Kategorie: Wszystkie | Edukacja | Fizyka | Kryzys | Literatura | Muzyka | Polityka | Rozmaitości
RSS
czwartek, 08 grudnia 2016

W moim poprzednim wpisie wspomniałem, że grupa profesorów smoleńskich wystąpiła z wnioskiem o odebranie Maciejowi Laskowi, byłemu przewodniczącemu Państwowej Komisji Badania Wypadków Lotniczych, stopnia naukowego doktora nauk technicznych. Wniosek, w świetle obowiązującego w Polsce prawa, był oczywiście bezzasadny i natychmiast upadł, został jednak złożony i wszedł do kronik niesławy nauki polskiej. Jednym z wnioskodawców był, jak się okazuje, negatywny bohater mojego dawnego wpisu, fizyk, profesor zwyczajny na moim Wydziale. Indagowany o przyczyny tego kroku miał odpowiedzieć, że prawa fizyki zostały pogwałcone przez oficjalny raport [o przyczynach katastrofy pod Smoleńskiem] i odesłał do materiałów IV Konferencji Smoleńskiej.

W materiałach tej konferencji znajduje się jedno wystąpienie odnoszące się bezpośrednio do praw fizyki: Prawa fizyki a katastrofa smoleńska, a jego autorem jest prof. Zbigniew Jelonek z Instytutu Matematyki PAN.

Zadałem sobie bolesny trud przeczytania tego wystąpienia, a także wysłuchania jego nagranej wersji mówionej, również dostępnej na stronach konferencji. Trud był bolesny ze względu na tematykę, na dość chaotyczną formę wystąpienia (w wersji pisanej, zwłaszcza zaś mówionej), a wreszcie z powodów osobistych: Zbyszek Jelonek to mój kolega z klasy.

Prof. Jelonek zwraca uwagę na pewne nieścisłości w raporcie Komisji Millera (na przykład niewłaściwie obliczone kąty, pod którymi samolot ścinał gałęzie drzew, a także przesunięcia czasowe niektórych zdarzeń). I dobrze, że to robi! Jak już pisałem, sam przebieg destrukcji samolotu nie jest bardzo ważny, ale usuwanie takich nieścisłości i niedoróbek zmniejsza pole do siania wątpliwości przez zwolenników hipotezy wybuchowej. Podobną zresztą rolę odgrywają wyjaśnienia prof. Jancelewicza, z których wynika, że samolot uszkodził klapy i sloty lewego skrzydła już przy pierwszym zderzeniu z drzewami, jeszcze przed brzozą. Brzoza zaś została przez skrzydło ścięta, ale tak nadwerężyła jego konstrukcję, że skrzydło oderwało się za brzozą, na skutek działania sił aerodynamicznych. To by zapewne tłumaczyło błędną identyfikację "brzozy" w danych z czarnych skrzynek z raportu Millera (patrz Jelonek, Rys. 17): Nie chodzi o fizyczny kontakt z brzozą, ale o utratę końcówki skrzydła po zderzeniu z brzozą. Idąc dalej tym tropem, ponieważ "brzoza" staje się punktem odniesienia dla względnych przesunięć czasowych, wyjaśnia to, dlaczego to prof. Jelonek (str. 42) myli się twierdząc, że Komisja Millera przesunęła punkt TAWS 38 o 1 sekundę do przodu.

To jednak są tylko poboczne punkty z wystąpienia prof. Jelonka. Jego główną treścią są obliczenia sił, jakie działały na samolot w płaszczyźnie poziomej i wywołany przez nie przekaz pędu. Jelonek dowodzi, że przekaz ten był zbyt mały, aby wywołać taki skręt samolotu, jaki w rzeczywistości miał miejsce. Stąd wynika, powiada Jelonek, że na samolot musiała zadziałać znaczna siła dodatkowa. Prof. Jelonek stawia hipotezę, że siła ta to w istocie odrzut spowodowany wybuchem w prawej środkowo-dolnej części samolotu nad punktem TAWS 38 (str. 37). 

Prof. Jelonek nie mówi tego wprost, ale zdaje się, że swoje obliczenia prowadził przy założeniu, że nieuszkodzony samolot, z symetrycznie działającą na skrzydła siłą nośną, uderza w brzozę, nie traci w zderzeniu końcówki skrzydła oraz nie doświadcza przekazu pędu w innych (wcześniejszych i późniejszych) zderzeniach z przeszkodami terenowymi. O siłach aerodynamicznych Jelonek w ogóle nie wspomina (str. 36), zaniedbując ich wpływ. Tymczasem jak wiemy z rozmowy z prof. Jancelewiczem, samolot był uszkodzony już po pierwszych (przed brzozą) zderzeniach z drzewami, i to uszkodzony niesymetrycznie: lewe skrzydło opadało. Należałoby zatem uwzględnić wpływ pary sił, powodujących obrót samolotu wzdłuż osi podłużnej, tym większy, gdy samolot już stracił końcówkę lewego skrzydła. W ostatecznym bilansie należałoby też uwzględnić pęd unoszony przez oderwaną końcówkę skrzydła (i inne drobniejsze fragmenty). Jaki to wszystko, a w szczególności asymetryczne siły aerodynamiczne, miało wpływ na poziomą trajektorię samolotu, pojęcia nie mam. Pewnie trzeba by przeprowadzić szczegółowe obliczenia, symulacje - nie symulacje oderwania się skrzydła, ale symulacje samego lotu uszkodzonego samolotu. Zapewne wymagałoby to użycia bardziej zaawansowanych narzędzi, niż w gruncie rzeczy szkolna fizyka, jaką posługuje się Jelonek.

Tak czy siak, nie negując dobrej woli prof. Zbigniewa Jelonka na tym etapie rozważań, muszę powiedzieć, że jego konkluzje są nieprzekonujące, jako że autor pomija szereg czynników, które z wielkim prawdopodobieństwem miały wpływ na trajektorię lotu. Hipoteza o wybuchu nad punktem TAWS 38 staje się zbędna, a co najmniej nieudowodniona, podobnie jak zarzut, iż wyniki zawarte w raporcie Komisji Millera są sprzeczne z prawami fizyki.

W końcowej części wykładu matematyk Jelonek... analizuje zdjęcia z blogów, na których, jak sam przyznaje, niewiele widać. (Ten fragment jest tylko zasygnalizowany w wersji pisanej; w wersji mówionej eksponowany był znacznie mocniej.) Przy natężeniu dobrej woli można przyjąć, że widać, iż coś, co mogłoby być fragmentem burty samolotu, leży 250m od głównego wrakowiska. Według prelegenta dowodzi to, że był wybuch. Dramat.

Odnoszę wrażenie, że Zbigniew Jelonek trochę na siłę chciał dopasować swoje tezy do "raportu Szuladzińskiego". Tyle tylko, że Szuladziński twierdził, iż nieuszkodzony samolot doleciał odpowiednio wysoko, nie zderzając się z drzewami, aż do punktu TAWS 38, gdzie nastąpił wybuch. Prof. Jelonek natomiast nie zaprzecza, że samolot kilkaset metrów od progu pasa znalazł się na wysokości kilkunastu-kilku metrów nad ziemią, że dochodziło do zderzeń z przeszkodami terenowymi, że od zderzenia z brzozą (do którego według Jelonka na pewno doszło!) do upadku na ziemię minęło kilka (niewielkie kilka) sekund, że samolot utracił końcówkę skrzydła jeszcze przed punktem TAWS 38 (str. 36, prawa kolumna u góry!), a mimo to utrzymuje, że przyczyną katastrofy był... wybuch nad punktem TAWS 38?! Wybuch, który źli ludzie zaplanowali tak precyzyjnie, że miał miejsce w kilkusekundowym okienku pomiędzy zderzeniem z drzewami a upadkiem samolotu. No nie może być...

sobota, 03 grudnia 2016

PiS nieustannie gra katastrofą smoleńską. Co prawda przez ponad rok, odkąd objął władzę, ani nie sprowadził do Polski wraku, ani oryginałów czarnych skrzynek, ani nie powołał międzynarodowej komisji do wyjaśnienia przyczyn wypadku, choć wszystko to, zgodnie z przedwyborczymi obietnicami, miało nastąpić niemalże natychmiast. Żałosna, choć suto opłacana komisja Antoniego Macierewicza w ciągu roku nie znalazła żadnych dowodów na zamach. Teraz pan Zbyszek ze swoimi obrzydliwymi pachołkami - być może w ramach rywalizacji z Antonim Macierewiczem o wpływy u naczelniczka - zajmuje się bezczeszczeniem grobów, szczególnie pazerne wdowy smoleńskie występują o kolejne miliony odszkodowania, zadowalając się (na razie?) marnymi setkami dodatkowych tysięcy, smoleńscy profesorowie próbują odebrać Maciejowi Laskowi, byłemu przewodniczącemu Państwowej Komisji Badania Wypadków Lotniczych, stopień naukowy doktora, a PiSowska propaganda testuje, o co by tu oskarżyć Tuska, bo z braku dowodów o zamach się nie da, a przecież o coś koniecznie trzeba, żeby naczelniczek Kaczyński mógł wywrzeć swą pomstę sprawiedliwą na Tusku. Nic się nie chce przykleić, ale spokojnie, i tak go oskarżą.

Sama zaś gra smoleńska potrzebna jest PiSowi do utrzymywania wzmożenia patriotycznego w żelaznym elektoracie.

Pisałem już kilkakrotnie, że przyczyny katastrofy smoleńskiej zostały wyjaśnione w sposób nie budzący wątpliwości: Pomijając bardzo liczne błędy popełnione w trakcie przygotowywania lotu i atmosferę panującą na pokładzie, rzecz sprowadza się do tego, że źle wyszkolona załoga, złamawszy wszelkie możliwe procedury bezpieczeństwa, przy bardzo słabej widoczności zeszła poniżej dopuszczalnej wysokości minimalnej, w wyniku czego samolot zderzył się z przeszkodami terenowymi i rozbił się, zabijając wszystkich na pokładzie. Tragiczna, a jednocześnie głupia i łatwa do uniknięcia katastrofa.

To wszystko jest jasne. Jednak szczegóły samego mechanizmu destrukcji samolotu nie były oczywiste, czego wyznawcy religii smoleńskiej używali do uzasadniania swoich tez, a przynajmniej do siania wątpliwości. Jednak kilka tygodni temu i ta sprawa się, moim zdaniem, wyjaśniła. Oto w tygodniku "Polityka" (nr 46 (3085), 8.11-15.11.2016) ukazała się rozmowa z prof. Bohdanem Jancelewiczem, emerytowanym profesorem Politechniki Warszawskiej, specjalistą w zakresie konstrukcji lotniczych. Wszystkim gorąco polecam przeczytanie całej rozmowy (dostęp jest bezpłatny!). Tutaj zacytuję tylko kluczowe fragmenty:

Nastąpiło zderzenie z koronami drzew, co uszkodziło sloty i klapy, zmieniając właściwości aerodynamiczne płata tak, że siła nośna zmniejszyła się o około 30 proc. poniżej wartości potrzebnej do utrzymania lotu wyłącznie poziomego. [...]

W zapisie rejestratora widać dokładnie, że, jak powiedziałem, już po pierwszym zderzeniu z drzewami tupolew stracił gwałtownie siłę nośną 30 proc. poniżej wartości, która zapewnia lot poziomy. W tym momencie w ciągu niespełna dwóch sekund rozgrywał się wypadek. Samolot przepadał, będąc 12 m nad ziemią. Nawet gdyby nie zahaczył o brzozę, nie miał szans uniknąć katastrofy. Kwestią było tylko to, jaka będzie konfiguracja zderzenia z ziemią. Dlaczego na ratunek nie było szans? Ze względu na uszkodzone skrzydła – lewe mocniej niż prawe – a precyzyjniej mówiąc, sloty i klapy. Z zapisów rejestratora wynika, że maszyna zaczęła się przechylać na lewą stronę na tyle mocno, że końcówka lewego skrzydła była prawie o dwa metry niżej niż prawego. [...]

Zwracam uwagę, że powyższe zdarzyło się jeszcze przed zderzeniem z nieszczęsną brzozą.

Wtedy doszło do zderzenia z brzozą, które ostatecznie przesądziło o losie tupolewa. Po utracie końcówki skrzydła długości około sześciu metrów samolot wykonał obrót wokół osi podłużnej o około 150 stopni i uderzył o ziemię w pozycji prawie odwróconej i z przodem bardzo pochylonym w stronę ziemi.

[...] brzoza została przez skrzydło ścięta! I to w mgnieniu oka – kontakt z brzozą trwał poniżej jednej setnej sekundy. Jednak drzewo uszkodziło nadwerężone poprzednimi uderzeniami konarów skrzydło. W efekcie jego końcówka została oderwana przez obciążenia aerodynamiczne, które na nią oddziaływały. Wywołane nimi obciążenia wewnętrzne to momenty gnące, siły tnące oraz moment skręcający w kierunku „na nos”. Te obciążenia wywołały najbardziej niekorzystny dla konstrukcji cienkościennej stan naprężenia w górnej części uszkodzonej już struktury, czyli jednoczesne ściskanie i ścinanie. To było przyczyną odłamania końcowej, około sześciometrowej, części lewego skrzydła.

Causa finita.

środa, 26 października 2016

Pani Natalia Przybysz, piosenkarka - przykro mi, ale nie kojarzę ani jednej śpiewanej przez nią piosenki, może żadnej nie słyszałem, choć nazwisko obiło mi się o uszy - opowiedziała w Wysokich Obcasach, że dokonała aborcji i w jakich okolicznościach. W dużym skrócie, tym bardziej, że wszyscy zainteresowani zapewne tę historię już znają, była to jej trzecia ciąża, nieplanowana, a ona nie chciała niczego zmieniać w swoim życiu.

Po tym wyznaniu prawica i środowiska katolickie rzuciły się na panią Przybysz z wściekłością. Z kolei feministki i różni postępowi publicyści zaciekle jej bronią. Można odnieść wrażenie, że koniecznie trzeba opowiedzieć się po którejś stronie tego sporu, zyskując - odpowiednio - miano katotalibańskiego reakcjonisty lub też poplecznika zabójców niewiniątek.

Ja zaś nie popieram usuwania niechcianej ciąży tylko dlatego, że jest niechciana. Tym bardziej, jeśli dotyczy to osoby obytej, wykształconej, bystrej, wyemancypowanej, ekonomicznie niezależnej od męskiego partnera, zamożnej. Ktoś taki może z łatwością zadbać o antykoncepcję, powiedzieć „nie” lub zażyć pigułkę dzień po. Dlatego jestem daleki od wołania „Brawo, Natalia!” Z drugiej strony trudno mi tę panią kategorycznie potępiać, bo kimże jestem ja, aby osądzać jej sumienie?

To prawda, coming out pani Natalii Przybysz może mieć pewne skutki ozdrowieńcze, jako że zwraca uwagę na panującą u nas hipokryzję. Mnóstwo ludzi „to” cichcem robi, ale nikt o „tym” publicznie nie mówi, a jeśli już, to „to” potępia.

Jestem jednak pewien, że deklaracja pani Przybysz przyniesie, hic et nunc, więcej skutków negatywnych. Oto bowiem toczą się w Polsce protesty przeciwko zakazaniu aborcji w przypadkach naprawdę tragicznych i bardzo trudnych. Trzeba pokazać opinii publicznej i politykom, że zmuszanie kobiet do czynów heroicznych, jak tego domagają się fundamentaliści (zygotarianie), jest nieludzkie. I to da się zrobić. Z drugiej strony część środowisk feministycznych i ich męskich sprzymierzeńców domaga się liberalizacji prawa aborcyjnego, tak aby aborcja do któregoś tygodnia ciąży dostępna była na życzenie, a nie tylko w szczególnie ponurych przypadkach. Obawiam się jednak, że z uzyskaniem społecznej zgody na liberalizację będzie znacznie trudniej, niż z obroną istniejącego stanu prawnego. Fundamentaliści też tak sądzą i dlatego chcą obie te sprawy utożsamić: Brak społecznej zgody dla aborcji na życzenie miałby ułatwić uzyskanie zakazu aborcji w przypadku zagrożenia zdrowia i życia kobiety, ciężkiego uszkodzenia płodu lub ciąży będącej wynikiem przestępstwa. No i teraz deklaracja pani Przybysz bardzo fundamentalistom pomoże. Patrzcie, będą mówić, w tych protestach chodzi o to, żeby złe i zepsute kobiety mogły usuwać ciąże dla własnej wygody, przecież Natalia Przybysz wprost to powiedziała. Taką narrację, choć jest ona oszukańcza, będzie, niestety, łatwo sprzedać.

poniedziałek, 24 października 2016

Jako chrześcijanin i człowiek - mam nadzieję - cywilizowany nie darzę nikogo nienawiścią. Nienawiść jest uczuciem podłym. Napawa się żądzą zadania komuś bólu i cierpienia. Jestem jak najdalszy od takich uczuć. Nie życzę nikomu śmierci, choroby, bólu, cierpienia wynikającego z utraty czy krzywdy doznanej przez kogoś bliskiego.

Jako katolik wierzę w piekło. Jako taki sobie katolik, wierzę jednak, że piekło jest puste*. Wierzę natomiast w czyściec: konieczność stawania twarzą w twarz ze wszystkimi podłościami, jakich się dopuściło, wyrządzonymi krzywdami, błędami, jakie się popełniło na skutek pychy, lekceważenia, gnuśności, lenistwa, samozadowolenia - konieczność stawania twarzą w twarz z tym, czego już ukryć się nie będzie dało, żałowania, rozpamiętywania tego wszystkiego przez długie lata. Jednak z nadzieją, że kiedyś nastąpi oczyszczenie i męki się skończą.

Co powiedziawszy, oświadczam, że panu Jarosławowi Kaczyńskiemu życzę długiego życia w zdrowiu fizycznym i umysłowym - na politycznej emeryturze, na politycznym marginesie, w politycznym niebycie. Możliwie jak najszybciej. Jak najszybciej, bo im krócej będzie on szkodził Polsce, tym lepiej dla nas wszystkich. A długie lata życia w politycznym upadku będą dla niego czyśćcem, na który, jestem przekonany, zasłużył.

Podobnych rzeczy życzę jego pomniejszym pomagierom, państwu Dudzie, Szydło, Kuchcińskiemu, Karczewskiemu, Macierewiczowi, panu Zbyszkowi i jeszcze tuzinowi innych postaci z tego kręgu. Liczę jednak na to, iż zostaną oni także ukarani przez Trybunał Stanu. Po pierwsze dlatego, że na to zasłużyli. Po drugie, dla przestrogi, żeby nikt inny nie ośmielił się tak pomiatać naszym prawem i naszą wolnością, jak oni. Po trzecie, bo dla tych osób - w przeciwieństwie do Jarosława Kaczyńskiego - samo upokorzenie utraty władzy nie będzie karą dość dotkliwą, nie będzie więc miało funkcji oczyszczającej.

*Bez argumentum ad Hitlerum, bardzo proszę.

piątek, 16 września 2016

Wśród członków obecnego rządu osobną pozycję zajmuje minister rolnictwa, Krzysztof Jurgiel. Jest to człowiek zwyczajnie głupi i niekompetentny. Żaden ideolog. Nie wypowiada się na tematy polityczne, a tylko realizuje dobrą zmianę w rolnictwie.

Wieś to dla PiS bardzo ważny obszar bo, po pierwsze, głosy mieszkanców wsi są dla PiS ważne w wymiarze krajowym, po drugie, PiS toczy na wsi walkę na śmierć i życie z PSL o głosy w wyborach samorządowych, a zatem o mnóstwo stanowisk "w terenie", będących łakomym kąskiem dla obu partii. Z perspektywy Warszawy, Krakowa czy Wrocławia stanowisko gminnego urzędnika z pensją 2,500 zł netto może nie wydawać się czymś oszałamiającym, ale z perspektywy Końskich, Annopola lub Sokółki rzecz ma się zupełnie inaczej: Tam gmina i powiat są najważniejszymi pracodawcami, praca jest pewna, na etat, a więc ze składką emerytalną, urlopem i ubezpieczeniem, dochód stały, nikt inny niczego lepszego tam nie zaoferuje. Kontrolując samorząd, można dać pracę lokalnemu działaczowi, szwagierce czy niezbyt udanemu kuzynowi. Rolnictwo wreszcie jest ważną częścią polskiej gospodarki a produkty rolne mają znaczący udział w polskim eksporcie. Wydaje się zatem, że osoba odpowiedzialna za tak ważny dla PiS obszar powinna być zdolna i kompetentna.

Nic podobnego.

Minister Jurgiel, co akurat jest typowe dla jego formacji politycznej, zaczął urzędowanie od totalnej wymiany kadr. I to nie tylko w samym ministerstwie, ale we wszystkich podległych agendach, aż do terenowych placówek Agencji Rozwoju i Modernizacji Rolnictwa i lokalnych elewatorów zbożowych włącznie. Wymiana przebiegała według klucza działacz-szwagierka-kuzyn. Doprowadziło to do sytuacji, w której za rolnictwo - od góry do dołu - zaczęli odpowiadać ludzie niekompetentni, a przede wszystkim unikający podejmowania jakichkolwiek decyzji. Działacze PiS bowiem z lubością przyglądają się, jak agencje "alfabetowe" (ABW, CBA) dobierają się do skóry przeciwnikom, ale sami boją się ich wprost panicznie. Bo gdyby coś poszło nie tak, bo gdyby przypadkiem skorzystał ktoś niewłaściwy... Nie, znacznie lepiej jest nic nie robić. Nie podejmować żadnych decyzji. Mnożyć papiery i trudności. Najważniejszym skutkiem takiej polityki były wielomiesięczne, sięgające niekiedy roku opóźnienia w wypłatach środków z unijnych dopłat bezpośrednich. Minister Jurgiel i jego fachowcy nie potrafili też przeciwdziałać skutkom załamania cen wielu produktów rolnych i konsekwencjom odcięcia Polski od rynków eksportowych. Symboliczne dla dobrej zmiany zrujnowanie hodowli koni arabskich było, w gruncie rzeczy, niewiele znaczącym dodatkiem.

Chłopów zaczął trafiać szlag. 

Dalej minister Jurgiel zajął się ustawą o obrocie ziemią rolną. W dużym skrócie: ziemię rolną mogą kupować tylko inni polscy rolnicy, do limitu 300 ha, i to z ograniczeniami geograficznymi; nie-rolnik potrzebuje arbitralnie wydawanej (sytuacja korupcjogenna!) zgody urzędnika Agencji Własności Rolnej Skarbu Państwa. Cudzoziemcom ziemi rolnej kupować nie wolno. I choć Jurgiel ostatecznie wycofał się z najbardziej krytykowanego pomysłu, mianowicie z ograniczenia prawa do dziedziczenia ziemi, obrót ziemią rolną w Polsce praktycznie ustał. Chłopom, którzy brali kredyty pod zastaw ziemi, grozi bankructwo, gdyż niesprzedawalna ziemia nie ma dla banku żadnej wartości.

Ustawa w zamierzeniu ma chronić polskie gospodarstwa rodzinne. Proszę mnie dobrze zrozumieć: zniesienie wszelkich ograniczeń w obrocie ziemią dla obywateli UE, jakie miało nastąpić 1 maja, potencjalnie mogło rodzić pewne zagrożenia. Co prawda w niczym nie przeszkadzałoby mi, gdyby przedsiębiorca rolny z Holandii czy Niemiec kupił ziemię w Polsce, niechby i kilkaset hektarów, żeby ją uprawiać - a mógłby chcieć to zrobić zważywszy, że w Polsce ziemia jest tańsza, niż na Zachodzie - ale niedobrze by było, gdyby ziemia była kupowana w celach spekulacyjnych. A takie rzeczy się dzieją w innych biednych krajach, z dużą szkodą dla tamtejszych chłopów. Jednak Jurgiel wprowadził ograniczenie najbardziej toporne - nie i szlus. To najbardziej uderza w mieszczuchów, którzy dotąd chętnie kupowali domy z kawałkiem pola i widokiem na las, oraz w podstarzałych rolników, którzy chcieli taką ziemię sprzedać. Poza tym, powtarzam, nic złego by się nie stało, gdyby ktoś z Zachodu skupił ziemię z kilku czy kilkunastu małych, nieproduktywnych gospodarstw, połączył ją i rozpoczął na niej towarową produkcję rolną. Przeciwnie, gospodarczo, a nawet cywilizacyjnie, byłoby to całkiem korzystne.

Jednak dopiero najnowszy pomysł ministra Krzysztofa Jurgiela, impuls dla powstania tej notatki, woła o prawdziwą pomstę do nieba.

Chodzi o afrykański pomór świń.

Jest to choroba wirusowa, śmiertelna dla świń, o kilkudniowym okresie inkubacji. Chore świnie umierają nie osiągnąwszy wagi odpowiedniej dla komercyjnego uboju. Wirus jest niegroźny dla człowieka, ale mięso zwierząt padłych, a także tych, u których wystąpiły już objawy (gorączka!), nie nadaje się do spożycia. Wirus może przeżyć w mięsie dość długo po śmierci zarażonego zwierzęcia, wytrzymuje też standardową obróbkę cieplną. Nie ma na tę chorobę szczepionki ani lekarstwa, jedynym sposobem przeciwko rozprzestrzenianiu się choroby jest wybijanie stad i tworzenie stref ochronnych. Kraje, w których stwierdzono afrykański pomór świń, objęte są silnymi restrykcjami eksportowymi - nie tyle z uwagi na zagrożenie dla ludzi, ile z uwagi na zagrożenie dla hodowli w krajach importujących mięso.

Naturalnym rezerwuarem wirusa są dziki, z których część przeżywa zakażenie, stając się nosicielami. Kontaktując się, choćby pośrednio, ze zwierzętami hodowlanymi, przenoszą na nie chorobę. Na terenie objętym chorobą dziki, niestety, też trzeba wybić.

To dziki przyniosły do Polski chorobę z Białorusi w 2014; białoruskie służby nie radzą sobie z kontrolowaniem choroby. Pod koniec rządów Platformy w Polsce stwierdzano trzy ogniska choroby, wszystkie w pobliżu granicy z Białorusią. Utworzono strefy ochronne. Lokalni drobni hodowcy -  prawdziwe świńskie zagłębie znajduje się po drugiej stronie Wisły - bardzo narzekali na uciążliwości tych stref: nie wolno im było świń sprzedawać do skupu, przewozić, handlować prosiętami. Ówczesny kandydat na ministra rolnictwa, Krzysztof Jurgiel, obiecał chłopom poluzowanie restrykcji. Dziś, po dziesięciu miesiącach rządów PiS, ognisk choroby jest dwadzieścia i przesuwa się ona wgłąb kraju.

Skutkiem postępu choroby było poszerzenie stref ochronnych, skutkiem tego - jeszcze większy lament hodowców. Minister Jurgiel wprowadza zatem ustawę "o szczególnych rozwiązaniach" w sprawie afrykańskiego pomoru świń. Nie ma ona na celu usprawnienia zwalczania choroby, a jedynie ulżenie doli polskich chłopów - drobnych hodowców świń z Podlasia i Mazowsza. Mianowicie, ustawa przewiduje zakup zdrowych świń nadających się do komercyjnego uboju ze stref ochronnych i przerobienia ich mięsa na konserwy dla wojska i do zapasów państwowych. Absurd! Boże drogi, jaki to jest straszny absurd! Nie chodzi przy tym o rzekome zagrożenia dla zdrowia ludzi, przed czym histerycznie przestrzegają media, bo wirus, jako się rzekło, jest niegroźny dla ludzi, ale o kolosalne ryzyko niekontrolowanego rozprzestrzenienia się choroby.

Skupywane świnie mają być badane, ale zapewne tylko pod kątem występowania objawów. Afrykański pomór świń, jak wiele innych chorób wirusowych, ma okres utajony - zwierzę nie wykazuje objawów, ale może zarażać inne zwierzęta. W ich ciele jest wirus. Wirus przedostanie się zatem do przetworów. 

Groźniejsze jest jednak co innego. Obecnie choroba rozprzestrzenia się, jak by to powiedział fizyk, dyfuzyjnie, w sposób typowy dla ruchów Browna (lewy obrazek). Przenoszą ją dziki, a także ludzie - rolnicy, którzy nie zważając na zakazy, handlują zakażonym mięsem i prosiętami na pobliskich targowiskach. Jak niedawno przyznał w rozmowie z Rzeczpospolitą minister Jurgiel, część handlarzy i rolników wykazuje mniej zrozumienia. Postęp dyfuzyjny jest powolny i można go kontrolować, tworząc odpowiednio szeroką strefę ochronną. Jednak gdy zwierzęta i potencjalnie zakażone mięso zacznie się przewozić na większe odległości, sytuacja zmienia się dramatycznie: wirus wykonuje bardzo długie skoki (spacery Levy'ego - Levy walks, patrz prawy obrazek), a wtedy powstrzymać się go praktycznie nie da - strefa ochronna musiałaby obejmować cały kraj. Roznosić wirusa mogą pojazdy używane do transportu zwierząt, a nawet ludzie pracujący przy ich załadunku i rozładunku. Może wystarczyć, żeby samochód przewożący zwierzęta chore pojechał potem do farmy wolnej dotąd od choroby. Także odpady pozostałe po obróbce zwierząt mogą być źródłem zakażenia, jeśli nie zostaną zutylizowane z zachowaniem odpowiedniego reżimu sanitarnego. A tu nie ma wielkich gwarancji, zwłaszcza w małych zakładach, gdzie panu Władkowi nie będzie się chciało, no bo przecież nic się nie stanie, więc wykaże mniej zrozumienia. A jeśli choroba przedostanie się do Wielkopolski, na Kujawy, na Pomorze Zachodnie, może to oznaczać załamanie się hodowli świń - całkowite załamanie się hodowli świń! - w Polsce na długie lata. I wieloletni zakaz eksportu wieprzowiny.

Brownian motion and Levy walk

To wszystko nie jest wiedza tajemna. Przeciwnie, rzecz jest dobrze znana i z czasów zwalczania epidemii pomoru świń (afrykańskiego i zwyczajnego) w krajach zachodnich, i, przede wszystkim, ze zwalczania epidemii choroby wściekłych krów (BSE) w Wielkiej Brytanii. Sam minister może tego nie wiedzieć, ale od tego powinien mieć specjalistów, fachowych doradców, którzy mu to powiedzą i przekonają go, że zysk (mniejsza strata) lokalnych hodowców z Podlasia nie jest wart kolosalnego ryzyka dla całej hodowli trzody w Polsce. Widać jednak ministerialni fachowcy, których głównymi kompetencjami są odpowiednie koneksje polityczne lub rodzinne, albo sami tego nie wiedzą, albo nie potrafili przekonać ministra. Cóż, minister, jako się rzekło, jest głupi.

Co trzeba było zrobić? Cóż, ekstrapolując wspomniane doświadczenia z Europy Zachodniej, należało uśpić wszystkie świnie z obszaru ochronnego, a ich ciała zutylizować, najlepiej na miejscu. Choćby przez spalenie. Jak w  czasie epidemii BSE. Rolnikom oczywiście należało wypłacić odszkodowanie, i to w wysokości kilkukrotnie większej, niż potencjalna kwota, jaką uzyskaliby ze sprzedaży świń na rynku. Kilkukrotnie większej, bo przecież przez co najmniej kilka lat nie będą mogli hodować świń. Ale ktoś postanowił "zaoszczędzić", tak jak minister Jurgiel "oszczędza", nie zaś marnotrawi świńskie tusze w drodze utylizacji. Może to kosztować naszą gospodarkę miliardy złotych. Nie miliony. Miliardy.

Należy też wybić wszystkie dziki na obszarze zagrożonym chorobą. Smutne, ale konieczne. Minister Jurgiel zarządził na początku roku odstrzelenie 40 tysięcy (sic!) dzików. Zająć się tym miał Polski Związek Łowiecki, ale efektywnie sabotuje to zarządzenie, co minister przyznaje we wspomnianej rozmowie z Rzeczpospolitą. Jest to, zapewne, przejaw sporu kompetencyjnego - jakich wiele w tym, pożal się Boże, rządzie, choć są one starannie ukrywane - pomiędzy ministrem rolnictwa a ministrem ochrony środowiska Janem Szyszko, kolejną groźną osobliwością w rządzie PiS, eksponentem lobby leśnego i łowieckiego. 

Bardzo się boję, że na skutek głupoty, krótkowzroczności i niekompetencji ministrów, polskie rolnictwo może ponieść straty, z których nie podniesie się przez wiele lat.

Cieszyć się mogą co najwyżej fizycy i epidemiolodzy, którym epidemia afrykańskiego pomoru świń w Polsce dostarczy zapewne wielu ciekawych danych do weryfikacji ich hipotez naukowych. W wypadku polskich naukowców będzie to jednak radość przez łzy.

sobota, 27 sierpnia 2016

Willard Van Orman Quine, amerykański logik, w artykule Grammar, Truth, and Logic (1980), napisał

It is a general practice, in intellectual pursuits, to argue from the truth of one sentence to the truth of another. Some such arguments are the business of logic, others not. [...] Logic studies the truth conditions that hinge solely on grammatical constructions.

Nie piszę tego po to, aby omawiać tezy Quine'a, ale by zwrócić uwagę, że struktura gramatyczna zdania jest istotna dla jego prawidłowej interpretacji. A wszystko to w kontekście niedawnej decyzji prezydenta Dudy, który odmówił powołania kilkorga sędziów. Jest to więc kontynuacja mojego poprzedniego wpisu.

Spór konstytucyjny (sic!) sprowadza się do rozstrzygnięcia, czy zdania

(1) Prezydent Rzeczypospolitej powołuje sędziów na wniosek Krajowej Rady Sądownictwa, na czas nieokreślony

oraz

(2) Sędziowie powoływani są przez Prezydenta Rzeczypospolitej, na wniosek Krajowej Rady Sądownictwa, na czas nieokreślony

są równoważne. Zdanie (2) jest literalnym powtórzeniem art. 179 konstytucji. Zdanie (1) nie występuje w konstytucji, ale liczni krytycy pana Dudy, ale także pewien przychylny dobrej zmianie logik, implicite uznają, że (1) jest równoważne (2). Gdyby tak było, należałoby stwierdzić, że konstytucja postanawia (1), a zatem prezydent musi mianować sędziów na wniosek KRS, per analogiam z omawianymi poprzednio art. 159 ust. 2 i art. 161 konstytucji. Tak jednak nie jest!

Hipotetyczne zdanie (1) mówi o prezydencie - to "prezydent" jest jego podmiotem. Zdanie to mówi, że jeśli wystąpi pewna przesłanka (tu: wniosek KRS), prezydent wykonuje pewną czynność (tu: powołuje sędziów). Wykonuje. Nie "może wykonać". Nie "ma prawo wykonać". Wykonuje. Zaistnienie przesłanki konstytucyjnie wymaga od prezydenta wykonania (i to niezwłocznego!) określonej czynności, tak jak sejmowe wotum nieufności (art. 159 ust. 2) wymaga od prezydenta odwołania ministra, a wniosek premiera (art. 161) wymaga od prezydenta dokonania zmiany w składzie Rady Ministrów.

Faktycznie występujące w konstytucji zdanie (2) mówi o sędziach. Jego podmiotem są "sędziowie". Mówi ono mianowicie, w jaki sposób można powołać sędziego: może to zrobić tylko prezydent i tylko na wniosek KRS. Zdanie to nie mówi, że prezydent musi wykonać pewną czynność, a jedynie, że aby prawidłowo powołać sędziego, muszą wystąpić dwie przesłanki: decyzja prezydenta i poprzedzający ją wniosek KRS. Ze zdania (2) nie wynika, że stosowny wniosek KRS wymusza na prezydencie podjęcie decyzji o powołaniu sędziego. Wniosek KRS jest warunkiem koniecznym, ale nie wystarczającym, aby prezydent powołał sędziego.

Można deliberować, czy ustrojodawca (ustawodawca konstytucyjny) faktycznie to miał na myśli, co wynika z językowej (i logicznej!) analizy tekstu konstytucji, czy też był to jedynie zabieg stylistyczny: Art. 179 konstytucji znajduje się w Rozdziale VIII: Sądy i Trybunały, więc jest rzeczą naturalną, że to sędziowie i sądy, nie zaś inne organa państwa, są podmiotami poszczególnych artykułów. Ale to nieważne. Jedyne, co mamy i jedyne, na czym możemy się oprzeć, to tekst konstytucji. Zdania (1) i (2) nie są logicznie równoważne (w języku Quine'a, one cannot argue from the truth of (2) to the truth of (1)), a zatem trzeba uznać, że konstytucja nie wymusza na prezydencie zastosowania się do wniosku KRS odnośnie do mianowania sędziego. Jest to dla mnie oczywiste i jasne, jak słońce na niebie.

Verum est quod clare et distincte percipio, jak stwierdził był Kartezjusz. Bez względu na to, jak oceniam motywy, którymi kierował się pan Andrzej Duda odmawiając nominacji sędziowskich pewnym osobom, muszę stwierdzić, że w świetle konstytucji prezydent nie jest jedynie notariuszem KRS, który musi opatrzyć stosowną pieczęcią jej każdy wniosek. Przeciwnie, prezydent może się wnioskom KRS sprzeciwić.

środa, 24 sierpnia 2016

Na początku lipca prezydent Duda odmówił nominowania dziesięciu sędziów, których kandydatury wysunęła Krajowa Rada Sądownictwa. W jednym wypadku chodziło o pierwszą nominację, w dziewięciu o awans do sądów wyższego szczebla. Prezydent w żaden sposób swojej decyzji nie uzasadnił, ale jest tajemnicą poliszynela, że z odmową spotkali się sędziowie, którzy poprzednio wydawali wyroki niekorzystne dla PiSu lub niemile widziane przez prawicę.

Środowisko sędziowskie jest oburzone. KRS domaga się od prezydenta przedstawienia uzasadnienia negatywnych decyzji. Niepowołani sędziowie składają skargi do sądów administracyjnych, a do prezydenta apeluje europejskie stowarzyszenie sędziów.

Wszystko to jest, jak się wydaje, zupełnie chybione. Nawet nieco się dziwię, że sędziowie zachowują się tak bardzo nieprofesjonalnie.

Nie chodzi bowiem o to, czy decyzja prezydenta była słuszna (moim zdaniem, nie była), ale czy była formalnie poprawna. Otóż była. Prezydent mógł omówić nominacji i nie musiał tej decyzji uzasadniać.

Zacznijmy od tego, że był już precedens: Prezydent Lech Kaczyński także odmówił dokonania nominacji sędziowskich, co również głośno krytykowano, ale raczej nie kwestionowano samej zasady. Niektórzy z niepowołanych wówczas sędziów  - jak możemy przeczytać - składali skargi do sądu administracyjnego, a potem do NSA, które uznały, że powoływanie sędziów jest "osobistą prerogatywą" prezydenta i że prezydent nie działa w tym zakresie jako organ administracji publicznej, a więc jego (odmowna) decyzja nie wymaga uzasadnienia.

A jak to wygląda z punktu widzenia konstytucji?

Zacznijmy od przepisu nie dotyczącego sędziów. Mianowicie art. 161 powiada, że

Prezydent Rzeczypospolitej, na wniosek Prezesa Rady Ministrów, dokonuje zmian w składzie Rady Ministrów.

"Dokonuje". Powszechnie interpretowane jest to w ten sposób, iż prezydent musi dokonać zmian w składzie rządu (odwołać ministra, powołać następcę) ilekroć zażąda tego premier. Prezydent może uwielbiać odwoływanego ministra i serdecznie nie znosić powoływanego, ale nie ma wyboru: premier składa wniosek, prezydent go wykonuje. Decyduje o tym tryb gramatyczny (tryb orzekający, strona czynna) użyty w konstytucji. Nawiasem mówiąc, taki sam tryb użyty jest we wcześniejszym przepisie konstytucyjnym - art. 159 ust. 2:

Prezydent Rzeczypospolitej odwołuje ministra, któremu Sejm wyraził wotum nieufności [...]

Tu nie ma najmniejszych wątpliwości: prezydent musi odwołać ministra, wobec którego wyrażono wotum nieufności. Prezydent nie może powiedzieć "mógłbym w tej sytuacji odwołać, ale tego nie zrobię". Nic z tych rzeczy. Prezydent odwołać musi.

A jak to jest w wypadku sędziów? Mówi o tym art. 179 konstytucji:

Sędziowie są powoływani przez Prezydenta Rzeczypospolitej na wniosek Krajowej Rady Sądownictwa, na czas nieoznaczony.

Ponadto art. 144 ust. 3 pkt. 17 wyłącza nominacje sędziowskie z obowiązku uzyskania kontrasygnaty premiera, czyniąc z tego "osobistą prerogatywę" prezydenta.

Zwróćmy uwagę, że brzmienie, tryb gramatyczny użyty w art. 179 jest inny, niż w przywołanych dla porównania art. 159 i 161. Przepis art. 179 nie zmusza prezydenta do wykonania określonej czynności (tu: powołania sędziów na wniosek KRS). Przepis ten mówi jedynie, że 

  • tylko prezydent może powoływać sędziów (nie premier, nie minister, nie prezes sądu, nie pan Staszek z sąsiedniej ulicy)
  • prezydent może to zrobić wyłącznie na wniosek KRS (nie sam z siebie, nie na wniosek premiera czy pana Staszka)

ale nie implikuje, że prezydent musi postąpić zgodnie z wnioskiem KRS. KRS - i tylko KRS - może złożyć wniosek o powołanie (awansowanie) sędziego i KRS ma swoje, dobrze zdefiniowane i dość przejrzyste procedury prowadzące do sformułowania takiego wniosku, prezydent zaś może, ale niekoniecznie musi się do takiego wniosku przychylić. Ba, można sobie wyobrazić racjonalne powody, dla których prezydent mógłby się do wniosku KRS nie zastosować - na przykład już po sformułowaniu wniosku wyjdzie na jaw, że kandydat na sędziego to jednak jest gnida lub też prezydent, opierając się na informacjach niejawnych (od służb specjalnych), do których on ma dostęp, KRS zaś nie, uznaje, że kandydat na sędziego jest agentem obcego mocarstwa; prezydent przy tym nie chce ujawnić powodów swojej odmowy żeby nie zdekonspirować służb. Jest jasne, że prezydent, który w naszej tradycji ma symbolizować jedność i ciągłość państwa, stać ponad podziałami, powinien decyzje odmowne wydawać z najwyższym umiarem - zgodzić się bowiem należy, że prezydent, w przeciwieństwie do KRS, nie ma środków i mechanizmów do dokonania merytorycznej oceny kandydata na sędziego - ale formalnie nie musi być posłuszny KRS i decyzji nie musi uzasadniać.

Stanowisko to jest spójne z... wyrokiem Trybunału Konstytucyjnego, wydanym w innej, choć powiązanej sprawie. Mianowicie, po ekscesach prezydenta Lecha Kaczyńskiego, który, jako się rzekło, odmówił nominowania niektórych kandydatów, ale przede wszystkim przez bardzo długie miesiące zwlekał z podjęciem jakiejkolwiek decyzji, ustawodawca chciał zobowiązać prezydenta do nominowania sędziego w ciągu miesiąca od wpłynięcia wniosku z KRS. Trybunał w roku 2012 uznał ten przepis za niezgodny z konstytucją, jako że godzi on w "osobistą prerogatywę" prezydenta. W uzasadnieniu wyroku TK czytamy:

Trybunał uznał, że nieokreślenie wprost w art. 179 konstytucji terminu na powołanie sędziów należy odczytywać w ten sposób, że Prezydent ma obowiązek działania niezwłocznego. Taka interpretacja dopuszcza wystąpienie uzasadnionego opóźnienia w realizacji przez Prezydenta jego kompetencji, przykładowo, gdy konieczna jest analiza kandydatur zgłoszonych przez KRS i pozwala prawidłowo ją wykonywać, umożliwiając rzetelną ocenę kandydatur na stanowiska sędziowskie.

TK uznał zatem, że prezydent może analizować i oceniać kandydatury przedstawione przez KRS. I choć Trybunał nie mówi tego wprost, należy, jak przypuszczam, rozumieć, że skoro prezydent może "analizować" i "oceniać", logicznie dopuszczalne jest, że prezydent, w wyniku analizy i oceny, niektóre kandydatury odrzuci.

Inne prawnicze uzasadnienie decyzji prezydenta Dudy można znaleźć tutaj.

Pisałem już gdzie indziej, że nadanie stopnia generalskiego, powołanie na urząd sędziego i (opisane nie w konstytucji, ale w ustawie) nadanie tytułu profesora - przez głowę państwa, w ceremonialnej oprawie - traktowane są w Polsce jak przyjęcie do stanu szlacheckiego. Sędziowie Trybunału Konstytucyjnego mają inną pozycję: zgodnie z art. 194 ust. 1 konstytucji, sędziów TK nie powołuje prezydent, ale są oni wybierani przez Sejm (w konstytucji nie ma nawet nic o ślubowaniu składanym na ręce prezydenta!). Z tej perspektywy Trybunał Konstytucyjny jest innym, niż sądy (powszechne, administracyjne i wojskowe), bardziej republikańskim sektorem władzy sądowniczej, symbolicznie niezależnym od monarszej pozycji głowy państwa. W średniowieczu (i dawniej, patrz choćby biblijny sąd Salomona) to król sprawował sądy; nominując sędziów, cedował na nich cząstkę swojej osobistej władzy. Ceremonialny charakter powoływania na urząd sędziego, z podkreślanym - choćby w cytowanych wyrokach TK i NSA - charakterem "osobistej prerogatywy" prezydenta w dokonywaniu tej nominacji, jest śladem, pozostałością starego, quasi-sakralnego zwyczaju. Natomiast sędziowie Trybunału Konstytucyjnego nie zyskują swej władzy z woli głowy państwa, ale z woli demokratycznie wybranego Sejmu. Być może dlatego (między innymi dlatego) PiS tak usilnie próbuje Trybunał Konstytucyjny ubezwłasnowolnić. Nie do pomyślenia jest bowiem, aby ktoś w Polsce sprawował władzę i mógł wydawać wiążące postanowienia nie z nadania PiSu.

Wróćmy jednak do lipcowej decyzji prezydenta. Andrzej Duda, wręczając nominacje sędziom, których wówczas powołał (bo przecież nie wszystkich odrzucił), mówił:

Bardzo ważne jest byście byli państwo niezależni od polityków. Nie pozwólcie aby ktokolwiek wywierał na was presję. Chciałbym żebyście zawsze mieli poczucie, że nie możecie ulegać żadnej presji – wpływom, namowom czy wręcz szantażom 

Aż dziw, że dr Duda nie zakrztusił się własnymi słowami. Odmawiając awansu sędziom źle widzianym przez PiS, zrobił bowiem to, przed czym powoływanych sędziów ostrzegał: Zaszantażował całe środowisko sędziowskie "jeśli będziecie orzekać nie po naszej myśli, zaszkodzimy wam w karierze". 

Decyzję prezydenta Dudy można - i, moim zdaniem, wręcz należy - krytykować jako partyjniacki i pełen hipokryzji atak władzy wykonawczej na władzę sądowniczą. Ale prezydent miał formalną możliwość tak postąpić, co jest przyczynkiem do obserwacji, że konstytucja pisana była z myślą o ludziach stosujących ją w dobrej wierze. Wypowiedź prezydenckiego rzecznika, Marka Magierowskiego, że prezydent "może, ale nie musi" powoływać sędziów, jest arogancka, ale zgodna z prawdą.

Amicus Plato...

czwartek, 04 sierpnia 2016

Ktoś mógłby uznać, że ten wpis jest spóźniony o dobrych kilka tygodni, bo zasadnicza tura rekrutacji na studia wyższe już się skończyła. Mam wszakże nadzieję, że skorzystają z niego kandydaci na studia w kolejnych latach, tym bardziej, że decyzja o wyborze kierunku studiów jest bardzo ważna i nie powinno się jej podejmować w ostatniej chwili.

Bezpośrednim impulsem do powstania tego wpisu było dramatyczne pytanie, zadane przez Komitet Kryzysowy Humanistyki Polskiej*:

dlaczego sloganem reklamowym polskich wydziałów humanistycznych jest raczej: "znajdź doskonałą pracę po skończeniu kierunku x" a nie: "po skończeniu studiów x włącz się w rozwiązywanie podstawowych problemów nowoczesnego i przyszłego świata"?

Rozwiązywanie podstawowych problemów świata, czy nam się to podoba, czy nie, było, jest i będzie udziałem nielicznych. Udawanie, że każdy, kto się odpowiednio zaweźmie, a już w szczególności ukończy Nasz Wspaniały Wydział, będzie mógł w tym twórczo uczestniczyć, jest oszukiwaniem naiwnych. Z drugiej strony faktycznie warto zachęcać tych, którzy potencjalnie mogliby to robić, ale z jakichś powodów zrezygnowali na starcie. Zrezygnowali z samego spróbowania. Tylko gdzie ich szukać?

Populację (potencjalnych) studentów w pierwszym przybliżeniu można podzielić na cztery kategorie, przy czym, co oczywiste, granice pomiędzy nimi są nieostre. Kategorię pierwszą stanowią zdeterminowani pasjonaci. Ktoś wie, w sposób niezachwiany wie, że interesuje go fizyka teoretyczna. Albo poszukiwanie nowych źródeł energii. Albo lekarstwa na raka. Albo filozofia. Albo śledzenie przemian obyczajowych w XIX-wiecznej Persji. Albo coś jeszcze innego. On czy ona to wiedzą i są gotowi poświęcić naprawdę wiele, aby to robić, a jeśli im się nie uda, cierpią. Bo nie wszystkim się udaje, ale to już zupełnie inna historia. W każdym bądź razie tych ludzi nie trzeba namawiać do włączenia się w rozwiązywanie podstawowych problemów świata. Oni co najwyżej zastanawiają się, czy studiować swój wymarzony kierunek w Białymstoku, czy w Warszawie, czy w Zurychu, a kryteria wyboru są wielorakie, bo na przykład życie w Zurychu jest cholernie drogie i nie każdego na to stać.

Na przeciwnym krańcu spektrum mamy rzeszę osób, które chcą skończyć studia, co należy rozumieć jako zdobyć dyplom. Nie zależy im na wiedzy, ale na dyplomie, mającym być przepustką do lepszego życia. Jest to, przynajmniej po części, umysłowy spadek po latach dziewięćdziesiątych i wczesnych dwutysięcznych, gdy rzeczywiście jakikolwiek dyplom ukończenia studiów wyższych plus zestaw obowiązkowy "prawo jazdy kat. B, angielski, komputer" bez mała gwarantowały zdobycie niezłej pracy. To się skończyło, ale świadomość społeczna zmienia się powoli i pcha kolejne pokolenia maturzystów do dziadowskich, bardzo słabych "uczelni wyższych", które za całkiem realne pieniądze oferują studentom pozór wykształcenia i coraz mniej znaczący dyplom. Absolwenci tych "fabryk bezrobotnych" dobrej pracy nie znajdują, awansu społecznego nie dostępują, wielu z nich zasila szeregi nisko kwalifikowanej siły roboczej w UK, Niemczech czy Holandii i czują się oszukani przez Polskę, która do takiego szwindlu dopuściła. Dlatego niezmiennie czuję wielki żal do polityków, którzy przez lata nic z tym nie zrobili, jeszcze większy zaś do tych, którzy sami w tym cynicznie uczestniczyli - w szczególności mam na myśli pana dr. Andrzeja Dudę.

Co najmniej równie liczna jest grupa, która co prawda nie ma już złudzeń, że dyplom zapewni im dobry start w życiu, ale idzie na studia, bo nie ma żadnego lepszego pomysłu, bo tym bardziej nie widzi szans na znalezienie pracy z samą maturą, wreszcie dlatego, że - jak argumentowałem - samo bycie studentem jest ekonomicznie opłacalne. Otóż członkowie tych dwóch grup wybierają przede wszystkim studia łatwe, które bez większego wysiłku można skończyć, tym bardziej, że na ogół w czasie studiów pracują - najczęściej na śmieciówkach, które traktują jako sytuację tymczasową, albo na szaro. To oni zasilają te wszystkie bieda-szkoły de nomine wyższe, które im szybciej upadną, tym lepiej, ale stanowią także sporą część studentów masowych kierunków społecznych i humanistycznych na szacownych skądinąd uczelniach. Namawianie tych ludzi do rozwiązywania podstawowych problemów świata budzi śmiech pusty, a potem litość i trwogę.

Jest wreszcie grupa, mam nadzieję, najliczniejsza, która nadal wierzy, że dobre (z naciskiem na dobre) wykształcenie zapewni im lepszą pracę i lepsze życie. Oni traktują studia jak inwestycję. Są wśród nich tacy, którzy może by i wybrali jakieś kierunki "teoretyczne", bo się nimi interesują, ale nie aż do tego stopnia, żeby zrezygnować na ich rzecz z perspektyw dobrej, a przynajmniej przyzwoitej pracy. Może i interesuję się filozofią, ale primum edere, więc zamiast na filozofię, pójdę na polonistykę, przynajmniej będę miał szanse zostać nauczycielem lub "załapać się w jakiejś redakcji" (oj, naiwny). Może ta matematyka jest fajna, ale co taki matematyk może po studiach robić, lepiej pójdę na budownictwo lądowe, tam przecież matematyka też jest potrzebna, a praca dla inżyniera zawsze się znajdzie (no, tak, ale nie od razu z Bóg wie jak wysoką pensją i "ciekawymi projektami"). I tu pojawiają się przedstawiciele odpowiednich wydziałów i wołają: Hej, młody człowieku, czy wiesz, że dobrze wykształconych filozofów chętnie zatrudniają firmy wymagające kreatywnego, nieszablonowego myślenia? A czy wiesz, że wśród absolwentów matematyki po dobrych uniwersytetach nie ma bezrobotnych? (Jedno i drugie, zwłaszcza to drugie, jest prawdą.) Otóż to do takich osób kierowane jest przesłanie

znajdź dobrą pracę po wydziale humanistycznym lub ścisłym-teoretycznym

Komitet Kryzysowy Humanistyki całkiem niesłusznie się na to zżyma. W ten bowiem sposób od czasu do czasu udaje się ułowić kogoś, kto faktycznie ma potencjał, by zając się podstawowymi problemami świata, ale bał się zderzenia z Realnym.

*Komitet Kryzysowy Humanistyki Polskiej to grupa poczciwych, przyzwoitych i niegłupich, choć dosyć naiwnych ludzi, która tak znienawidziła "neoliberalne" reformy wprowadzane w szkolnictwie wyższym przez Platformę - przy czym już bez wdawania się w dystynkcje, czy któreś z nich mają jakiś sens - że efektywnie poparła PiS w ostatniej kampanii wyborczej. Och, oni się od tego teraz odżegnują i mówią, że są a-po-li-tycz-ni, ale w trakcie kampanii okazali się pożytecznymi PiSowskimi - no, wiadomo, kim. Nie oni jedni.

niedziela, 31 lipca 2016

...Namiestnikowskim pan dr Andrzej Duda podpisał kolejną wersję PiSowskiej ustawy zniewalającej Trybunał Konstytucyjny. I w jakim trybie? Rano spotkał się z powstańcami, po południu z papieżem Franciszkiem, a wieczorem podpisał - ha, miał pięć minut i znalazł długopis, no to podpisał. Pan Duda zrobił to wbrew stanowisku Komisji Weneckiej, Komisji Europejskiej, Krajowej Rady Sądownictwa i innych gremiów, wreszcie wbrew radom publicznie wypowiedzianym przez prezydenta Obamę, samą zaś ustawę uchwalono w sposób urągający zasadom rzetelnej legislacji, z symbolicznym wręcz "pana głos nic nie znaczy" PZPRowskiego prokuratora, obrońcy księdza-pedofila i posła PiS Piotrowicza w jednym. Oczywiście odpowiednie instytucje tę ustawę zaskarżą, Trybunał - działając na podstawie konstytucji - zapewne uzna, że jest ona nieważna, ale PiS się tym nie przejmie i znowu obwieści, że to nie jest wyrok, tylko grupa kolesi na prywatnym spotkaniu sobie coś uchwaliła.

Jest to ze strony PiS brutalna manifestacja: mamy was wszystkich w dupie.

Jak to, w dupie?! Ktoś może zapytać, czy ja nie szanuję urzędu Prezydenta Rzeczypospolitej? Ależ szanuję. Urząd szanuję. A czy pan dr Andrzej Duda pełni urząd prezydenta legalnie? Owszem, jak najbardziej tak. Czy w związku z tym nie powinienem okazywać szacunku panu Dudzie? Cóż, każdemu człowiekowi należy się szacunek z racji jego czy jej człowieczeństwa, ale poza tym panu Dudzie żaden dodatkowy szacunek się nie należy. Pan dr Andrzej Duda to mały, słaby, żałosny, trzeciorzędny funkcjonariusz partyjny, hańbiący swoją osobą sprawowany przez siebie urząd. Hańbiący mój kraj.

Nie ja jeden tak uważam i pan Duda dobrze o tym wie. Nie chodzi mi o to, że pan Duda powinien szczególnie przejmować się tym, że ja, pfg, uważam, że jego osoba hańbi prezydenturę. Pan Duda - człowiek wykształcony, oczytany, absolwent elitarnego liceum i dobrego uniwersytetu, prawnik, któremu powinno zależeć na opinii w środowisku zawodowym, z którego się wywodzi - powinien jednak zwracać uwagę, że wiele osób o podobnym, co on, zapleczu kulturowym myśli o nim to, co ja. Ale najwyraźniej mu na opinii tego środowiska nie zależy. Rżnie głupa, z kamienną twarzą znosi kolejne upokorzenia i podpisuje wszystko, co mu poseł Kaczyński podpisać nakaże.

Nie lubię teorii spiskowych, ale wydaje mi się, że wytłumaczenia zachowania pana Dudy może być tylko jedno: Poseł Jarosław Kaczyński musi mieć na pana Dudę jakiegoś "haka". Sama groźba, iż PiS nie wystawi Dudy do następnych wyborów prezydenckich, to mało: Gdyby Duda przeciwstawił się Kaczyńskiemu i PiS go faktycznie nie wystawił, przestałby za cztery lata być prezydentem, ale przynajmniej zachowałby twarz i możliwość funkcjonowania w przestrzeni publicznej. Sądzę więc, że poseł Kaczyński ma na pana Dudę jakiegoś "haka" natury obyczajowej, musi znać jakąś jego wielką tajemnicę, o której obaj sądzą, że ujawnienie jej całkowicie skompromitowałoby go w oczach opinii publicznej. Tylko co?

To zresztą nie jest takie ważne. Ważne jest, że Bóg opuścił Andrzeja. I to jest, w gruncie rzeczy, dosyć smutne.

środa, 13 lipca 2016

Od kilku dni planowałem poświęcenie osobnego wpisu pani minister Annie Zalewskiej i firmowanym przez nią PiSowskim zmianom w systemie edukacji.

Jeszcze o tym napiszę.

Tymczasem jednak pani Zalewska, zaproszona przez Monikę Olejnik w kwestii reform edukacyjnych, nie miała odwagi powiedzieć, kto dokonał zbrodni w Jedwabnem i pogromu w Kielcach. Pytanie było jak najbardziej zasadne, padło bowiem w kontekście nowego, bardziej patriotycznego programu historii, który pani Zalewska chce w polskich szkołach wprowadzić.

Pani Anno Zalewska! Wredny, głupi człowieku! Wielkie i dumne narody mają odwagę stanąć w prawdzie, przyznać się do ciemnych kart swojej historii, do plam na honorze. To właśnie - między innymi - czyni je wielkimi. Na odwrót, narody małe, słabe, pełne kompleksów, zaprzeczają prawdzie i zakłamują historię, nie mają bowiem niczego, co można by przeciwstawić tamtej hańbie.

Polacy to wielki i dumny naród. Ale jeśli będziemy uczyć nasze dzieci tkwienia w zakłamaniu, jeśli tchórzliwie będziemy unikać skonfrontowania się z naszą własną przeszłością, skarlejemy.

Pani Zalewska! Nie nadaje się pani do kształtowania polskiej edukacji. Pani i wszystkie te osoby, których tak się pani boi, że nie ma pani odwagi powiedzieć prawdy, jesteście zakałą Polski. Życzę pani, żeby jak najszybciej, najlepiej natychmiast, znikła pani z naszego życia publicznego. Wynoś się!

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 28