Kategorie: Wszystkie | Edukacja | Fizyka | Kryzys | Literatura | Muzyka | Polityka | Rozmaitości
RSS
poniedziałek, 25 stycznia 2010

Wysłuchałem dziś całkiem poważnego referatu na temat BCI, Brain-Computer Interface. Prelegent, żeby zainteresować publiczność, opowiadał - całkiem niepotrzebnie i całkiem bez związku z dalszą częścią seminarium - że nauka potrafi już robić nie-sa-mo-wi-te rzeczy, w szczególności wypreparować mózg szczura, utrzymywać ten mózg przy życiu i sprawić, że będzie on sterował robotem. Prelegent pokazał nam nawet film (na YouTube jest tego więcej)...

...i pozwolił sobie na komentarz, że robot naprawdę zachowuje się jak szczur. Rzeczywiście, sposób filmowania i muzyka nasuwają skojarzenia z zachowaniem przerażonego, usiłującego uciec zwierzęcia.

Wydało mi się to ze wszech miar obrzydliwe. Poczułem autentyczną repulsję na myśl o działaniach tych naukowców. Jakiś straszny, bezsensowny wiwisekcjonizm, robiony bez żadnego celu, tylko po to, żeby pokazać, jacy jesteśmy technicznie sprawni: no patrzcie państwo, takie rzeczy umiemy zmajstrować! Okrutna sztuczka cyrkowa. Na szczęście okazało się, że prelegent przesadził - nie mózg szczura, ale tkanka mózgowa, wydobyta ze szczurzego płodu. Tkanka rozrasta się na szalce Petriego, tworzy połączenia, a dzielni uczeni przyłączają do niej elektrody i - dalej nie wiedząc, jak to działa - pozwalają nieszczęsnej tkance sterować robotem. Tutaj jest poważny artykuł na ten temat, opublikowany w PLoS Computational Biology, ale media oczywiście piszą o robocie z mózgiem szczura. Nawet zamieszczony filmik ma tytuł Rat Brain Robot. Cóż, media lubią epatować i lubią uproszczenia.

To, co autorzy tych eksperymentów naprawdę robią, jest mniej okrutne, a więc nieco mniej obrzydliwe, niż to, co prelegent chciał nam wmówić, ale zanim to sobie wszystko wyguglałem, wymyśliłem taki oto szkic opowiadania SF:

Pewne laboratorium zajmuje się budową robotów-cyborgów, sterowanych wypreparowanymi, żywymi mózgami szczurów. Roboty umieją unikać przeszkód, poruszać się po labiryncie, poszukiwać, dążyć do celu. Marzeniem naukowców jest budowa robotów, które umiałyby coś więcej, na przykład rozpoznawać litery lub choćby piktogramy, robotów, z którymi możnaby się komunikować. Ba, ale skąd wziąć odpowiedni mózg? I tu okazuje się, że szef laboratorium, szanowany naukowiec, ma raka trzustki. Zostało mu jeszcze trzy, może cztery miesiące życia, które spędzi albo w straszliwych męczarniach, albo ogłupiony środkami znieczulającymi, bez kontaktu z rzeczywistością. Naukowiec postanawia ofiarować siebie – swój mózg – swojemu laboratorium. Przyjaciele odmawiają go, przecież szczurze mózgi sterujące robotami żyją krótko, najwyżej kilka tygodni. Nie szkodzi, mówi naukowiec, przeżyję ten czas bez cierpienia, w dodatku robiąc coś pożytecznego dla nauki. W końcu wszyscy się zgadzają, naukowiec zostaje znieczulony, jego mózg operacyjnie wyjęty, umieszczony w słoju z pożywką. Wszystkie elektrody podłączono, uruchomiono robota. Bo początkowej konfuzji robot zaczyna w kółko wskazywać litery KILLME, KILLME. Cierpienie mózgu jest wielekroć większe, niż cierpienie umierającego na raka.

Copyright © 2010 PFG.

To nie byłoby dobre opowiadanie, ale gdyby ktoś je sprawnie napisał, byłoby sprzedawalne. Wszelkie skojarzenia z potwornym filmem Johnny Got His Gun, albo z tym opowiadaniem Ze wspomnieć Ijona Tichego Lema, w którym facet skonstruował nieśmiertelną duszę swojej żony, w postaci niezniszczalnego, zielonkawo połyskującego kryształu, są jak najbardziej na miejscu.

wtorek, 19 stycznia 2010

Dowiedziałem się dzisiaj, że istnieje literatura ergodyczna. Pojęcie to wprowadził Espen Aarseth, teoretyk cybertekstu i nowych mediów. W swojej książce Cybertext pisał tak:

In ergodic literature, nontrivial effort is required to allow the reader to traverse the text. If ergodic literature is to make sense as a concept, there must also be nonergodic literature, where the effort to traverse the text is trivial, with no extranoematic responsibilities placed on the reader except (for example) eye movement and the periodic or arbitrary turning of pages.

Usiłowałem sobie wyobrazić przykład ergodycznego odczytania tesktu. Pierwszym obrazem, jaki mi przyszedł do głowy, był oprawca, który bije cię w miarę czytania, ale gdybyś przestał czytać, oprawca pobiłby cię mocniej, a może nawet zabiłby. Czytasz więc, choć musisz dokonywać wysiłku, aby nie zemdleć z bólu i czytać dalej. Okropne.

Ale tu przyszło olśnienie. Przypomniałem sobie scenę (J 8,6n), w której do Jezusa przyprowadzono jawnogrzesznicę, którą chciano ukamienować. Jednak  Jezus, nachyliwszy się, pisał palcem po ziemi, na który to widok wszyscy, jeden po drugim, odeszli. Powszechnie rozumie się, że Jezus wypisywał grzechy tych, którzy nieszczęsną chcieli kamienować. Pomyślmy, aby odczytać, co Jezus napisał, trzeba było zainteresować się tym dziwnym zachowaniem, podejść, nachylić się, spojrzeć Jezusowi przez ramię, czytając spieszyć się, bo wiatr rozwiewał zapisane słowa, wreszcie podjąć moralny trud uznania swoich win. Toż to był nie lada wysiłek! Nie może być inaczej, Ewangelia św. Jana przedstawia Jezusa jako prekursora literatury ergodycznej.

Stwierdziłem przy okazji, że poświęcona literaturze ergodycznej strona w wiki wymienia wiele przykładów, od I Ching poczynając (I Ching jest cybertekstem, gdyż zawiera reguły swego własnego odczytania), ale nie zauważa Julio Cortazara - ani Gry w klasy, ani 62. Modelu do składania. "Zawiera reguły swego własnego odczytania". Widać literatura iberoamerykańska nie jest znana współczesnym teoretykom gier komputerowych.

***

Muszę podać kontekst tego wpisu. Otóż nasz Wydział dostał grant europejski, który ma, między innymi, sfinansować studia z zakresu projektowania gier komputerowych i gier wideo. Oprócz informatyków, z grantu ma być zatrudnionych kilkoro kulturoznawców (!). Dzisiaj odbywały się przesłuchania kandydatów, przesłuchiwała komisja, w skład której wchodzili też ludzie z Instytutu Sztuk Audiowizualnych UJ. (Kilkoro kandydatów było, jak mi się wydaje, nadspodziewanie dobrych.) Pani-kluturoznawca z komisji kilkakrotnie w rozmowach z kandydatami powoływała się na rzeczonego Aarsetha, a gdy użyła terminu język ergodyczny, to, wiedząc, co ergodyczny naprawdę znaczy, postanowiłem sprawdzić. No i dowiedziałem się powyższego.

Ponadto dowiedziałem się dzisiaj o istnieniu nieusuwalnego konfliktu pomiędzy podejściem narracyjnym a ludologicznym w teorii gier. Ha! A, teoria gier też znaczy co innego, niż tego się można było spodziewać. Jakżeby inaczej.

Jestem przekonany, że gdybym był kulturoznawcą, wpadł na mój pomysł połączenia Jezusa z literaturą ergodyczną i napisał o tym artykuł, byłby to poważny artykuł naukowy. Ważna pozycja w dorobku.

Z całym szacunkiem dla poznanych dzisiaj kulturoznawców, którzy wyglądają na miłych i dobrze w swoim fachu wykształconych ludzi, uważam, że to wszystko jest straszliwy, postmodernistyczny, beztreściowy, karmiący się zapożyczeniami terminologicznymi bełkot. Kontekst, który obnażył Sokal.

P.s. Jeśli kogoś zainteresuje użyty w cytacie z Aarsetha przymiotnik extranoematic, uprzejmie informuję, że poświęcona literaturze ergodycznej strona wiki odsyła po wyjaśnienie tego wyrazu do wikisłownika, który jako "most notable" przykład jego użycia wymienia... Cybertex, odsyłając do poświęconej Aarsethowi strony wiki, która podlinkowuje pierwszy rozdział Cybertekstu, gdzie się owo extranoematic pojawia. Zaiste, cybertekst, "zawierający reguły swojego własnego odczytania". Tropienie znaczenia extranoematic przypomina mi Lemowską historię sepulek. Wnoszę zatem, iż także Stanisława Lema, wielkiego wizjonera, należy zaliczyć do prekursorów literatury ergodycznej.

wtorek, 12 stycznia 2010

Platformie spada poparcie, i to znacznie. Platformersi bronią się, że to zdarzenie jednorazowe, "zmęczenie materiału", późne skutki afery hazardowej, słabość, jaką Platforma okazała w przegranym głosowaniu nad przywróceniem Kempy i Wassermana do komisji hazardowej, a w ogóle winien jest poseł Mirosław Sekuła, który w dość niezręczny sposób najpierw ich z komisji wyrzucił. Politycy Platformy, na przykład HGW, mają przy tym na myśli sposób, nie fakt wyrzucenia posłów PiSu.

Wasserman i Kempa zdecydowanie nie mieszczą się w mojej bajce - choć przyznam, że inni działacze PiSu budzą u mnie jeszcze większą niechęć - ale wyrzucenie ich było poważnym błędem. Jeżeli PiS takich wystawił i jeżeli Platforma nie wysunęła przeciwko nim formalnych obiekcji (że sami decydowali w sprawach, które teraz mają badać) jeszcze przed zatwierdzeniem składu komisji, trzeba było tolerować ich obecność. Bzdurzyliby i przeszkadzali, trudno, ichnie zbójnickie prawo, w dodatku to PiSowi możnaby było wówczas zarzucić, iż spowalnia prace komisji. Ich wyrzucenie, nawet jeśli oparte na autentycznych, choć późno zauważonych podstawach prawnych, wywołuje wrażenie, że Platforma jednak nie chce sprawy hazardowej wyjaśnić. A przecież to właśnie zgoda na wyjaśnienie, na powołanie komisji śledczej sprawiły, że Platforma wyszła z afery hazardowej bez większego szwanku. Ha, zdawało się, że wyszła, teraz bowiem publiczność odnosi wrażenie, że zgoda na komisję była fałszywa i że Platforma w rzeczywistości chce grzechy swoich posłów ukryć.

I jeszcze to małostkowe czepianie się Kempy czy ma prawo nazywać się "prawnikiem". Wstyd, panie pośle Sekuła, wstyd.

Tak zachowywał się PiS. Korzystając z prawa większości, nie dbając o ochronę praw mniejszości, dowolnie zmieniał składy komisji sejmowych, gdy tylko wydawało się, że coś może pójść nie po ich myśli (tak było na przykład z komisją Samorządu Terytorialnego, kierowaną wówczas przez Pawlaka). To PiS habitualnie naśmiewał się ze swoich przeciwników, starał się ich umniejszyć.

Główną zaletą Platformy Obywatelskiej jest to, że nie jest ona PiSem. Gdy Platforma zachowuje się jak PiS, niszczy swój najważniejszy atut. A szkoda byłoby, gdyby PiS miał dzięki temu odnieść sukces, gdyż PiS taki jest, Platforma zaś tylko tak się, mam nadzieję, zachowuje.