Kategorie: Wszystkie | Edukacja | Fizyka | Kryzys | Literatura | Muzyka | Polityka | Rozmaitości
RSS
czwartek, 15 listopada 2018

aferze KNF najbardziej bulwersująca nie jest rzekoma propozycja korupcyjna, jaką były już szef KNF, Marek Chrzanowski, miał złożyć właścicielowi dwu prywatnych banków, miliarderowi Leszkowi Czarneckiemu, ale to, że mianowani przez PiS członkowie KNF podejmowali działania mające doprowadzić do upadłości banków i przejęcia ich "za złotówkę" przez inne banki. Propozycja korupcyjna miała polegać na tym, że w zamian za zatrudnienie wskazanego człowieka za niebotyczne wynagrodzenie, szef KNF miał ochronić banki Czarneckiego przed takim scenariuszem.

Zdaje się, że celowe działania państwowego regulatora, mające doprowadzić do upadku wskazanego banku, aby można go było przymusowo znacjonalizować, było - i nadal jest?! - oficjalną linią programową PiSu. 

7 listopada Czarnecki złożył doniesienie do prokuratury o korupcyjnej propozycji Chrzanowskiego, jaką ten miał mu złożyć kilka miesięcy wcześniej. Następnego dnia, 8 listopada, do sejmowej Komisji Finansów wpływają poprawki do procedowanej właśnie ustawy, umożliwiające KNF nakazanie przymusowego przejęcia jednego banku przez inny. Na ich jak najszybsze przyjęcie nalega... Marek Chrzanowski. Mimo protestów opozycji, a nawet sejmowego Biura Legislacyjnego, komisja przyjmuje te poprawki. 9 listopada całą ustawę przyjmuje Sejm. Marszałek Ryszard Terlecki jeszcze bardziej, jeśli to w ogóle możliwe, kompromituje siebie samego i cały Sejm, prowadząc ten punkt porządku obrad z telefonem przy uchu: Ktoś nieszczęśnika cały czas instruował, bo on przecież sam się nie mógł połapać co i jak ma być przegłosowane. Komuś widać bardzo zależało na pośpiechu. Nic dziwnego: 13 listopada opinia publiczna dowiaduje się o aferze KNF z artykułu w Gazecie Wyborczej. 14 listopada KNF wpisuje jeden z banków Czarneckiego na listę ostrzeżeń publicznych.

Ciekawi mnie, czy PiSowi trywialnie brakuje pieniędzy do rozdawania w ramach wątpliwych programów socjalnych i prowadzenia chybionych inwestycji, więc chce je ukraść z prywatnego banku - nie z depozytów klientów banku, ale z jego kapitału własnego - czy też chce zbudować swoją własną oligarchię, na wzór tego, co Orban robi na Węgrzech.

Jak by nie było, PiS doszczętnie skompromitował w oczach świata polski nadzór bankowy. Teraz zagraniczne instytucje finansowe siedem razy się zastanowią, zanim zdecydują się zainwestować w Polsce. Te zaś, które jeszcze tu są, już pewnie myślą o tym, jak uciec, minimalizując straty.

Skądinąd taki rozwój wypadków też powinien PiS cieszyć.

Smaku całej historii dodaje, iż z aferą KNF łączą się, poprzez banki Czarneckiego, dwie inne potężne PiSowskie afery finansowe: afera SKOK-ów i afera GetBacku.

Warto w tym miejscu przypomnieć o przypadkach Zygmunta Solorza-Żaka, właściciela Polsatu, ale też wielu innych firm. Kilka miesięcy temu Polsat, który dotąd starał się nie opowiadać wyraźnie po żadnej ze stron sporu politycznego, stał się bardzo pro-PiSowski. Mówiono wtedy, że Polsat złagodniał, bo inne interesy Solorza-Żaka, na których los miały wielki wpływ decyzje państwowych regulatorów, były zagrożone. Głównie miało chodzić o możliwość przejęcia przez Polsat Netii, a także o sytuację Zespołu Elektrowni Pątnów-Adamów-Konin, pośrednio należącego do Solorza-Żaka poprzez jego spółki. Teraz okazuje się, że wiosną do Rady Nadzorczej banku, którego właścicielem jest Solorz-Żak, z rekomendacji KNF wszedł... ten sam prawnik, którego Chrzanowski chciał wcisnąć Czarneckiemu.

Propozycję korupcyjną, jaką miał złożyć szef KNF Marek Chrzanowski miliarderowi Leszkowi Czarneckiemu, powszechnie interpretuje się jako propozycję korupcji "na słupa": Ty za grube miliony zatrudniasz wskazanego człowieka, a on część tych milionów cichcem przekazuje mnie, bądź moim mocodawcom czy wspólnikom. Ale czy w rzeczywistości nie chodziło o coś innego? Może szef KNF chciał wprowadzić swojego człowieka do banku po to, że gdy już bank zostanie doprowadzony do upadku i przejęty, będzie ktoś, kto zdąży go gruntownie poznać, co bardzo ułatwi zarządzanie przejętym, a właściwie ukradzionym bankiem. Co zresztą korupcji "na słupa" w okresie przejściowym nie wyklucza.

Zygmunt Solorz-Żak powinien zacząć się poważnie obawiać o los swojego Plus Banku. Ciekawe, czy Solorz-Żak ma swoim sejfie jakieś ciekawe nagrania? 

Ryszard Terlecki prowadzi obrady Sejmu z telefonem przy uchu

P.s. "Szumidła" to urządzenia antypodsłuchowe, jakie Marek Chrzanowski włączył rozpoczynając rozmowę z Leszkiem Czarneckim. Zagłuszyły dwa z trzech urządzeń nagrywających przyniesionych przez Czarneckiego.

piątek, 26 października 2018

Domena publiczna, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=925563W Krakowie wybory nie rozstrzygnęły się w pierwszej turze. Potrzebna będzie dogrywka pomiędzy urzędującym prezydentem, Jackiem Majchrowskim, startującym z własnego komitetu i popieranym przez Koalicję Obywatelską, PSL i SLD, a Małgorzatą Wasserman z PiS.

Jacek Majchrowski jest prezydentem Krakowa od 16 lat, nigdy nie wygrał w pierwszej turze i dorobił się sporego elektoratu negatywnego. W początkowych latach stawiano mu sporo zarzutów, które ja też uważałem za zasadne, więc na niego nie głosowałem. Ale Majchrowski zmienił się na lepsze. Kraków rozwija się, usprawnia komunikację publiczną, walczy ze smogiem, jest dość sprawnie zarządzany, a wielką zasługą Majchrowskiego jest to, że miasto potrafi znakomicie zorganizować bardzo duże imprezy, jakie się u nas regularnie odbywają. Z publicznie podnoszonych zarzutów przeciwko Majchrowskiemu ostał się ten o "betonowanie miasta": deweloperzy zabudowują, co się da, często bez ładu i składu, budując takie urbanistyczne potworki, jak osiedla Ruczaj czy Avia. To wszystko prawda, ale znaczna część Krakowa nie miała uchwalonego miejscowego planu zagospodarowania, do czego dość solidarnie przyczyniali się radni ze wszystkich opcji politycznych, niekiedy wręcz angażując się biznesowo po stronie swoich ulubionych deweloperów.

Przy okazji, obecny PiSowski program Deweloper+ (formalnie "Mieszkanie Plus") może tylko problem betonowania Krakowa pogłębić. Planuje się na przykład budowę osiedla na kilka tysięcy osób na Klinach, na cennych przyrodniczo terenach, gdzie za to nie ma dojazdu, szkoły czy przychodni.

Mnie u Majchrowskiego nie podoba się jego polityka kulturalna oraz to, że nie jest prezydentem aktywnym - nie zgłasza nowych, świeżych inicjatyw, mogących otworzyć miasto na zupełnie nowe perspektywy. Raczej ogranicza się do pilnowania, żeby miasto sprawnie działało i rozwijało się we w miarę przyzwoitym tempie. Nie uważałem Majchrowskiego za kandydata moich marzeń i dotąd głosowałem na niego tylko raz, w drugiej turze cztery lata temu. No i w pierwszej turze w tym roku.

Głosowałem na Majchrowskiego, gdyż mój Kandydat Idealny się, niestety, nie pojawił. Nie chcąc rezygnować z prawa wypowiadania się o przyszłości mojego miasta, zagłosowałem wobec tego na najlepszego kandydata spośród tych, którzy stanęli do wyborów.

W drugiej turze, jako się rzekło, Jacek Majchrowski będzie rywalizował z Małgorzatą Wasserman z PiS. Pomijając nawet wątki "ogólnopolityczne", uważam, że ewentualna prezydentura pani Wasserman byłaby dla miasta bardzo zła, szkodliwa.

Pani Wasserman nie ma pojęcia o zarządzaniu miastem. Wydaje się, że nie ma ona doświadczenia w zarządzaniu czymkolwiek większym od własnej kancelarii adwokackiej. Nie, nie błysnęła niczym szczególnym, w tym organizacyjną sprawnością, w trakcie prac par excellence politycznej komisji do spraw Amber Gold. Jej rządy musiałyby oznaczać chaos, brak kompetencji urzędniczych i mnóstwo przypadkowych, nieprzemyślanych decyzji, z których długo musielibyśmy się wygrzebywać.

Pani Wasserman sprowadziłaby do Urzędu Miasta i do podległych miastu spółek całe tabuny działaczy PiSu i ich niezbyt udanych krewnych i znajomych. PiS robi tak wszędzie, gdzie zdobywa władzę. W chwili szczerości pewien dość ważny krakowski działacz PiS publicznie przyznał:

Najwięcej pieniędzy z budżetu państwa idzie przez samorządy [...], więc dlatego tak ważne, żebyśmy je przejęli.

Nie chodzi więc o to, że PiS sądzi, iż ma lepszy pomysł na zarządzanie miastem. Chodzi wyłącznie o położenie łapy na pieniądzach, o (legalne!) transferowanie ich do kieszeni właściwych ludzi i politycznie słusznych inicjatyw i o możliwość zatrudniania swojaków. W dodatku swojacy, jakich do agend miasta mogłaby ściągnąć pani Wasserman, byliby już całkiem marnej jakości, bo wszyscy choć trochę kompetentni już znaleźli zatrudnienie w innych miejscach podlegających PiSowskiej nomenklaturze.

Jeśli chodzi o konkretne projekty, to pani Wasserman przed pierwszą turą zgłosiła ich cztery:

  1. Budowa parkingów przy szkołach, żeby rodzice mieli gdzie parkować, gdy trzy czy cztery razy do roku przyjeżdżają do szkoły na zebrania. Parkingi musiałyby powstawać kosztem terenów zielonych lub rekreacyjnych dla uczniów, bo innej możliwości fizycznie nie ma. I co na to przeciwnicy "betonowania miasta"?
  2. Budowa trzeciego szpitala miejskiego. Otóż, droga pani Małgorzato Wasserman, w Krakowie są "tylko" dwa szpitale miejskie (Narutowicza i Żeromskiego), ale wszystkich szpitali - wojewódzkich, klinicznych, a nawet prywatnych - jest łącznie bardzo dużo. Owszem, są kolejki, ale nie wynikają one z braku instytucji lub sprzętu, ale z braku lekarzy i pielęgniarek oraz z bardzo szczupłych kontraktów z NFZ. Jeśli pani Wasserman tego nie wie, to doprawdy lepiej by zrobiła, gdyby się na ten temat nie wypowiadała.
  3. Zniesienie (a przynajmniej złagodzenie) ograniczeń w parkowaniu w centrum miasta, a więc większy ruch, gorsze korki, większe zanieczyszczenie i mniej stref przyjaznych dla pieszych. W ogóle pani Wasserman wprost mówiła, że najczęściej podróżuje samochodem, także po mieście. O komunikacji zbiorowej nawet się nie zająknęła, poza dość ogólnymi uwagami o konieczności budowy metra. O, tak, budowa metra to przedsięwzięcie, na którym krewni i znajomi Królika mogliby świetnie zarobić, ale jego korzystny wpływ na komunikację w Krakowie jest co najmniej dyskusyjny.
  4. Projekt budowy przystani jachtowej na Wiśle. Jeśli pani Wasserman uważa, że brak przystani jachtowej szczególnie doskwiera mieszkańcom, to szczerze gratuluję znajomości miasta i jego potrzeb. A jeśli zważyć, iż jachty to raczej zabawka dla osób zamożnych, widzimy, jak w rzeczywistości wygląda deklarowana przez PiS troska o najuboższych i o "zwykłe polskie rodziny".

Dwa ostatnie postulaty, metro i jachty, to chyba echo niesławnej kampanii Patryka Jakiego w Warszawie. Tym bardziej dowodzi to, iż Małgorzata Wasserman nie ma żadnych pomysłów na rozwój Krakowa.

Przed drugą turą pani Wasserman zaczęła raptem mówić o walce ze smogiem, ilustrując zresztą ten postulat zdjęciem z Barcelony. (Zaiste, duch Patryka Jakiego unosi się nad wodami.) To świetnie, tyle że pani Wasserman nic dotąd o smogu nie mówiła, a partia, która ją wystawiła, jest w tej kwestii kompletnie niewiarygodna. Cały czas deklaruje, że energetyka powinna być opata na "polskim węglu" (zwiększając przy tym import węgla z Rosji, w tym od separatystów z Donbasu), podtrzymuje normy zezwalające na spalanie najgorszych gatunków węgla i praktycznie zabiła energetykę OZE. Radni PiSu sprzeciwiali się antysmogowym uchwałom Rady Miasta i małopolskiego sejmiku, a przynajmniej ich istotnym elementom. Jednak najważniejsze w "antysmogowym" dorobku PiSu jest to, iż w lutym 2016 kontrolowany przez PiS NFOŚ zabrał Małopolskce 20 mln złotych, jakie ta miała obiecane na walkę ze smogiem, przyznając jednocześnie 27 mln panu Rydzykowi na geotermię. Powtórzymy wyraźnie: dla PiS od walki ze smogiem ważniejsze jest dotowanie "dzieł" dyrektora Rydzyka. Na szczeblu ogólnopolskim PiS chwali się swoim programem "Czyste powietrze", ale w projekcie budżetu na 2019 przewidział na jego realizację jakieś znikomo małe środki. Dlatego obecne zapewnienia pani Wasserman o konieczności walki ze smogiem uważam za zupełnie fałszywy, obłudny koniunkturalizm.

Jedno natomiast jest pewne: Gdyby Małgorzata Wasserman została prezydentem Krakowa, miastem wstrząsałyby ideologiczne ekscesy PiSu. Żadnych Marszów Równości czy Tęczowych Piątków, za to ingerencje w program miejskich instytucji kultury, promowanie najrozmaitszych "bohaterów wyklętych" i jedynie słuszne pomniki na każdym rogu.

Nie możemy do tego wszystkiego dopuścić! I dlatego ja z całym przekonaniem zagłosuję 4 listopada na Jacka Majchrowskiego. #TakDlaJacka!

środa, 24 października 2018

Tu, jak widzisz, trzeba biec tak szybko, jak się potrafi, żeby zostać w tym samym miejscu. Jeżeli chce się znaleźć w innym miejscu, trzeba biec co najmniej dwa razy szybciej!

Lewis Carrol, O tym, co Alicja odkryła po drugiej stronie lustra, tłum. Maciej Słomczyński

Wyniki wyborów samorządowych pokazują, że ugrupowania demokratyczne, głównie Koalicja Obywatelska, są bardzo silne w dużych miastach, ale poza nimi najsilniejszy jest PiS, który zdobywa aż sześć sejmików wojewódzkich. A nawet tam, gdzie nie ma samodzielnej większości, jest często najsilniejszym klubem i nie będzie rządzić tylko dlatego, że nie ma żadnych zdolności koalicyjnych. Można by powiedzieć, że w Polsce powtarza się wzorzec znany z innych krajów, z Ameryki głosującej na Trumpa czy z Wielkiej Brytanii głosującej za Brexitem: Wielkie miasta są "liberalne", ale obszary wiejskie i zubożałe regiony post-industrialne są znacznie bardziej konserwatywne i podatne na populistyczną propagandę.

O zwycięstwie PiSu w tak wielu województwach zdecydowała nie tyle przewaga nad Koalicją Obywatelską, która z gruba odpowiada trendom wynikającym z sondaży z wielu miesięcy, ile słaby wynik PSL. W poprzednich wyborach samorządowych ludowcy zdobyli nadspodziewanie dobry wynik, zapewne dzięki "książeczce" (specyficznemu fizycznemu układowi list wyborczych). Teraz co prawda PSL nie został "wyeliminowany z życia publicznego", czego życzyła sobie Beata Mazurek, osoba, której wyjątkowo żarliwie nie znoszę, ale jego poparcie zmalało o połowę. Widać, jak bardzo skuteczna okazała się taktyka PiS: Jeździć po małych miejscowościach, kłamliwie oskarżać tam PSL (i Platformę Obywatelską, ale głównie PSL) o różne zaniedbania i obiecywać rządowe pieniądze na potrzeby lokalne, o ile tylko mieszkańcy wybiorą PiSowski samorząd. A mieszkańcy, którzy czuli się zaniedbywani przez poprzednie władze i pozbawieni wpływu na politykę, czują się dowartościowani wizytą premiera, prezesa i ważnych ministrów i kupują ich fałszywe obietnice, nie zauważając, że przez prawie trzy lata rządów, PiS, poza rozdawnictwem socjalnym, nie zrobił dla prowincji literalnie niczego. 

Jak widać, w Polsce - i w Ameryce - da się wygrać mając słabą pozycję w miastach, ale silną na prowincji. Bez istotnego poparcia na prowincji wygrać się nie da. Jeśli siły demokratyczne chcą za rok odsunąć PiS od władzy, muszą zrobić co najmniej trzy rzeczy:

  • zachować koalicyjną jedność, poszerzając koalicję o PSL przynajmniej w wyborach do Senatu,
  • utrzymać poparcie w dużych miastach,
  • wyraźnie wzmocnić swoją pozycję poza miastami.

Samo utrzymanie poparcia w dużych miastach nie będzie łatwe. W polityce nic nie ma za darmo. Koalicja Obywatelska nie może popełnić błędu "miasta są nasze, więc odpuszczamy". Przeciwnie, trzeba wciąż mówić o cywilizacyjnych zagrożeniach, jakie niosą rządy PiS - łamanie prawa i praw człowieka, zagrożenie dla demokracji, antyeuropejskość, zaściankowość, ksenofobia i obyczajowe wstecznictwo - ale także o jakości życia, smogu, pracy, szkołach, służbie zdrowia: nie tylko, że PiS nie robi nic, aby to poprawić, ale że siły demokratyczne wiedzą, co i jak trzeba zmienić. Trzeba to mówić i przekonywać o tym ciągle i bez wytchnienia. Przedstawiać pomysły i projekty. No i trzeba faktycznie te pomysły i projekty mieć.

Poza dużymi miastami będzie jeszcze trudniej. Raczej nie należy spodziewać się, że w ciągu roku polska prowincja się obyczajowo zradykalizuje. Na pewno nie da się przelicytować PiSu w obietnicach socjalnych. Nie można też obiecywać odbudowy tradycyjnego przemysłu, który upadł wraz z realnym socjalizmem. W dodatku trzeba pamiętać, że wrażliwość "miejska" i "wiejska" są często w konflikcie - dla przykładu, w miastach ważna jest ekologia, ale drwale, którzy wycinają Puszczę Białowieską, robią to nie z patologicznej nienawiści do drzew ani nie z głupoty, lecz dlatego, że uważają, że to jest dobra praca, a innej tam właściwie nie ma - więc trzeba pamiętać, żeby starając się zjednać jednych, nie zrażać do siebie drugich.

Cóż więc siły demokratyczne mogą realistycznie obiecać prowincji? Myślę, że trzy rzeczy:

Po pierwsze, poprawę komunikacji, gdyż wiele miejscowości jest komunikacyjnie wykluczonych. Niedopuszczalna jest sytuacja, w której pacjent, któremu wyznacza się wizytę u lekarza (za wiele miesięcy!), prosi, aby nie było to w okresie wakacji, bo on nie będzie miał jak dojechać. W jego wsi bowiem poza gimbusem nie ma żadnego transportu publicznego. (Nawiasem mówiąc, czy likwidacja gimnazjów będzie też oznaczać likwidację gimbusów?) Poprawa komunikacji nie musi wymagać budowy nowych dróg ekspresowych i szlaków kolejowych. To też, ale często wystarczy pokonać bariery organizacyjne i finansowe, a także, jak czytam, zmienić wadliwe i niespójne regulacje prawne, aby przewoźnicy dojeżdżali nie tylko tam, gdzie im się to opłaca.

Po drugie, poprawę edukacji. Wiejskie szkoły są w dużej części zaniedbane, źle wyposażone i niedofinansowane, a kształcenia na poziomie ponadpodstawowym w wielu gminach po prostu nie ma. Technikum, szkoła zawodowa (obecnie: branżowa) czy liceum są w sąsiednim miasteczku, ale jak do niego dojechać? Znaczenia poprawy jakości kształcenia nie trzeba tłumaczyć.

Po trzecie, trzeba zaoferować jakieś czystsze, ale jednocześnie akceptowalne cenowo sposoby ogrzewania, alternatywne dla palenia najgorszej jakości węglem i odpadami. Sam zakaz palenia byle czym i jego egzekwowanie wzbudzą raczej wściekłość niż zrozumienie dla problemu jakości powietrza, o globalnym ociepleniu nie wspominając. Ludzie powiedzą: "Na dobry węgiel mnie nie stać, na gaz mnie nie stać, na ogrzewanie elektryczne mnie nie stać, to czym ja mam, k*, palić?!" Trzeba więc coś tym ludziom zaproponować, ale ja nie mam pojęcia, co. Spodziewam się jedynie, że będzie to dużo kosztować.

Ponadto trzeba wspierać PSL tam, gdzie próbuje on unowocześniać rolnictwo, a głównie jego otoczenie: skup i przetwórstwo, zakładanie organizacji producentów rolnych (które PiS zwalczał, bo nie były jego).

Wreszcie przywódcy Koalicji Obywatelskiej muszą na prowincję jeździć, być tam: Nie tylko w Warszawie, Krakowie czy Białymstoku, ale też w Sochaczewie, Limanowej i Sokółce, nawet jeśli mogą się tam spodziewać niechętnego przyjęcia. Trudno. I nie mówić tylko o demokracji, wartościach europejskich i emancypacji grup wykluczonych, ale także o autobusach, szkołach i skupie jabłek. Z drugiej strony nie udawać, że rozdawnictwo socjalne czy programy dopłat do energii, paliwa i Bóg wie czego wszystko załatwią. Prawica, jeśli już musi, rozdaje pieniądze. Lewica i liberałowie - po prostu demokraci - powinni dbać o wysoką jakość usług publicznych. 

Czy da się to wszystko zrobić w ciągu roku? Nie wiem. Mam nadzieję, że tak, ale łatwo nie będzie. Ale koniecznie trzeba spróbować. Koniecznie.

godło Polski

piątek, 19 października 2018
niedziela, 14 października 2018

Gustave Doré, Ruggiero ratuje AngelikęSpędzam niedzielę słuchając Orlanda Haendla w znakomitym wykonaniu: René Jacobs i B'Rock Orchestra, soliści: Bejun Mehta, Sophie Karthäuser, Kristina Hammarström, Sunhae Im i Konstantin Wolff. Piękne wykonanie, świetna muzyka, Haendel w swoich najlepszych latach. Ale ja tym razem nie o muzyce.

Libretto oparte jest na szesnastowiecznym poemacie Ludovica Ariosta Oralndo Furioso i opowiada o tym, że Orlando zakochał się w Angelice. Był przy tym przekonany, że jej wzajemność mu się właściwie należy, bo on uratował ją ze strasznych opresji. Angelica jednak zakochuje się w rycerzu Medoro. W Medoro kocha się też Dorinda. Medoro flirtuje z obiema panienkami, ale ostatecznie ucieka z Angeliką. Gdy dowiaduje się o tym Orlando, który jest wielkim generałem, paladynem Karola Wielkiego (my go znamy jako Rolanda, ideał chrześcijańskiego rycerza), ale przede wszystkim popaprańcem, z wściekłości i rozpaczy po, jak on to widzi, zdradzie Angeliki, traci zmysły, szaleje, morduje i pali wszystko, co napotka. Trwa to dopóty, dopóki Ruggiero (którego wcale w tej operze nie ma) nie leci na hipogryfie (który z kolei powraca w wielkim stylu w Więźniu Azkabanu) na Księżyc, aby przywieźć stamtąd utracone zmysły Orlanda. Księżyc bowiem jest wielkim biurem rzeczy rzeczy zagubionych.

Angelica, nawiasem mówiąc, poznaje Medora, gdy ten ranny wraca z wojny. Taki ranny, taki dzielny i taki przystojny! Angelica zaczyna się nim opiekować, i tak się opiekuje, że się w nim zakochuje. Trochę jak w Wiernej rzece. Czyżby Żeromski czerpał z Ariosta?

P.s. Syriusz Black jako figura Ruggiera? No, no...

Ja słucham płyty, ale w sieci dostępne jest spiracone z Mezzo nagranie scenicznego wykonania tej opery. Ta sama obsada, tylko grane ciut szybciej, niż na płycie. Spektakl zresztą ciekawy scenicznie i nie tylko dobrze zaśpiewany, ale też dobrze zagrany. Dla ilustracji ustawiam świetną arię Zoroastra (Konstantin Wolff) z trzeciego aktu, Sorge infausta una procella.

wtorek, 25 września 2018

Pan Twardowski śmieszył, tumanił, przestraszał. Jarosław Kaczyński podleczył "kolano" i wrócił do dawnej formy, przynajmniej na jakiś czas, a więc judzi, spotwarza i opluskwia. Na konwencji samorządowej (!) w Olsztynie powiedział, że

oikofobia [...], czyli niechęć, czy nawet nienawiść do własnej ojczyzny i własnego narodu to jedna z chorób, która dotknęła części sędziów i która prowadzi do nieszczęść

Wiele osób komentuje, że wskazywanie nieprzychylnej sobie grupy społecznej lub zawodowej, w tym wypadku sędziów, jako wrogów narodu należało do podstawowych narzędzi propagandowych ustrojów totalitarnych, a przynajmniej totalitaryzujących, autorytarnych, niedemokratycznych. Zwolennicy PiS oburzają się na takie porównanie i kto wie, może w tym oburzeniu jest coś słusznego. Ja bowiem twierdzę, że nie był to cyniczny chwyt propagandowy. Ten człowiek naprawdę sądzi, że sędziowie, ich znaczna część, to zaprzańcy. Skoro bowiem ktoś, jak Kaczyński, jest przekonany o własnej nieomylności i publicznie twierdzi, że jest w nim czyste dobro - a nie był to chwyt retoryczny! - uważa, że tylko ludzie pełni złej woli, obcy agenci i zaprzańcy bądź też osoby skrajnie głupie, wręcz upośledzone umysłowo, mogą się z nim nie zgadzać.

Tym gorzej dla nas.

Kaczyński kontynuował:

Są sądy, które nie stają po stronie Polaków, tylko po stronie tych, którzy Polakami nie są

i to oczywiście jest niedobre. W ten sposób Człowiek z Drabinki zdefiniował jeden z dwu celów PiSowskiej "reformy sądownictwa". Jednym jest oczywiście to, żeby żadne sądy nie śmiały sprzeciwić się politycznym decyzjom PiS, a w zasadzie decyzjom Kaczyńskiego i jego żądzy zemsty. To jest cel najważniejszy, choć zarazem szczegółowy. Celem drugim, ogólnym, jest by sądy stawały po stronie Polaków.

Innymi słowy, jeśli dojdzie do sporu prawnego Polak vs nie-Polak - do obojętnie jakiego sporu prawnego: o zapłatę, o wywiązanie się z kontraktu, o podatki, o jakiekolwiek relacje biznesowe, ale także o alimenty, o opiekę nad dziećmi, o pobicie czy znieważenie na tle narodowym - polski sąd ma, według Kaczyńskiego, imperatyw opowiadania się po stronie Polaka. No, pięknie. Tak oto Kaczyński kończy i z europejską zasadą równości wobec prawa, i z Alle Menschen werden Brüder, i z biblijnym "nie ma już Żyda ani Greka" (Gal. 3:28). Ciekawe, czy jeśli Polak najzwyczajniej ukradnie portfel Niemcowi czy Kanadyjczykowi, narodowość ofiary też miałaby być okolicznością łagodzącą? Ponure żarty na bok: Jawnie wypowiedziana zasada, że Polak stający przed polskim sądem ma mieć lepszą pozycję procesową, niż jego nie-polski przeciwnik, odstraszy inwestorów, turystów, zagranicznych studentów i w ogóle przyprawi nam jeszcze większą gębę ksenofobów i nacjonalistów, którym obce są podstawowe europejskie wartości.

Oto do czego prowadzą nasz kraj rządy człowieka, któremu około 40% wyborców chce powierzyć władzę absolutną. Brawo, wy.

 

Jarosław Kaczyński

środa, 19 września 2018

Dr Andrzej Duda bardzo chciał mieć sukces. Sukces na skalę międzynarodową. Chciał być dostrzeżony przez prezydenta Stanów, może nawet chciał jakiejś formy potwierdzenia sojuszu polsko-amerykańskiego. Co prawda Obama najpierw posadził Dudę przy jednym stoliku z nim samym i z Putinem, co było wyróżnieniem, ale potem musiał osobiście opieprzyć Dudę na szczycie NATO w Warszawie. Donald Trump był zachwycony przyjęciem, jakie Polska mu zgotowała rok później, a przy okazji sesji ONZ, wymienił z Dudą parę słów, gdy się spotkali przy windzie. Ale to wciąż nie było to.

Wreszcie, gdy PiS wstydliwie wycofał się kompromitującej nowelizacji ustawy o IPN, nadeszło długo wyczekiwane zaproszenie dla Dudy! Yes, yes, yes, spotka się z Trumpem, będzie w Gabinecie Owalnym! Uzyska dzięki temu międzynarodowe uznanie dla siebie i formacji, którą reprezentuje! Będzie sukces!

No i pan Duda pojechał ten sukces konsumować. Wczoraj go konsumował. Uważam, że dla Andrzeja Dudy była to wizerunkowa i prestiżowa katastrofa.

Pomijam nieporadny kontredans przy ustawianiu się do zdjęcia - każdemu może się zdarzyć. Pomijam żałosne podlizywanie się Trumpowi ("Fort Trump"). Pomijam jedyny chyba konkret tej wizyty, mianowicie obietnicę, że Polska zapłaci Stanom Zjednoczonym kilka miliardów dolarów za utworzenie u nas stałej bazy wojskowej - za bezpieczeństwo trzeba płacić, ale kosztem czego? Ale panowie prezydenci postanowili podpisać wspólną deklarację. Tak podpisywali:


Upokorzony dr Duda w Oval Office

Prezydent Trump z poważną miną siedzi w fotelu za biurkiem, pan Duda stoi i niezbyt mądrze się uśmiecha. Nawet nie stoi, ale schyla się jak usłużny podwładny, jak sekretarz czy nawet jeszcze niższej rangi urzędnik, który gdzieś na rożku stołu notuje, co mu szef powiedział.

Tak się nie podpisuje dokumentów międzynarodowych. Wiadomo, że są kraje wielkie i potężne, jak USA, i mniejsze i słabsze, jak Polska. Ale dyplomacja bardzo dba o pozory: oficjalne międzynarodowe dokumenty podpisuje się w sposób uroczysty, z zachowaniem formalnej równości obu stron. USA, zmuszając (?) polskiego prezydenta do podpisania dokumentu w ten sposób, okazały Polsce całkowite lekceważenie. A pan Duda bez mrugnięcia okiem dał się ustawić w takiej służalczej, podrzędnej roli. Tak oto rządzona przez PiS Polska wstaje z kolan: Pozwala się traktować jak jakiś bantustan. Jak żebrzący pańskiej łaski klient.

Skądinąd jest to też dowód kompletnego braku profesjonalizmu ze strony polskich służb dyplomatycznych przygotowujących tę wizytę.

Pan Duda cieszy się, że na chwilę pozwolono mu wejść do salonu i z bliska przyjrzeć się jego wspaniałościom. Pewnie myśli, że inni też będą się cieszyć jego radością. Tymczasem pan Duda został przez prezydenta Donalda Trumpa upokorzony. Furda zresztą pan Duda, proceduralny prezydent, na którego nie głosowałem, który sam twierdzi, że nie jest moim prezydentem  i który nie od dziś niemalże każdym swoim czynem uwłacza godności sprawowanego urzędu. Ten gość przecież reprezentuje Polskę! Tak, Polskę Dudy, Kaczyńskiego i Leśnego Ruchadła, ale także moją, bo innej Polski w wymiarze międzynarodowym nie ma. To nie nieszczęsny pan Duda, który zapewne niewiele z tego rozumie, został upokorzony. To Polska została upokorzona.

Jest mi strasznie, strasznie przykro.

wtorek, 18 września 2018

Trwa samorządowa kampania wyborcza, preludium do całego szeregu wyborów, które być może przesądzą o losie Polski na kolejne pokolenie. Jarosław Kaczyński -  jak to ma w zwyczaju - tuż przed wyborami złagodniał. "Nie chcemy wojny politycznej", mówi, "chcemy współpracy dla dobra narodu".

Zaraz, zaraz... A kto po poprzednich wyborach, zaraz po tym, gdy mówił, że "nie chcemy wojny, nie będziemy się mścić", nazywał politycznych przeciwników najgorszym sortem, obarczonym genem narodowej zdrady? Porównywał do współpracowników Gestapo? Wyzywał od komunistów i złodziei? Zdradzieckich mord i kanalii? O swojej formacji zaś, przeciwnie, mówił "jesteśmy panami, w przeciwieństwie do niektórych"? O sobie samym wreszcie, że (linka)

nie wychował się na podwórku, jak Tusk, ale w trochę lepszych miejscach.

Tak właśnie Jarosław Kaczyński szanuje zwykłych ludzi.

 

Niech nikt się nie da nabrać na przedwyborczo złagodniałą twarz Kaczyńskiego. Jarosławowi Kaczyńskiemu nie zależy na Polsce, tylko na władzy nad Polską, żeby mógł napisać swoją wersję historii. Nie chce pojednania, tylko zemsty. Nie zależy mu na dobru Polaków, tylko na zaspokojeniu swojej pychy i zaleczeniu własnych kompleksów. Dla osiągnięcia tych celów będzie jątrzył, obrażał. deptał prawo, dzielił ludzi i wypychał Polskę z Europy. Taki jest prawdziwy Jarosław Kaczyński.

wtorek, 04 września 2018

Kilka dni temu CERN w specjalnym komunikacie prasowym (tu jest jego polskie omówienie) ogłosił, że zaobserwowano rozpad bozonu Higgsa na kwark b i jego antykwark. Zgodnie z przewidywaniami Modelu Standardowego takie rozpady powinny być najczęstsze, ale z powodów, nazwijmy je, technicznych dotąd było bardzo ciężko odróżnić je od tła. Bozon Higgsa jest niestabilny i rozpada się na inne cząstki, przy czym możliwych jest wiele, jak to mówią fizycy, "kanałów rozpadu". Dotąd obserwowano inne rozpady bozonu Higgsa, głównie na dwa fotony lub na lepton τ i jego antycząstkę, gdyż odróżnienie ich od tła było łatwiejsze. Najnowsze dane, zaprezentowane wspólnie przez dwie największe grupy badawcze z CERN, ATLAS i CMS, świadczą, że udział rozpadów b-anty-b zgadza się z przewidywaniami teoretycznymi.

Jest to wiadomość bardzo dobra dla Modelu Standardowego i raczej niedobra dla przyszłości fizyki cząstek elementarnych.

Model Standardowy teorii cząstek opisuje fundamentalne cząstki składowe materii i ich wzajemne oddziaływania. Przewidywany przez Model Standardowy i odkryty sześć lat temu bozon Higgsa - nazwany od nazwiska brytyjskiego fizyka Petera Higgsa, który go wymyślił - był ostatnim brakującym elementem tego modelu. Hurra, mamy więc potwierdzony doświadczalnie model fundamentalnych cząstek i ich oddziaływań - i kompletnie nie wiemy, co dalej mamy robić. Fizycy zajmujący się teorią cząstek dość desperacko poszukują jakichś doświadczalnych odchyleń od Modelu Standardowego, ale dotąd niczego nie znaleźli. Żadnych nowych cząstek czy oddziaływań, których Model Standardowy by nie przewidywał. Żadnej supersymetrii, nic, nic, nic. Nawet ten cholerny bozon Higgsa zachowuje się dokładnie tak, jak to przewiduje model: nie jest ani zbyt lekki, ani zbyt ciężki, nie stwierdzono u niego żadnej wewnętrznej struktury, nawet rozpada się dokładnie tak, jak przewidywano. Nie ma się na czym oprzeć, żeby móc Model Standardowy ulepszać, rozbudowywać, zmieniać albo chociaż lepiej zrozumieć.

Model Standardowy działa świetnie, ale jest, w pewnym sensie, niezbyt elegancki. Ma bodaj 19 parametrów swobodnych, mogących przyjmować arbitralne wartości. Parametry te decydują o własnościach naszego Wszechświata. Gdyby wartość któregoś z tych parametrów była nieco inna, niż jest, mogłoby się okazać, że nie mogą powstawać stabilne jądra atomowe lub że miałby one zupełnie inne własności. Albo że ewolucja Wszechświata musiałaby przebiegać zupełnie inaczej. Możemy zmierzyć wartości tych parametrów, ale nie wiemy, dlaczego są one takie, jakie są. Dlaczego nasz Wszechświat jest taki, jaki jest. Oczywiście jest możliwe, że wartości te są, jakie są, w sposób przypadkowy, bo tak. Ludzi jednak taka odpowiedź nie zadowala. Chcieliby wiedzieć, czy za własnościami naszego Wszechświata, wynikającymi z wartości 19 parametrów swobodnych Modelu Standardowego, stoją jakieś głębsze, bardziej fundamentalne zasady. A jeśli tak, to jakie. 

Najnowsze odkrycia dotyczące bozonu Higgsa sugerują, że fizyka cząstek elementarnych - taka, jak ją dzisiaj rozumiemy - nie odpowie na te pytania. A jeśli nie dostaniemy jakichś nowych danych doświadczalnych, nie dających się wytłumaczyć w ramach istniejącego modelu, pozostaną nam tylko spekulacje, co grozi degeneracją nauki, podobną do tego, jak pod koniec Średniowiecza filozofia zdegenerowała się do scholastyki.

Oczywiście fizyka cząstek jeszcze przez wiele lat będzie miała co robić: Trzeba będzie poprawić statystykę, dokładniej pomierzyć te wszystkie parametry, lepiej zrozumieć własności układów złożonych zbudowanych z elementarnych składników, o których mówi Model Standardowy. Roboty jest mnóstwo, ale wygląda na to, że fizyka cząstek nie będzie już odpowiadać na pytania podstawowe.

Monachijski profesor Philipp von Jolly w latach '70 XIX wieku odradzał młodemu Maxowi Planckowi studiowanie fizyki, twierdząc, że w fizyce wszystko, co ważne, zostało już odkryte i pozostało jedynie kilka drobnych luk do uzupełnienia. Także inni wielcy fizycy z tego okresu, na przykład August Kundt, nie oczekiwali żadnych przełomowych odkryć i uważali, że głównym zadaniem fizyki jest dokonywanie bardziej dokładnych pomiarów znanych wielkości - zadanie pożyteczne i wymagające sporego kunsztu, ale pozbawione intelektualnego powabu. A ćwierć wieku później Max Planck zaczął tworzyć mechanikę kwantową, okazało się bowiem, że jednej z tych "drobnych luk" von Jolly'ego nie dało się zapełnić bez kompletnego przebudowania całej fizyki. Być może fizyka cząstek elementarnych jest dziś w sytuacji von Jolly'ego i Kundta. Na to powinniśmy liczyć.

Detektor ALICE w CERN

środa, 29 sierpnia 2018

Jeden z komentatorów jednego z poprzednich wpisów, zwolennik Razem, stwierdził, że ta formacja ideowa, rozumiana szerzej niż jako struktury partyjne i jej członkowie, zajmuje się

budowaniem od podstaw lewicy w kraju niemal pozbawionym tradycji lewicowej.

Polska jako kraj niemal pozbawiony tradycji lewicowej? To bardzo frapująca obserwacja. Z dwu powodów.

Po pierwsze, zwolennicy Razem nakładają na liberałów całą moralną i polityczną odpowiedzialność za to, że polska młodzież jest prawicowa, co się miało dokonać w latach 1989-2015. Jeśli jednak Polska w istocie była niemal pozbawiona tradycji lewicowej, to jakim cudem młodzież miałaby być lewicowa, skoro nie było lewicy, od której mogłaby się uczyć? No, mogłaby być bezideowa. I w gruncie rzeczy w większości jest bezideowa, a oskarżyciele liberałów biorą krzykliwą część za całość.

Po drugie, zdumiewa, naprawdę głęboko zdumiewa mnie u polskiego lewicowca negowanie dorobku polskiej lewicy. To prawda, że w II RP dominowała endecja i też dość nacjonalistyczne partie chłopskie z jednej i bezideowo-propaństwowa partia władzy (BBWR) z drugiej strony, ale PPS był ważną siłą polityczną. (Pomijam tu komunistów oraz całkiem silne organizacje polityczne mniejszości narodowych, głównie żydowskie.) Był wybitny polityk lewicowy, Ignacy Daszyński, byli inni, mniej wybitni, ale lepiej znani ze względu na ich losy w czasie WWII i po, tacy jak Tomasz Arciszewski, Adam Ciołkosz, Kazimierz Pużak czy kilku innych. Jeśli chodzi o dorobek intelektualny, to lewicowcem, jak na swoje czasy, był Stanisław Brzozowski, postać intelektualnie wielka, zniszczona fałszywymi oskarżeniami o agenturalność. W międzywojniu mieliśmy wprost zatrzęsienie lewicowych, a przynajmniej lewicujących pisarzy i poetów, a jeśli za wartości lewicowe uznać antyklerykalizm i prawa kobiet, to ich głosicielami były postacie tego kalibru, co Boy i Irena Krzywicka.

Część z tych ludzi pomarła jeszcze przed 1939, część zamordował totalitaryzm jeden lub drugi, część wyemigrowała. W ten sposób przestali na bieżąco wpływać na stan ducha w Polsce i stopniowo popadali w zapomnienie, a całą tradycję lewicową zawłaszczyła PZPR, postrzegana w Polsce nie tyle jako partia komunistyczna, ile jako narzędzie sowieckiego imperializmu. I to stało się dla tradycji lewicowej przekleństwem: przyznać się do sympatii lewicowych znaczyło tyle, co przyznać się do sympatii komunistycznych, to zaś rozumiano co najmniej jako zgodę na system sowiecki. Niemniej jednak w "opozycji demokratycznej" lat '70, w Solidarności i wczesnej post-Solidarności wyraźny był nurt lewicowy, reprezentowany przez polityków tej klasy, co Jacek Kuroń, Jan Józef Lipski czy Karol Modzelewski. No tak, zostali zdominowani przez liberałów i, co gorsza, mniej lub bardziej nacjonalistyczną prawicę, ale prawica, jako się rzekło, zawsze w Polsce miała rząd dusz, liberalizm zaś był modny jako pogromca sowieckiego komunizmu. A lewicowość nie była cool, bo miała stanowić pośredni dowód akceptacji sowieckiej dominacji, więc ani w PRLu, ani bezpośrednio po 1989 rzeczywiście nie było w Polsce silnej, zorganizowanej lewicy nie(post)komunistycznej. Kuroniowi i Modzelewskiemu wypominano przynależność do PZPR, choć ich z partii wyrzucono na długo przedtem, zanim do PZPR zapisały się takie tuzy współczesnego patriotyzmu, jak tow. tow. Czabański, Kryże, Piotrowicz czy Wolski.

A teraz nowa, odradzająca się lewica, zamiast lewicową tradycją Polski się chlubić i na niej budować, po prostu neguje jej istnienie. Ciekawe, dlaczego. Nie sądzę, aby chodziło o niedoinformowanie czy niedouczenie. Sądzę raczej, że nie chcą do tej tradycji w żaden sposób nawiązywać, bo PPS przed wojną skaził się współpracą z władzami II RP, a Kuroń, Lipski i Modzelewski współpracą z liberałami. Nie byli ideowo czyści, więc nie zasługują na pamięć. Toż to jest czysty intelektualny bolszewizm.

Ignacy Daszyński

Ignacy Daszyński (1866-1936)

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 34