Kategorie: Wszystkie | Edukacja | Fizyka | Kryzys | Literatura | Muzyka | Polityka | Rozmaitości
RSS
niedziela, 12 sierpnia 2018

Siwy DymZiemowit Szczerek, Siwy Dym, albo pięć cywilizowanych plemion, Wydawnictwo Czarne, 2018.

Siwy Dym opisuje Europę Środkową za kilkadziesiąt lat. Żadne państwo nie ostało się w formie, strukturze i ustroju, jakie znamy z czasów obecnych. Nacjonalizmy doprowadziły do wojen pomiędzy sąsiadami, Polska podzieliła się na kilka państewek. Unia Europejska też się rozpadła, a jakaś jej resztówka, Nowa Europa, trwa za cenę wyrzeczenia się przez jej obywateli wszelkich narodowości i religii.

Siwy Dym jest antypowieścią. Jej narrator jest nowoeuropejskim korespondentem wojennym w Polsce i innych krajach Środkowej Europy. Mamy jakąś fabułę, ale głównie czytamy retrospekcje z poprzednich pobytów narratora w Polsce i na poszczególnych frontach Europy. I te retrospekcje wojenne są zdecydowanie najlepszymi fragmentami książki, dowodzącymi nie tyle nawet głębokiej znajomości realiów, ile zrozumienia ducha Europy Środkowej. Cudowny opis spotkania z kapitanem Jowanciciem „w małej gospódce o nazwie Slawia” musi być oparty o jakąś rzeczywistą imprezę, może tylko lekko podkolorowaną. Opowieść Albańczyka Haszyma też musi być wzorowana na autentycznych relacjach z Kosowa. Przebieg i zmienność linii frontu węgiersko-rumuńskiego w Siedmiogrodzie dowodzi głębokiej znajomości stosunków geograficzno-ludnościowych. Rozmaite zdarzenia frontowe są tyleż okrutne, co bezsensowne, wręcz groteskowe. Być może po części są oparte na epizodach z wojny w Jugosławii, a może i WWII, a wszystkie jakoś tam pasują do ducha Europy Środkowej, a właściwie do jej lokalnych, nacjonalistycznych duchów, coś jak finałowe sekwencje Underground  Emira Kusturicy.

Sama Polska a to ogłasza się Nowym Rzymem, a to stawia pomniki polskich królów w pozach rzymskich imperatorów, na Mazowszu zaś, rządzonym przez kolesia, który przybrał imię Masław, panuje słowianomania, widzimy więc „młodych przedsięrządców w czarnych, lnianych i eleganckich sukmanach, z eleganckimi skórzanymi teczkami, w rzemiennych łapciach”. Na wsi, w dworkach neoszlacheckich, trwa nieustanna impreza, na której królują typy w rodzaju majora Sebastiana Wiedźmina-Woźniaka, inwalidy wojennego, który kica sobie na protezach a'la Pistorius, oczywiście cały czas w rogatywce. Wszystkiego pilnują liczne, często sobie wrogie, formacje policyjne.

W miarę czytania chronologia rozpada się. Fabuła staje się coraz bardziej oniryczna, a na wszystko nakładają się elementy magiczne, nierzeczywiste. Nie jest to wszystko spójne, ale być może nie musi: skoro znany nam świat rozpadł się i oszalał, opisująca to narracja może wręcz nie powinna być spokojna i uporządkowana. Chaos jest dobrym sposobem opisywania chaosu.

Są wszakże w książce rzeczy, które mi się nie podobają. Narrator należy do jakiejś tajnej organizacji terrorystycznej, a może nawet do dwóch. Terror ma służyć ukaraniu Polaków za ich nacjonalizm, z nadzieją na wybicie im tego nacjonalizmu z głów. Narrator więc ciągle kogoś morduje, coś podpala lub wysadza, przy czym nie widać, aby na kimkolwiek robiło to większe wrażenie, ani na samym narratorze, ani na tych, których terror w zamyśle miał przerazić. Narrator przy tym ciągle, właściwie bez przerwy, pije i bierze narkotyki. Jeśli nie jest pijany lub na haju, to ma potwornego kaca. To samo zresztą robią rozmaite postacie drugoplanowe, a już szczególnie koledzy-dziennikarze narratora.

W ten sposób Siwy Dym, w zamierzeniu groteska mająca ostrzec nas przed środkowoeuropejskimi nacjonalizmami poprzez przedstawienie ich ostatecznych, absurdalnych konsekwencji, staje się zbiorem fantazji autora na temat alkoholu, dragów, seksu z osobami nierzeczywistymi i przemocy. No, cóż...

 

niedziela, 29 lipca 2018

Super Ekspres dwukrotnie opublikował zdjęcia Jarosława Kaczyńskiego po wyjściu ze szpitala. Kaczyński wyglądał na nich bardzo źle. Natychmiast po każdej publikacji Kaczyński - uczesany, upudrowany i wyprasowanym garniturze - pokazywał się w telewizji. A dziś przyjechał nawet na trzeci ślub swojej bratanicy. 

Jednak ze zdrowiem Kaczyńskiego jest chyba dość kiepsko. Ja nieodmiennie życzę my długiego życia na jak najszybszej przymusowej emeryturze politycznej, żeby mógł obserwować, jak rozpada się wszystko, co chciał zbudować. Wygląda jednak, iż moje życzenia się nie spełnią i choroba "kolana" wkrótce wyeliminuje Kaczyńskiego z życia politycznego lub ograniczy je do jakichś rzadko sprawowanych funkcji symbolicznych.

I co wtedy? Nie ukrywam, że mam nadzieję, nie ja jeden zresztą, że PiS się wtedy rozpadnie, bo różne frakcje, które na razie Kaczyński trzyma w szachu, rozgrywa jedne przeciwko drugim, bacząc, aby żadna za bardzo nie urosła, skoczą sobie do gardeł i się pozagryzają.

Uświadomiono mi jednak, ze tak wcale być nie musi. Przywódcy PiSu utworzyli - albo mogą utworzyć - coś w rodzaju struktury mafijnej, z lojalnością zwróconą ku grupie, chwilowo tylko symbolizowanej przez aktualnego dona, który też musi być lojalny grupie, nawet jeśli niszczy któregoś z jej członków.

Przywódców PiSu rozsadzają złe emocje: pycha, żądza władzy, niekiedy chciwość lub chęć rewanżu, ale też strach i poczucie upokorzenia. Tak, spora część przywódców PiSu to ludzie o złamanych kręgosłupach, publicznie upokarzani i poniżani przez prezesa Kaczyńskiego: Andrzej Duda, pan Zbyszek, Beata Szydło, Adam Bielan, Jarosław Gowin, a nawet Antoni Macierewicz, który po upadku pierwszego rządu PiSu znalazł się na bocznym torze, był tak nieważny, że Lech Kaczyński nie włączył go do swojej oficjalnej delegacji i dopiero po Smoleńsku powtórnie wypłynął. Od ludzi, którzy raz zostali złamani, nie należy oczekiwać, że staną przeciwko innym z podniesionym czołem - nawet w niesłusznej sprawie! - raczej będą się patrzeć, czy są koledzy, którzy ich wesprą. No i co powie prezes - dopóki prezes może coś powiedzieć.

Tacy ludzie dobrze wiedzą, że dopóki będą się trzymać razem i wzajemnie wspierać, nawet mimo osobistej niechęci i różnicy jakichś lokalnych interesów, dopóty mają szanse na dalsze zarabianie i czerpanie korzyści ze sprawowanej władzy, a przede wszystkim mają szanse na uniknięcie kary. Jeśli wystąpią przeciwko sobie, prędzej wszyscy upadną niż ktoś jeden zgarnie całą pulę. Nie trzeba więc prezesa, aby trzymał to towarzystwo w kupie, żądza władzy i strach przed karą mogą wystarczyć.

Co najwyżej można liczyć na to, że oni są na tyle głupi, że tego nie zrozumieją.  Część z nich jest głupia, ale nie wszyscy.

Przywódcy PiSu niewiele mogliby zdziałać, gdyby nie mieli wykonawców swoich poleceń, ludzi drugiego, trzeciego szeregu. Sądzę, że tylko niewielka część z nich poszła za PiSem z powodów ideowych. Reszta - większość - to oportuniści gotowi zaprzedać dusze dla kariery, albo frustraci, odreagowujący swe poczucie niedocenienia i dawne klęski, prawdziwe lub mniemane. Część z nich sobie ideologizuje swoje zaangażowanie, ale to jest wtórne.

Amerykańskie i europejskie doświadczenia walki z mafią wskazują, że mafię bardzo trudno jest rozbić nie złamawszy wpierw jej wewnętrznej solidarności. Na nawrócenie się któregoś z przywódców PiSu lub jakiegoś bardzo prominentnego wykonawcy dobrej zmiany nie ma co liczyć. Z drugiej strony niewłaściwe byłoby utwardzanie PiSowskiej struktury mafijnej przez grożenie wszystkim funkcjonariuszom dobrej zmiany solidarną odpowiedzialnością zbiorową. Zakładając, że znaczna część, może większość, poszła tam z oportunizmu, dla kariery, wykorzystajmy to! Jeśli zobaczą, że PiSowski system się chwieje, mogą od niego odstąpić, o ile zachowają swoje pozycje, a przynajmniej unikną kary. Jeśli zaś nie będą mieli nic do stracenia, będą walczyć do upadłego, czyniąc odsunięcie PiSu od władzy znacznie trudniejszym.

A zatem o ile przywódcy PiS i ich najbardziej jadowici pomagierzy, tacy jak prokurator Piotrowicz, prokurator Święczkowski czy mgr Przyłębska, muszą być ukarani, a upadek ich powinien być wielki, o tyle ich pomniejszym poplecznikom - szeregowym (niefunkcyjnym) posłom, członkom odzyskanej KRS czy osobom, które dadzą się wybrać do Sądu Najwyższego (za wyjątkiem ewentualnego dublera Pierwszej Prezes) i tak dalej - należy zaoferować przebaczenie, o ile tylko w porę od PiSu odstąpią. To leży w interesie Polski.

Mafia

sobota, 14 lipca 2018

Dwa dni temu PiSowska Krajowa Rada Sądownictwa wydała negatywną rekomendację dla Prezesa Izby Karnej Sądu Najwyższego, Stanisława Zabłockiego. Zabłocki otrzymał zero głosów poparcia.

Sędzia Zabłocki o tę rekomendację nie występował. Należy do tej grupy sędziów, którzy uznając przepis odsyłający ich na emeryturę ze skutkiem natychmiastowym, przerywając ich mandat, za niekonstytucyjny, nie podporządkowali się rygorom tej ustawy i nie złożyli wymaganej przez tę ustawę prośby do prezydenta o zachowanie prawa do orzekania do ukończenia 70 roku życia. Sędzia Zabłocki złożył jedynie oświadczenie na ręce Pierwszej Prezes SN, że zgodnie z konstytucją gotów jest nadal orzekać. Prezydent przesłał jednak sprawę Zabłockiego do KRS, w której zasiadają takie postacie, jak arbitrix elegantiarum Krystyna Pawłowicz i prokurator Stanisław Piotrowicz reprezentujący Sejm, a przede wszystkim sędziowie-marionetki "wybrani" przez PiS i Kukiza, w znacznej części wskazani przez pana Zbyszka spośród podległych sobie urzędników Ministerstwa Sprawiedliwości.

W latach '80 Stanisław Zabłocki bronił opozycjonistów przed PRLowskimi sądami, a prokurator Piotrowicz ich przed tymi sądami oskarżał. W 1990 Zabłocki występował jako obrońca rotmistrza Witolda Pileckiego w procesie kasacyjnym przed Sądem Najwyższym. Dziś Piotrowicz, reprezentując PiS, wydaje negatywną rekomendację Zabłockiemu a PiSowcy wyklęci organizują inscenizację ślubu Witolda Pileckiego z udziałem wicepremiera Glińskiego.

O prokuratorze Piotrowiczu można powiedzieć, że zachowuje się konsekwentnie.

Naprawdę mam nadzieję, że wyborcy PiS wprost pękają z dumy na widok swoich przedstawicieli.

Warto też wspomnieć o przypadku Wiesława Johanna, lat 79 (za stary, by być sędzią, ale w odpowiednim wieku, by sędziów sądzić; ciekawe, czy umie śpiewać?), w latach '80 bardzo zasłużonego obrońcy w procesach politycznych, choć w 1968 podobno zachowywał się paskudnie; dzisiaj Johann temu zaprzecza, a świadkowie już nie żyją. W latach 1997-2006 Wiesław Johann był z rekomendacji AWS sędzią Trybunału Konstytucyjnego, dziś jest przedstawicielem prezydenta i wiceprzewodniczącym KRS. Otóż sędzia Johann, w wypowiedzi telewizyjnej w dniu tej haniebnej rekomendacji dla sędziego Zabłockiego, podnosił pod niebiosa wiedzę, zasługi, postawę i przymioty ducha Stanisława Zabłockiego, którego nazywał swoim przyjacielem, po czym stwierdził

Ja nad rekomendacją dla sędziego Zabłockiego nie głosowałem, bo nie było mnie wtedy na sali.

Panie sędzio Johann! Czy zdaje Pan sobie sprawę z tego, jak bardzo jest Pan żałosny?

***

W sprawie Sądu Najwyższego PiSowcy powołują się na zasadę legalizmu: Ustawa przewiduje, że sędziowie, którzy skończyli 65 lat, muszą się poddać pewnej procedurze, a jeśli się nie poddadzą, no to trudno, muszą być usunięci. Konstytucja stanowi inaczej? Być może, ale dopóki nie stwierdzi tego Trybunał Konstytucyjny, ustawa obowiązuje. Brzmi to śmiesznie i niewiarygodnie w ustach osób, które przy innej okazji powoływały się na schmitteańską zasadę "suwerennej dyktatury", prowadzącą do zawieszenia prawa (z doktryny Schmitta korzystali naziści, a Jarosław Kaczyński zachwycił się nią w latach '60). A gdy pod koniec 2015 PiS postanowił ignorować dokonany przez poprzedni Sejm wybór sędziów TK, wycofał swój własny wniosek o stwierdzenie zgodności z konstytucją ustawy pozwalającej na ten wybór, twierdząc, że jest ona "w sposób oczywisty niekonstytucyjna" i wyrok TK nie jest do stwierdzenia tego faktu potrzebny.

Gdy więc PiSowi tak jest wygodnie, pozuje na legalistów, ale przy innych okazjach powiada, że prawo wyższego rzędu można zignorować, bo taka jest wola suwerena. Tylko dlaczego twierdzą, że wolę tę ucieleśnia schorowany, pełen zawiści i żądzy zemsty, nieznający i nierozumiejący świata Jarosław Kaczyński?

Obecnie PiS pośpiesznie nowelizuje ustawę o Sądzie Najwyższym, aby uniemożliwić sędziom wiernym konstytucji czynienie obstrukcji wobec bezprawnych działań władzy. Oczywiście parlament, który stracił już nawet pozory podmiotowości i bycia demokratyczną reprezentacją wyborców, zmiany te szybciutko uchwali. Fi donc!

Nadal będę tu komentował PiSowskie bezprawia, aberracje i proces niszczenia Polski, ale coraz bliższe jest mi stanowisko komentatora yellow_tiger, który powiada, że przestaje się przejmować, bierze popcorn i piwo i tylko będzie się przyglądać, jak PiSowska Polska zmierza ku nieuchronnej katastrofie. 

Bo zmierza. Kłopot w tym, że gdy się zawali, szczątki spadną nam wszystkim na łeb. 

New Yorker cartoon

środa, 11 lipca 2018

Jak informuje Gazeta Wyborcza, dr hab. Krystyna Pawłowicz, znana posłanka PiS i członek KRS (legalnie wybrana przez Sejm), dość bezwstydnie stosuje nowe standardy przy nominowaniu kandydatów na stanowiska sędziowskie.

Oto przesłuchując kandydatów na stanowisko asesora Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Gliwicach, pani Pawłowicz zadawała kandydatom pytanie "czy pani sędzia Gersdorf jest pierwszym prezesem SN". Pozytywną rekomendację dostała tylko osoba, która powiedziała, że nie. Kandydaci, którzy uchylili się od odpowiedzi, przepadli.

Przepadali też kandydaci, którzy 

byli w Brukseli na zaproszenie przedstawicielstwa Komisji Europejskiej w Warszawie i spotkali się z członkami komisji ds. swobód obywatelskich, sprawiedliwości i spraw wewnętrznych (LIBE) Parlamentu Europejskiego. Listę ujawniły prorządowe media.

Jak powiedziała pani Pawłowicz,

Nie po to była reforma, żeby takie osoby najbezczelniej teraz składały zgłoszenia.

Przewodniczący KRS, sędzia Leszek Mazur, kazał skserować dostarczoną przez Pawłowicz listę i rozdać ją członkom KRS.

Jeżeli to jest prawda, to pani Pawłowicz otwarcie przyznała, co było celem PiSowskiej "reformy" sądów: w doborze sędziów nowa KRS będzie kierować się kryteriami politycznymi. No i tyle można powiedzieć o tym, jak PiSowska KRS strzeże niezależności sędziów od wpływów politycznych. I o trójpodziale władzy. Wszystko w zgodzie z głoszoną przez Jarosława Kaczyńskiego bolszewicką zasadą jednolitej władzy państwowej.

Mam nadzieję, że osoby, które głosowały na PiS, są dumne ze swoich przedstawicieli.

P.s. Sędzia Mazur za swoje zachowanie - jaskrawe sprzeniewierzenie się konstytucyjnemu nakazowi, by KRS stała na straży niezawisłości sędziowskiej - stanie kiedyś przed sądem dyscyplinarnym i, mam nadzieję, zostanie wydalony ze stanu sędziowskiego.

Poseł Krystyna Pawłowicz w trakcie plenarnego posiedzenia Sejmu

niedziela, 08 lipca 2018

W zeszłym tygodniu PiS odwołał wprowadzone w styczniu przepisy ustawy o IPN, przewidujące odpowiedzialność karną za pomawianie Narodu Polskiego o udział w Holokauście itd.

Ustawę odwołano w ultra-PiSowskim stylu: Rano jeszcze nikt nic nie wiedział, a po ośmiu godzinach nowelizacja przeszła przez Sejm, Senat i długopis dr. Dudy. Opozycja nie protestowała ze względu na meritum dokonywanej zmiany, ale oczywiście cała "procedura" nie miała nic wspólnego ani z rzetelną legislacją, ani z Regulaminem Sejmu.

Niektóre przepisy zostały: nadal będzie można pociągać rzekomych kłamców i oszczerców do odpowiedzialności cywilnej, nie odwołano też przepisów skierowanych przeciwko Ukraińcom. Te odpowiedzialności karnej odwołano pod wpływem fali krytyki, jaka spadła na Polskę z całego świata, głównie z Izraela i Stanów Zjednoczonych, przy czym Polskę krytykowali nie tylko indywidualni ludzie czy organizacje, ale także najwyżsi przywódcy polityczni tych krajów.

PiS, który z początku buńczucznie zapowiadał, że się nie ugnie, że ustawa o IPN jest dobra, że nie ma potrzeby zmieniać w niej nawet przecinka i że żadna zagranica nie będzie nam pisać ustaw, musiał się z tego rakiem wycofać. Stefan Niesiołowski złośliwie komentował, że to pewnie dlatego, że premier Morawiecki bał się, że go nie zaproszą na przyjęcie z okazji 4 lipca do ambasady amerykańskiej. Ja myślę, że powód był poważniejszy: Za kilka dni Donald Trump ma się spotkać z Władimirem Putinem i cholera wie, co nieobliczalny Trump Putinowi obieca. Trzeba więc było jak najszybciej choć trochę udobruchać Amerykę, żeby Trump nie pamiętał, że jest na Polskę wściekły, tylko że Polska mu ustąpiła.

Przy okazji premierzy Morawiecki i Netanjahu ogłosili jednobrzmiące deklaracje, które nie mówią niczego konkretnego, ale można uznać, że w wersji werbalnej podtrzymują oficjalny polski punkt widzenia: w czasie wojny polski rząd na uchodźstwie, polskie Państwo Podziemne i indywidualni Polacy starali się pomagać Żydom, jak mogli, chociaż

niektórzy ludzie - niezależnie od pochodzenia, wyznania czy światopoglądu - ujawnili swe najciemniejsze oblicze.

Tutaj można przeczytać pełny tekst deklaracji premierów.

PiS strasznie jest z tej deklaracji dumny a w Izraelu, Ameryce i innych krajach dobrze rozumieją, że Netanjahu zgodził się na taki tekst ze względów politycznych: potrzebne jest mu poparcie Polski i pozostałych krajów V4, bo zachodnia Europa stara się go ignorować.

I na tym by się skończyło, gdyby nieszczęśni PiSowcy nie ulegli pokusie puszenia się swoim, pożal się Boże, sukcesem: Mianowicie, zależna od PiSu fundacja zamieściła tekst deklaracji w czołowych dziennikach Europy i Ameryki jako ogłoszenie płatne. Także w Izraelu, po hebrajsku. No i się zaczęło! Nie tylko skrajna prawica, ale i środowiska umiarkowane, poczuły się deklaracją oburzone. Jakiś prawicowy koalicjant Nenanjahu wzywa do natychmiastowego wycofania się z tej deklaracji. Yair Lapid, główny przeciwnik polityczny obecnego premiera, ciska gromy. Nawet niezwykle przychylny Polsce Szewach Weiss powiedział

This document contains a few sentences that are correct, and the rest is either vague or false.

Z kolei Instytut Yad Vashem oświadczył, że deklaracja

contains a series of very problematic statements that violate existing historical knowledge accepted in the field.

A wystarczyło, żeby PiS miał trochę większe rozeznanie odnośnie do żydowskiej pamięci Holocaustu i pamięci o postawie zwykłych Polaków w czasie wojny. I nie drażnił tamtejszej wrażliwości. Nawet jeśli - jeśli! - oskarżenia wobec Polaków są w jakimś stopniu przesadzone. 

Ze zmianą ustawy związana jest jeszcze jedna historia: Okazuje się, że nowelizacja poprzedzona była tajnymi negocjacjami pomiędzy Polską a Izraelem, które odbywały się w Wiedniu i w Tel Avivie, w siedzibie Mossadu. Najpierw ujawnił to pewien izraelski dziennikarz, potem powtórzyli inni. Polski rząd oficjalnie milczy, ale nikt nie ma wątpliwości, że do takich negocjacji-konsultacji doszło. 

Początkowo mówiono, że Polskę reprezentował szef służb specjalnych, minister Mariusz Kamiński, potem, że PiSowscy europosłowie Tomasz Poręba i Ryszard Legutko.

Na ten temat szaleje polska opozycja: Oto polskie ustawy jednak pisze zagranica, i to nawet nie obcy rząd, ale obce służby specjalne. Mossad. Opozycji niezręcznie jest podkreślać rolę Izraela, ale dla równowagi dla twardego elektoratu PiSu udział tego państwa musi być trudny do zniesienia.

A ja na to powiem, żeby nie przesadzać. Oczywiście, że tekst wspólnej deklaracji premierów musiał być negocjowany, uzgodniony i tym pewnie zajmowali się Legutko i Poręba. Zachowując poufność, bo cała sprawa była poufna, być może żeby nie wzbudzać wściekłości suwerena. Sama nowelizacja była bardzo prosta - usuwa się ten i ten artykuł - i tu żadne "pisanie ustawy" nie było potrzebne. Natomiast ktoś - być może Mariusz Kamiński - zapewne spotykał się z Mossadem, ale nie w kwestii ustawy lub deklaracji, ale w sprawach współpracy polskich i izraelskich służb. A to, że konsultacje dotyczyły ustawy, to tylko "legenda", jaką dorobiono, aby ukryć prawdziwy cel spotkania.

Logo Mossadu

wtorek, 03 lipca 2018

Godło Rzeczypospolitej PolskiejPiS i dr Andrzej Duda twierdzą, że dziś o północy I prezes Sądu Najwyższego, prof. Małgorzata Gersdorf, a wraz z nią mniej więcej 1/3 sędziów SN, przejdą w stan spoczynku. Prof. Gersdorf, sędziowie SN i większość prawników polskich twierdzą, że pozostają oni czynnymi sędziami SN. Polsce grozi chaos prawny.

Dlaczego PiS chce usunąć sędziów z Sądu Najwyższego? Aby przejąć kontrolę nad sądami. Kontrolę nad sądami chce zaś przejąć dlatego, żeby zastraszyć sędziów, aby wydawali wyroki po myśli PiSu.

Niezależność sędziowską chroni konstytucja. PiS wymyślił więc, że wyśle sędziów SN na przymusową emeryturę, znowelizował więc w grudniu ustawę o Sądzie Najwyższym, obniżając wiek emerytalny sędziów SN z 70 do 65 lat. PiS powołuje się przy tym na przepis Art. 180 ust. 4 Konstytucji:

Ustawa określa granicę wieku, po osiągnięciu której sędziowie przechodzą w stan spoczynku.

Tyle tylko, że Konstytucję należy czytać całościowo, systemowo, jak mówią prawnicy, nie zaś brać każdy przepis z osobna, jak chce tego PiS. 

Otóż Art. 180 ust. 1 Konstytucji stwierdza, że

Sędziowie są nieusuwalni.

Jeśli czytać oba zacytowane ustępy Konstytucji łącznie, widać, że obniżać wiek emerytalny można tylko dla nowopowoływanych sędziów. Urzędujący sędziowie mają prawo do orzekania (co najmniej) do osiągnięcia wieku emerytalnego, jaki obowiązywał w chwili ich powołania. Gdyby bowiem zgodzić się z PiSem, że poprzez manipulowanie wiekiem emerytalnym sędziów można wysłać na emeryturę wbrew ich woli, oznaczałoby to danie ustawodawcy możliwość usuwania sędziów, w sprzeczności z Art. 180 ust. 1 Konstytucji.

Pierwszą Prezes SN chroni dodatkowo Art. 183 ust. 3 Konstytucji:

Pierwszego Prezesa Sądu Najwyższego powołuje Prezydent Rzeczypospolitej na sześcioletnią kadencję spośród kandydatów przedstawionych przez Zgromadzenie Ogólne Sędziów Sądu Najwyższego.

Tu już po prostu nie może być żadnych wątpliwości: Małgorzata Gersdorf pozostaje Pierwszym Prezesem SN do zakończenia kadencji, na którą została powołana, czyli do wiosny 2020.

PiS, próbując usunąć prezes Gersdorf i innych sędziów SN, uchwalił przepis jaskrawie sprzeczny z Konstytucją. Ponieważ Art. 8 Konstytucji stwierdza, że

  1. Konstytucja jest najwyższym prawem Rzeczypospolitej Polskiej.
  2. Przepisy Konstytucji stosuje się bezpośrednio, chyba że Konstytucja stanowi inaczej.

przepisy stojące w sprzeczności z jasno wyartykułowanymi normami konstytucyjnymi należy zignorować: Art. 180 ust 1. i Art. 183 ust. 3 Konstytucji, stosowane bezpośrednio, oznaczają, że PiS i pan Duda mogą sobie mówić, co chcą, ale sędziowie SN pozostają sędziami a Pierwsza Prezes - Pierwszą Prezes. 

Niestety, PiS zapewne będzie zachowywał się tak, jakby Pierwsza Prezes i sędziowie SN przeszli w stan spoczynku i to właśnie doprowadzi do chaosu prawnego.

Pozostaje jeszcze kilka spraw szczegółowych.

Dlaczego opozycja lub sam Sąd Najwyższy, uznając PiSowską nowelizację ustawy o SN za niekonstytucyjną, nie zaskarżyły jej do TK?

Po pierwsze, można powiedzieć, że sprzeczność ustawy z Konstytucją jest tak oczywista, że nie trzeba TK, aby ją stwierdzić. Po drugie i ważniejsze, w Polsce nie ma już Trybunału Konstytucyjnego. Jest tylko jego atrapa, posłusznie realizująca wolę partii rządzącej. W TK zasiadają dublerzy, wybrani przez PiS na już prawidłowo obsadzone miejsca sędziowskie. Nawet wśród prawidłowo wybranych przez PiS sędziów są osoby, które nie spełniają konstytucyjnego (Art. 194 ust. 1) wymogu posiadania "wyróżniającej się wiedzy prawniczej", o osobach pokroju sędziego Andrzeja Zielonackiego - uciekł pod immunitet sędziego TK przed postępowaniem dyscyplinarnym przed Izbą Adwokacką; był oskarżony o to, że brał od klientów pieniądze i nie podejmował żadnych czynności w ich sprawach, prywatnie zaś angażował się w kampanie PiSu - nie wspominając. Za prezesa TK uchodzi Julia Przyłębska, ale rządzi tam dubler - a więc nie sędzia! - Muszyński, nazywający się wiceprezesem TK arogant, który otwarcie przyznał się do manipulowania składami orzekającymi tak, aby większość w nich mieli wybrani przez PiS sędziowie (i dublerzy), a wyroki zapadały po myśli PiS.

Ponieważ wszyscy widzą, że obecny TK jest niewiarygodny, wpływa tam coraz mniej skarg, a niektóre są wręcz wycofywane.

Czy wobec PiSowskiej nowelizacji ustawy o SN nie obowiązuje domniemanie konstytucyjności?

Moim zdaniem, nie. Jak napisałem, niekonstytucyjność ustawy jest oczywista (PiS używał tego argumentu wobec nowelizacji ustawy o TK  uchwalonej pod koniec rządów PO - kto mieczem wojuje...). Co jednak ważniejsze, domniemanie konstytucyjności opiera się na założeniu szczególnej staranności ze strony ustawodawcy: Ustawodawca starannie rozważył wszystkie argumenty, wysłuchał wszystkich opinii i argumentów krytycznych, przekonywająco je odparł, dobrze się zastanowił nad projektem i skoro uchwalił, co uchwalił, można założyć, że zapewne przyjęte prawo jest zgodne z Konstytucją. Tego w żaden sposób nie można powiedzieć o PiSowskich ustawach sądowych, gdzie w Sejmie i Senacie ignorowano wszystkie głosy krytyczne, łącznie z krytyką autorstwa biur legislacyjnych Sejmu i Senatu, nie dopuszczano opozycji do głosu, nie dopuszczano do głosu ekspertów, poprawki opozycji odrzucano blokowo, wreszcie głosowano nad poprawkami rządowymi, których na godzinę przed głosowaniem nie znali nawet przewodniczący komisji. Sposób procedowania ustaw sądowych z całą pewnością nie cechował się szczególną starannością, nie można więc domniemywać, że przyjęte prawo zapewne jest zgodne z Konstytucją.

Dlaczego prezes Gersdorf nie poprosiła prezydenta o możliwość orzekania do końca kadencji?

PiSowska nowelizacja dawała taką możliwość: Sędziowie SN, którzy ukończyli 65 lat, mogli poprosić prezydenta o pozwolenie na orzekanie do ukończenia 70 lat. PiS i prezydent chyba zakładali, że Małgorzata Gersdorf i inni sędziowie o to poproszą, prezydent ich próśb wysłucha i nie dojdzie do niekonstytucyjnego usunięcia sędziów i przerwania kadencji Pierwszej Prezes SN. Jednak prezes Gersdorf i część  sędziów SN (fakt, nie wszyscy) zagrożonych przymusową emeryturą nie złożyli takiej prośby w terminie, zapewne uznając, że samo złożenie prośby logicznie dopuszcza odpowiedź negatywną, co prowadziłoby do niekonstytucyjnych skutków. A skoro uchwalony przez PiS przepis stoi w sprzeczności z Konstytucją, której jasne przepisy mają pierwszeństwo, prośby składać nie trzeba.

Moim zdaniem, prezes Gersdorf postąpiła słusznie.

Dlaczego dr Duda nie wydał postanowienia?

Art. 39 znowelizowanej przez PiS ustawy o Sądzie Najwyższym stwierdza, że 

Datę przejścia sędziego Sądu Najwyższego w stan spoczynku albo przeniesienia sędziego Sądu Najwyższego w stan spoczynku stwierdza Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej.

Jeszcze wczoraj przedstawiciele Kancelarii Prezydenta buńczucznie zapowiadali, że dr Duda wyda postanowienie odsyłające prezes Gersdorf na emeryturę. Dzisiaj Andrzej Duda zmienił zdanie: on i jego urzędnicy twierdzą, że prezes Gersdorf przechodzi na emeryturę z mocy prawa i żadnego postanowienia prezydenta nie trzeba, tym bardziej, że dr Duda powiedział pani prezes Gersdorf, że od jutra będzie ona na emeryturze. 

Nic podobnego. Na takim poziomie, w odniesieniu do najwyższych, opisanych w Konstytucji urzędów, nic nie może być na gębę. Art. 144 ust. 1 stwierdza, że 

Prezydent Rzeczypospolitej, korzystając ze swoich konstytucyjnych i ustawowych kompetencji, wydaje akty urzędowe.

Akt urzędowy musi mieć formę pisemną. Co więcej, następny przepis Konstytucji - Art. 144 ust 2. - wymaga, aby taki akt miał kontrasygnatę premiera:

Akty urzędowe Prezydenta Rzeczypospolitej wymagają dla swojej ważności podpisu Prezesa Rady Ministrów, który przez podpisanie aktu ponosi odpowiedzialność przed Sejmem.

Jak widać, PiSowska ustawa wymaga od prezydenta stwierdzenia, że Pierwsza Prezes SN (i inni sędziowie) przechodzą w stan spoczynku. Stwierdzenie to musi mieć formę aktu urzędowego (Art. 144 ust. 1 Konstytucji), który dla swojej ważności wymaga podpisu premiera (Art. 144 ust 2.). Nie da się jednak podpisać decyzji wyrażonej ustnie.

Dlaczego dr Duda zmienił zdanie i postanowił aktu urzędowego nie wydawać? Otóż moim zdaniem dr Duda, równie odważny, co niezłomny, w ostatniej chwili zorientował się, że podpisany akt urzędowy, w sposób oczywisty gwałcący Art. 180 ust. 1 i Art. 183 ust. 3 Konstytucji, stanowiłby w przyszłości dowód w postępowaniu przed Trybunałem Stanu. Niezłomny dr Duda wolał więc złamać własną (!) ustawę o SN niż dostarczyć przeciwko sobie dowodów. Ale postępowania przez Trybunałem Stanu pan Duda i tak, mam nadzieję, nie uniknie.

I choć moim zdaniem decydująca była odwaga pana Dudy, możliwe jest wszakże, że dr Duda dowiedział się, że nie uzyska kontrasygnaty premiera Mateusza Morawieckiego. Plotka głosi, że Morawiecki dogadał się z Fransem Timmermansem, iż Polska jednak zdecyduje się na ustępstwa wobec Komisji Europejskiej, wycofując się z najbardziej niekonstytucyjnych przepisów ustawy o SN; dlatego rzekomo Komisja Europejska do ostatniej chwili czekała ze wszczęciem postępowania przeciwko Polsce przed Trybunałem Sprawiedliwości Unii Europejskiej. Podpis Morawieckiego na niekonstytucyjnym akcie odsyłającym sędziów na emeryturę oczywiście niweczyłby te (hipotetyczne) nieformalne ustalenia.

Tak czy siak, brak prezydenckiego aktu urzędowego pozwala pani prezes Gersdorf i pozostałym sędziom twierdzić, że nawet w myśl PiSowskiej ustawy o SN nie zostali oni odesłani w stan spoczynku.

środa, 06 czerwca 2018

Na Uniwersytecie Warszawskim trwa protest przeciwko reformie nauki, przygotowanej przez wicepremiera Jarosława Gowina, który swoją reformę nazywa "Konstytucją dla nauki" lub "Ustawą 2.0". Wcześniej protesty, choć bez strajków okupacyjnych, odbywały się w innych miastach, na przykład w Białymstoku. Protestujący twierdzą, że proponowana przez Gowina reforma zaszkodzi nauce, doprowadzi do upadku mniejszych uczelni, odda uczelnie pod niczym nieskrępowaną władzę rektorów i upolityczni uczelnie; ten ostatni zarzut jest, moim zdaniem, chybiony.

Komentowałem już gdzie indziej i wiele razy, ale chętnie powtórzę: Merytoryczna zawartość ustawy - czy pomoże ona, czy też wręcz przeciwnie, zaszkodzi, polskiej nauce i szkolnictwu wyższemu -  nie ma żadnego znaczenia. Liczy się tylko wola polityczna i dlatego nie komentuję tu szczegółowych rozwiązań (niektóre uważam za fatalne, niektóre za akceptowalne). Dla Gowina uchwalenie tej ustawy to sprawa honoru, nawet gotów był na publiczne upokorzenie "głosował, ale nie klaskał", byle tylko nie narazić się Jarosławowi Kaczyńskiemu. Kaczyński, którego treść ustawy nic a nic nie obchodzi, doszedł do wniosku, że tych kilku-kilkunastu Gowinowych posłów i zachowanie wizerunku "zjednoczonej prawicy" są ważniejsze, niż protesty skądinąd w większości przychylnych PiSowi uczelni regionalnych i przedstawicieli wydziałów humanistycznych. Protesty idące ze środowisk otwarcie propisowskich, w tym uczelnianych związków zawodowych, były zresztą stonowane i głównie szły w kierunku wykazania, że projekt Gowina sprzeniewierza się ideałom PiSu, a Gowin to liberał i krypto-Platforma.

Za PRLu uczelnie regionalne miały kształcić kadry - nauczycieli, inżynierów, urzędników - na potrzeby lokalnego rynku, ale bardziej elitarne kierunki - prawo, medycyna, także "wysoka" humanistyka oraz prestiżowe kierunki techniczne i ścisłe - zarezerwowane były dla wielkich miast. (Pewnie dlatego, że władzom wydawało się, że w ten sposób łatwiej będzie je kontrolować.) Po '89 to się zmieniło, nauka i edukacja wyższa zdekoncentrowały się i zdemokratyzowały, o wiele więcej osób studiuje, powstały nowe uczelnie, niektóre ośrodki regionalne zyskały znaczenie ponadlokalne. Otóż reforma Gowina, choć nikt nie mówi tego wprost, ma na celu przywrócenie modelu PRLowskiego: liczba studentów ma się zmniejszyć, małe ośrodki, o ile jakimś cudem nie doszlusują do europejskiego poziomu, mają jedynie kształcić na potrzeby lokalne, natomiast nauka - jeśli się da, to na przyzwoitym poziomie - i kształcenie elitarne mają być skoncentrowane w kilku ośrodkach metropolitalnych. 

I choć rzeczywiście można w tym upatrywać naiwny neoliberalizm, jest to raczej ideologiczny powrót do modelu gomułkowsko-gierkowskiego, co w zasadzie powinnno się PiSowi podobać.

Ale się nie podoba. Jednak Kaczyński postanowił zignorować wszelkie protesty i kazał głosować za ustawą w brzmieniu Gowina, zakładając, że Polska prowincjonalna i nieszczęsna propisowska profesura i tak zagłosują na PiS, no bo na kogóż innego mieliby głosować? A protesty ze środowisk niepisowskich łatwo odrzucić jako "polityczne".

I wszystko było pięknie, wola mocy Kaczyńskiego tryumfowała, ale cóż za pech, Kaczyńskiego rozbolało "kolano" i zniknął. Ustawa miała być szybciutko uchwalona w maju, ale skrócono posiedzenie Sejmu, wewnątrzpisowscy przeciwnicy zaczęli podnosić głowy, dr Duda wpadł na pomysł, że może zyska jakąś popularność wśród uczelni regionalnych przedstawiając się jako obrońca ich interesów, dopuszczono do publicznych protestów i sprawa się sypie. Gowin zgłasza poprawki, potem poprawki do poprawek, teraz zapowiada poprawki trzeciego rzędu, nikt (!) chyba nie orientuje się w aktualnym kształcie projektu i naprawdę nie wiadomo, co z tego wyniknie. Jeśli Kaczyński wyleczy sobie "kolano", to jakoś to ogranie, chyba że będzie miał inne priorytety, ale jeśli ból "kolana" będzie się przedłużał, to diabli wiedzą, co będzie. Sejm albo coś uchwali - ale w jakim brzmieniu? - po czym zaczną się analogiczne korowody w Senacie, albo odłoży ad calendas graecas. Do oficjalnego odrzucenia ustawy ze względów prestiżowych nie dopuszczą.

Gowin cały czas będzie robił dobrą minę, no chyba że ból "kolana" przedłuży się ponad wszelką miarę, bo wtedy reszta PiSu zacznie Gowina otwarcie kontestować. Wówczas Gowin spróbuje coś ugrać z Adrianem. Taki sojusz dwu krakowskich doktorów nam się szykuje.

Jarosław Gowin po głosowaniu nad ustawą o SN

Jarosław Gowin głosował za ustawami sądowymi, ale nie klaskał.

wtorek, 17 kwietnia 2018

ImhotepBiblijny patriarcha Józef, podstępnie sprzedany w niewolę do Egiptu, słynął ze swej umiejętności interpretowania snów. Zinterpretował też sen dręczący faraona: o siedmiu tłustych krowach pożartych przez siedem krów chudych, które wyszły z wód Nilu. Józef zrozumiał (Rdz. 41:25-36), że sen ten zapowiadał siedem lat urodzaju, po których miało nastąpić siedem lat nieurodzaju i głodu. Faraon mianował Józefa swoim wezyrem, ten zaś kazał w latach urodzaju gromadzić zapasy, które pozwoliły Egipcjanom przetrwać lata głodu, które rzeczywiście nadeszły. Winter is coming, czy komuś coś to mówi?

W starożytności zbiory w Egipcie zależały od corocznych wylewów Nilu. Wysoki wylew oznaczał znaczne użyźnienie i nawodnienie pól, a więc obfite zbiory. Niski wylew, przeciwnie, oznaczał suszę, nieurodzaj i widmo głodu.

Wylewy Nilu zależą od opadów w Etiopii, w dorzeczu Nilu Błękitnego. Poziom opadów z kolei zależy od bardzo wielu złożonych i wzajemnie na siebie wpływających zjawisk meteorologicznych i klimatycznych, których do dziś nie w pełni rozumiemy. Możemy przyjąć, że poziom corocznych opadów na etiopskich wyżynach, a zatem poziom wylewów Nilu, a zatem obfitość zbiorów, są zjawiskami losowymi. W "prawdziwie losowym" ciągu zdarzeń spodziewamy się jednak, że poprzednie zdarzenia znikomo wpływają na następne: po roku obfitego wylewu równie dobrze może nastąpić kolejny obfity wylew, co i wylew niski. Tak jednak nie jest: Po wysokim wylewie raczej następuje kolejny wysoki wylew, po wylewie niskim - raczej kolejny niski, po czym po kilku latach sytuacja gwałtownie się zmienia. We współczesnym języku mówimy, że w ciągu wylewów Nilu występują długoczasowe korelacje. Po kilku latach obfitości występuje kilka lat nieurodzaju, po czym znów kilka lat obfitości i tak dalej. Biblijna opowieść o Józefie dowodzi, że już w starożytności ludzie byli świadomi tego faktu, a był on dla nich tak ważny, że postanowili zapisać go w literackiej formie w swojej świętej księdze.

Jeśli dokonamy kilku (poważnych!) uproszczeń matematycznych i ograniczymy się do ciągów losowych, mogących jedynie przybierać wartości (-1,+1) - lub "niski wylew" i "wysoki wylew" -  środkowa krzywa na poniższym rysunku odpowiada "prawdziwie losowemu" brakowi korelacji: po liczbie +1 może z równym prawdopodobieństwem wystąpić tak +1, jak i -1, i na odwrót. Nie ma długoczasowych zależności, choć oczywiście zdarzają się pewne sekwencje kolejnych wysokich, bądź niskich, wylewów. 

Ciągi losowe o różnych wykładnikach Hursta

Najniższa krzywa obrazuje "efekt Józefa" (termin ten wprowadził Benoit Mandelbrot, urodzony w Polsce, ale pracujący we Francji i Stanach Zjednoczonych matematyk, twórca teorii fraktali): Ciąg ma tendencję do utrzymywania takiej samej wartości przez dłuższy czas. Z kolei krzywa najwyższa opisuje sytuację odwrotną: ciąg ma tendencję do zmieniania wartości na przeciwną w każdym kroku, dlatego też bardzo rzadkie są sytuacje, w których taka sama wartość utrzymuje się przez dwa kroki lub dłużej; tego typu ciągi losowe nazywa się niekiedy szumem błękitnym.

Przesuńmy się w czasie o jakieś 3500 lat. W połowie XX wieku brytyjski hydrolog, Howard Hurst, pracował nad projektem Wielkiej Tamy w Asuanie. Egipt postanowił przegrodzić Nil potężną tamą, aby mieć stałe źródło wody, a jeszcze energię elektryczną, której szybko rozwijający się kraj bardzo potrzebował. Rzecz w tym, że nie można było zbudować tamy ani zbyt niskiej, bo obfity wylew by ją przelał, powodując katastrofę, ani zbyt wysokiej, bo jej budowa byłaby bardzo kosztowna i ciągnęłaby się dłużej, niż Egipt mógł sobie na to pozwolić. Tama powinna też utrzymać zapas wód do wykorzystania w roku niskich opadów. Pożądana wysokość tamy zależała od spodziewanych najwyższych wód Nilu. Tylko jak oszacować, a co ważniejsze, przewidzieć wysokość wylewu rok do roku?

Hurst posłużył się historycznymi danymi o corocznych poziomach Nilu, pieczołowicie gromadzonymi w średniowieczu przez arabskich władców Egiptu. Okazało się, że wykazują one długoczasowe korelacje, zupełnie jak w biblijnej opowieści o Józefie. Hurst opracował matematyczny model tego zjawiska, a także wprowadził parametr - zwany dziś wykładnikiem Hursta - stanowiący jego ilościową miarę, przybierający wartości z przedziału (0,1). Wykładnik Hursta H=0.5 odpowiada "prawdziwie losowemu" ciągowi bez żadnych zależności czasowych (środkowa krzywa powyżej). Wykładnik Hursta H>0.5 odpowiada "efektowi Józefa" (najniższa krzywa na rysunku powyżej, H=0.85). Wykładnik Hursta H mniejszy od 0.5 odpowiada przypadkowi, w którym ciąg losowy ma tendencję do zmiany wartości na przeciwną w każdym kroku (najwyższa krzywa na rysunku powyżej, H=0.15).

Nile minima

Dane, z których korzystał Howard Hurst: Najniższe poziomy Nilu w latach 622-1281. H≈0,72.

Wyposażony w tę wiedzę, Hurst mógł zaproponować najbardziej odpowiednią i bezpieczną wysokość tamy w Asuanie.

Później okazało się, że tego typu długoczasowe zależności dotyczą nie tylko wylewów Nilu, ale też zjawisk hydrologicznych w innych rzekach i zbiornikach wodnych (na przykład dzienne przepływy wody w Warcie tworzą ciąg o H≈0,84 - Radziejewski i Kundzewicz, 1997), w ilości plam słonecznych, w układach słoi (rocznych przyrostów) drzew, w ruchu ulicznym, telekomunikacyjnym i internetowym, w falach mózgowych, w pewnych procesach ekonomicznych i finansowych, a także w jeszcze innych sytuacjach. Procesy losowe prowadzące do występowania długoczasowych korelacji nazywane są szumami fraktalnymi. Badanie takich procesów i ich wpływu na wiele zjawisk jest ważnym zagadnieniem leżącym gdzieś na styku matematyki stosowanej, fizyki i różnych nauk szczegółowych. 

Nie wiemy, czy patriarcha Józef rzeczywiście istniał - niektórzy utożsamiają go z Imhotepem, wezyrem Egiptu, lekarzem i budowniczym piramidy schodkowej faraona Dżesera- ale jego opisana w Biblii historia uczy nas dwóch rzeczy: Po pierwsze, już w głębokiej starożytności ludzie zdawali sobie sprawę z istnienia długoczasowych korelacji w ważnych zjawiskach przyrodniczych. Po drugie, że w latach prosperity należy oszczędzać, aby przygotować się na nadchodzące lata niedostatku. Pod tym względem Józef wykazał się wyjątkową przezornością, przeciwną do "naturalnej" skłonności wielu ludzi - a nawet całych państw! - aby cieszyć się z dzisiejszego dostatku i nie martwić się, co będzie w przyszłości, gdy, na przykład, światowa koniunktura gospodarcza się odwróci lub wystąpią nieoczekiwane zakłócenia. To bardzo krótkowzroczna, wręcz niebezpieczna polityka. Biblia, poprzez przykład patriarchy Józefa, uczy nas, że nie tak powinniśmy postępować.

czwartek, 12 kwietnia 2018

PiSowska większość w Sejmie właśnie zgodziła się na zatrzymanie i tymczasowe aresztowanie posła Platformy, Stanisława Gawłowskiego, pod dętymi zarzutami korupcyjnymi (Gawłowski już trzy miesiące temu sam zrezygnował z immunitetu, ale nadzorowana przez pana Zbyszka prokuratura nie postawiła mu od tego czasu żadnych zarzutów, nie dając mu tym samym możliwości obrony). Przypominam, że kilka tygodni temu PiSowska większość w Senacie nie zgodziła się na zatrzymanie i tymczasowe aresztowanie swojego partyjnego kolegi, Stanisława Koguta, nad którym ciążą bardzo dobrze udokumentowane zarzuty. Jednocześnie PiSowska większość uchyliła immunitety posłów Nowoczesnej, Kamili Gasiuk-Pihowicz i Ryszarda Petru, gdyż PiSowscy aparatczycy poczuli się dotknięci ich słowami.

PiS robi to, żeby przykryć swoje klęski na wszystkich innych polach: kryzys w relacjach dyplomatycznych i wynikające stąd międzynarodowe osamotnienie Polski, skandal z nagrodami, które ministrowie PiSu sami sobie poprzyznawali i ordynarną, chamską pazerność członków PiSu, jaka przy okazji wyszła na jaw, całkowite załamanie PiSowskiej narracji smoleńskiej, okraszone zbudowaniem pomnika "bez żadnego trybu", nepotyzm, kolesiostwo i zawłaszczanie publicznych pieniędzy na skalę, jakiej po '89 w Polsce nie widzieliśmy, ukrywanie majątku przez premiera Morawieckiego, wciąż niewyjaśnione zarzuty o nielegalny lobbying wokół zamówień wojskowych, podejrzenia, że PiSowscy funkcjonariusze chcieli zarobić (być może nie dla siebie, ale dla partii) na warszawskiej aferze reprywatyzacyjnej, uwikłanie PiSowskiej spółki Srebrna w tęże aferę i plany "optymalizacji podatkowych" za pomocą cypryjskich spółek, setki tysięcy z publicznych pieniędzy wylatane klasą biznes przez PiSowską senator Anders, miliony wydawane na ochronę prezesa, systematyczne pogarszanie się kondycji nadzorowanych przez PiSowskich nominatów firm państwowych i jeszcze wiele, wiele innych podobnych zaszłości. Oraz spadające sondaże. Nie wiem, czy PiS się tego wstydzi, zapewne nie, ale słusznie obawia się, że zniechęci to do niego wyborców. A nie mogąc na argumenty pokonać politycznych przeciwników, postanowił ich zastraszyć przy użyciu prokuratury, dając zarazem do zrozumienia, że opozycja to straszni złodzieje.

PiS może to teraz zrobić, bo, łamiąc konstytucję, całkowicie podporządkował sobie prokuraturę i władze wielu sądów, a ma też nadzieję, że dostatecznie wielu sędziów poczuło się na tyle zastraszonych, że będą teraz wydawać wyroki, jakich oczekuje od nich partia. Po to PiSowi potrzebny był niekonstytucyjny, niegodny kraju cywilizowanego zamach na wymiar sprawiedliwości: Po to, aby można był się zemścić na Platformie, szczególnie na Donaldzie Tusku, a także by móc zastraszać opozycję. Na Tusku - na razie chroni immunitet, którego, cóż za niesprawiedliwość, PiS nie może uchylić -  PiS chce się zemścić za lata politycznych klęsk, za to, że Tuska i jego zwolenników lubią na świecie, a PiSu nikt nie lubi, wreszcie za wypierane wyrzuty sumienia Jarosława Kaczyńskiego, który wysłał brata do Smoleńska. Zemsta i możliwość zastraszania opozycji to były cele zasadnicze. Celem drugorzędnym była pomoc w załatwianiu osobistych interesów przez funkcjonariuszy partyjnych. Całe gadanie o walce z mafią sędziowską, demokratyzacji procedur i przyspieszeniu postępowań to był pic na wodę, fotomontaż. Kto tego nie dostrzega, niech przestanie żyć w zakłamaniu i przejrzy na oczy. Kto to dostrzega i nie przeszkadza im to - hańba wam!

Ponurej ironii całej sprawie dodaje, iż twarzą PiSowskiego ataku na wymiar sprawiedliwości był Stanisław Piotrowicz, prokurator stanu wojennego i członek egzekutywy Komitetu Wojewódzkiego PZPR, który później, też jako prokurator, próbował oczyścić z zarzutów księdza-pedofila twierdząc na przykład, że ksiądz wkładał dziewczynkom ręce do majtek w ramach bioenergoterapii. A dziś szpeci Sejm swoją pełną zakłamania facjatą.

Ale nad wszystkim stoi i ostatecznie za wszystko odpowiada zły człowiek: Jarosław Kaczyński.

Stanisław Piotrowicz i Jarosław Kaczyński

Źli ludzie: prokurator Piotrowicz i poseł Kaczyński

poniedziałek, 02 kwietnia 2018

Dunedin ConsortPoniedziałek, 26 marca: George Frederic Haendel, Mesjasz, Dunedin Consort plus soliści, dyrygował John Butt.

Niedziela Wielkanocna, 1 kwietnia: George Frederic Haendel, Samson, Dunedin Consort, Chór Polskiego Radia plus soliści, dyrygował John Butt.

Z pewnych względów nie uczestniczyliśmy w tym sezonie w (odmienionym) cyklu Opera Rara, a z Misteriów byliśmy tylko na dwóch wielkich oratoriach Haendla. 

Zacznę od Mesjasza: Bardzo piękne, nieco ascetyczne wykonanie, niezwykle delikatnie i precyzyjnie zagrane. Bardzo podobał mi się skromny, ośmioosobowy chór - na niektórych spektaklach widzi się chóry rozbudowane do monstrualnych rozmiarów, a w Mesjaszu wcale to nie jest potrzebne! Solistami byli członkowie chóru, czy też może soliści byli jednocześnie chórzystami. Słuchając koncertu na żywo żałowałem, że niektórzy śpiewacy mieli trochę cichsze głosy i było ich gorzej słychać. Fragmenty tego (!) wykonania zostały już umieszczone w sieci i tam oczywiście słychać wszystko świetnie. Zastanawiam się, co jest lepsze: czy niedoskonałe pod względem technicznym wykonanie na żywo, bo jest "prawdziwe", bo dzieło było przeznaczone do takich właśnie wykonań, czy też technicznie znakomite, bo poddane obróbce przez wybitnych inżynierów dźwięku nagranie, gdyż, w domniemaniu, lepiej oddaje zamiary kompozytora? Nie wiem, nie powiem więc niczego odkrywczego: i to, i to jest ważne, najlepiej wysłuchać jednego i drugiego.

Aha, w kościele św. Katarzyny było cholernie zimno - taki już urok tego kościoła - i to nieco przeszkadzało w słuchaniu.

A wczoraj Samson. O ile Mesjasz jest znany i ceniony uniwersalnie, o tyle Samson ma w pewnym sensie status narodowej świętości brytyjskiej. Nie wiem, dlaczego tak jest, nawet nie wiem, skąd to wiem, ale tak jest. To jest dobra muzyka, biblijna historia jest dobrze znana, ale dzieło jest po prostu za długie.

Pierwszy akt jest, co tu dużo mówić, nudny, z dokładnością do jednej arii, Total eclipse: oślepiony przez Filistynów Samson rozpacza nad utratą wzroku. Drugi akt jest znacznie ciekawszy: poczwórna aria Dalili (tak, w Samsonie niczego nie mówi się raz, trzeba powtórzyć dwa lub trzy razy; czwarta aria wyraża inne uczucia, niż trzy pierwsze), po czym kilka ciekawych arii na głosy męskie. Akt trzeci znów taki sobie. Chór, reprezentujący trzy chóry z libretta (chór Filistynów, chór Izraelitów, chór dziewic), jest ciekawy, ale jego partie nie są tak porywające, jak, powiedzmy, w Mesjaszu, a choćby i w Jefcie.

Libretto, inaczej niż w popularnych wykładach z religii, skupia się na winie Samsona: On bowiem, obdarzony nadnaturalną siłą przez Boga, poniekąd ten dar zaprzepaścił, gdyż zamiast poświęcić się służbie narodowi, zakochał się w kobiecie, w dodatku obcej, Filistynce, i zdradził jej tajemnicę swojej mocy, co go przywiodło do upadku. W tekście są liczne fragmenty tak mizoginiczne, że dzisiaj z trudem mogły by się pojawić w przestrzeni publicznej. Choć może w bardzo współczesnej Polsce owszem, tak: ten prymat Narodu, obowiązek służenia Narodowi, nieufność do obcych, skrajna nieufność do kobiet - o ile nie są to narodowe dziewice składające hołd na grobie narodowego bohatera - zapewne pozytywnie rezonują w licznych i dość wpływowych kręgach. Nawet Bóg jest wyłącznie plemiennym Bogiem Izraela, nie jakimś tam niezrozumiałym Bogiem uniwersalnym. Bóg Izraela miałby być też Bogiem Filistynów?! No coś podobnego!

Wykonawczo koncert bez żadnych zastrzeżeń, a najmocniejszym punktem ponownie była orkiestra. Tylko rzecz jest potwornie długa i przegadana, pełna niepotrzebnych powtórzeń. Ja rozumiem, John Milton i Samson Agonistes, ale dla współczesnego słuchacza to oratorium jest bardzo nużące.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 33