Kategorie: Wszystkie | Edukacja | Fizyka | Kryzys | Literatura | Muzyka | Polityka | Rozmaitości
RSS
niedziela, 30 stycznia 2011

Nie mam jakichś szczególnych kompetencji do wypowiadania się na temat Bliskiego Wschodu. Wszystko, co poniżej, przedstawia punkt widzenia czytelnika gazet.

W krajach arabskich wrze. Czyżby po Wiośnie (1848) i Jesieni (1989) Ludów miała nastąpić Zima Arabów? Obalono już skorumpowany rząd w jednym kraju, w Tunezji, ale niepokoje są i w Jordanii, i w Jemenie, i w Libanie (tam zresztą zawsze są jakieś niepokoje), także w Sudanie. A w Egipcie trwa rewolucja.

Prezydent Hosni Mubarak czyni ustępstwa - rozwiązał rząd, powołał wiceprezydenta, syn Mubaraka nie będzie kandydował w następnych wyborach - ale kroki, które kilka miesięcy temu być może przyjętoby entuzjastycznie, dziś są spóźnione i niewystarczające. Typowy błąd upadających królów i dyktatorów.

Kraje euroatlantyckie, umownie zwane Zachodem (choć z punktu widzenia Egiptu jest to północ), chyba nie wiedzą co robić. Owszem, rząd Mubaraka był skorumpowany, policyjny i niedemokratyczny (Mubarak rządzi nieprzerwanie od prawie trzydziestu lat, kolejne referenda, w których przedłużał swoją władzę, mogły być sfałszowane), pomysł ustanowienia w Egipcie de facto monarchii dziedzicznej (w Syrii się to udało!) nie do przyjęcia, ale rząd Mubaraka był świecki, pozwalał firmom z Zachodu robić w Egipcie interesy, najważniejsze jednak, że Mubarak utrzymywał pokój i poprawne stosunki z Izraelem. Gdyby rząd Mubaraka mieli zastąpić fundamentaliści (jedyną opozycją egipską, o której słyszałem, jest Bractwo Muzułmańskie), mogłoby być bardzo niebezpiecznie z uwagi na możliwe zaostrzenie konfliktu arabsko-izraelskiego.

Rządy Zachodu stąpają po cienkiej linie, bojąc się, żeby z jednej strony nie oddać władzy fundamentalistom, z drugiej zaś nie wpaść w pułapkę, w którą wpadały już tyle razy: Wspierają "przychylnego" sobie satrapę - przychylnego, to znaczy nie otwarcie wrogiego i pozwalającego robić interesy - który jest znienawidzony przez swój lud, więc gdy satrapa upada, lud zwraca się także przeciwko Zachodowi, całkiem słusznie czyniąc go współodpowiedzialnym za występki reżimu. Najlepszym przykładem tej sytuacji była Rewolucja Islamska w Iranie. Teraz więc kraje Zachodu wypowiadają się bardzo ostrożnie. Z punktu widzenia Zachodu najlepiej byłoby, gdyby Mubarak złagodził swój reżim, ale dotrwał do planowanych na wrzesień wyborów i pozwolił na ich uczciwe przeprowadzenie. Na to jest chyba jednak za późno.

Dwie tylko rzeczy pocieszające usłyszałem na ten temat. Po pierwsze, Mohamed El Baradei, były szef Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej, który wyrasta na przywódcę opozycji, jest co najmniej równie świecki, jak Mubarak. Bractwo Muzułmańskie nie uaktywnia się zanadto, a i El Baradei, i sami uczestnicy prostestów, mówią, że nie kierują nimi pobudki religijne, ale polityczne, społeczne i ekonomiczne. Jak właśnie przeczytałem, Bractwo Muzułmańskie powiada, że El Baradei będzie negocjował w imieniu całej opozycji. Po drugie, z depesz ujawnionych przez Wikileaks podobno wynika, że USA już od kilku lat wspierały egipską świecką opozycję.

Naprawdę zaś się wzruszyłem, gdy przeczytałem, że gmachu Muzeum Egipskiego chroni nie tylko policja, ale także kordon kilku tysięcy zwykłych ludzi, aby nie doszło do nieszczęścia takiego, jak w Bagdadzie.

Nie wiem co się stanie. Chyba nikt tego nie wie. Georges Brassens, gdyby żył, pewnie mógłby dopisać nową zwrotkę do Le roi des cons (zobacz też polską wersję - wolę tę od późniejszej).

Update, 2 lutego. Prezydent Hosni Mubarak zapowiedział, że nie będzie kandydował w nadchodzących wyborach, rozpocznie reformy, przygotuje pokojowe przekazanie wladzy, ale przed wyborami nie ustąpi ze stanowiska. Jak należało się spodziewać, Egipcjanie już się na to nie godzą. Chcą, żeby Mubarak ustąpił natychmiast.

***

Na marginesie - albo i nie na marginesie - rewolucji w Egipcie zauważam, że padł jeden z mitów dotyczących Internetu. Internet, ze swoją niecentralistyczną, hierarchiczną strukturą, miał być odporny na ataki. W Egipcie ludzie zwoływali się i przekazywali sobie wiadomości za pomocą Internetu i SMSów. I oto rząd Internet po prostu... wyłączył. To znaczy wyłączyło go pięciu głównych operatorów (przedstawicieli firm zachodnich), którzy szybciutko ulegli sugestiom władz. Tak, koncerny bez wątpienia są za wolnością słowa i swobodą w dostępie do informacji, o ile tylko nie przeszkadza to władzom, bo konflikt z władzami mógłby utrudnić robienie interesów. Widać więc, że władza, jeśli tylko otrzyma wsparcie od międzynarodowych koncernów, może Internet w całym kraju zablokować.

sobota, 29 stycznia 2011

Jeśli wierzyć internetowi, Uniwersytet Wrocławski żyje wielką aferą. Zaczęło się od portretu ustępującego rektora, prof. Leszka Pacholskiego, który zawisnąć ma w galerii portretów rektorów w sali senatu Uniwersytetu. Nie w gronostajach, ale w koszuli z krótkimi rękawami, z rektorską togą przewieszoną przez ramię. Wywołało to wielkie poruszenie. Jedni mówili, że portret świetny (mnie się bardzo podoba), inni, że to despekt i zniewaga dla Uniwersytetu. Od portretu dyskutanci przeszli do oceniania samych rządów prof. Pacholskiego - musiał ustąpić po pierwszej kadencji, niewybrany na drugą - i kondycji samej uczelni. Inni wreszcie uznają cały spór za zastępczy i gorszący.

Szczególnie głośno zabrzmiał artykuł dr. Andrzeja Dybczyńskiego, w którym ogłosił się uniwersyteckim baronem i poddał swoją uczelnię totalnej krytyce.

...określił system funkcjonowania naszego Uniwersytetu jako mieszankę feudalizmu, kapitalizmu i socjalizmu. Mieszankę najgorszych cech każdego z tych systemów. Uczelnia utrwala feudalną zależność młodszych pracowników naukowych od pracowników samodzielnych, nie oferuje jednak opieki seniora nad wasalem. Oczekuje się kapitalistycznej wydajności przy zachowaniu socjalistycznych wynagrodzeń. Konserwuje się socjalistyczne wzorce biurokratyczne, jednocześnie likwidując socjalistyczne przywileje socjalne (z trwałością zatrudnienia na czele).

Funkcjonujemy pod kloszem, utrzymywanym przez rodziców naszych studentów. Marnotrawimy pieniądze liczone w dziesiątkach milionów złotych i użalamy się nad sobą, żyjąc zastępczymi tematami i w głębi duszy nie wierząc już chyba w żadną z wartości, które lata temu, gdy opuszczaliśmy licea, kojarzyły nam się ze słowem "Uniwersytet". Na uczelnianych bankietach przepychamy się do stołów jak wygłodniała paryska tłuszcza. Z fałszywym uśmiechem mijamy na Hali Targowej lekceważących swoje obowiązki pracowników administracji. Za cóż ich winić, skoro sami lekceważymy zajęcia, a studenci śmieją się z naszych pożółkłych kartek z dwudziestoletnimi konspektami wykładów? Dla wygody bądź z politycznej kalkulacji przymykamy oczy na nieprawidłowości przy wyborach do samorządu studenckiego, demoralizując dzieciaki, których rodzice naiwnie wierzą, że trafiły one pod skrzydła elity tego kraju. Rozpisujemy grafik, by zmusić się do chodzenia na oficjalne akademickie uroczystości, bo przecież czas nam pochłania załatwianie naszych małych interesików.

(Zauważmy, że Andrzej "baron" Dybczyński postrzega funkcję uniwersytetu wyłącznie w kategoriach edukacyjnych i elitotwórczych. O badaniach naukowych nie ma mowy.)

...my nie chcemy zmian. Nasz system jest doskonały. Mamy świetnie funkcjonujące mechanizmy samooczyszczania środowiska. Wszystkie brudy skutecznie pierzemy wewnątrz, na zewnątrz chroniąc dobre imię uczelni. Nasze problemy to jakiś portret lub nazwa jakiejś sali. Debaty, które rozpalają nasze emocje, dotyczą kształtu orła w uniwersyteckim godle, malowania wizerunków profesorów na uniwersyteckim ogrodzeniu czy różnicy między słowem parametr i kryterium przy tworzeniu systemu oceny pracowników.

Rektorowi Pacholskiemu, informatykowi, też się dostało:

Rektor Pacholski próbował, z polityczną ślepotą godną informatyka i menedżerską nieudolnością godną profesora zmienić elementy tego do gruntu chorego systemu[...] jego pomysły były po prostu złe, lansowany - podobno - przez niego "anglosaski model szkolnictwa wyższego" zakończył się totalną klapą, czego najlepszym przykładem jest dramatyczna sytuacja tego szkolnictwa w Wielkiej Brytanii, najlepsze uczelnie świata wcale nie funkcjonują w sposób, który usiłuje się nam wmówić, zaś przede wszystkim funkcjonują w innym niż nasze środowisku zewnętrznym.

Atak i zarazem spowiedź Dybczyńskiego zostały w mediach przyjęte bardzo przychylnie (zobacz na przykład tutaj). Że rewolucjonista, który ryzykując nawet własną karierę ośmielił się wyjawić wstydliwą prawdę. Pewien komentator wyjaśnia jednak, że

Pacholski chciał wprowadzić na całym Uniwersytecie system, który jest na Wydziale Mat&Inf (oraz na paru innych ścisłych wydziałach), tzn. system oceny pracowników, zwalnianie nieaktywnych naukowo, zatrudnianie w ramach konkursów. Niestety wydziały humanistyczne na to się nie zgodziły, bo mają dużo studentów i pracę naukową w dupie [podkreślenie moje - pfg], w przeciwieństwie do wydziałów ścisłych. Te z kolei mają problem z naborem, nawet pomimo studiów zamawianych, mnóstwa grantów, dodatków do pensji za publikacje. Nastąpił konflikt interesów.

Nie jest przy tym jasne, czy posada samego doktora Dybczyńskiego nie jest zagrożona wobec mizerii jego dorobku naukowego i czasu, jaki upłynął od jego zatrudnienia. Być może chroni go fakt, że jest wicedyrektorem instytutu i zegar mu nie tyka z racji wypełniania obowiązków administracyjnych, być może jednak wie, że i tak będzie musiał z uczelni odejść. A skoro tak, chce to zrobić with a bang, not with a whimper.

Bardzo mi to przypomina casus Marka Migalskiego.

piątek, 28 stycznia 2011

Cóż byśmy zrobili bez YouTube? Kilka miesięcy temu zamieściłem link do wspaniałego wykonania arii Agitata da due venti, śpiewanej przez Vivikę Genaux. Na świecie są teraz dwie śpiewaczki śpiewające barokowe arie na tym poziomie: Vivica i Cecilia Bartoli. Na YouTube znałem tylko jedno stare nagranie tej arii w wykonaniu Cecilii. Śpiewa pięknie, ale nigdy mnie to wykonanie nie porywało - może dlatego, że kapela bardzo słaba, może dlatego, że choć śpiew piękny, interpretacja jednak dosyć konwencjonalna.

Dzisiaj jednak znalazłem nagranie z koncertu, który widziałem kiedyś w Mezzo:

Nie da się ukryć, Cecilii przybyło kilogramów, głos ma też jakby nieco słabszy niż na tym dawniejszym nagraniu, ale to wykonanie robi na mnie wielkie wrażenie przez żywiołowość, z jaką Cecilia śpiewa, przez radość, jaką jej sprawia ta muzyka. I choć nie robi fajerwerków, jak Vivica, gorąco polecam!

P.s. Nie da się słuchać tych dwóch wykonań, Viviki i Cecilii, jednocześnie, ale ja je słyszę jednocześnie. I nie wiem, które mi się bardziej podoba.

 

piątek, 21 stycznia 2011

W programie L'Olympiade Giovanniego Battisty Pergolesiego. Grała Accademia Bizantina, dyrygował Ottavio Dantone.

Po pierwszym akcie stwierdziliśmy, że jesteśmy zmanierowani. Orkiestra bardzo dobra, soliści na poziomie, który bardzo niewielu śpiewaków jest w stanie osiągnąć, a my nie byliśmy zadowoleni. Wręcz lekko znudzeni. Ładnie grali i śpiewali, ale nic ponadto. Ponieważ dość dobrze znamy osiągnięcia Cecilii Bartoli, Viviki Genaux i Philippe'a Jaroussky'ego w odtwarzaniu barokowej techniki śpiewu, zwłaszcza arii pisanych dla kastratów, wykonania tradycyjne, takie jak (w większości) wczoraj, wydały nam się płaskie, archaiczne.

W drugim i trzecim akcie było lepiej. Usłyszeliśmy piękne dwie arie w znakomitym wykonaniu Yetzabel Arias Fernandez (żeby tylko dobrała sobie lepszego stylistę) i po jednej całkiem dobrej śpiewanej przez Robertę Mameli i Mirka Guadagniniego. Grecka sopranista Mary-Ellen Nesi trzymała najbardziej wyrównany poziom przez cały koncert i śpiewała z największą swobodą.

Końcowy chór bardzo rozczarował, ale to już pewnie wina kompozytora, który chyba nie miał czasu na napisanie czegoś ciekawszego. Pergolesi żył krótko - zmarł w wieku 26 lat na gruźlicę - ale pisał dużo.

L'Olympiade była rekonstruowana przez Ottavia Dantone na podstawie bodaj dwudziestu wariantów, fragmentów, pasticcio krążących po Europie. Nie jestem muzykologiem, pamiętam jednak, że przy rekonstrukcji Bajazeta dokonanej przez Fabia Biondiego, wielką uwagę zwracano na to, że wszystkie partie wokalne powinny być równo rozłożone. Dominują prima donna i primo uomo, ale pozostałe partie muszą być odpowiednio potraktowane. Dantone pod tym względem, jak mi się wydaje, wypadł gorzej. Partie rozłożone były bardzo nierówno, część solistów długi czas siedziała i się nudziła, a Alkander w ogóle nie pojawił(a) się w pierwszym akcie.

Po zapoznaniu się z librettami kilku oper barokowych, już wiem, skąd czerpią inspirację scenarzyści seriali wenezuelskich. Młodzieniec przybywa z dalekiego kraju i już-już ma się ożenić z pewną panną, aż tu raptem okazuje się, że jest jej zaginionym w niemowlęctwie bratem-bliźniakiem. Typowe.

czwartek, 20 stycznia 2011

Najgorętszym tematem ostatnich dni jest bez wątpienia raport MAK. Mnie najdziwniejszy wydał się fakt, iż każdy z trzech wysokościomierzy zainstalowanych w kabinie Tupolewa pokazywał co innego: Radiowysokościomierz, z którego - wbrew zasadom! - korzystał nawigator, pokazywał fizyczną wysokość nad gruntem, czyli nad dnem jaru. Wysokościomierz baryczny nawigatora pokazywał prawidłową wysokość nad poziomem lotniska. Wysokościomierz baryczny kapitana pokazywał wysokość zawyżoną o ponad sto metrów. Ten wysokościomierz nie miał prawidłowo ustawionego ciśnienia zerowego, czyli ciśnienia na poziomie lotniska. Sabotaż? Awaria? Tragiczna pomyłka? Totalna niekompetencja załogi?

W telewizorze któryś z ekspertów lotniczych sugerował, że załoga mogła w ten sposób oszukiwać system TAWS. Moim zdaniem znajduje to bezpośrednie potwierdzenietranskrypcie rozmów z kokpitu:

10:31:11, 2P: Wychodzi, że aaa... TAWS, wystarczy, żeby Ziętas wprowadził.

Ziętas to por. Artur Ziętek, nawigator. I wszystko staje się jasne.

Dane lotniska Smoleńsk-Siewiernyj nie były wprowadzone do bazy danych, z której korzysta system TAWS. Wobec tego przy podejściu do lądowania TAWS nie wiedziałby, że samolot podchodzi do lotniska i ostrzegałby "TERRAIN AHEAD" tak, jakby samolot zbliżał się do pola pośrodku kontynentu. TAWS korzysta z wysokościomierza barycznego kapitana - jeśli ten będzie podawał wyniki zawyżone, TAWS nie będzie wiedział, że ziemia jest blisko i nie będzie przeszkadzał załodze niepotrzebnymi ostrzeżeniami. Wobec tego załoga (drugi pilot, przy milczącej aprobacie kapitana) świadomie, na chłodno, za to łamiąc obowiązujące procedury, zdecydowała o nieustawieniu prawidłowego ciśnienia na wysokościomierzu kapitana - prawidłowe ciśnienie na swoim wysokościomierzu, z którego zresztą później nie korzystał, ustawił tylko nawigator.

Mnie zaś przechodzi dreszcz na myśl o tym, jak łatwo można było uniknąć katastrofy - i to na skutek okoliczności, która jeszcze chyba nikomu ni przyszłą do głowy, a w każdym razie ja o niej w tym kontekście nie czytałem. Nie wylądował transportowy IŁ, który wiózł "sprzęt" potrzebny do przyjęcia delegacji, między innymi samochody. Kontrolerzy w Smoleńsku wiedzieli, co transportuje IŁ i gdy ten nie wylądował, byli pewni, że "polski 101" odleci na lotnisko zapasowe. Załoga Tupolewa wiedziała od załogi Jaka, że IŁ nie wylądował, ale zapewne nie wiedziała co on transportował - bo przecież wystarczyło powiedzieć dyrektorowi Kazanie, że nie ma po co lądować, a samolot odleciałby na zapasowe lub zawrócił do Warszawy.

Co najdziwniejsze, także ambasador Jerzy Bahr nie zdawał sobie sprawy z tego, co wynika z nieprzyjęcia IŁ-a, w każdym razie w znanym wywiadzie opisuje, jak czekał na prezydenta, tak jakby wizyta miała się odbyć normalnie. Gdyby ambasador wiedział, zapewne skontaktowałby się, poprzez MSZ, z samolotem, że prezydent po prostu nie ma czego w Smoleńsku szukać.

Poprzednio na ten temat:
Gdzie był generał
Ciąg przyczyn

środa, 19 stycznia 2011

Komentator whiteskies zadał sobie trud przeczytania najnowszego raportu Ernsta i Younga Produktywność naukowa wyższych szkół publicznych w Polsce. Okazuje się, że wcześniejsze omówienia prasowe tego raportu były właściwie jego karykaturą (uczciwie przyznaję, że artykuł w Wyborczej był bardziej rzetelny), więc opinia osób - w tym i mnie - które nie przeczytały oryginału, a tylko opierały się na relacjach medialnych, była nieuzasadniona.

Okazuje się, że w raporcie można znaleźć sporo rzeczy, które są raczej zgodne z opinią tzw. środowiska niż z opinią pani minister.

polskie uczelnie są niedofinansowane w porównaniu do standardów europejskich (str. 66)

Wyniki estymacji ekonometrycznej wskazują, iż, ceteris paribus, w przypadku polskich uczelni wzrost finansowania na pracownika o 1% może być powiązany ze wzrostem efektywności badawczej aż o 4%. Dopiero po uwzględnieniu wpływu innych dodatkowych czynników na produktywność naukową, elastyczność cząstkowa związana z poziomem finansowania uczelni polskich i zagranicznych jest porównywalna i wynosi około 0.7 (str. 67-68)

Polskie uczelnie charakteryzują się najwyższym udziałem środków przeznaczanych na działalność dydaktyczną (średnio 83%, a najwięcej 99%), podczas gdy w Wielkiej Brytanii współczynnik ten jest najniższy (średnio 28%), co oznacza, że w przypadku Polski mamy do czynienia z sytuacją, w której bardzo mała część ogółu środków jest przeznaczana na cele badawcze (str. 69)

Można zaobserwować negatywną korelację pomiędzy liczbą studentów a liczbą publikacji na NA – taka korelacja została potwierdzona zarówno w próbie polskich uniwersytetów i politechnik, jak również w całej grupie uczelni z siedmiu europejskich krajów poddanych analizie [...] działalność badawcza i dydaktyka są w rzeczywistości raczej działaniami konkurencyjnymi niż czynnościami komplementarnymi (str. 71).

przychody [uczelni] na pracownika w Polsce są dwukrotnie niższe niż w krajach takich, jak Włochy czy Szwajcaria (po uwzględnieniu różnic w poziomach cen), a przychody na studenta są w polskich uczelniach publicznych nawet pięciokrotnie niższe (str. 87)

E&Y, oprócza samego tekstu, udostępnia też prezentację głównych tez raportu.

sobota, 15 stycznia 2011

Pisałem ostatnio, że pracownicy polskich uczelni wyższych nie mają czasu i sił na prowadzenie badań, gdyż muszą dorabiać kształceniem wielkiej liczby studentów. Pracownicy rozliczani są przede wszystkim z tego, czy "generują dochód", to znaczy czy prowadzą dostatecznie dużo zajęć. To jest sytuacja typowa na wydziałach pedagogicznych i społecznych. Na wydziałach przyrodniczych, zwłaszcza zaś na ścisłych, jest inaczej: studentów jest mniej i większy nacisk kładzie się na prowadzone badania. (Ujemna korelacja pomiędzy liczbą studentów a pozycją w światowym rankingu danej dyscypliny jest w Polsce ewidentna.) Jednak także na kierunkach ścisłych nauczanie jest raison d'être tych kierunków, choćby w ten sposób, że pensje podstawowe pochodzą z dotacji dydaktycznej, ta zaś zależy od liczby studentów. Jak wspominałem, manifestuje się to także w wewnątrzuczelnianych bojach o pozycję wydziału, gdy fizycy czy matematycy słyszą "wy macie pięć razy mniej studentów, niż my, więc nie macie nic do gadania".

Warto w tym kontekście zwrócić uwagę na artykuł w najnowszym numerze Science:

Professors have two primary charges: generate new knowledge and educate students. The reward systems at research universities heavily weight efforts of many professors toward research at the expense of teaching. [...] Teaching is rarely judged and appreciated from the outside and often minimally from within.

Bardzo mi to przypomina sytuację na znanych mi polskich wydziałach ścisłych: nauczanie na ogół nie jest w cenie, ludzie się nie przykładają, niechętnie biorą nowe kursy lub gruntownie zmieniają program starych - bo i po co, skoro ktoś, kto się stara, zostanie potraktowany tak samo jak ten, co przynudza, jeśli tylko nie dojdzie do jakiegoś skandalu w prowadzeniu czy ocenianiu zajęć lub do ostentacyjnego ich lekceważenia. Sytuacja nieco poprawia się na starszych latach, gdy przedmiot wykładu bardziej zbliża się do zainteresowań naukowych prowadzącego. Studenci, owszem, wiedzą swoje, ale niechętnie oceniają prowadzących, niekiedy ulegając przy tym stereotypowi "zajęcia trudne, egzaminator wymagający" = "zajęcia źle prowadzone".

Studenci na wykłady nie chodzą, bo nudne, a wykładowcom nie zależy na poprawieniu wykładu, bo niska frekwencja działa zniechęcająco. I tak oto obie strony popadają w błędne koło.

Profesorowie piszący w Science deklarują, że

excellence in research and teaching need not be mutually exclusive but are instead interwined and can act synergetically to increase the effeciveness of both

ale wygląda mi to na politycznie poprawne zaklinanie rzeczywistości.

PHD Comics: School Break