Kategorie: Wszystkie | Edukacja | Fizyka | Kryzys | Literatura | Muzyka | Polityka | Rozmaitości
RSS
wtorek, 17 kwietnia 2018

ImhotepBiblijny patriarcha Józef, podstępnie sprzedany w niewolę do Egiptu, słynął ze swej umiejętności interpretowania snów. Zinterpretował też sen dręczący faraona: o siedmiu tłustych krowach pożartych przez siedem krów chudych, które wyszły z wód Nilu. Józef zrozumiał (Rdz. 41:25-36), że sen ten zapowiadał siedem lat urodzaju, po których miało nastąpić siedem lat nieurodzaju i głodu. Faraon mianował Józefa swoim wezyrem, ten zaś kazał w latach urodzaju gromadzić zapasy, które pozwoliły Egipcjanom przetrwać lata głodu, które rzeczywiście nadeszły. Winter is coming, czy komuś coś to mówi?

W starożytności zbiory w Egipcie zależały od corocznych wylewów Nilu. Wysoki wylew oznaczał znaczne użyźnienie i nawodnienie pól, a więc obfite zbiory. Niski wylew, przeciwnie, oznaczał suszę, nieurodzaj i widmo głodu.

Wylewy Nilu zależą od opadów w Etiopii, w dorzeczu Nilu Błękitnego. Poziom opadów z kolei zależy od bardzo wielu złożonych i wzajemnie na siebie wpływających zjawisk meteorologicznych i klimatycznych, których do dziś nie w pełni rozumiemy. Możemy przyjąć, że poziom corocznych opadów na etiopskich wyżynach, a zatem poziom wylewów Nilu, a zatem obfitość zbiorów, są zjawiskami losowymi. W "prawdziwie losowym" ciągu zdarzeń spodziewamy się jednak, że poprzednie zdarzenia znikomo wpływają na następne: po roku obfitego wylewu równie dobrze może nastąpić kolejny obfity wylew, co i wylew niski. Tak jednak nie jest: Po wysokim wylewie raczej następuje kolejny wysoki wylew, po wylewie niskim - raczej kolejny niski, po czym po kilku latach sytuacja gwałtownie się zmienia. We współczesnym języku mówimy, że w ciągu wylewów Nilu występują długoczasowe korelacje. Po kilku latach obfitości występuje kilka lat nieurodzaju, po czym znów kilka lat obfitości i tak dalej. Biblijna opowieść o Józefie dowodzi, że już w starożytności ludzie byli świadomi tego faktu, a był on dla nich tak ważny, że postanowili zapisać go w literackiej formie w swojej świętej księdze.

Jeśli dokonamy kilku (poważnych!) uproszczeń matematycznych i ograniczymy się do ciągów losowych, mogących jedynie przybierać wartości (-1,+1) - lub "niski wylew" i "wysoki wylew" -  środkowa krzywa na poniższym rysunku odpowiada "prawdziwie losowemu" brakowi korelacji: po liczbie +1 może z równym prawdopodobieństwem wystąpić tak +1, jak i -1, i na odwrót. Nie ma długoczasowych zależności, choć oczywiście zdarzają się pewne sekwencje kolejnych wysokich, bądź niskich, wylewów. 

Ciągi losowe o różnych wykładnikach Hursta

Najniższa krzywa obrazuje "efekt Józefa" (termin ten wprowadził Benoit Mandelbrot, urodzony w Polsce, ale pracujący we Francji i Stanach Zjednoczonych matematyk, twórca teorii fraktali): Ciąg ma tendencję do utrzymywania takiej samej wartości przez dłuższy czas. Z kolei krzywa najwyższa opisuje sytuację odwrotną: ciąg ma tendencję do zmieniania wartości na przeciwną w każdym kroku, dlatego też bardzo rzadkie są sytuacje, w których taka sama wartość utrzymuje się przez dwa kroki lub dłużej; tego typu ciągi losowe nazywa się niekiedy szumem błękitnym.

Przesuńmy się w czasie o jakieś 3500 lat. W połowie XX wieku brytyjski hydrolog, Howard Hurst, pracował nad projektem Wielkiej Tamy w Asuanie. Egipt postanowił przegrodzić Nil potężną tamą, aby mieć stałe źródło wody, a jeszcze energię elektryczną, której szybko rozwijający się kraj bardzo potrzebował. Rzecz w tym, że nie można było zbudować tamy ani zbyt niskiej, bo obfity wylew by ją przelał, powodując katastrofę, ani zbyt wysokiej, bo jej budowa byłaby bardzo kosztowna i ciągnęłaby się dłużej, niż Egipt mógł sobie na to pozwolić. Tama powinna też utrzymać zapas wód do wykorzystania w roku niskich opadów. Pożądana wysokość tamy zależała od spodziewanych najwyższych wód Nilu. Tylko jak oszacować, a co ważniejsze, przewidzieć wysokość wylewu rok do roku?

Hurst posłużył się historycznymi danymi o corocznych poziomach Nilu, pieczołowicie gromadzonymi w średniowieczu przez arabskich władców Egiptu. Okazało się, że wykazują one długoczasowe korelacje, zupełnie jak w biblijnej opowieści o Józefie. Hurst opracował matematyczny model tego zjawiska, a także wprowadził parametr - zwany dziś wykładnikiem Hursta - stanowiący jego ilościową miarę, przybierający wartości z przedziału (0,1). Wykładnik Hursta H=0.5 odpowiada "prawdziwie losowemu" ciągowi bez żadnych zależności czasowych (środkowa krzywa powyżej). Wykładnik Hursta H>0.5 odpowiada "efektowi Józefa" (najniższa krzywa na rysunku powyżej, H=0.85). Wykładnik Hursta H mniejszy od 0.5 odpowiada przypadkowi, w którym ciąg losowy ma tendencję do zmiany wartości na przeciwną w każdym kroku (najwyższa krzywa na rysunku powyżej, H=0.15).

Nile minima

Dane, z których korzystał Howard Hurst: Najniższe poziomy Nilu w latach 622-1281. H≈0,72.

Wyposażony w tę wiedzę, Hurst mógł zaproponować najbardziej odpowiednią i bezpieczną wysokość tamy w Asuanie.

Później okazało się, że tego typu długoczasowe zależności dotyczą nie tylko wylewów Nilu, ale też zjawisk hydrologicznych w innych rzekach i zbiornikach wodnych (na przykład dzienne przepływy wody w Warcie tworzą ciąg o H≈0,84 - Radziejewski i Kundzewicz, 1997), w ilości plam słonecznych, w układach słoi (rocznych przyrostów) drzew, w ruchu ulicznym, telekomunikacyjnym i internetowym, w falach mózgowych, w pewnych procesach ekonomicznych i finansowych, a także w jeszcze innych sytuacjach. Procesy losowe prowadzące do występowania długoczasowych korelacji nazywane są szumami fraktalnymi. Badanie takich procesów i ich wpływu na wiele zjawisk jest ważnym zagadnieniem leżącym gdzieś na styku matematyki stosowanej, fizyki i różnych nauk szczegółowych. 

Nie wiemy, czy patriarcha Józef rzeczywiście istniał - niektórzy utożsamiają go z Imhotepem, wezyrem Egiptu, lekarzem i budowniczym piramidy schodkowej faraona Dżesera- ale jego opisana w Biblii historia uczy nas dwóch rzeczy: Po pierwsze, już w głębokiej starożytności ludzie zdawali sobie sprawę z istnienia długoczasowych korelacji w ważnych zjawiskach przyrodniczych. Po drugie, że w latach prosperity należy oszczędzać, aby przygotować się na nadchodzące lata niedostatku. Pod tym względem Józef wykazał się wyjątkową przezornością, przeciwną do "naturalnej" skłonności wielu ludzi - a nawet całych państw! - aby cieszyć się z dzisiejszego dostatku i nie martwić się, co będzie w przyszłości, gdy, na przykład, światowa koniunktura gospodarcza się odwróci lub wystąpią nieoczekiwane zakłócenia. To bardzo krótkowzroczna, wręcz niebezpieczna polityka. Biblia, poprzez przykład patriarchy Józefa, uczy nas, że nie tak powinniśmy postępować.

czwartek, 12 kwietnia 2018

PiSowska większość w Sejmie właśnie zgodziła się na zatrzymanie i tymczasowe aresztowanie posła Platformy, Stanisława Gawłowskiego, pod dętymi zarzutami korupcyjnymi (Gawłowski już trzy miesiące temu sam zrezygnował z immunitetu, ale nadzorowana przez pana Zbyszka prokuratura nie postawiła mu od tego czasu żadnych zarzutów, nie dając mu tym samym możliwości obrony). Przypominam, że kilka tygodni temu PiSowska większość w Senacie nie zgodziła się na zatrzymanie i tymczasowe aresztowanie swojego partyjnego kolegi, Stanisława Koguta, nad którym ciążą bardzo dobrze udokumentowane zarzuty. Jednocześnie PiSowska większość uchyliła immunitety posłów Nowoczesnej, Kamili Gasiuk-Pihowicz i Ryszarda Petru, gdyż PiSowscy aparatczycy poczuli się dotknięci ich słowami.

PiS robi to, żeby przykryć swoje klęski na wszystkich innych polach: kryzys w relacjach dyplomatycznych i wynikające stąd międzynarodowe osamotnienie Polski, skandal z nagrodami, które ministrowie PiSu sami sobie poprzyznawali i ordynarną, chamską pazerność członków PiSu, jaka przy okazji wyszła na jaw, całkowite załamanie PiSowskiej narracji smoleńskiej, okraszone zbudowaniem pomnika "bez żadnego trybu", nepotyzm, kolesiostwo i zawłaszczanie publicznych pieniędzy na skalę, jakiej po '89 w Polsce nie widzieliśmy, ukrywanie majątku przez premiera Morawieckiego, wciąż niewyjaśnione zarzuty o nielegalny lobbying wokół zamówień wojskowych, podejrzenia, że PiSowscy funkcjonariusze chcieli zarobić (być może nie dla siebie, ale dla partii) na warszawskiej aferze reprywatyzacyjnej, uwikłanie PiSowskiej spółki Srebrna w tęże aferę i plany "optymalizacji podatkowych" za pomocą cypryjskich spółek, setki tysięcy z publicznych pieniędzy wylatane klasą biznes przez PiSowską senator Anders, miliony wydawane na ochronę prezesa, systematyczne pogarszanie się kondycji nadzorowanych przez PiSowskich nominatów firm państwowych i jeszcze wiele, wiele innych podobnych zaszłości. Oraz spadające sondaże. Nie wiem, czy PiS się tego wstydzi, zapewne nie, ale słusznie obawia się, że zniechęci to do niego wyborców. A nie mogąc na argumenty pokonać politycznych przeciwników, postanowił ich zastraszyć przy użyciu prokuratury, dając zarazem do zrozumienia, że opozycja to straszni złodzieje.

PiS może to teraz zrobić, bo, łamiąc konstytucję, całkowicie podporządkował sobie prokuraturę i władze wielu sądów, a ma też nadzieję, że dostatecznie wielu sędziów poczuło się na tyle zastraszonych, że będą teraz wydawać wyroki, jakich oczekuje od nich partia. Po to PiSowi potrzebny był niekonstytucyjny, niegodny kraju cywilizowanego zamach na wymiar sprawiedliwości: Po to, aby można był się zemścić na Platformie, szczególnie na Donaldzie Tusku, a także by móc zastraszać opozycję. Na Tusku - na razie chroni immunitet, którego, cóż za niesprawiedliwość, PiS nie może uchylić -  PiS chce się zemścić za lata politycznych klęsk, za to, że Tuska i jego zwolenników lubią na świecie, a PiSu nikt nie lubi, wreszcie za wypierane wyrzuty sumienia Jarosława Kaczyńskiego, który wysłał brata do Smoleńska. Zemsta i możliwość zastraszania opozycji to były cele zasadnicze. Celem drugorzędnym była pomoc w załatwianiu osobistych interesów przez funkcjonariuszy partyjnych. Całe gadanie o walce z mafią sędziowską, demokratyzacji procedur i przyspieszeniu postępowań to był pic na wodę, fotomontaż. Kto tego nie dostrzega, niech przestanie żyć w zakłamaniu i przejrzy na oczy. Kto to dostrzega i nie przeszkadza im to - hańba wam!

Ponurej ironii całej sprawie dodaje, iż twarzą PiSowskiego ataku na wymiar sprawiedliwości był Stanisław Piotrowicz, prokurator stanu wojennego i członek egzekutywy Komitetu Wojewódzkiego PZPR, który później, też jako prokurator, próbował oczyścić z zarzutów księdza-pedofila twierdząc na przykład, że ksiądz wkładał dziewczynkom ręce do majtek w ramach bioenergoterapii. A dziś szpeci Sejm swoją pełną zakłamania facjatą.

Ale nad wszystkim stoi i ostatecznie za wszystko odpowiada zły człowiek: Jarosław Kaczyński.

Stanisław Piotrowicz i Jarosław Kaczyński

Źli ludzie: prokurator Piotrowicz i poseł Kaczyński

poniedziałek, 02 kwietnia 2018

Dunedin ConsortPoniedziałek, 26 marca: George Frederic Haendel, Mesjasz, Dunedin Consort plus soliści, dyrygował John Butt.

Niedziela Wielkanocna, 1 kwietnia: George Frederic Haendel, Samson, Dunedin Consort, Chór Polskiego Radia plus soliści, dyrygował John Butt.

Z pewnych względów nie uczestniczyliśmy w tym sezonie w (odmienionym) cyklu Opera Rara, a z Misteriów byliśmy tylko na dwóch wielkich oratoriach Haendla. 

Zacznę od Mesjasza: Bardzo piękne, nieco ascetyczne wykonanie, niezwykle delikatnie i precyzyjnie zagrane. Bardzo podobał mi się skromny, ośmioosobowy chór - na niektórych spektaklach widzi się chóry rozbudowane do monstrualnych rozmiarów, a w Mesjaszu wcale to nie jest potrzebne! Solistami byli członkowie chóru, czy też może soliści byli jednocześnie chórzystami. Słuchając koncertu na żywo żałowałem, że niektórzy śpiewacy mieli trochę cichsze głosy i było ich gorzej słychać. Fragmenty tego (!) wykonania zostały już umieszczone w sieci i tam oczywiście słychać wszystko świetnie. Zastanawiam się, co jest lepsze: czy niedoskonałe pod względem technicznym wykonanie na żywo, bo jest "prawdziwe", bo dzieło było przeznaczone do takich właśnie wykonań, czy też technicznie znakomite, bo poddane obróbce przez wybitnych inżynierów dźwięku nagranie, gdyż, w domniemaniu, lepiej oddaje zamiary kompozytora? Nie wiem, nie powiem więc niczego odkrywczego: i to, i to jest ważne, najlepiej wysłuchać jednego i drugiego.

Aha, w kościele św. Katarzyny było cholernie zimno - taki już urok tego kościoła - i to nieco przeszkadzało w słuchaniu.

A wczoraj Samson. O ile Mesjasz jest znany i ceniony uniwersalnie, o tyle Samson ma w pewnym sensie status narodowej świętości brytyjskiej. Nie wiem, dlaczego tak jest, nawet nie wiem, skąd to wiem, ale tak jest. To jest dobra muzyka, biblijna historia jest dobrze znana, ale dzieło jest po prostu za długie.

Pierwszy akt jest, co tu dużo mówić, nudny, z dokładnością do jednej arii, Total eclipse: oślepiony przez Filistynów Samson rozpacza nad utratą wzroku. Drugi akt jest znacznie ciekawszy: poczwórna aria Dalili (tak, w Samsonie niczego nie mówi się raz, trzeba powtórzyć dwa lub trzy razy; czwarta aria wyraża inne uczucia, niż trzy pierwsze), po czym kilka ciekawych arii na głosy męskie. Akt trzeci znów taki sobie. Chór, reprezentujący trzy chóry z libretta (chór Filistynów, chór Izraelitów, chór dziewic), jest ciekawy, ale jego partie nie są tak porywające, jak, powiedzmy, w Mesjaszu, a choćby i w Jefcie.

Libretto, inaczej niż w popularnych wykładach z religii, skupia się na winie Samsona: On bowiem, obdarzony nadnaturalną siłą przez Boga, poniekąd ten dar zaprzepaścił, gdyż zamiast poświęcić się służbie narodowi, zakochał się w kobiecie, w dodatku obcej, Filistynce, i zdradził jej tajemnicę swojej mocy, co go przywiodło do upadku. W tekście są liczne fragmenty tak mizoginiczne, że dzisiaj z trudem mogły by się pojawić w przestrzeni publicznej. Choć może w bardzo współczesnej Polsce owszem, tak: ten prymat Narodu, obowiązek służenia Narodowi, nieufność do obcych, skrajna nieufność do kobiet - o ile nie są to narodowe dziewice składające hołd na grobie narodowego bohatera - zapewne pozytywnie rezonują w licznych i dość wpływowych kręgach. Nawet Bóg jest wyłącznie plemiennym Bogiem Izraela, nie jakimś tam niezrozumiałym Bogiem uniwersalnym. Bóg Izraela miałby być też Bogiem Filistynów?! No coś podobnego!

Wykonawczo koncert bez żadnych zastrzeżeń, a najmocniejszym punktem ponownie była orkiestra. Tylko rzecz jest potwornie długa i przegadana, pełna niepotrzebnych powtórzeń. Ja rozumiem, John Milton i Samson Agonistes, ale dla współczesnego słuchacza to oratorium jest bardzo nużące.

niedziela, 18 marca 2018

PiS nieoczekiwanie odmroził projekt zakazujący aborcji "eugenicznej", to znaczy dopuszczalnej z uwagi na ciężkie i nieodwracalne wady płodu. Wbrew rozpowszechnianemu mitowi, większość takich legalnych aborcji NIE dotyczy płodów z zespołem Downa, ale płodów z naprawdę poważnymi, na ogół letalnymi wadami rozwojowymi.

Chyba zacznę wierzyć w teorię "wrzutek", czyli podrzucania mediom i opinii publicznej tematów mających przesłonić tematy dotychczasowe. PiS oczywiście wie, że temat aborcji rozogni debatę publiczną, ale dzięki temu odwróci uwagę od spraw dla PiSu arcyniewygodnych: od fatalnej sytuacji międzynarodowej, w którą PiS wpędził nas swoją głupotą i arogancją w sprawie ustawy o IPN, od wielotysięcznych nagród dla ministrów (dla przypomnienia, pani Szydło sama sobie przyznała nagrodę), od idących w setki tysięcy, niekiedy w miliony, pensji PiSowskich nominatów w spółkach skarbu państwa, od rozrzutności MON Macierewicza, od podejrzeń, że PiS sam chciał zarobić na dzikiej reprywatyzacji w Warszawie, od podejrzanych machinacji PiSowskiej spółki Srebrna, od międzynarodowego już kryzysu wokół polskiego wymiaru sprawiedliwości, od ukrywania majątku przez Mateusza Morawieckiego, od niezwykle szkodliwych wypowiedzi publicznych premiera (żydowscy wykonawcy Holocaustu, Brygada Świętokrzyska, Marzec '68). Wszystko się rozwodni, a więc straci na znaczeniu.

Tymczasem jednak wczoraj posłowie z sejmowej Komisji Ustawodawczej uchwalili apel do "Trybunału Konstytucyjnego"(*), aby ten uznał aborcję z uwagi na ciężkie i nieodwracalne wady płodu za niezgodną z konstytucją. (W TK jest taki wniosek, a Kaczyńskiemu wydaje się, że jeśli zakaz aborcji eugenicznej przeprowadzi przez TK, wywoła to mniejsze protesty, niż nowelizacja ustawy.) No i dokonało się to bez udziału posłów opozycji - jeden wyrzucony z PO Jacek Protasiewicz protestował - którzy nie wzięli udziału w głosowaniu.

Ręce opadają.

Drodzy posłowie opozycji! Ja wiem, że PiS ma większość - a jeśli chwilowo nie ma z powodu absencji, to PiSowscy marszałkowie i przewodniczący komisji po raz kolejny złamią Regulamin Sejmu - i może przegłosować, co chce. Przegralibyście to głosowanie, ale - na Boga! - przynajmniej wasz głos byłby słyszalny. Po to jesteście w Sejmie, żeby reprezentować tych, którzy was wybrali, którzy nie zgadzają się na PiSowską wizję Polski, a wy zamiast tego poddajecie się bez walki, tylko utwierdzając ludzi w przekonaniu, że PiS może wszystko.

Rozumiem, że nie bierzecie udziału w głosowaniach sprzecznych z konstytucją, jak w sprawie wyboru sędziów do KRS, bo sam wasz udział niejako legitymizowałby te procedury. Ale głosować w sprawie zwykłych ustaw i uchwał - a ustawa o przerywaniu ciąży, która może być mądra lub głupia, starannie przygotowana lub pisana na kolanie, pełna miłosierdzia lub bezduszna, ale tak czy siak pozostaje ustawą zwykłą, którą władna jest uchwalić zwykła większość sejmowa - macie obowiązek. Nie mówicie i nie głosujecie jedynie w swoim imieniu, ale w imieniu tych, którzy was wybrali. Jeśli wam się nie chce, złóżcie mandaty.

Dodatkowo po raz kolejny pokazaliście, że opozycja ma prawa kobiet w dupie. Nie protestując przeciwko nieznośnej i nieludzkiej regulacji zmuszającej kobiety do rodzenia bardzo ciężko uszkodzonych płodów, pokazujecie, że los kobiet w takiej rozpaczliwej sytuacji nic was nie obchodzi. Czy wy nie rozumiecie, że w ten sposób zniechęcacie mnóstwo ludzi do zagłosowania na was i wasze partie w przyszłych wyborach? Wielu ludzi dojdzie do wniosku, że skoro w tak fundamentalnej kwestii milcząco zgadzacie się na hipokryzję PiSu, niewiele was od tego PiSu różni. Wyborcy, których do tego przekonacie, nie zagłosują ani na was, ani na PiS, ale na jakieś niszowe alternatywy albo zwyczajnie nie wezmą udziału w wyborach - i siła głosów oddanych na PiS relatywnie wzrośnie. Naprawdę, nie potrzeba żadnej nadzwyczajnej wiedzy, żeby to zrozumieć.

A jeśli są wśród was tacy, którzy rzeczywiście zgadzają się z PiSem, że kobiety powinny być zmuszane do rodzenia ciężko chorych dzieci, skazanych na szybką śmierć w bólach i cierpieniu, to przynajmniej, jak pisałem, miejcie odwagę powiedzieć to publicznie, otwarcie głosując w tej sprawie zgodnie z PiSem. Bardziej bym was za to szanował.

Wstyd. Wstyd i polityczna ślepota. Po raz kolejny bardzo srodze mnie zawiedliście, drodzy posłowie opozycji.

(*)Używam cudzysłowu, bo w TK orzekają obecnie osoby nie będące sędziami, a jego pracami kieruje Julia "Wolfgangowa" Przyłębska, która co prawda jest - kiepskim, ale legalnym - sędzią TK, ale na urząd prezesa została powołana niezgodnie z PiSowską ustawą. Te nieudaczniki z PiSu nie są w stanie nawet dopełniać procedur, które sami dla siebie ustanowili.

grafika informacyjna Ogólnopolskiego Strajku Kobiet

czwartek, 01 marca 2018

Jarosław Gowin zabłysnął dziś stwierdzeniem, że gdy był ministrem sprawiedliwości, to często nie starczało mu do pierwszego. A zarabiał wtedy 17,5 tysiąca brutto. Gowin powiedział to broniąc decyzji pani Szydło o przyznaniu niezwykle hojnych nagród ministrom, wiceministrom i innym wysokim urzędnikom, a także sobie samej.

Muszę powiedzieć, że jest w tym wszystkim coś, co mnie zdumiewa. Gdy Elżbieta Bieńkowska na taśmach kelnerów mówiła, że "za sześć tysięcy [na stanowisku wiceministra] pracować będzie tylko złodziej lub idiota", był wielki krzyk, płacz i zgrzytanie zębów. Dziś PiS mówi w zasadzie to samo i ludziom to nie przeszkadza. No tak, Gowin przesadził z tym "nie starczało do pierwszego", ale panuje zgoda, że ministrowie, wiceministrowie i inni wyżsi urzędnicy powinni "godnie" zarabiać.

"Wystarczy nie kraść", mówiła pani Szydło, kontrastując dobre wyniki finansowe swojego rządu z dokonaniami poprzedników. W powszechnej opinii, w Miastku i gdzie indziej, Platforma kradła, więc to dobrze, że zastąpił ją PiS. Pewnie ktoś tam w Platformie kradł, w końcu działacze Platformy to nie był hufiec anielski, ale zupełnie szczerze mówiąc, żadne większe afery złodziejsko-łapówkarskie, żadne większe przekręty, w które zaangażowany byłby ktoś z Platformy, nie przychodzą mi do głowy. A tymczasem PiS kradnie bardziej, niż Platforma, ale w rękawiczkach, zachowując pozory formalnej legalności. Wyłudzane dotacje z europarlamentu na kongres partii pana Zbyszka, wielomilionowe nagrody dla ministrów i wojewodów, setki milionów wyprowadzane ze spółek Skarbu Państwa i przeznaczane na partyjne kampanie PiSu, obsługiwane przez firmy prowadzone przez swoich, bardzo podejrzane zabiegi lobbystyczne wokół zamówień dla MON, czego najprawdopodobniej efektem był zakup za 2,5 mld złotych, bez przetargu, samolotów dla VIP (pani Kempa osobiście latała do USA aby wybrać do nich tapicerkę), lokowanie przez państwowe firmy reklam wyłącznie w PiSowskich mediach, dziesiątki milionów publicznych pieniędzy przekazanych na "dzieła" pana dyrektora Rydzyka, 2,5 miliona dotacji na szemrany biznes edukacyjny pana Szydło, co osobiście zatwierdziła pani Szydło, ponad 4 mld złotych z Bankowego Funduszu Gwarancyjnego na sfinansowanie upadku SKOKów senatora Grzegorze Biereckiego, hojnego sponsora PiSowskich mediów w chudych czasach i tak dalej, i tak dalej, a przede wszystkim posady, tysiące posad w instytucjach publicznych i spółkach Skarbu Państwa dla swoich, czyli dla działaczy PiSu, ich krewnych i znajomych: od stanowisk za kilkadziesiąt tysięcy złotych miesięcznie w wielkich spółkach po niskie stanowiska urzędnicze w rządowych agendach w gminach w całej Polsce. Bez konkursów, bez konieczności wykazania się jakimikolwiek kompetencjami, ważne, że ktoś jest swój.

I co? I nic! Suweren wie swoje: To Platforma kradła, a PiS "dba o sprawy zwykłych ludzi".

Gdy napisałem podobną rzecz na fb, znajomy skomentował "PiS to swojaki, mogą wszystko".

I tu doznałem olśnienia. Swojaki! To jest klucz, który objaśnia może nie wszystko, ale bardzo wiele rzeczy w Polsce po 2015. Platforma, lemingi z wielkich miast i wielkomiejska klasa średnia, aspirująca do wyższej, są obcy. Inaczej mówią, inaczej się zachowują, a w dodatku chcą narzucić swoje poglądy i swoją narrację innym. Nie na darmo z piątki klasycznych inteligenckich zawodów - lekarz, prawnik, nauczyciel, inżynier, artysta - przedstawiciele dwu pierwszych są znienawidzeni, bo bogacą się na cierpieniu ludzi, którymi w dodatku pomiatają, a przedstawiciele trzeciego i czwartego są lekceważeni. Zawód piąty w pewnym sensie zanika, bo choć ludzie wciąż coś piszą i wystawiają, nikt już nie jest traktowany jak sumienie i duchowy przewodnik narodu ani nawet jako pośrednik w dostępie do piękna, choć niektórzy wciąż jeszcze roszczą pretensje...

Suweren zaś nie lubi obcych, lubi tylko swoich. Nie lubi ciapatych, pedałów, muslimów i Żydów i wreszcie, do jasnej cholery, może to głośno powiedzieć! Niemców i Ruskich też nie lubi, Amerykanów niby-to lubi, ale się z nich śmieje. Nie lubi, gdy się mu mówi, że nasza przeszłość nie była tak bohaterska i nieskalana, jak nas uczono. Nie lubi tych, którzy się wywyższają. Nie lubi oratoriów Pendereckiego, woli Zenka Martyniuka i Despacito, niechby i z playbacku. Nie czyta, nie bywa, nie zna świata i go nie rozumie, w związku z czym się go boi. Pogardliwie traktujących go paniczyków, zajadających się jakimś robactwem, też nie lubi. Te paniczyki na pewno kradły, bo skąd by miały pieniądze, jak nie z krzywdy ludu?! Jeśli nie kradły, to za pieniądze wysługiwały się Niemcom, Żydom i brukselskim urzędasom, którzy chcą prostować banany. A PiS tylko dba o swoich, co przecież jest potrzebą naturalną i zrozumiałą. Ktoś w końcu musi tymi dyrektorami, inspektorami, ministrami zostać, więc to dobrze, że zostają nimi swoi, którzy ładnie chodzą do kościoła, szanują pamięć o naszych dzielnych żołnierzach i nie będą się słuchać jakichś Żydów czy Niemców.

Suweren nie lubi też tych, którzy mu to mówią.

Pisał Mickiewicz

Nasz naród jak lawa,
Z wierzchu zimna i twarda, sucha i plugawa,
Lecz wewnętrznego ognia sto lat nie wyziębi;
Plwajmy na tę skorupę i zstąpmy do głębi.

To jeden z fałszywych romantycznych mitów, którymi nas karmi szkoła, które kształtują nasze dusze i naszą kulturę.

O, mój biedny, nieszczęsny ludu...

Adam Mickiewicz

Edit: Poprawiłem fragment o inteligenckich zawodach.

sobota, 24 lutego 2018

Prowadziliśmy kiedyś bloga popularnonaukowego pod nazwą Świat: jak to działa, najpierw na bloxie, potem na stronach Tygodnika Powszechnego. Blog przez jakiś czas był bardzo aktywny i cieszył się sporą popularnością, ale z czasem, gdy ja zostałem jego kierownikiem, zamarł, a w końcu straciliśmy do niego dostęp właścicielski. Na blogu pojawiło się sporo wartościowych notek i choć nowe przestały być publikowane, te stare chyba nadal były czytane.

Kilka dni temu dowiedziałem się, że blog na stronach Tygodnika zostanie wkrótce zlikwidowany. 

Ponieważ jednak pierwotna wersja bloga, ta na bloxie, wciąż istnieje (!), postanowiłem przenieść tam część moich notek z TP. Nie gwarantuję, że będę tam pisał coś nowego, ale stare notki chciałem ocalić. Mam nadzieję, że współautorzy bloga mi to wybaczą.

Zapraszam zatem na bloga Świat: jak to działa.

Flammarion

czwartek, 15 lutego 2018

Dyskutuję prywatnie na temat ustawy - i na inne tematy też - z moim wieloletnim, serdecznym, wrażliwym znajomym, z którym się kompletnie nie zgadzam. W pewnym momencie na pytanie dlaczego, jeśli nie dla obrony dobrego imienia Narodu Polskiego przed niesprawiedliwymi atakami, Kaczyński kazał uchwalić ustawę, przywołałem moje głębokie przekonanie, że Kaczyński ukształtował się mentalnie w latach '60 i skostniał w tym kształcie, a teraz chce odtworzyć świat swojej młodości, który rozumiał i w którym czuł się dobrze

a wtedy o szmalcownikach mówiło się mało i niechętnie, o pogromach na Podlasiu wcale, o pogromie kieleckim co najwyżej półgębkiem, o udziale Polaków w wyłapywaniu Żydów uciekających z gett zupełnie nie. Nawet o łódzkim getcie i Chaimie Rumkowskim też nie. Polska przedstawiana była jako niezłomny, bohaterski, waleczny bastion oporu przeciwko Niemcom, Polacy Żydom pomagali, a jeśli nie, to tylko z uwagi na straszliwy terror niemiecki. Nieliczni szmalcownicy byli karani przez Państwo Podziemne. Miało to uzasadnienie, jako że straszak "niemieckiego rewanżyzmu" miał jednoczyć Naród wokół Partii. Z czasem, od lat '70, zaczęto nawet mówić, że walczyły nie tylko GL i AL, Janek Krasicki i Hanka Sawicka, ale też BCh, a nawet AK - partyzanci byli w porządku, tylko dowódcy źli. Suweren też się na tych opowieściach wychował i o tym, że byli Polacy, którzy mordowali Żydów, słyszeć nie chce. I tego dotyczy ustawa. A Partia znów jest jedna.

Mój znajomy odparł mi

No myślę, że JK też miał inne źródła wiedzy o okupacji.  Ja miałem, Ty miałeś, a on nie miał?

i tu się zacząłem zastanawiać, jakie ja rzeczywiście miałem wówczas źródła wiedzy?

Ważnym źródłem były wspomnienia osób, które pamiętały wojnę: rodziców i ich znajomych, a także ukochanych i bardzo szanowanych wujków z pokolenia mojej babci. O tym napiszę osobno.

Jednak pomijając świadectwa rodzinne, moja świadomość historyczna w dzieciństwie i wczesnej młodości była ukształtowana przez PRLowską propagandę. Proszę pamiętać, że tematyka wojenna obecna była wszędzie i bez przerwy: w szkole wiele razy w ciągu roku, w oficjalnej propagandzie na okrągło, także w kulturze, w tym w tonacji "jak gonili hitlerowca, to mu opadały spodnie". Jeśli chodzi o stosunki polsko-żydowskie, to długo wyobrażałem sobie, że było jak w Zakazanych piosenkach: "w getcie głód, nędza i chłód", ale żydowskie dzieci stosunkowo łatwo przekradały się na stronę aryjską, gdzie żebrały o jedzenie. Ludzie, choć trochę bali się granatowej policji, okazywali tym dzieciom sympatię i starali się pomóc. Ha, granatowy policjant okazał się szmalcownikiem!

Była też niedokończona powieść Marii Zarębińskiej Dzieci Warszawy, o grupie dzieci pomagających żydowskiemu chłopcu, uciekinierowi z getta. Była to lektura szkolna we wczesnej podstawówce i w kolejnych rocznikach kształtowała pozytywny obraz relacji polsko-żydowskich. W powieści padają jakieś aluzje do powstania w getcie. Pamiętam, że nikt z całej klasy nie wiedział, o czym mowa. Najbystrzejsi sądzili, że chodzi o Powstanie Warszawskie - czyli całkiem na odwrót, niż wielu współczesnych Żydów, którzy słysząc o Powstaniu Warszawskim myślą, że mowa o powstaniu w getcie. 

No więc byli ci Żydzi w getcie, a potem - jakoś znikli. Niemcy ich zabili. No, tak.

Harcerstwo z kolei wykształciło we mnie kult Szarych Szeregów. Ale w optyce Szarych Szeregów Żydów po prostu nie ma! Nawiasem mówiąc, Elżbieta Janicka w znanej krytyce Kamieni na szaniec Aleksandra Kamińskiego traktuje ten całkowity, totalny brak jakichkolwiek odniesień do tematyki żydowskiej jako przejaw antysemityzmu, choćby dlatego, że brak ten świadczy, iż Żydzi nie byli "nasi", byli obcy, nie byli Polakami, o których warto pisać. Ten nurt krytyki Kamieni na szaniec został zapomniany; w świadomości społecznej utkwiło tylko oburzenie na wskazanie elementów homoerotycznych w związku łączącym Rudego i Zośkę.

A cała wojenna historia toczyła się w Warszawie, reszty Polski właściwie nie było. We wsiach chłopi cierpieli z powodu obowiązkowych dostaw wprowadzonych przez Hitlera (i ostatecznie zniesionych dopiero przez Gierka), a w lasach rządzili partyzanci.

W drugiej połowie lat '70, gdy w formie książkowej ukazały się Rozmowy z katem Kazimierza Moczarskiego i Zdążyć przed Panem Bogiem Hanny Krall, mój stan wiedzy zaczął się zmieniać. Wiedziałem już przynajmniej co to było powstanie w getcie. Czytałem też trochę o przedwojennym polskim antysemityzmie i jego historycznych uwarunkowaniach. Ale dalej tkwiłem w siatce wyobrażeń heroicznych: nieszczęśni Żydzi, okrutni Niemcy, dzielni, choć może nieco zbyt obojętni Polacy, ŻOB wspierana i uzbrajana przez AK. Nawet w znanym, pod wieloma względami przełomowym eseju Jana Błońskiego "Biedni Polacy patrzą na getto" (1987), pada oskarżenie o obojętność, ale nie o współudział:

Bóg tę rękę zatrzymał. Tak, Bóg, bo jeśli nie wzięliśmy udziału w tej zbrodni, to dlatego, że byliśmy jeszcze trochę chrześcijanami [...] 

Gdy więc w połowie lat '80 wyjechałem na studia do Wielkiej Brytanii i zetknąłem się tam z jadowicie polakożerczymi Żydami, oskarżającymi Polskę i Polaków o jakieś straszne rzeczy, ja przede wszystkim byłem zdumiony: Jak to? Dlaczego? Za co?! Skąd takie oskarżenia? Przecież to niemożliwe, żeby Polacy takie rzeczy robili. Wiarygodność tym oskarżeniom odbierało to, że oskarżyciele dość słabo znali polskie realia okupacyjne - nie wiedzieli o karach za pomaganie Żydom, nie wiedzieli o polskich ofiarach, o wysiedleniach, o zniszczeniach polskich miast, o zajęciu połowy Polski przez ZSRR, o polskim wysiłku zbrojnym. Nic nie wiedzieli. Wyobrażali sobie, że w okupowanej Polsce było jak, czy ja wiem, w okupowanej Holandii. A duński król, który w okupowanej Danii codziennie odbywał przejażdżkę konną po Kopenhadze, gdy Niemcy zarządzili, że Żydzi mają nosić żółte opaski, wyjechał na przejażdżkę w takiej właśnie opasce. No proszę, ten to wsparł swoich żydowskich współobywateli, nie to, co Polacy! 

Dlaczegóż te kierowane pod adresem Polski oskarżenia miałem uważać za prawdziwe?

Dla porządku zaznaczę, że większość poznanych przeze mnie na studiach Żydów z Izraela, Ameryki i UK była nastawiona propolsko lub przynajmniej neutralnie.

Dopiero po artykule Michała Cichego z 1994, a zwłaszcza po Sąsiadach Jana Tomasza Grossa (2000), otwarła się dla mnie zupełnie nowa, przerażająca perspektywa na kształt stosunków polsko-żydowskich podczas okupacji. Artykuł Cichego, nawet jeśli nie wszystkie podawane przez niego dane się potwierdziły, był przełomowy, gdyż naruszał najświętsze tabu. Późniejszych i może nawet lepiej udokumentowanych doniesień o członkach polskiego podziemia zabijających Żydów było wiele.

Wracając do wyjściowego pytania, nie, nie sądzę, abyśmy aż do lat '90 mieli wiele alternatywnych do oficjalnych źródeł wiedzy o czasach wojny i okupacji, zwłaszcza w aspekcie relacji polsko-żydowskich. Jarosław Kaczyński z pewnością przeczytał to, co i ja, a pewnie nawet więcej, bo on dużo czyta, ale nie zmieniło to jego stanu umysłu: Z jakichś powodów zamarł on, skostniał, zastygł w pojęciach i wyobrażeniach z lat '60.

Wiele osób do dziś zachowało świadomość historyczną z Zakazanych piosenek. Ja nie. I właściwie żałuję. Muszę nosić jarzmo wiedzy, piętno Kaina.

poniedziałek, 12 lutego 2018

PiS, uchwalając nieszczęsną, katastrofalną nowelizację ustawy o IPN, twierdził, że chce zapobiec używaniu określeń "polskie obozy koncentracyjne", "polskie obozy śmierci", które dla nas brzmią niezwykle obraźliwie. Ale czy naprawdę w myśl nowego prawa byłoby można za użycie takich określeń karać, pomijając nawet to, że osoby, które to robią, pozostają poza zasięgiem polskiej jurysdykcji?

Otóż wydaje mi się, że nie. Aby można było kogoś ukarać, należałoby dowieść, że ktoś w ten sposób

przypisuje Narodowi Polskiemu lub Państwu Polskiemu odpowiedzialność lub współodpowiedzialność

podczas gdy osoba pisząca o "polskich obozach" mogłaby twierdzić, że chodziło jej wyłącznie o lokalizację geograficzną. Oskarżony mógłby nawet powołać biegłego z zakresu języka polskiego i polskiej literatury, który wskazałby, że Zofia Nałkowska, pisząc w Medalionach (1946) o "polskich obozach śmierci", miała na myśli wyłącznie ich lokalizację, bez przypisywania Polsce lub Polakom odpowiedzialności za organizację i prowadzenie obozów. Skoro wielka polska pisarka, której książka była przez wiele lat lekturą szkolną, mogła używać określenia "polskie obozy" w znaczeniu geograficznym, dlaczego w ten sam sposób nie może tego używać ktoś za granicą?

Nawiasem mówiąc, pewien wyjątkowo mało rozgarnięty, nawet jak na standardy tej partii, poseł PiS wystąpił z postulatem poprawienia Nałkowskiej.

Geograficzne rozumienie terminu "polskie obozy" wydaje się bardzo częste. Kilka dni temu pod polską ambasadą w Rzymie odbyła się demonstracja przeciwko nowej ustawie o IPN. Oprócz zrozumiałych w tej sytuacji oskarżeń Polski (!) o negowanie historii, pojawiły się plakaty z hasłem "Auschwitz dove?", czyli "Gdzie jest Auschwitz?".

Manifestacja pod polską ambasadą w Rzymie

Ktoś cytował też wpis na Twitterze, w którym pewna Amerykanka pytała się

So where is Auschwitz? On the f*ing moon?!

Ewidentnie w obu przypadkach chodzi o przypomnienie, że obozy śmierci znajdowały się na terenie Polski i jakim prawem Polska śmie temu zaprzeczać?

Skąd to się może brać? Przyszło mi do głowy takie wyjaśnienie: Dla Żydów cmentarz, ziemia cmentarna jest przeklęta. A tereny dawnych obozów zagłady wraz z przyległościami, na które wysypywano prochy krematoryjne, są cmentarzami. Przeklętymi cmentarzami. Może więc część Żydów, którzy skądinąd wiedzą, że przymiotnik "polskie" odnosi się jedynie do lokalizacji, sądzi, że Polska chce, w jakimś szale pychy i głupoty, zaprzeczyć obecności obozów na swojej ziemi, żeby ziemia ta nie była już uważana za skażoną, nieczystą, przeklętą?

poniedziałek, 29 stycznia 2018

Ktoś zapytał, czy są jakieś kraje, z którymi Polska od czasu objęcia rządów przez PiS, poprawiła, a przynajmniej nie pogorszyła relacji dyplomatycznych? Odpowiedź jest taka: Białoruś, Chiny, być może Węgry. No i San Escobar.

W ostatnich dniach pogorszyliśmy sobie relacje z Izraelem i żydowską diasporą, przyprawiając sobie, a może tylko odświeżając, gębę rasistów i antysemitów. Wszystko za sprawą nowelizacji ustawy o IPN. 

Kluczowy fragment nowelizacji brzmi:

Kto publicznie i wbrew faktom przypisuje Narodowi Polskiemu lub Państwu Polskiemu odpowiedzialność lub współodpowiedzialność za popełnione przez III Rzeszę Niemiecką zbrodnie nazistowskie lub za inne przestępstwa stanowiące zbrodnie przeciwko pokojowi, ludzkości lub zbrodnie wojenne lub w inny sposób rażąco pomniejsza odpowiedzialność rzeczywistych sprawców tych zbrodni, podlega karze grzywny lub karze pozbawienia wolności do lat 3. Wyrok jest podawany do publicznej wiadomości. Przepis ten stosuje się do obywateli polskich i do cudzoziemców.

W uzasadnieniu do nowelizacji napisano, że chodzi o karanie za używanie sformułowań "polskie obozy koncentracyjne", "polskie obozy śmierci". Ale w tekście nowelizacji takie sformułowanie nie pada. Zresztą ściganie jakiegoś dziennikarza amerykańskiego czy holenderskiego, albo tego izraelskiego polityka, Yaira Lapida - który, nawiasem mówiąc, dotąd utrzymywał, że jego rodzina mieszkała na terenie Węgier i Jugosławii, dziś zaś twierdzi, że jego babkę zamordowali "Niemcy i Polacy" - było, jest i będzie kompletnie nierealne. Należy się obawiać, że prawdziwym celem ustawy jest zamknięcie ust historykom i publicystom, w tym polskim historykom i publicystom, którzy twierdzą, że Polacy w czasie wojny mordowali Żydów. No bo mordowali. Fizycznie lub wydając ukrywających się Żydów Niemcom. Czy wszyscy Polacy? Jasne, że nie. A może większość? Też nie. Wobec tego, jak dużo Polaków mordowało Żydów? Tego akurat nie wiadomo, ale wydaje się ze wszech miar prawdopodobne, że było ich o wiele więcej, niż gotowi bylibyśmy przyznać. I PiS postanowił zakazać dyskusji na ten właśnie temat.

Czy z tego wynika, że Janowi Tomaszowi Grossowi groziłyby trzy lata więzienia za Sąsiadów? Albo Timothy'emu Snyderowi (lub jego wydawcy) za Czarną ziemię? Co prawda ustawa wyłącza odpowiedzialność autorów publikacji naukowych, więc ci historycy i ich wydawcy kary by uniknęli, ale autor recenzji prasowej lub ktoś, kto by się na te książki powołał w polemicznej dyskusji, już nie.

Dla równowagi, czy Polacy pomagali Żydom? Tak. Czy wszyscy Polacy? Jasne, że nie. A może większość? Niestety, też nie. Czy dużo Polaków pomagało Żydom? Dość dużo, choć mniej, niż chcielibyśmy w to wierzyć, nawet pamiętając, że w ukrycie jednej żydowskiej rodziny często musiało być zaangażowanych wiele osób. I jakie kary za to groziły. I że na Zachodzie, wśród Żydów i szerokiej publiczności, stan prawny w okupowanej Polsce jest zupełnie nieznany.

Nowelizując ustawę, PiS zderzył się z bardzo silnymi emocjami po stronie Żydów, w Izraelu i gdzie indziej. Wielu Żydów ma nastawienie antypolskie, choć jednocześnie to prawda, że Polska przez lata bardzo niewiele robiła, aby to nastawienie odwrócić, o powojennych pogromach i antysemickiej kampanii z marca 1968 nie wspominając. Po 1989 poczyniono sporo wysiłków, aby z jednej strony odkłamać naszą własną historię, z drugiej, aby zwalczać antypolskie stereotypy, z trzeciej, aby przywrócić pamięć o Żydach w samej Polsce. Duże zasługi położył tu między innymi prezydent Lech Kaczyński. Obecna nowelizacja, kto wie, czy nie zaprzepaszcza te wszystkie starania. Bo Żydzi - i ci nastawieni antypolsko, i nastawieni propolsko, i neutralna, jak sądzę, większość - są bardzo czuli na punkcie mówienia prawdy o Zagładzie. Tymczasem Polska, zamiast dyskusji, edukacji, uznania win i zwalczania niesprawiedliwych stereotypów, proponuje knebel, jednocześnie domagając się znaczniejszego uhonorowania naszych Sprawiedliwych. O których zresztą sama Polska nie dba.

Jak pisze portal OKO.Press,

Jedynym krajem, który ściga za pomawianie narodu za popełnienie lub współudział w zbrodni, jest Turcja.  W Rosji za rozpowszechnianie fałszywych informacji o działaniach ZSRR podczas II wojny Światowej grozi kara grzywny do 300 tysięcy rubli lub do 3 lat pozbawienia wolności. Teraz do tego grona dołącza Polska.

Bardzo kiepsko to wygląda.

Tabliczka drogowa

piątek, 12 stycznia 2018

W środę opozycja - Platforma i Nowoczesna - poniosły w Sejmie niezwykle bolesną porażkę. Być może już się po niej nie podniosą.

Opozycja poniosła ją na własne życzenie: Dopuściła, że obywatelski projekt liberalizujący prawo antyaborcyjne przepadł już w pierwszym czytaniu, a do dalszych prac trafił projekt zaostrzający przepisy. Do dopuszczenia projektu liberalizującego do dalszych prac zabrakło tylko 9 głosów! A przy tym 19 posłanek (!) i posłów Platformy oraz 10 posłanek (!) i posłów Nowoczesnej świadomie nie wzięło udziału w głosowaniu. Byli na sali, brali udział w poprzednim głosowaniu, a podczas tego jednego wyjęli karty z maszyn do głosowania i udawali, że ich nie ma. Stchórzyli. I to właśnie jest katastrofa. 

To nawet nie było głosowanie za liberalizacją przepisów! To było tylko głosowanie nad tym, czy projekt liberalizacji godzien jest dyskusji w Sejmie. Nawet Jarosław Kaczyński - któremu masowe protesty kobiet są zupełnie nie na rękę - i jego wierni akolici byli za przesłaniem projektu liberalizacyjnego do komisji, gdzie by sobie zapewne utknął na długie miesiące (większość PiSu zagłosowała za odrzuceniem). Tymczasem posłowie partii, która nazywa się "obywatelska" i drugiej, która mówi, że jest "nowoczesna", do tego stopnia byli przeciwko projektowi obywatelskiemu, że uznali, iż nie należy o nim nawet rozmawiać. A gęby mają pełne frazesów o tym, jak to zły Kaczyński tłamsi prawa obywatelskie i swobodę wypowiedzi. Wstyd! Wstyd i obłuda.

I jeszcze to nikczemne udawanie, ta hipokryzja: myśmy nie głosowali ani tak, ani nie, my nic nie wiemy, nie wychylamy się, za nic nie odpowiadamy, nasza chata z kraja, umywamy ręce. A ci obywatele, którzy podpisali się pod projektem liberalizacyjnym, nie zasługują nawet na to, abyśmy publicznie wyrazili o nim swoje zdanie: ciemny lud na pewno kupi, że - cóż za pech! - akurat nie mogliśmy wziąć udziału w tym jednym głosowaniu. Dlatego więcej szacunku mam dla trójki posłów z Platformy, którzy jawnie głosowali za odrzuceniem projektu liberalizacyjnego. Mieli cojones, nie udawali - i zostali za to wyrzuceni z partii, bo złamali zarządzoną dyscyplinę głosowania. Popełnili błąd polityczny, ale przynajmniej postąpili uczciwie.

O politycznej ślepocie Dziewiętnastki z Platformy i Dziesiątki z Nowoczesnej nawet mi się nie chce pisać. Platforma i Nowoczesna, choćby nie wiem jak głosowały, choćby stanęły na głowie i wyczyniały niewyobrażalne wygibasy, dla radykalnie tradycjonalistycznego elektoratu katolickiego i tak pozostaną lewactwem, no, co najwyżej podróbką partii prokościelnej. Ale dlaczego ktoś miałby głosować na podróbkę, skoro ma oryginał, czyli PiS?

PiS, nawiasem mówiąc, nie jest partią prokościelną, ale tak jest przez tę część elektoratu postrzegany.

Jeśli ktoś z posłów Dziewiętnastki i Dziesiątki ze względów religijnych uważa, że projekt liberalizacji przepisów nie jest godzien nawet samej dyskusji w Sejmie - a ja jestem przekonany, że nie ma powodów religijnych, aby takiej dyskusji uniemożliwiać - to niech wystąpi z Platformy bądź Nowoczesnej i idzie sobie gdzie indziej, nie psując wizerunku tych partii. Oddanie głosu obywatelom, wsłuchiwanie się w głos nowoczesnego społeczeństwa, szacunek dla poglądów i aspiracji ludzi, dla różnorodności - w przeciwieństwie do oktrojowania praw przez gerontów z Nowogrodzkiej w porozumieniu z dyrektorem z Torunia i narzucania norm moralnych - miały być jedną z najważniejszych rzeczy odróżniających anty-PiS od PiSu. Tak nam przynajmniej mówiono.

Stała się więc katastrofa. Cóż bowiem z tego, że 4/5 posłów Platformy i 2/3 posłów Nowoczesnej głosowało za umożliwieniem dyskusji nad liberalizacją przepisów, skoro w Polskę poszedł przekaz "w kwestii praw kobiet, obyczajowości i stosunku do inicjatyw obywatelskich, opozycja głosuje tak, jak PiS"? Łyżka dziegciu i wiadomo. Jak teraz wytłumaczyć symetrystom z jednej i osobom wrażliwym na prawa człowieka, w tym prawa kobiet, z drugiej strony, że PiS i Platforma to nie to samo? No nie da się. Bardzo duża grupa wyborców - ludzie o przekonaniach lewicowych, którzy ze względu na sprzeciw wobec PiSu mogli zagłosować na Platformę lub Nowoczesną, w tym liczne kobiety - teraz powiedzą tym partiom "walcie się". Ci wyborcy albo nie pójdą do wyborów, albo zagłosują na małe partyjki, co przy konstrukcji ordynacji wyborczej będzie premiować partię największą, czyli przy obecnych sondażach PiS. I tak oto Kaczyński może zdobyć większość konstytucyjną.

O to wam, Dziewiętnastko i Dziesiątko, chodziło? Zapewne nie, ale to oznacza, że wyszliście na pożytecznych idiotów, nic zresztą politycznie na tym nie zyskując. Moje gratulacje.

Czarny Protest, Kraków, 25 września 2016

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 33