Kategorie: Wszystkie | Edukacja | Fizyka | Kryzys | Literatura | Muzyka | Polityka | Rozmaitości
RSS
piątek, 19 października 2018
niedziela, 14 października 2018

Gustave Doré, Ruggiero ratuje AngelikęSpędzam niedzielę słuchając Orlanda Haendla w znakomitym wykonaniu: René Jacobs i B'Rock Orchestra, soliści: Bejun Mehta, Sophie Karthäuser, Kristina Hammarström, Sunhae Im i Konstantin Wolff. Piękne wykonanie, świetna muzyka, Haendel w swoich najlepszych latach. Ale ja tym razem nie o muzyce.

Libretto oparte jest na szesnastowiecznym poemacie Ludovica Ariosta i opowiada o tym, że Orlando zakochał się w Angelice i był przekonany, że jej wzajemność mu się właściwie należy, bo on uratował ją ze strasznych opresji. Angelica jednak zakochuje się w rycerzu Medoro. W Medoro kocha się też Dorinda. Medoro flirtuje z obiema panienkami, ale ostatecznie ucieka z Angeliką. Gdy dowiaduje się o tym Orlando, który jest wielkim generałem, paladynem Karola Wielkiego (my go znamy jako Rolanda, ideał chrześcijańskiego rycerza), ale przede wszystkim popaprańcem, który z wściekłości i rozpaczy po, jak on to widzi, zdradzie Angeliki, traci zmysły, szaleje, morduje i pali wszystko, co napotka. Trwa to dopóty, dopóki Ruggiero (którego wcale w tej operze nie ma) nie leci na hipogryfie (który z kolei powraca w wielkim stylu w Więźniu Azkabanu) na Księżyc, aby przywieźć stamtąd utracone zmysły Orlanda. Księżyc bowiem jest wielkim biurem rzeczy rzeczy zagubionych.

Angelica, nawiasem mówiąc, poznaje Medora, gdy ten ranny wraca z wojny. Taki ranny, taki dzielny i taki przystojny! Angelica zaczyna się nim opiekować, i tak się opiekuje, że się w nim zakochuje. Trochę jak w Wiernej rzece. Czyżby Żeromski czerpał z Ariosta?

P.s. Syriusz Black jako figura Ruggiera? No, no...

Ja słucham płyty, ale w sieci dostępne jest spiracone z Mezzo nagranie scenicznego wykonania tej opery. Ta sama obsada, tylko grane ciut szybciej, niż na płycie. Spektakl zresztą ciekawy scenicznie i nie tylko dobrze zaśpiewany, ale też dobrze zagrany. Dla ilustracji ustawiam świetną arię Zoroastra (Konstantin Wolff) z trzeciego aktu, Sorge infausta una procella.

wtorek, 25 września 2018

Pan Twardowski śmieszył, tumanił, przestraszał. Jarosław Kaczyński podleczył "kolano" i wrócił do dawnej formy, przynajmniej na jakiś czas, a więc judzi, spotwarza i opluskwia. Na konwencji samorządowej (!) w Olsztynie powiedział, że

oikofobia [...], czyli niechęć, czy nawet nienawiść do własnej ojczyzny i własnego narodu to jedna z chorób, która dotknęła części sędziów i która prowadzi do nieszczęść

Wiele osób komentuje, że wskazywanie nieprzychylnej sobie grupy społecznej lub zawodowej, w tym wypadku sędziów, jako wrogów narodu należało do podstawowych narzędzi propagandowych ustrojów totalitarnych, a przynajmniej totalitaryzujących, autorytarnych, niedemokratycznych. Zwolennicy PiS oburzają się na takie porównanie i kto wie, może w tym oburzeniu jest coś słusznego. Ja bowiem twierdzę, że nie był to cyniczny chwyt propagandowy. Ten człowiek naprawdę sądzi, że sędziowie, ich znaczna część, to zaprzańcy. Skoro bowiem ktoś, jak Kaczyński, jest przekonany o własnej nieomylności i publicznie twierdzi, że jest w nim czyste dobro - a nie był to chwyt retoryczny! - uważa, że tylko ludzie pełni złej woli, obcy agenci i zaprzańcy bądź też osoby skrajnie głupie, wręcz upośledzone umysłowo, mogą się z nim nie zgadzać.

Tym gorzej dla nas.

Kaczyński kontynuował:

Są sądy, które nie stają po stronie Polaków, tylko po stronie tych, którzy Polakami nie są

i to oczywiście jest niedobre. W ten sposób Człowiek z Drabinki zdefiniował jeden z dwu celów PiSowskiej "reformy sądownictwa". Jednym jest oczywiście to, żeby żadne sądy nie śmiały sprzeciwić się politycznym decyzjom PiS, a w zasadzie decyzjom Kaczyńskiego i jego żądzy zemsty. To jest cel najważniejszy, choć zarazem szczegółowy. Celem drugim, ogólnym, jest by sądy stawały po stronie Polaków.

Innymi słowy, jeśli dojdzie do sporu prawnego Polak vs nie-Polak - do obojętnie jakiego sporu prawnego: o zapłatę, o wywiązanie się z kontraktu, o podatki, o jakiekolwiek relacje biznesowe, ale także o alimenty, o opiekę nad dziećmi, o pobicie czy znieważenie na tle narodowym - polski sąd ma, według Kaczyńskiego, imperatyw opowiadania się po stronie Polaka. No, pięknie. Tak oto Kaczyński kończy i z europejską zasadą równości wobec prawa, i z Alle Menschen werden Brüder, i z biblijnym "nie ma już Żyda ani Greka" (Gal. 3:28). Ciekawe, czy jeśli Polak najzwyczajniej ukradnie portfel Niemcowi czy Kanadyjczykowi, narodowość ofiary też miałaby być okolicznością łagodzącą? Ponure żarty na bok: Jawnie wypowiedziana zasada, że Polak stający przed polskim sądem ma mieć lepszą pozycję procesową, niż jego nie-polski przeciwnik, odstraszy inwestorów, turystów, zagranicznych studentów i w ogóle przyprawi nam jeszcze większą gębę ksenofobów i nacjonalistów, którym obce są podstawowe europejskie wartości.

Oto do czego prowadzą nasz kraj rządy człowieka, któremu około 40% wyborców chce powierzyć władzę absolutną. Brawo, wy.

 

Jarosław Kaczyński

środa, 19 września 2018

Dr Andrzej Duda bardzo chciał mieć sukces. Sukces na skalę międzynarodową. Chciał być dostrzeżony przez prezydenta Stanów, może nawet chciał jakiejś formy potwierdzenia sojuszu polsko-amerykańskiego. Co prawda Obama najpierw posadził Dudę przy jednym stoliku z nim samym i z Putinem, co było wyróżnieniem, ale potem musiał osobiście opieprzyć Dudę na szczycie NATO w Warszawie. Donald Trump był zachwycony przyjęciem, jakie Polska mu zgotowała rok później, a przy okazji sesji ONZ, wymienił z Dudą parę słów, gdy się spotkali przy windzie. Ale to wciąż nie było to.

Wreszcie, gdy PiS wstydliwie wycofał się kompromitującej nowelizacji ustawy o IPN, nadeszło długo wyczekiwane zaproszenie dla Dudy! Yes, yes, yes, spotka się z Trumpem, będzie w Gabinecie Owalnym! Uzyska dzięki temu międzynarodowe uznanie dla siebie i formacji, którą reprezentuje! Będzie sukces!

No i pan Duda pojechał ten sukces konsumować. Wczoraj go konsumował. Uważam, że dla Andrzeja Dudy była to wizerunkowa i prestiżowa katastrofa.

Pomijam nieporadny kontredans przy ustawianiu się do zdjęcia - każdemu może się zdarzyć. Pomijam żałosne podlizywanie się Trumpowi ("Fort Trump"). Pomijam jedyny chyba konkret tej wizyty, mianowicie obietnicę, że Polska zapłaci Stanom Zjednoczonym kilka miliardów dolarów za utworzenie u nas stałej bazy wojskowej - za bezpieczeństwo trzeba płacić, ale kosztem czego? Ale panowie prezydenci postanowili podpisać wspólną deklarację. Tak podpisywali:


Upokorzony dr Duda w Oval Office

Prezydent Trump z poważną miną siedzi w fotelu za biurkiem, pan Duda stoi i niezbyt mądrze się uśmiecha. Nawet nie stoi, ale schyla się jak usłużny podwładny, jak sekretarz czy nawet jeszcze niższej rangi urzędnik, który gdzieś na rożku stołu notuje, co mu szef powiedział.

Tak się nie podpisuje dokumentów międzynarodowych. Wiadomo, że są kraje wielkie i potężne, jak USA, i mniejsze i słabsze, jak Polska. Ale dyplomacja bardzo dba o pozory: oficjalne międzynarodowe dokumenty podpisuje się w sposób uroczysty, z zachowaniem formalnej równości obu stron. USA, zmuszając (?) polskiego prezydenta do podpisania dokumentu w ten sposób, okazały Polsce całkowite lekceważenie. A pan Duda bez mrugnięcia okiem dał się ustawić w takiej służalczej, podrzędnej roli. Tak oto rządzona przez PiS Polska wstaje z kolan: Pozwala się traktować jak jakiś bantustan. Jak żebrzący pańskiej łaski klient.

Skądinąd jest to też dowód kompletnego braku profesjonalizmu ze strony polskich służb dyplomatycznych przygotowujących tę wizytę.

Pan Duda cieszy się, że na chwilę pozwolono mu wejść do salonu i z bliska przyjrzeć się jego wspaniałościom. Pewnie myśli, że inni też będą się cieszyć jego radością. Tymczasem pan Duda został przez prezydenta Donalda Trumpa upokorzony. Furda zresztą pan Duda, proceduralny prezydent, na którego nie głosowałem, który sam twierdzi, że nie jest moim prezydentem  i który nie od dziś niemalże każdym swoim czynem uwłacza godności sprawowanego urzędu. Ten gość przecież reprezentuje Polskę! Tak, Polskę Dudy, Kaczyńskiego i Leśnego Ruchadła, ale także moją, bo innej Polski w wymiarze międzynarodowym nie ma. To nie nieszczęsny pan Duda, który zapewne niewiele z tego rozumie, został upokorzony. To Polska została upokorzona.

Jest mi strasznie, strasznie przykro.

wtorek, 18 września 2018

Trwa samorządowa kampania wyborcza, preludium do całego szeregu wyborów, które być może przesądzą o losie Polski na kolejne pokolenie. Jarosław Kaczyński -  jak to ma w zwyczaju - tuż przed wyborami złagodniał. "Nie chcemy wojny politycznej", mówi, "chcemy współpracy dla dobra narodu".

Zaraz, zaraz... A kto po poprzednich wyborach, zaraz po tym, gdy mówił, że "nie chcemy wojny, nie będziemy się mścić", nazywał politycznych przeciwników najgorszym sortem, obarczonym genem narodowej zdrady? Porównywał do współpracowników Gestapo? Wyzywał od komunistów i złodziei? Zdradzieckich mord i kanalii? O swojej formacji zaś, przeciwnie, mówił "jesteśmy panami, w przeciwieństwie do niektórych"? O sobie samym wreszcie, że (linka)

nie wychował się na podwórku, jak Tusk, ale w trochę lepszych miejscach.

Tak właśnie Jarosław Kaczyński szanuje zwykłych ludzi.

 

Niech nikt się nie da nabrać na przedwyborczo złagodniałą twarz Kaczyńskiego. Jarosławowi Kaczyńskiemu nie zależy na Polsce, tylko na władzy nad Polską, żeby mógł napisać swoją wersję historii. Nie chce pojednania, tylko zemsty. Nie zależy mu na dobru Polaków, tylko na zaspokojeniu swojej pychy i zaleczeniu własnych kompleksów. Dla osiągnięcia tych celów będzie jątrzył, obrażał. deptał prawo, dzielił ludzi i wypychał Polskę z Europy. Taki jest prawdziwy Jarosław Kaczyński.

wtorek, 04 września 2018

Kilka dni temu CERN w specjalnym komunikacie prasowym (tu jest jego polskie omówienie) ogłosił, że zaobserwowano rozpad bozonu Higgsa na kwark b i jego antykwark. Zgodnie z przewidywaniami Modelu Standardowego takie rozpady powinny być najczęstsze, ale z powodów, nazwijmy je, technicznych dotąd było bardzo ciężko odróżnić je od tła. Bozon Higgsa jest niestabilny i rozpada się na inne cząstki, przy czym możliwych jest wiele, jak to mówią fizycy, "kanałów rozpadu". Dotąd obserwowano inne rozpady bozonu Higgsa, głównie na dwa fotony lub na lepton τ i jego antycząstkę, gdyż odróżnienie ich od tła było łatwiejsze. Najnowsze dane, zaprezentowane wspólnie przez dwie największe grupy badawcze z CERN, ATLAS i CMS, świadczą, że udział rozpadów b-anty-b zgadza się z przewidywaniami teoretycznymi.

Jest to wiadomość bardzo dobra dla Modelu Standardowego i raczej niedobra dla przyszłości fizyki cząstek elementarnych.

Model Standardowy teorii cząstek opisuje fundamentalne cząstki składowe materii i ich wzajemne oddziaływania. Przewidywany przez Model Standardowy i odkryty sześć lat temu bozon Higgsa - nazwany od nazwiska brytyjskiego fizyka Petera Higgsa, który go wymyślił - był ostatnim brakującym elementem tego modelu. Hurra, mamy więc potwierdzony doświadczalnie model fundamentalnych cząstek i ich oddziaływań - i kompletnie nie wiemy, co dalej mamy robić. Fizycy zajmujący się teorią cząstek dość desperacko poszukują jakichś doświadczalnych odchyleń od Modelu Standardowego, ale dotąd niczego nie znaleźli. Żadnych nowych cząstek czy oddziaływań, których Model Standardowy by nie przewidywał. Żadnej supersymetrii, nic, nic, nic. Nawet ten cholerny bozon Higgsa zachowuje się dokładnie tak, jak to przewiduje model: nie jest ani zbyt lekki, ani zbyt ciężki, nie stwierdzono u niego żadnej wewnętrznej struktury, nawet rozpada się dokładnie tak, jak przewidywano. Nie ma się na czym oprzeć, żeby móc Model Standardowy ulepszać, rozbudowywać, zmieniać albo chociaż lepiej zrozumieć.

Model Standardowy działa świetnie, ale jest, w pewnym sensie, niezbyt elegancki. Ma bodaj 19 parametrów swobodnych, mogących przyjmować arbitralne wartości. Parametry te decydują o własnościach naszego Wszechświata. Gdyby wartość któregoś z tych parametrów była nieco inna, niż jest, mogłoby się okazać, że nie mogą powstawać stabilne jądra atomowe lub że miałby one zupełnie inne własności. Albo że ewolucja Wszechświata musiałaby przebiegać zupełnie inaczej. Możemy zmierzyć wartości tych parametrów, ale nie wiemy, dlaczego są one takie, jakie są. Dlaczego nasz Wszechświat jest taki, jaki jest. Oczywiście jest możliwe, że wartości te są, jakie są, w sposób przypadkowy, bo tak. Ludzi jednak taka odpowiedź nie zadowala. Chcieliby wiedzieć, czy za własnościami naszego Wszechświata, wynikającymi z wartości 19 parametrów swobodnych Modelu Standardowego, stoją jakieś głębsze, bardziej fundamentalne zasady. A jeśli tak, to jakie. 

Najnowsze odkrycia dotyczące bozonu Higgsa sugerują, że fizyka cząstek elementarnych - taka, jak ją dzisiaj rozumiemy - nie odpowie na te pytania. A jeśli nie dostaniemy jakichś nowych danych doświadczalnych, nie dających się wytłumaczyć w ramach istniejącego modelu, pozostaną nam tylko spekulacje, co grozi degeneracją nauki, podobną do tego, jak pod koniec Średniowiecza filozofia zdegenerowała się do scholastyki.

Oczywiście fizyka cząstek jeszcze przez wiele lat będzie miała co robić: Trzeba będzie poprawić statystykę, dokładniej pomierzyć te wszystkie parametry, lepiej zrozumieć własności układów złożonych zbudowanych z elementarnych składników, o których mówi Model Standardowy. Roboty jest mnóstwo, ale wygląda na to, że fizyka cząstek nie będzie już odpowiadać na pytania podstawowe.

Monachijski profesor Philipp von Jolly w latach '70 XIX wieku odradzał młodemu Maxowi Planckowi studiowanie fizyki, twierdząc, że w fizyce wszystko, co ważne, zostało już odkryte i pozostało jedynie kilka drobnych luk do uzupełnienia. Także inni wielcy fizycy z tego okresu, na przykład August Kundt, nie oczekiwali żadnych przełomowych odkryć i uważali, że głównym zadaniem fizyki jest dokonywanie bardziej dokładnych pomiarów znanych wielkości - zadanie pożyteczne i wymagające sporego kunsztu, ale pozbawione intelektualnego powabu. A ćwierć wieku później Max Planck zaczął tworzyć mechanikę kwantową, okazało się bowiem, że jednej z tych "drobnych luk" von Jolly'ego nie dało się zapełnić bez kompletnego przebudowania całej fizyki. Być może fizyka cząstek elementarnych jest dziś w sytuacji von Jolly'ego i Kundta. Na to powinniśmy liczyć.

Detektor ALICE w CERN

środa, 29 sierpnia 2018

Jeden z komentatorów jednego z poprzednich wpisów, zwolennik Razem, stwierdził, że ta formacja ideowa, rozumiana szerzej niż jako struktury partyjne i jej członkowie, zajmuje się

budowaniem od podstaw lewicy w kraju niemal pozbawionym tradycji lewicowej.

Polska jako kraj niemal pozbawiony tradycji lewicowej? To bardzo frapująca obserwacja. Z dwu powodów.

Po pierwsze, zwolennicy Razem nakładają na liberałów całą moralną i polityczną odpowiedzialność za to, że polska młodzież jest prawicowa, co się miało dokonać w latach 1989-2015. Jeśli jednak Polska w istocie była niemal pozbawiona tradycji lewicowej, to jakim cudem młodzież miałaby być lewicowa, skoro nie było lewicy, od której mogłaby się uczyć? No, mogłaby być bezideowa. I w gruncie rzeczy w większości jest bezideowa, a oskarżyciele liberałów biorą krzykliwą część za całość.

Po drugie, zdumiewa, naprawdę głęboko zdumiewa mnie u polskiego lewicowca negowanie dorobku polskiej lewicy. To prawda, że w II RP dominowała endecja i też dość nacjonalistyczne partie chłopskie z jednej i bezideowo-propaństwowa partia władzy (BBWR) z drugiej strony, ale PPS był ważną siłą polityczną. (Pomijam tu komunistów oraz całkiem silne organizacje polityczne mniejszości narodowych, głównie żydowskie.) Był wybitny polityk lewicowy, Ignacy Daszyński, byli inni, mniej wybitni, ale lepiej znani ze względu na ich losy w czasie WWII i po, tacy jak Tomasz Arciszewski, Adam Ciołkosz, Kazimierz Pużak czy kilku innych. Jeśli chodzi o dorobek intelektualny, to lewicowcem, jak na swoje czasy, był Stanisław Brzozowski, postać intelektualnie wielka, zniszczona fałszywymi oskarżeniami o agenturalność. W międzywojniu mieliśmy wprost zatrzęsienie lewicowych, a przynajmniej lewicujących pisarzy i poetów, a jeśli za wartości lewicowe uznać antyklerykalizm i prawa kobiet, to ich głosicielami były postacie tego kalibru, co Boy i Irena Krzywicka.

Część z tych ludzi pomarła jeszcze przed 1939, część zamordował totalitaryzm jeden lub drugi, część wyemigrowała. W ten sposób przestali na bieżąco wpływać na stan ducha w Polsce i stopniowo popadali w zapomnienie, a całą tradycję lewicową zawłaszczyła PZPR, postrzegana w Polsce nie tyle jako partia komunistyczna, ile jako narzędzie sowieckiego imperializmu. I to stało się dla tradycji lewicowej przekleństwem: przyznać się do sympatii lewicowych znaczyło tyle, co przyznać się do sympatii komunistycznych, to zaś rozumiano co najmniej jako zgodę na system sowiecki. Niemniej jednak w "opozycji demokratycznej" lat '70, w Solidarności i wczesnej post-Solidarności wyraźny był nurt lewicowy, reprezentowany przez polityków tej klasy, co Jacek Kuroń, Jan Józef Lipski czy Karol Modzelewski. No tak, zostali zdominowani przez liberałów i, co gorsza, mniej lub bardziej nacjonalistyczną prawicę, ale prawica, jako się rzekło, zawsze w Polsce miała rząd dusz, liberalizm zaś był modny jako pogromca sowieckiego komunizmu. A lewicowość nie była cool, bo miała stanowić pośredni dowód akceptacji sowieckiej dominacji, więc ani w PRLu, ani bezpośrednio po 1989 rzeczywiście nie było w Polsce silnej, zorganizowanej lewicy nie(post)komunistycznej. Kuroniowi i Modzelewskiemu wypominano przynależność do PZPR, choć ich z partii wyrzucono na długo przedtem, zanim do PZPR zapisały się takie tuzy współczesnego patriotyzmu, jak tow. tow. Czabański, Kryże, Piotrowicz czy Wolski.

A teraz nowa, odradzająca się lewica, zamiast lewicową tradycją Polski się chlubić i na niej budować, po prostu neguje jej istnienie. Ciekawe, dlaczego. Nie sądzę, aby chodziło o niedoinformowanie czy niedouczenie. Sądzę raczej, że nie chcą do tej tradycji w żaden sposób nawiązywać, bo PPS przed wojną skaził się współpracą z władzami II RP, a Kuroń, Lipski i Modzelewski współpracą z liberałami. Nie byli ideowo czyści, więc nie zasługują na pamięć. Toż to jest czysty intelektualny bolszewizm.

Ignacy Daszyński

Ignacy Daszyński (1866-1936)

wtorek, 28 sierpnia 2018

PiS, jego funkcjonariusze, partyjni nominaci do spółek skarbu państwa, Misiewicze, córki leśniczego i całe zastępy lokalnych działaczy i ich niezbyt udanych krewnych upchniętych na rozmaitych stanowiskach, kradnie o wiele bardziej, niż Platforma, o czym już zresztą pisałem. PiS robi to w rękawiczkach, zachowując pozory legalności, zresztą nie tylko wypłacając pensje i nagrody swojakom, ale także wyprowadzając pieniądze z przedsiębiorstw państwowych i przeznaczając je na partyjne kampanie, dotując liczne przedsiębiorstwa toruńskiego dyrektora - w zamian za poparcie zasłuchanych w pana dyrektora religijnych wyborców - i sprzyjające sobie fundacje i organizacje, pozbawiając środków te pożyteczne NGOsy, które się PiSowi nie podobają ze względów ideologicznych. Od czasu do czasu pojawiają się oskarżenia wprost kryminalne, jak te o wyłudzaniu funduszy europejskich przez partię pana Zbyszka czy o wyprowadzaniu środków z wrocławskiego oddziału PCK.

Symbolem PiSowskiej pazerności stał się krzyk pani Beaty Szydło, że te pieniądze im się po prostu należały - im, czyli ministrom i wiceministrom w jej rządzie.

Oskarżenia PiSu o pazerność i futrowanie z publicznych pieniędzy swoich działaczy mocno tę partię dotykają. Dlatego na początek oficjalnej kampanii wyborczej do samorządów Koalicja Obywatelska wystąpiła z efektowną kampanią billboardową 

PiS wziął miliony

w wariantach: "a wszystko drożeje", "a prąd drogi jak nigdy", "a ludzi nie stać na leki".

Już następnego dnia PiS odpowiedział swoim hasłem

PiS odebrał złodziejom miliony i dał je dzieciom

Platforma złośliwie odpowiada, że chyba swoim dzieciom i wskazuje liczne przypadki dzieci znanych członków PiSu zatrudnionych przez ten rząd i różne jego agendy na wysokopłatnych stanowiskach.

Warto jednak na to PiSowskie hasło odpowiedzieć merytorycznie.

Łatwo zgadnąć, że odwołuje się ono do dwu programów, które PiS uznaje za swój największy sukces: 500+ i uszczelnienie VATu. PiSowska narracja głosi, że rząd nie pozwala mafii VATowskiej okradać Polski, a zdobyte w ten sposób pieniądze przeznacza na dzieci.

Czy PiS daje miliony dzieciom?

Program 500+ z całą pewnością nie spełnił swojego deklarowanego celu, czyli nie doprowadził do wzrostu liczby urodzeń, ale PiS już o tym celu nie wspomina. Zamiast tego PiS podkreśla, że 500+ praktycznie wyeliminował skrajne ubóstwo wśród dzieci. To prawda, ale ten cel można było osiągnąć za mniej więcej 10% środków przeznaczanych na 500+. 90% trafia do rodzin, które sobie ekonomicznie radzą - lepiej lub gorzej, ale sobie radzą; oczywiście dodatkowymi pieniędzmi od państwa nie pogardzą. Dzieci też na tym korzystają - bardzo łatwo o anegdotyczne przykłady, w których dzięki 500+ rodziców wreszcie stać na opłacenie dzieciom wymarzonych zajęć pozalekcyjnych, ale równie łatwo o równie anegdotyczne przykłady, w których 500+ jest przepijane - ale głównie korzystają dorośli z "klasy aspirującej", a ich dzieci tylko pośrednio, częściowo. (Rodziny zamożne wpływów z 500+ praktycznie nie dostrzegają.) A przy tym PiS z niezrozumiałych powodów wykluczył z programu jedyne dzieci samotnych rodziców, głównie samotnych matek, przekraczających próg dochodowy dosłownie o kilka złotych. Samotna matka jednego dziecka zarabiająca najniższą pensję krajową już ten próg przekracza. A jej dziecko naprawdę zasługiwałoby na wsparcie.

W dodatku za PiSu znacznie podniesiono ceny niektórych leków, w tym leków dla dzieci po przeszczepach, oraz zmniejszono refundację niektórych środków dla dzieci niepełnosprawnych; w ogóle o świadczeniach dla niepełnosprawnych nie ma co wspominać. Wycofano darmowe podręczniki. Opodatkowano niektóre usługi dotąd z podatku zwolnione (na przykład kolonie), przez co stały się one efektywnie droższe i niektórych rodziców przestało być na nie stać. Podwyżki cen żywności, wody, prądu także pośrednio dotykają dzieci.

PiS wydaje z budżetu gigantyczne środki i twierdzi, że są one "na dzieci", a w rzeczywistości tylko z części tych środków korzystają dzieci. W dodatku PiS jedną ręką daje, a drugą zabiera.

Czy uszczelnianie VAT wystarcza?

Podatek VAT jest jednym z głównych źródeł dochodów państwa. W 2017 wpływy z tego podatku były o 40 mld wyższe, niż w 2015. To dużo, ale tylko część z tego wzrostu pochodzi z uszczelniania VAT: samo Ministerstwo Finansów przyznaje, że wpływy z uszczelniania VAT wyniosły niecałe 18 mld, a więc nieco poniżej połowy całego wzrostu. Niezależni ekonomiści są bardziej ostrożni i szacują, że wpływy z uszczelnienia wyniosły od 1/4 do 1/3 wzrostu. Większość wzrostu zawdzięczamy bardzo dobrej koniunkturze gospodarczej, nie będącej zasługą PiSu. A jeszcze trzeba pamiętać, że "wpływy z uszczelnienia" obejmują nie tylko efekty zapobiegania mafijnym wyłudzeniom, ale także sytuacje, w których przedsiębiorca, zwłaszcza niewielki, miał prawo do uczciwego zwrotu podatku VAT, ale się o niego nie ubiegał, nie chcąc narażać się na uciążliwe kontrole i inne szykany ze strony aparatu skarbowego. Takie przypadki opisywano.

Weźmy jednak ministerialne 18 mld wpływów z uszczelniania VAT za dobrą monetę. Koszt programu 500+ wyniósł w 2017 ok. 25 mld. To znaczy, że uszczelnianie VAT nie wystarczyło, rząd musiał do 500+ dołożyć z innych wpływów co najmniej 7 mld, zapewne więcej. W tym roku koszt może być jeszcze większy, a dojdzie też 1,5 mld za 300+ (wyprawki szkolne), a więc rząd do programów "dla dzieci" będzie musiał dołożyć jeszcze więcej.

Spójrzmy na to z innej strony. Jako się rzekło, w 2017 koszt programu 500+ wyniósł 25 mld. Tyle samo wyniósł deficyt budżetowy. Można więc skrótowo powiedzieć, że gdyby nie źle ukierunkowany, o wątpliwej skuteczności społecznej program 500+, Polska w 2017 nie miałaby deficytu budżetowego, co poprawiłoby sytuację finansową naszego państwa. Ale tak się nie stało. Dług zaciągnięty do sfinansowania deficytu, głównie w postaci obligacji sprzedawanych za granicą, trzeba będzie kiedyś spłacić. Z odsetkami.

Nawiasem mówiąc, w naszej sytuacji niski deficyt budżetowy uzyskany przez rząd PiS nie jest wyłącznie powodem do radości. Niski deficyt wynika bowiem nie tylko ze zwiększonych wpływów, ale i ze zmniejszonych wydatków, głównie wydatków inwestycyjnych. Inwestycje robi się z nadzieją na to, że kiedyś się zwrócą, a nawet przyniosą zysk. Dotowanie bieżącej konsumpcji, a tym jest z ekonomicznego punktu widzenia program 500+, żadnych długofalowych zysków nie przynosi. 

Podsumowując, PiSowskie programy "na dzieci" tylko w części trafiają do dzieci, a do sfinansowania tych programów nie wystarczają wpływy wynikające z zapobiegania przestępczym wyłudzeniom podatków. Długofalowo pozytywne skutki społeczne tych programów są wątpliwe, a ich efekt ekonomiczny - żaden.

niedziela, 19 sierpnia 2018

Cixin Liu, Problem trzech ciałCixin Liu, Problem trzech ciał, Dom Wydawniczy Rebis, 2018.

Problem trzech ciał to powieść SF. Wychodzi od autentycznego problemu naukowego, niestabilności orbity planety krążącej wokół gwiazdy podwójnej, ale dość szybko popada w aberracje: Siły pływowe wywołują katastrofę na skalę planetarną, planeta zostaje rozerwana i część jej materii tworzy nowego satelitę, ale lokalna cywilizacja jednak przeżywa. No cóż, nie takie rzeczy wybaczamy dobrej fantastyce. Pomijając globalne katastrofy, tamtejsza cywilizacja rozwija się w okresach, gdy orbita jest stabilna i popada w coś w rodzaju anabiozy, gdy orbita staje się nieregularna; występowanie okresów stabilnych i chaotycznych lub w inny sposób niesprzyjających życiu na planecie w układzie podwójnym to fakt naukowy. W okresach, gdy cywilizacja może się rozwijać, odtwarza ona rozwój cywilizacji ziemskiej, choć w tempie przyspieszonym, a w końcu cywilizację ziemską wyprzedza.

Drugim problemem, o którym traktuje powieść, jest kwestia poważnie rozważana przez część naukowców: Wysyłamy oto w przestrzeń kosmiczną mnóstwo sygnałów, a co, jeśli sygnał taki przechwycą Źli Kosmici, znajdą nas i zniszczą? W tym wypadku sygnał przechwytują mieszkańcy planety na orbicie niestabilnej, desperacko poszukujący planety podobnej do swojej planety macierzystej, ale na orbicie stabilnej.

Ale najlepsze w Problemie trzech ciał jest co innego: autor jest Chińczykiem i jego powieść napisana jest z chińskiego punktu widzenia. Przyzwyczailiśmy się (?),  że bohaterowie powieści SF z kręgu euro-atlantyckiego noszą nazwiska anglosaskie, niekiedy niemieckie lub romańskie, rzadziej słowiańskie, ale tu i ówdzie, dla dodania kolorytu, pojawia się jakiś Azjata. Otóż w Problemie, choć jego akcja ma wymiar planetarny (właściwie dwuplanetarny - my i ci niestabilni), wszyscy bohaterowie są Chińczykami, a dla dodania kolorytu pojawiają się jacyś trzecioplanowi Amerykanie. Różne zdarzenia powieściowe zestawiane są z ważnymi zdarzeniami z historii Chin - dla wykształconych Chinczyków, jak sądzę, oczywistymi - i elementami tamtej kultury. Zakwestionowanie naszego euro-atlantocentryzmu daje kapitalny efekt. Ponadto część ziemskiej akcji dzieje się w latach Rewolucji Kulturalnej i bezpośrednio po niej. My to znamy "z gazet" i filmów dokumentalnych, w mniejszym stopniu z lekcji historii. Ciekawe jest przeczytać, co o tym myśli autor chiński, dla którego rozważania nad historią komunizmu w jego kraju nie są centralnym tematem.

Rekapitulując, Problem trzech ciał to rzetelna fantastyka naukowa. Czytałem lepszą, ale też mnóstwo o wiele gorszej. Problem jest pierwszą częścią trylogii. Cixin Liu nie przekonał mnie do swojej wizji na tyle, żebym koniecznie chciał przeczytać pozostałe tomy, ale tego nie wykluczam. I choć nie podzielam tych uczuć, nie dziwię się entuzjastycznym zwolennikom tej prozy.

niedziela, 12 sierpnia 2018

Siwy DymZiemowit Szczerek, Siwy Dym, albo pięć cywilizowanych plemion, Wydawnictwo Czarne, 2018.

Siwy Dym opisuje Europę Środkową za kilkadziesiąt lat. Żadne państwo nie ostało się w formie, strukturze i ustroju, jakie znamy z czasów obecnych. Nacjonalizmy doprowadziły do wojen pomiędzy sąsiadami, Polska podzieliła się na kilka państewek. Unia Europejska też się rozpadła, a jakaś jej resztówka, Nowa Europa, trwa za cenę wyrzeczenia się przez jej obywateli wszelkich narodowości i religii.

Siwy Dym jest antypowieścią. Jej narrator jest nowoeuropejskim korespondentem wojennym w Polsce i innych krajach Środkowej Europy. Mamy jakąś fabułę, ale głównie czytamy retrospekcje z poprzednich pobytów narratora w Polsce i na poszczególnych frontach Europy. I te retrospekcje wojenne są zdecydowanie najlepszymi fragmentami książki, dowodzącymi nie tyle nawet głębokiej znajomości realiów, ile zrozumienia ducha Europy Środkowej. Cudowny opis spotkania z kapitanem Jowanciciem „w małej gospódce o nazwie Slawia” musi być oparty o jakąś rzeczywistą imprezę, może tylko lekko podkolorowaną. Opowieść Albańczyka Haszyma też musi być wzorowana na autentycznych relacjach z Kosowa. Przebieg i zmienność linii frontu węgiersko-rumuńskiego w Siedmiogrodzie dowodzi głębokiej znajomości stosunków geograficzno-ludnościowych. Rozmaite zdarzenia frontowe są tyleż okrutne, co bezsensowne, wręcz groteskowe. Być może po części są oparte na epizodach z wojny w Jugosławii, a może i WWII, a wszystkie jakoś tam pasują do ducha Europy Środkowej, a właściwie do jej lokalnych, nacjonalistycznych duchów, coś jak finałowe sekwencje Underground  Emira Kusturicy.

Sama Polska a to ogłasza się Nowym Rzymem, a to stawia pomniki polskich królów w pozach rzymskich imperatorów, na Mazowszu zaś, rządzonym przez kolesia, który przybrał imię Masław, panuje słowianomania, widzimy więc „młodych przedsięrządców w czarnych, lnianych i eleganckich sukmanach, z eleganckimi skórzanymi teczkami, w rzemiennych łapciach”. Na wsi, w dworkach neoszlacheckich, trwa nieustanna impreza, na której królują typy w rodzaju majora Sebastiana Wiedźmina-Woźniaka, inwalidy wojennego, który kica sobie na protezach a'la Pistorius, oczywiście cały czas w rogatywce. Wszystkiego pilnują liczne, często sobie wrogie, formacje policyjne.

W miarę czytania chronologia rozpada się. Fabuła staje się coraz bardziej oniryczna, a na wszystko nakładają się elementy magiczne, nierzeczywiste. Nie jest to wszystko spójne, ale być może nie musi: skoro znany nam świat rozpadł się i oszalał, opisująca to narracja może wręcz nie powinna być spokojna i uporządkowana. Chaos jest dobrym sposobem opisywania chaosu.

Są wszakże w książce rzeczy, które mi się nie podobają. Narrator należy do jakiejś tajnej organizacji terrorystycznej, a może nawet do dwóch. Terror ma służyć ukaraniu Polaków za ich nacjonalizm, z nadzieją na wybicie im tego nacjonalizmu z głów. Narrator więc ciągle kogoś morduje, coś podpala lub wysadza, przy czym nie widać, aby na kimkolwiek robiło to większe wrażenie, ani na samym narratorze, ani na tych, których terror w zamyśle miał przerazić. Narrator przy tym ciągle, właściwie bez przerwy, pije i bierze narkotyki. Jeśli nie jest pijany lub na haju, to ma potwornego kaca. To samo zresztą robią rozmaite postacie drugoplanowe, a już szczególnie koledzy-dziennikarze narratora.

W ten sposób Siwy Dym, w zamierzeniu groteska mająca ostrzec nas przed środkowoeuropejskimi nacjonalizmami poprzez przedstawienie ich ostatecznych, absurdalnych konsekwencji, staje się zbiorem fantazji autora na temat alkoholu, dragów, seksu z osobami nierzeczywistymi i przemocy. No, cóż...

 

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 34