda nie miała istotnego wpływu. I choć uważam, że autorzy tych wszystkich uporczywych i obrzydliwych ataków na Pawła Adamowicza i całą Platformę powinni się zapaść pod ziemię ze wstydu, powinniśmy dopuścić, że tak jak w Łodzi i Nicei, zasadniczą przyczyną zbrodni była choroba psychiczna sprawcy, a propagandowe i polityczne ataki przeciwko ofierze miały znaczenie drugorzędne.

Słyszę, że zabójca prezydenta Gabriela Narutowicza, Eligiusz Niewiadomski, też był niezrównoważony psychicznie, a jednak niewątpliwie działał pod wpływem jadowitej propagandy politycznej. No tak, ale Niewiadomski w swoim przekonaniu popełnił zbrodnię "dla Polski", co podkreślał przed sądem, a nawet tuż przed egzekucją. Niewiadomski sądził, że "żydowski prezydent" jest hańbą dla Polski, hańbą, którą za wszelką cenę trzeba zmyć. Zabójca prezydenta Pawła Adamowicza krzyczał tylko o swoich osobistych krzywdach. Nie można tej zbrodni uznać za motywowaną politycznie, choć niewykluczone, że nienawistna propaganda polityczna się do niej przyczyniła.

***

Przywódcy PiSu siadają w pierwszych ławkach na mszy żałobnej za Pawła Adamowicza w archikatedrze warszawskiej. Obłudnicy! Gdyby mieli choć trochę wstydu, nie pokazywali by się publicznie choć przez kilka dni.

***

Jacek Kaczmarski, Przemysław Gintrowski i Zbigniew Łapiński śpiewali piękną piosenkę-modlitwę o to, by Bóg ocalił nas od nienawiści. Abyśmy nie nienawidzili naszych przeciwników, bo nienawiść jest obustronnie niszcząca. Piosenka ta była popularna na wczesnych manifestacjach KODu, aż wreszcie rodzina Przemysława Gintrowskiego, autora muzyki, sprzeciwiła się odtwarzaniu jej na manifestacjach antypisowskich. Skądinąd syn autora słów, Natana Tenenbauma, nie miał nic przeciwko temu.

Do słów tej piosenki, do wiersza Tenenbauma, nawiązał dziś Donald Tusk przemawiając na schodach Dworu Artusa:

Pamiętam, z jakim wzruszeniem śpiewałeś z nami tę pieśń Solidarności, Modlitwę o wschodzie słońca. I chcę ci dzisiaj, kochany Pawle, obiecać, w imieniu nas wszystkich, Gdańszczan, Polaków i Europejczyków, że dla ciebie i dla nas wszystkich obronimy nasz Gdańsk, naszą Polskę i naszą Europę przed nienawiścią i przed pogardą.

Jestem pewien, że duch Przemysława Gintrowskiego wybaczy mi zamieszczenie oryginału.

Pawle Adamowiczu, cześć twej pamięci!

środa, 26 grudnia 2018

Obchodzimy prastare, europejskie - a raczej indoeuropejskie - święto solarne, święto przesilenia zimowego. Światło przezwycięża grozę narastających ciemności, przynosząc nadzieję. Święto to znały ludy germańskie i skandynawskie, Słowianie, starożytne ludy Iranu, narody śródziemnomorskie i pewnie ktoś jeszcze. Kolejne religie narzucały temu świętu swoje interpretacje. Dziś mamy dwie dominujące: chrześcijańską i pozornie bezideowy szał zakupów. Nawet jeśli komuś żadna z nich nie odpowiada, może się zadumać nad trwającą tysiące lat ciągłością europejskiej kultury, nad wciąż funkcjonującymi symbolami.

Mnie interpretacja chrześcijańska w niczym nie przeszkadza. Chrześcijaństwo zresztą samo odwołuje się do prastarej symboliki światła niosącego radość, gaudium magnum. Jak na Pokłonie pasterzy Gerarda van Honhorsta, gdzie nowonarodzony Jezus jest jedynym źródłem światła, rozświetlającym mroki nocy.

Gerard van Honhorst, Pokłon pasterzy

Mimo szału zakupów, mieszaniny głupawych - choć niekiedy dość sympatycznych - piosenek z kultury anglosaskiej i naszych uroczystych kolęd oraz ataku "Mikołajów", symbolika chrześcijańska w Polsce zdecydowanie dominuje. Stało się tak dlatego, że nasi (nie analizując tutaj, w jakim sensie "nasi") władcy podjęli ponad tysiąc lat temu świadomą decyzję polityczną i ideową o przyłączeniu swojego państwa do europejskiej wspólnoty politycznej, religijnej i kulturowej. Przez to zamiast Szczodrych Godów obchodzimy Boże Narodzenie.

Włączanie się w europejską wspólnotę było dla naszego kraju najważniejszym zadaniem przez całe nasze dzieje. Gdyśmy zwracali się ku Europie, działo nam się raczej lepiej, niż gdyśmy się od Europy odwracali, niekiedy bredząc coś przy tym, że to właśnie my jesteśmy nosicielami "prawdziwych" wartości europejskich i ich ostatnimi obrońcami. Po 1989, gdyśmy znów zyskali historyczną szansę, przyjęliśmy konstytucję opartą o europejskie zasady praw człowieka i rządów prawa, a później przystąpiliśmy do europejskich wspólnot obronnych i politycznych. Jeśli o coś mamy pretensje do naszych europejskich kuzynów, partnerów i przyjaciół, to o to, że oni w naszą europejskość wątpią, choć my tak bardzo się staramy.

Niestety, nie zawsze staraliśmy się, a nawet dzisiaj nie staramy się dość dobrze.

Gdy więc Adam Glapiński w szeroko komentowanym wywiadzie mówi, że

wejście do strefy euro [...] zakotwiczy Polskę na stałe w tzw. głównym nurcie europejskim

to choć zapewne jego intencje były całkiem inne, podaje w ten sposób najważniejszy argument za przyjęciem euro: To na stałe zakotwiczy nas w europejskiej wspólnocie gospodarczej i politycznej. A przecież to jest najważniejszy cel polityczny Polski, nasze najważniejsze polityczne wyzwanie od czasów chrztu Mieszka I.

Wesołych Świąt! Nolite timere!

niedziela, 23 grudnia 2018

Boris Johnson

Kluczowym problemem politycznym, jaki staje teraz przed wieloma krajami europejskimi, od Polski, poprzez Włochy i Francję, aż do Wielkiej Brytanii, jest dylemat: jak wiele integracji europejskiej, a jak wiele suwerenności? I dalej, jeśli integracja, to ile suwerenności można poświęcić, a jeśli suwerenność, to co się straci rezygnując z ważnych elementów integracji? Bo i koncepcja Unii-skarbonki, i pomysł, że my sobie tu na boku będziemy zawierać niezależne umowy handlowe z innymi krajami i jednocześnie korzystać z dobrodziejstw wspólnego rynku, najwyraźniej nie wypaliły.

Europejska integracja versus suwerenność to teraz jest najważniejszy podział polityczny, przekraczający i w znacznym stopniu unieważniający tradycyjne podziały lewica-centrum-prawica.

Myślę o tym obserwując, co dzieje się w Wielkiej Brytanii. Brytyjska polityka jest, jak się wydaje, w stanie rozpadu. Nadchodzi ostateczna data Brexitu, a nikt nie wie, czy Wielka Brytania zawrze z Unią jakieś porozumienie, jeśli tak, to jak będzie ono wyglądało, a jeśli nie, to co wtedy? Rząd się miota, kolejni ministrowie odchodzą, próba obalenia pani premier May się nie powiodła, ale wcale nie jest pewne, że wygra ona styczniowe głosowanie w parlamencie nad wynegocjowanym przez siebie porozumieniem z Unią. A jeśli pani premier przegra - bo nie może liczyć na mechaniczną większość głosów formalnej koalicji rządowej, a z drugiej strony przeciwnicy Brexitu też tego porozumienia nie poprą - to czy Unia się ugnie i w ostatniej chwili ustąpi w czymś Wielkiej Brytanii? A może będzie drugie referendum? A może hard Brexit? Brytyjski rząd, zmarnowawszy ponad dwa lata, pospiesznie próbuje przygotować kraj na różne scenariusze i poza tym oraz rutynowym administrowaniem nie jest chyba w stanie zajmować się niczym innym.

Partia Konserwatywna - Torysi - jest wewnętrznie podzielona na zwolenników pozostania w Unii, zwolenników twardego Brexitu i zwolenników Brexitu, ale z jakimś porozumieniem z UE. Kłopot w tym, że takie porozumienie powinno być akceptowalne i dla Brytyjczyków, i dla pozostałych krajów unijnych, to zaś wydaje się niezwykle trudne do osiągnięcia.

Ale po stronie opozycji wcale nie jest lepiej. Jak donosi Guardian, przywódca Labour Party, Jeremy Corbyn, traktowany niekiedy jak ostatnia nadzieja europejskiej lewicy, wywołał wściekłość wielu posłów i działaczy swojej partii, opowiedział się bowiem za Brexitem, wbrew oficjalnemu stanowisku partii. Corbyn jest równie zaciekłym antyliberałem, co nasi rządzący, aczkolwiek z innych powodów. Jeremy Corbyn jest klasycznym, i przez to cokolwiek anachronicznym, socjalistą-etatystą. Chciałby, aby państwo mogło wspierać przemysł, a swojej bazy wyborczej upatruje głównie na zdezindustrializowanej, antyeuropejskiej prowincji, przez co sam staje się antyeuropejski. Nie po drodze mu ze społecznie lewicową, ale proeuropejsko nastawioną i gospodarczo liberalną młodzieżą, tak do 30, z wielkich miast. Jest jednak przekonany, że oni i tak będą głosować na Labour, no bo na kogo innego? Przecież nie na tych zakłamanych Torysów?!

Corbyn stara się przy tym rozgrywać tradycyjną politykę partyjną, choć coraz wyraźniej widać, że jest ona żałośnie nieadekwatna do współczesnych wyzwań. Kunktatorsko nie zgłosił wniosku o wotum nieufności dla rządu Theresy May, choć zażądał jej ustąpienia w słowach, które przypominały - ale tylko przypominały - oficjalną formułę wotum nieufności. Corbyn chce, żeby Torysi wykrwawili się na Brexicie. Ponieważ Torysi Brexitu nie wygrają - Brexit nie jest do wygrania - Corbyn liczy na to, że po wyborach, najprawdopodobniej przyspieszonych, władza sama wpadnie mu w ręce, jak dojrzała gruszka. Może się przeliczyć, tak jak już przeliczył się David Cameron. Mianowicie, po wyborach może być hung Parliament, bez wyraźnej większości. Władza wisieć będzie na wewnętrznie sprzecznej, ale zjednoczonej wokół sprzeciwu wobec tradycyjnej polityki koalicji dziwolągów typu DUP, UKIP i SNP, a premierem zostanie Boris Johnson.

No i jeszcze księżne Meghan i Kate się kłócą. 

czwartek, 15 listopada 2018

aferze KNF najbardziej bulwersująca nie jest rzekoma propozycja korupcyjna, jaką były już szef KNF, Marek Chrzanowski, miał złożyć właścicielowi dwu prywatnych banków, miliarderowi Leszkowi Czarneckiemu, ale to, że mianowani przez PiS członkowie KNF podejmowali działania mające doprowadzić do upadłości banków i przejęcia ich "za złotówkę" przez inne banki. Propozycja korupcyjna miała polegać na tym, że w zamian za zatrudnienie wskazanego człowieka za niebotyczne wynagrodzenie, szef KNF miał ochronić banki Czarneckiego przed takim scenariuszem.

Zdaje się, że celowe działania państwowego regulatora, mające doprowadzić do upadku wskazanego banku, aby można go było przymusowo znacjonalizować, było - i nadal jest?! - oficjalną linią programową PiSu. 

7 listopada Czarnecki złożył doniesienie do prokuratury o korupcyjnej propozycji Chrzanowskiego, jaką ten miał mu złożyć kilka miesięcy wcześniej. Następnego dnia, 8 listopada, do sejmowej Komisji Finansów wpływają poprawki do procedowanej właśnie ustawy, umożliwiające KNF nakazanie przymusowego przejęcia jednego banku przez inny. Na ich jak najszybsze przyjęcie nalega... Marek Chrzanowski. Mimo protestów opozycji, a nawet sejmowego Biura Legislacyjnego, komisja przyjmuje te poprawki. 9 listopada całą ustawę przyjmuje Sejm. Marszałek Ryszard Terlecki jeszcze bardziej, jeśli to w ogóle możliwe, kompromituje siebie samego i cały Sejm, prowadząc ten punkt porządku obrad z telefonem przy uchu: Ktoś nieszczęśnika cały czas instruował, bo on przecież sam się nie mógł połapać co i jak ma być przegłosowane. Komuś widać bardzo zależało na pośpiechu. Nic dziwnego: 13 listopada opinia publiczna dowiaduje się o aferze KNF z artykułu w Gazecie Wyborczej. 14 listopada KNF wpisuje jeden z banków Czarneckiego na listę ostrzeżeń publicznych.

Ciekawi mnie, czy PiSowi trywialnie brakuje pieniędzy do rozdawania w ramach wątpliwych programów socjalnych i prowadzenia chybionych inwestycji, więc chce je ukraść z prywatnego banku - nie z depozytów klientów banku, ale z jego kapitału własnego - czy też chce zbudować swoją własną oligarchię, na wzór tego, co Orban robi na Węgrzech.

Jak by nie było, PiS doszczętnie skompromitował w oczach świata polski nadzór bankowy. Teraz zagraniczne instytucje finansowe siedem razy się zastanowią, zanim zdecydują się zainwestować w Polsce. Te zaś, które jeszcze tu są, już pewnie myślą o tym, jak uciec, minimalizując straty.

Skądinąd taki rozwój wypadków też powinien PiS cieszyć.

Smaku całej historii dodaje, iż z aferą KNF łączą się, poprzez banki Czarneckiego, dwie inne potężne PiSowskie afery finansowe: afera SKOK-ów i afera GetBacku.

Warto w tym miejscu przypomnieć o przypadkach Zygmunta Solorza-Żaka, właściciela Polsatu, ale też wielu innych firm. Kilka miesięcy temu Polsat, który dotąd starał się nie opowiadać wyraźnie po żadnej ze stron sporu politycznego, stał się bardzo pro-PiSowski. Mówiono wtedy, że Polsat złagodniał, bo inne interesy Solorza-Żaka, na których los miały wielki wpływ decyzje państwowych regulatorów, były zagrożone. Głównie miało chodzić o możliwość przejęcia przez Polsat Netii, a także o sytuację Zespołu Elektrowni Pątnów-Adamów-Konin, pośrednio należącego do Solorza-Żaka poprzez jego spółki. Teraz okazuje się, że wiosną do Rady Nadzorczej banku, którego właścicielem jest Solorz-Żak, z rekomendacji KNF wszedł... ten sam prawnik, którego Chrzanowski chciał wcisnąć Czarneckiemu.

Propozycję korupcyjną, jaką miał złożyć szef KNF Marek Chrzanowski miliarderowi Leszkowi Czarneckiemu, powszechnie interpretuje się jako propozycję korupcji "na słupa": Ty za grube miliony zatrudniasz wskazanego człowieka, a on część tych milionów cichcem przekazuje mnie, bądź moim mocodawcom czy wspólnikom. Ale czy w rzeczywistości nie chodziło o coś innego? Może szef KNF chciał wprowadzić swojego człowieka do banku po to, że gdy już bank zostanie doprowadzony do upadku i przejęty, będzie ktoś, kto zdąży go gruntownie poznać, co bardzo ułatwi zarządzanie przejętym, a właściwie ukradzionym bankiem. Co zresztą korupcji "na słupa" w okresie przejściowym nie wyklucza.

Zygmunt Solorz-Żak powinien zacząć się poważnie obawiać o los swojego Plus Banku. Ciekawe, czy Solorz-Żak ma swoim sejfie jakieś ciekawe nagrania? 

Ryszard Terlecki prowadzi obrady Sejmu z telefonem przy uchu

P.s. "Szumidła" to urządzenia antypodsłuchowe, jakie Marek Chrzanowski włączył rozpoczynając rozmowę z Leszkiem Czarneckim. Zagłuszyły dwa z trzech urządzeń nagrywających przyniesionych przez Czarneckiego.

piątek, 26 października 2018

Domena publiczna, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=925563W Krakowie wybory nie rozstrzygnęły się w pierwszej turze. Potrzebna będzie dogrywka pomiędzy urzędującym prezydentem, Jackiem Majchrowskim, startującym z własnego komitetu i popieranym przez Koalicję Obywatelską, PSL i SLD, a Małgorzatą Wasserman z PiS.

Jacek Majchrowski jest prezydentem Krakowa od 16 lat, nigdy nie wygrał w pierwszej turze i dorobił się sporego elektoratu negatywnego. W początkowych latach stawiano mu sporo zarzutów, które ja też uważałem za zasadne, więc na niego nie głosowałem. Ale Majchrowski zmienił się na lepsze. Kraków rozwija się, usprawnia komunikację publiczną, walczy ze smogiem, jest dość sprawnie zarządzany, a wielką zasługą Majchrowskiego jest to, że miasto potrafi znakomicie zorganizować bardzo duże imprezy, jakie się u nas regularnie odbywają. Z publicznie podnoszonych zarzutów przeciwko Majchrowskiemu ostał się ten o "betonowanie miasta": deweloperzy zabudowują, co się da, często bez ładu i składu, budując takie urbanistyczne potworki, jak osiedla Ruczaj czy Avia. To wszystko prawda, ale znaczna część Krakowa nie miała uchwalonego miejscowego planu zagospodarowania, do czego dość solidarnie przyczyniali się radni ze wszystkich opcji politycznych, niekiedy wręcz angażując się biznesowo po stronie swoich ulubionych deweloperów.

Przy okazji, obecny PiSowski program Deweloper+ (formalnie "Mieszkanie Plus") może tylko problem betonowania Krakowa pogłębić. Planuje się na przykład budowę osiedla na kilka tysięcy osób na Klinach, na cennych przyrodniczo terenach, gdzie za to nie ma dojazdu, szkoły czy przychodni.

Mnie u Majchrowskiego nie podoba się jego polityka kulturalna oraz to, że nie jest prezydentem aktywnym - nie zgłasza nowych, świeżych inicjatyw, mogących otworzyć miasto na zupełnie nowe perspektywy. Raczej ogranicza się do pilnowania, żeby miasto sprawnie działało i rozwijało się we w miarę przyzwoitym tempie. Nie uważałem Majchrowskiego za kandydata moich marzeń i dotąd głosowałem na niego tylko raz, w drugiej turze cztery lata temu. No i w pierwszej turze w tym roku.

Głosowałem na Majchrowskiego, gdyż mój Kandydat Idealny się, niestety, nie pojawił. Nie chcąc rezygnować z prawa wypowiadania się o przyszłości mojego miasta, zagłosowałem wobec tego na najlepszego kandydata spośród tych, którzy stanęli do wyborów.

W drugiej turze, jako się rzekło, Jacek Majchrowski będzie rywalizował z Małgorzatą Wasserman z PiS. Pomijając nawet wątki "ogólnopolityczne", uważam, że ewentualna prezydentura pani Wasserman byłaby dla miasta bardzo zła, szkodliwa.

Pani Wasserman nie ma pojęcia o zarządzaniu miastem. Wydaje się, że nie ma ona doświadczenia w zarządzaniu czymkolwiek większym od własnej kancelarii adwokackiej. Nie, nie błysnęła niczym szczególnym, w tym organizacyjną sprawnością, w trakcie prac par excellence politycznej komisji do spraw Amber Gold. Jej rządy musiałyby oznaczać chaos, brak kompetencji urzędniczych i mnóstwo przypadkowych, nieprzemyślanych decyzji, z których długo musielibyśmy się wygrzebywać.

Pani Wasserman sprowadziłaby do Urzędu Miasta i do podległych miastu spółek całe tabuny działaczy PiSu i ich niezbyt udanych krewnych i znajomych. PiS robi tak wszędzie, gdzie zdobywa władzę. W chwili szczerości pewien dość ważny krakowski działacz PiS publicznie przyznał:

Najwięcej pieniędzy z budżetu państwa idzie przez samorządy [...], więc dlatego tak ważne, żebyśmy je przejęli.

Nie chodzi więc o to, że PiS sądzi, iż ma lepszy pomysł na zarządzanie miastem. Chodzi wyłącznie o położenie łapy na pieniądzach, o (legalne!) transferowanie ich do kieszeni właściwych ludzi i politycznie słusznych inicjatyw i o możliwość zatrudniania swojaków. W dodatku swojacy, jakich do agend miasta mogłaby ściągnąć pani Wasserman, byliby już całkiem marnej jakości, bo wszyscy choć trochę kompetentni już znaleźli zatrudnienie w innych miejscach podlegających PiSowskiej nomenklaturze.

Jeśli chodzi o konkretne projekty, to pani Wasserman przed pierwszą turą zgłosiła ich cztery:

  1. Budowa parkingów przy szkołach, żeby rodzice mieli gdzie parkować, gdy trzy czy cztery razy do roku przyjeżdżają do szkoły na zebrania. Parkingi musiałyby powstawać kosztem terenów zielonych lub rekreacyjnych dla uczniów, bo innej możliwości fizycznie nie ma. I co na to przeciwnicy "betonowania miasta"?
  2. Budowa trzeciego szpitala miejskiego. Otóż, droga pani Małgorzato Wasserman, w Krakowie są "tylko" dwa szpitale miejskie (Narutowicza i Żeromskiego), ale wszystkich szpitali - wojewódzkich, klinicznych, a nawet prywatnych - jest łącznie bardzo dużo. Owszem, są kolejki, ale nie wynikają one z braku instytucji lub sprzętu, ale z braku lekarzy i pielęgniarek oraz z bardzo szczupłych kontraktów z NFZ. Jeśli pani Wasserman tego nie wie, to doprawdy lepiej by zrobiła, gdyby się na ten temat nie wypowiadała.
  3. Zniesienie (a przynajmniej złagodzenie) ograniczeń w parkowaniu w centrum miasta, a więc większy ruch, gorsze korki, większe zanieczyszczenie i mniej stref przyjaznych dla pieszych. W ogóle pani Wasserman wprost mówiła, że najczęściej podróżuje samochodem, także po mieście. O komunikacji zbiorowej nawet się nie zająknęła, poza dość ogólnymi uwagami o konieczności budowy metra. O, tak, budowa metra to przedsięwzięcie, na którym krewni i znajomi Królika mogliby świetnie zarobić, ale jego korzystny wpływ na komunikację w Krakowie jest co najmniej dyskusyjny.
  4. Projekt budowy przystani jachtowej na Wiśle. Jeśli pani Wasserman uważa, że brak przystani jachtowej szczególnie doskwiera mieszkańcom, to szczerze gratuluję znajomości miasta i jego potrzeb. A jeśli zważyć, iż jachty to raczej zabawka dla osób zamożnych, widzimy, jak w rzeczywistości wygląda deklarowana przez PiS troska o najuboższych i o "zwykłe polskie rodziny".

Dwa ostatnie postulaty, metro i jachty, to chyba echo niesławnej kampanii Patryka Jakiego w Warszawie. Tym bardziej dowodzi to, iż Małgorzata Wasserman nie ma żadnych pomysłów na rozwój Krakowa.

Przed drugą turą pani Wasserman zaczęła raptem mówić o walce ze smogiem, ilustrując zresztą ten postulat zdjęciem z Barcelony. (Zaiste, duch Patryka Jakiego unosi się nad wodami.) To świetnie, tyle że pani Wasserman nic dotąd o smogu nie mówiła, a partia, która ją wystawiła, jest w tej kwestii kompletnie niewiarygodna. Cały czas deklaruje, że energetyka powinna być opata na "polskim węglu" (zwiększając przy tym import węgla z Rosji, w tym od separatystów z Donbasu), podtrzymuje normy zezwalające na spalanie najgorszych gatunków węgla i praktycznie zabiła energetykę OZE. Radni PiSu sprzeciwiali się antysmogowym uchwałom Rady Miasta i małopolskiego sejmiku, a przynajmniej ich istotnym elementom. Jednak najważniejsze w "antysmogowym" dorobku PiSu jest to, iż w lutym 2016 kontrolowany przez PiS NFOŚ zabrał Małopolskce 20 mln złotych, jakie ta miała obiecane na walkę ze smogiem, przyznając jednocześnie 27 mln panu Rydzykowi na geotermię. Powtórzymy wyraźnie: dla PiS od walki ze smogiem ważniejsze jest dotowanie "dzieł" dyrektora Rydzyka. Na szczeblu ogólnopolskim PiS chwali się swoim programem "Czyste powietrze", ale w projekcie budżetu na 2019 przewidział na jego realizację jakieś znikomo małe środki. Dlatego obecne zapewnienia pani Wasserman o konieczności walki ze smogiem uważam za zupełnie fałszywy, obłudny koniunkturalizm.

Jedno natomiast jest pewne: Gdyby Małgorzata Wasserman została prezydentem Krakowa, miastem wstrząsałyby ideologiczne ekscesy PiSu. Żadnych Marszów Równości czy Tęczowych Piątków, za to ingerencje w program miejskich instytucji kultury, promowanie najrozmaitszych "bohaterów wyklętych" i jedynie słuszne pomniki na każdym rogu.

Nie możemy do tego wszystkiego dopuścić! I dlatego ja z całym przekonaniem zagłosuję 4 listopada na Jacka Majchrowskiego. #TakDlaJacka!

środa, 24 października 2018

Tu, jak widzisz, trzeba biec tak szybko, jak się potrafi, żeby zostać w tym samym miejscu. Jeżeli chce się znaleźć w innym miejscu, trzeba biec co najmniej dwa razy szybciej!

Lewis Carrol, O tym, co Alicja odkryła po drugiej stronie lustra, tłum. Maciej Słomczyński

Wyniki wyborów samorządowych pokazują, że ugrupowania demokratyczne, głównie Koalicja Obywatelska, są bardzo silne w dużych miastach, ale poza nimi najsilniejszy jest PiS, który zdobywa aż sześć sejmików wojewódzkich. A nawet tam, gdzie nie ma samodzielnej większości, jest często najsilniejszym klubem i nie będzie rządzić tylko dlatego, że nie ma żadnych zdolności koalicyjnych. Można by powiedzieć, że w Polsce powtarza się wzorzec znany z innych krajów, z Ameryki głosującej na Trumpa czy z Wielkiej Brytanii głosującej za Brexitem: Wielkie miasta są "liberalne", ale obszary wiejskie i zubożałe regiony post-industrialne są znacznie bardziej konserwatywne i podatne na populistyczną propagandę.

O zwycięstwie PiSu w tak wielu województwach zdecydowała nie tyle przewaga nad Koalicją Obywatelską, która z gruba odpowiada trendom wynikającym z sondaży z wielu miesięcy, ile słaby wynik PSL. W poprzednich wyborach samorządowych ludowcy zdobyli nadspodziewanie dobry wynik, zapewne dzięki "książeczce" (specyficznemu fizycznemu układowi list wyborczych). Teraz co prawda PSL nie został "wyeliminowany z życia publicznego", czego życzyła sobie Beata Mazurek, osoba, której wyjątkowo żarliwie nie znoszę, ale jego poparcie zmalało o połowę. Widać, jak bardzo skuteczna okazała się taktyka PiS: Jeździć po małych miejscowościach, kłamliwie oskarżać tam PSL (i Platformę Obywatelską, ale głównie PSL) o różne zaniedbania i obiecywać rządowe pieniądze na potrzeby lokalne, o ile tylko mieszkańcy wybiorą PiSowski samorząd. A mieszkańcy, którzy czuli się zaniedbywani przez poprzednie władze i pozbawieni wpływu na politykę, czują się dowartościowani wizytą premiera, prezesa i ważnych ministrów i kupują ich fałszywe obietnice, nie zauważając, że przez prawie trzy lata rządów, PiS, poza rozdawnictwem socjalnym, nie zrobił dla prowincji literalnie niczego. 

Jak widać, w Polsce - i w Ameryce - da się wygrać mając słabą pozycję w miastach, ale silną na prowincji. Bez istotnego poparcia na prowincji wygrać się nie da. Jeśli siły demokratyczne chcą za rok odsunąć PiS od władzy, muszą zrobić co najmniej trzy rzeczy:

  • zachować koalicyjną jedność, poszerzając koalicję o PSL przynajmniej w wyborach do Senatu,
  • utrzymać poparcie w dużych miastach,
  • wyraźnie wzmocnić swoją pozycję poza miastami.

Samo utrzymanie poparcia w dużych miastach nie będzie łatwe. W polityce nic nie ma za darmo. Koalicja Obywatelska nie może popełnić błędu "miasta są nasze, więc odpuszczamy". Przeciwnie, trzeba wciąż mówić o cywilizacyjnych zagrożeniach, jakie niosą rządy PiS - łamanie prawa i praw człowieka, zagrożenie dla demokracji, antyeuropejskość, zaściankowość, ksenofobia i obyczajowe wstecznictwo - ale także o jakości życia, smogu, pracy, szkołach, służbie zdrowia: nie tylko, że PiS nie robi nic, aby to poprawić, ale że siły demokratyczne wiedzą, co i jak trzeba zmienić. Trzeba to mówić i przekonywać o tym ciągle i bez wytchnienia. Przedstawiać pomysły i projekty. No i trzeba faktycznie te pomysły i projekty mieć.

Poza dużymi miastami będzie jeszcze trudniej. Raczej nie należy spodziewać się, że w ciągu roku polska prowincja się obyczajowo zradykalizuje. Na pewno nie da się przelicytować PiSu w obietnicach socjalnych. Nie można też obiecywać odbudowy tradycyjnego przemysłu, który upadł wraz z realnym socjalizmem. W dodatku trzeba pamiętać, że wrażliwość "miejska" i "wiejska" są często w konflikcie - dla przykładu, w miastach ważna jest ekologia, ale drwale, którzy wycinają Puszczę Białowieską, robią to nie z patologicznej nienawiści do drzew ani nie z głupoty, lecz dlatego, że uważają, że to jest dobra praca, a innej tam właściwie nie ma - więc trzeba pamiętać, żeby starając się zjednać jednych, nie zrażać do siebie drugich.

Cóż więc siły demokratyczne mogą realistycznie obiecać prowincji? Myślę, że trzy rzeczy:

Po pierwsze, poprawę komunikacji, gdyż wiele miejscowości jest komunikacyjnie wykluczonych. Niedopuszczalna jest sytuacja, w której pacjent, któremu wyznacza się wizytę u lekarza (za wiele miesięcy!), prosi, aby nie było to w okresie wakacji, bo on nie będzie miał jak dojechać. W jego wsi bowiem poza gimbusem nie ma żadnego transportu publicznego. (Nawiasem mówiąc, czy likwidacja gimnazjów będzie też oznaczać likwidację gimbusów?) Poprawa komunikacji nie musi wymagać budowy nowych dróg ekspresowych i szlaków kolejowych. To też, ale często wystarczy pokonać bariery organizacyjne i finansowe, a także, jak czytam, zmienić wadliwe i niespójne regulacje prawne, aby przewoźnicy dojeżdżali nie tylko tam, gdzie im się to opłaca.

Po drugie, poprawę edukacji. Wiejskie szkoły są w dużej części zaniedbane, źle wyposażone i niedofinansowane, a kształcenia na poziomie ponadpodstawowym w wielu gminach po prostu nie ma. Technikum, szkoła zawodowa (obecnie: branżowa) czy liceum są w sąsiednim miasteczku, ale jak do niego dojechać? Znaczenia poprawy jakości kształcenia nie trzeba tłumaczyć.

Po trzecie, trzeba zaoferować jakieś czystsze, ale jednocześnie akceptowalne cenowo sposoby ogrzewania, alternatywne dla palenia najgorszej jakości węglem i odpadami. Sam zakaz palenia byle czym i jego egzekwowanie wzbudzą raczej wściekłość niż zrozumienie dla problemu jakości powietrza, o globalnym ociepleniu nie wspominając. Ludzie powiedzą: "Na dobry węgiel mnie nie stać, na gaz mnie nie stać, na ogrzewanie elektryczne mnie nie stać, to czym ja mam, k*, palić?!" Trzeba więc coś tym ludziom zaproponować, ale ja nie mam pojęcia, co. Spodziewam się jedynie, że będzie to dużo kosztować.

Ponadto trzeba wspierać PSL tam, gdzie próbuje on unowocześniać rolnictwo, a głównie jego otoczenie: skup i przetwórstwo, zakładanie organizacji producentów rolnych (które PiS zwalczał, bo nie były jego).

Wreszcie przywódcy Koalicji Obywatelskiej muszą na prowincję jeździć, być tam: Nie tylko w Warszawie, Krakowie czy Białymstoku, ale też w Sochaczewie, Limanowej i Sokółce, nawet jeśli mogą się tam spodziewać niechętnego przyjęcia. Trudno. I nie mówić tylko o demokracji, wartościach europejskich i emancypacji grup wykluczonych, ale także o autobusach, szkołach i skupie jabłek. Z drugiej strony nie udawać, że rozdawnictwo socjalne czy programy dopłat do energii, paliwa i Bóg wie czego wszystko załatwią. Prawica, jeśli już musi, rozdaje pieniądze. Lewica i liberałowie - po prostu demokraci - powinni dbać o wysoką jakość usług publicznych. 

Czy da się to wszystko zrobić w ciągu roku? Nie wiem. Mam nadzieję, że tak, ale łatwo nie będzie. Ale koniecznie trzeba spróbować. Koniecznie.

godło Polski

piątek, 19 października 2018
niedziela, 14 października 2018

Gustave Doré, Ruggiero ratuje AngelikęSpędzam niedzielę słuchając Orlanda Haendla w znakomitym wykonaniu: René Jacobs i B'Rock Orchestra, soliści: Bejun Mehta, Sophie Karthäuser, Kristina Hammarström, Sunhae Im i Konstantin Wolff. Piękne wykonanie, świetna muzyka, Haendel w swoich najlepszych latach. Ale ja tym razem nie o muzyce.

Libretto oparte jest na szesnastowiecznym poemacie Ludovica Ariosta Oralndo Furioso i opowiada o tym, że Orlando zakochał się w Angelice. Był przy tym przekonany, że jej wzajemność mu się właściwie należy, bo on uratował ją ze strasznych opresji. Angelica jednak zakochuje się w rycerzu Medoro. W Medoro kocha się też Dorinda. Medoro flirtuje z obiema panienkami, ale ostatecznie ucieka z Angeliką. Gdy dowiaduje się o tym Orlando, który jest wielkim generałem, paladynem Karola Wielkiego (my go znamy jako Rolanda, ideał chrześcijańskiego rycerza), ale przede wszystkim popaprańcem, z wściekłości i rozpaczy po, jak on to widzi, zdradzie Angeliki, traci zmysły, szaleje, morduje i pali wszystko, co napotka. Trwa to dopóty, dopóki Ruggiero (którego wcale w tej operze nie ma) nie leci na hipogryfie (który z kolei powraca w wielkim stylu w Więźniu Azkabanu) na Księżyc, aby przywieźć stamtąd utracone zmysły Orlanda. Księżyc bowiem jest wielkim biurem rzeczy rzeczy zagubionych.

Angelica, nawiasem mówiąc, poznaje Medora, gdy ten ranny wraca z wojny. Taki ranny, taki dzielny i taki przystojny! Angelica zaczyna się nim opiekować, i tak się opiekuje, że się w nim zakochuje. Trochę jak w Wiernej rzece. Czyżby Żeromski czerpał z Ariosta?

P.s. Syriusz Black jako figura Ruggiera? No, no...

Ja słucham płyty, ale w sieci dostępne jest spiracone z Mezzo nagranie scenicznego wykonania tej opery. Ta sama obsada, tylko grane ciut szybciej, niż na płycie. Spektakl zresztą ciekawy scenicznie i nie tylko dobrze zaśpiewany, ale też dobrze zagrany. Dla ilustracji ustawiam świetną arię Zoroastra (Konstantin Wolff) z trzeciego aktu, Sorge infausta una procella.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 35