Kategorie: Wszystkie | Edukacja | Fizyka | Kryzys | Literatura | Muzyka | Polityka | Rozmaitości
RSS
niedziela, 29 stycznia 2012

Dziennikarze nie bardzo wiedzą jak i co pisać o ACTA. Ja się nawet temu nie dziwię. Po pierwsze, materia jest trudna a dziennikarze kiepsko przygotowani (zobacz bardzo dobry wpis Piotra Waglowskiego). Po drugie, znajdują się w wyraźniej sytuacji konfliktu interesów: ich pracodawcy, duże polskie koncerny medialne, popierają ACTA, a ci czytelnicy i widzowie, których to obchodzi, są przeciw. Tymczasem media - zwłaszcza te z dolnej półki - znalazły pierwszą ofiarę ACTA! Co prawda w Wielkiej Brytanii, ale tym bezpieczniej o tym pisać.

Super Express:

Nie udostępniał nielegalnych filmów ani muzyki, nie propagował pornografii i nie wykradał zastrzeżonych danych. Mimo to Richard O'Dwyer (23 l.), brytyjski student i założyciel serwisu TVShack, będzie sądzony niczym groźny przestępca komputerowy. Stał się pierwszą ofiarą międzynarodowego antypirackiego prawa ACTA.

Wirtualna Polska:

Richard mieszkał w akademiku w Sheffield, gdzie uczęszczał do miejscowego uniwersytetu. W wolnych chwilach prowadził stronę internetową TVShack, gdzie społeczność zamieszczała linki do różnych źródeł, gdzie nielegalnie można było obejrzeć/ściągnąć materiały filmowe. Strona nie hostowała żadnych plików, umożliwiała jedynie wymianę linków [...] Czym więc wyróżniał się serwis Richarda? Tym, że osiągnął sukces - w ostatnich dniach działalności odnotowywał ok. 300 tys. wejść miesięcznie. To naprawdę sporo, jak na amatorski serwis.

W świetle brytyjskiego prawa student nie popełniał żadnego wykroczenia. [...]  Niestety, według prawa amerykańskiego, stał się groźnym przestępcą i USA wystąpiły o jego ekstradycję. Sąd w Wielkiej Brytanii stwierdził, że nie ma prawa odmówić, w związku z czym w najbliższym czasie Richard uda się na wycieczkę do Stanów. Może zostać tam dłużej, niż przeciętny turysta - za "piracką" działalność grozi mu 10 lat więzienia.

Podnoszone są też osobliwści brytyjsko-amerykanskiego traktatu ekstradycyjnego, dające, przynajmniej na pierwszy rzut oka, przewagę amerykańskiemu wymiarowi sprawiedliwości nad brytyjskim. W tej sytuacji, jak argumentują obrońcy O'Dwyera, jego własne państwo nie zapewniło mu sprawiedliwej obrony przed obcym wymiarem sprawiedliwości.

Słowem, biedny student, dzielił się z kolegami linkami, a nielitościwi Amerykanie rzucili się na niego jak na najgorszego przestępcę. Na nic płacze jego matki i sióstr. Studenta porzuciło jego własne państwo, ulegając amerykańskiemu dyktatowi prawnemu. Wzruszające.

Sprawą O'Dwyera zainteresowały się też niektóre "prawicowe" środowiska polityczne w Polsce, na przykład Kongres Nowej Prawicy Kraków i Fronda, zapewne po to, aby pokazać, jaką opresję szykuje nam Unia Europejska i rząd Platformy.

Nieco odmienne światło na sprawę O'Dwyera rzucają media brytyjskie, zresztą z nim sympatyzujące. Daily Mail powiada, że Richard O'Dwyer

is being used as a ‘guinea pig’ as no one has ever been extradited on similar charges,

dodaje jednak, że

his website, TVShack.net, was earning £15,000 a month from advertising revenue.

Tę samą informację powtarza The Guardian oraz BBC. Wygląda więc na to, że Richard O'Dwyer na swojej działalności zarabiał, i to całkiem nieźle.

Najwięcej o O'Dwyerze można dowiedzieć się z opublikowanego tekstu wyroku w jego sprawie. Jestem pełen podziwu dla brytyjskiego wymiaru sprawiedliwości za to, że publikuje wyroki. Zapewne ma to związek z precedensowym charakterem brytyjskiego prawa - wyroki muszą być dostępne dla innych sądów - ale to się nazywa jawność postępowania!

Czegóż zatem dowiadujemy się o panu O'Dwyerze?

  • W okolicach grudnia 2007, mając wówczas 19 lat, założył serwis TVShack.net, fizycznie zlokalizowany na serwerze w Holandii. Serwis sam niczego nielegalnego nie przechowywał, ale podawał linki do nielegalnych kopii filmów i programów telewizyjnych, zlokalizowanych na innych, third party, serwerach. Kliknięcie linku automatycznie uruchamiało proces ściągania wskazanego materiału z obcego serwera. Przedmiotem sporu prawnego było to, czy samo podawanie linków było złamaniem angielskiego prawa. Sędzia orzekający w sprawie uznał, że tak. 
  • TVShack.net nie pobierał opłat od użytkowników i szybko stał się bardzo popularny: w czerwcu 2010 był 1779 na liście najczęściej odwiedzanych serwisów na świecie. Na tak często odwiedzanym serwerze reklamodawcy chętnie lokowali swoje reklamy i na tym zarabiał właściciel serwisu. Richard O'Dwyer przyznał, że istotnie zarabiał w ten sposób £15000 (piętnaście tysięcy funtów) miesięcznie. Amerykański wniosek ekstradycyjny stwierdza, że O'Dwyer zarobił łącznie "ponad $230000". Trudno wobec tego twierdzić, że serwis był "amatorski", właściciel zaś zajmował się nim "w wolnych chwilach". Nie, to był bardzo dochodowy, profesjonalny biznes.
  • Czy O'Dwyer wiedział, co robi? Jasne, że tak. W FAQ swojego serwisu zwracał się do użytkowników skarżących się, że niektóre materiały ściągają się powoli (cytuję za wyrokiem):
    you’re saving quite a lot of money (especially when putting several visits to the theatre or seasons together) by having to wait a little bit of time.
  • 29 czerwca 2010 funkcjonariusze amerykańskiego Immigration and Customs Enforcement, posługując się nakazem wydanym przez amerykański sąd federalny, przejęli domenę TVShack.net. Ciekawe są przy tym podstawy prawne tego kroku: Otóż, jak wynika z podawanego powyżej tekstu z Guardiana, domeny .com i .net (a zapewne także .org i .edu) traktowane są jak domeny amerykańskie niezależnie od tego, gdzie fizycznie zlokalizowane są hostujące serwery, a zatem podlegają amerykańskiej jurysdykcji federalnej. 
  • Być może na tym cała sprawa by się zakończyła, ale już następnego dnia O'Dwyer zarejestrował domenę TVShack.cc, na którą przeniósł cały materiał, a na stronie głównej umieścił ponadto link do rapowej piosenki Fuck tha Police. Nowy serwis stał się 3900 na liście najbardziej popularnych serwisów na świecie. Przesłuchiwany przez brytyjską policję, O'Dwyer skarżył się, że
    TVShack.cc was not receiving as much traffic as TVShack.net, but was slowly rebuilding its popularity.
  • Richard O'Dwyer został aresztowany przez brytyjską policję 29 listopada 2010 na podstawie amerykańskiego wniosku ekstradycyjnego i zwolniony za kaucją. 13 stycznia 2012 brytyjski sędzia uznał, że O'Dwyer może być wydany Stanom Zjednoczonym.

Rekapitulując, Richard O'Dwyer ani nie był naiwnym amatorem, ani szlachetnym bojownikiem w walce z Systemem. Był biznesmenem, który uczynił sobie źródło dochodu z ułatwiania innym użytkownikom sieci dostępu do pirackich plików. Nie usłuchał ostrzeżenia i prowokował policję. Czy działalność O'Dwyera zasługuje na potępienie? Moim zdaniem, ze wszech miar tak. On na piractwie zarabiał. Czy powinien być wydany Stanom Zjednoczonym? O tym zadecyduje brytyjski sąd. Sędzia pierwszej instancji uznał, że O'Dwyer naruszył także angielskie prawo chroniące własność intelektualną, a więc że spełniony jest warunek "dual criminality". Sprawa nie jest zakończona. Jeżeli brytyjski rząd zdecyduje o ekstradycji, O'Dwyerowi przysługuje prawo do odwołania do sądu wyższej instancji. I najważniejsze: Sprawa Richarda O'Dwyera nie ma nic wspólnego z umową ACTA. Przedsiębiorczy student został zatrzymany na ponad rok przed przyjęciem ACTA przez kraje Unii Europejskiej.

Czy O'Dwyer nadaje się na sztandary walczących ze szkodliwą umową ACTA? Zdecydowanie nie.

***

Przy okazji odniosę się do krótkiego wywiadu, jakiego w sprawie ACTA Gazecie Świątecznej z 28-29 stycznia 2012 udzielił Juliusz Braun, prezes TVP. Braun mówi tam:

Mamy problem z nielegalnym obrotem produkcji zagranicznych. Dobrym przykładem jest serial "Dr House". Licencja kosztowała sporo, a serial ma słabą oglądalność, ponieważ spiratowane odcinki są w internecie. 

Braun, jak sądzę, bezczelnie liczy na to, że większość czytelników Gazety nie zna sprawy; dziennikarz nie zna jej ewidentnie, gdyż nić Braunowi na to nie odpowiada. Tymczasem TVP emituje obecnie siódmy, zeszłoroczny sezon House'a, powszechnie uważany za najsłabszy. No ileż skomplikowanych, ale możliwych przypadków, z którymi poradzić sobie może tylko House, da się wymyślić? Od strony medycznej sezon ten jest więc bardzo, bardzo naciągany, a i wątki pozamedyczne są sztuczne i niewiarygodne. W dodatku sezon ten został w Polsce legalnie wydany na DVD jesienią 2011, więc maniacy House'a, jak ja, już go kupili i obejrzeli, inni zaś widzowie się od niego odwracają z powodu spadku poziomu. Gdyby TVP puszczała bieżący, ósmy sezon, przed światowym wydaniem DVD - polskie telewizje komercyjne tak robiły z niektórymi serialami, emitując odcinki z kilkutygodniowym opóźnieniem w stosunku do amerykańskiej premiery - oglądalność byłaby z pewnością większa. Słowem, wstyd, panie Braun. 

Uzupełnienie, 31 stycznia: Gazeta Wyborcza odkryła sprawę O'Dwyera i pisze o nim powielając wszystkie stereotypy.

czwartek, 26 stycznia 2012

Internet walczący Byłem na manifestacji przeciwko ACTA. Według różnych źródeł na manifestacji było od 10 do 15 tysięcy osób. Było bardzo spokojnie, żadnych ekscesów ani wandalizmu, nawet niewiele przekleństw. Możliwe, że jakaś część uczestników przyszła tam dla rozrywki, a ich nastrój oddawał niewykropkowany transparent "Je...ć wszystko", jednak większość przyszła walczyć o to, co wydaje im się arcyważne: o wolny Internet.

Wbrew początkowym obawom, nie byłem najstarszym uczestnikiem manifestacji, ale moja grupa wiekowa nie była zbyt licznie reprezentowana. Średnia wieku, na oko, wynosiła jakieś 20 lat. Studenci (w tym moi studenci - przykleili mi do kapelusza znaczek Internetu Walczącego), licealiści, gimnazjaliści. Potencjalni wyborcy lub przyszli potencjalni wyborcy. Zgodnie z zaleceniami organizatorów, manifestacja była apolityczna. Hasła jawnie polityczne były wygwizdywane (podobno wygwizdano też Janusza Korwin-Mikke, który usiłował przemawiać - ja go ani nie widziałem, ani nie słyszałem). Skandowano przeciwko ACTA i cenzurze, ale największą furorę robiły hasła quasi-polityczne: Donald, matole, skąd będziesz ściągać pornole oraz to, które jest tytułem tego wpisu.

No właśnie, Donaldzie Tusk, gdzie masz mózg? Przystępując do ACTA, i to jeszcze w takim trybie, Tusk otwarcie wystąpił przeciwko młodym, wykształconym, z wielkich miast, czyli tej grupie, która dwa razy wygrała mu wybory. Ci ludzie nie pójdą w najbliższych wyborach głosować na PiS, ale wielu z nich ostatecznie zniechęciło się do Platformy. Zostaną w domu albo zagłosują na jakiś nie-PiS, który będzie jednocześnie nie-Platformą. Kasia wysłała "z automatu" list w sprawie ACTA do posłów z Krakowa; odpowiedziała jej (pewnie też "z automatu", ale jednak) wyłącznie Anna Grodzka z Ruchu Palikota. Kilka tygodni wcześniej Tusk zraził do siebie lekarzy, wpływową grupę, która po ekscesach PiSu w sposób dość zwarty głosowała na PO, a potem zrobił rzecz jeszcze gorszą, mianowicie szczuł na siebie dwie grupy obywateli (lekarzy i pacjentów). Teraz zraził do siebie młodzież. Czemu premier z taką determinacją strzela sobie w stopę, czemu tak ostentacyjnie lekceważy tych, którzy dotąd go popierali i w przyszłości nadal mogliby popierać?

Żeby nie było wątpliwości, nie jestem zwolennikiem internetowego piractwa. Ba, jestem jego przeciwnikiem! Ale ACTA jako sposób walki z piractwem jest nie do przyjęcia i dlatego przeciwko ACTA protestuję.

Po pierwsze, ACTA dotyka wielu całkowicie różnych rzeczy. Czym innym jest walka z podróbkami markowych ubrań, torebek czy zegarków, czym innym leki generyczne, a jeszcze czym innym ochrona własności intelektualnej. Jest co najmniej wielce prawdopodobne, że w każdym z tych wypadków powinno postępować się zupełnie inaczej.

Po drugie, nie do zaakceptowania jest ani sposób "konsultacji" ACTA (w Polsce właściwie tylko z organizacjami zajmującymi się ochroną praw autorskich), ani sposób ogłoszenia tej umowy. Na czterdziestej którejś stronie komunikatu wydanego po spotkaniu unijnych ministrów do spraw rybołówstwa?! Tak, ja wiem, że takie są unijne procedury, jeśli rzecz jest uzgodniona na szczeblu eksperckim, a żadne państwo nie zgłasza zastrzeżeń, Rada Unii Europejskiej, nawet obradująca w formule Rady Branżowej, może przyjąć każdy dokument. Jednak sposób ogłoszenia ACTA wygląda jak ogłoszenie planów zburzenia domu Arthura Denta:

'But the plans were on  display...'
'On display? I eventually had to go down to the cellar to find them.'
'That's the display department.'
'With a torch.'
'Ah, well the lights had probably gone.'
'So had the stairs.'
'But look, you found the notice, didn't you?'
'Yes,' said Arthur, ' yes I did. It was on display in the bottom of a locked filling cabinet stuck in a disused lavatory with the sign on the door saying Beware of the Leopard.'

Po trzecie i najważniejsze, ACTA wprowadza mechanizm blokowania/usuwania treści w Internecie bez postanowienia sądu, w drodze decyzji administracyjnej. Jasne, potem można domagać się zmiany tej decyzji w sądzie, co trwa całe lata i wielu osób na to nie stać. ACTA może też stanowić furtkę do permanentnej inwigilacji wszystkich zachowań w Internecie, co jest tyleż niewykonalne na masową skalę, ile potencjalnie bardzo groźne dla osób, którymi ktoś - być może z powodów nie mających nic wspólnego z walką z piractwem - się zainteresuje. Dalej, ACTA, jako umowa międzynarodowa, bierze precedencję przed prawem krajowym, może więc unieważnić zawarte w polskim prawie autorskim zapisy o dozwolonym użytku osobistym. I dlatego uważam ACTA za zamach na naszą wolność.

Rozumiem doskonale, że po ataku hackerów Tusk właściwie nie miał wyjścia i musiał zdecydować o przystąpieniu Polski do ACTA. Z terrorystami się nie rozmawia. Polskę czeka jeszcze ratyfikacja umowy i tu, jak się wydaje, rząd gotów jest pójść na ustępstwa - ale może tylko teraz robią takie wrażenie, żeby złagodzić nastroje? Jest także nadzieja, iż ACTA padnie na szczeblu europejskim. Cały jednak sposób wprowadzania ACTA - podobnie zresztą jak sprawa ustawy refundacyjnej - świadczy o arogancji władzy, która lekceważy obywateli, "wie lepiej", przerzuca na obywateli uciążliwe obowiązki i chce nad wszystkim sprawować jak największą kontrolę. W obu tych przypadkach widać też zarazem słabość "strony społecznej", która potrafi się zmobilizować właściwie dopiero wtedy, gdy już jest za późno.

Zastanawiam się także, czy cytując The Hitch Hiker's Guide to the Galaxy nie naruszam praw autorskich Douglasa Adamsa, stając się obrzydliwym internetowym piratem i ryzykując, że ACTA zamknie mi bloga.

piątek, 20 stycznia 2012

Antonio Vivaldi, Catone in Utica, grał zespół Modo Antiquo, dyrygował Federico Maria Sardelli, człowiek o wyglądzie wystudiowanym.

Federico Maria Sardelli

Muzyka pierwszego aktu tej opery nie zachowała się do naszych czasów, wystawiane są więc tylko akty drugi i trzeci. Fabuła, o dziwo, nie jest przesadnie skomplikowana i odwołuje się nie do mitologii, ale do wydarzeń historycznych, co prawda dość swobodnie potraktowanych. Oto Katon Młodszy, broniąc wartości republikańskich, przeciwstawia się dążącemu do jedynowładztwa Cezarowi. Sytuację komplikuje to, że córka Katona kocha się z wzajemnością w Cezarze. Cezar tryumfuje, ale wbrew ówczesnym obyczajom, pozostawia szlachetnego Katona przy życiu (w rzeczywistości Katon po klęsce popełnił samobójstwo).

Opera - czyżby z uwagi na swój dydaktyczno-historyczny charakter? - zdominowana jest przez recytatywy. Arii jest niewiele a wczorajsze wykonania były nierówne. Magnus Staveland (Katon), a już zwłaszcza Sonia Prina (Marcja) byli znakomici. Ciekawy był Paolo Lopez śpiewający partię Cezara. Cóż to za pomysł, cóż za kompozytorska perwersja, żeby Cezarem był kontratenor?! Paolo Lopez bardzo dobrze śpiewał partie wysokie, mnie się wszakże wydawało, że gorzej wychodziły mu te fragmenty, w których musiał śpiewać niższe rejestry. Inni jednak Lopeza bardzo chwalą. To, jak koszmarnie trudne arie pisał Vivaldi, wyraźnie było wczoraj słychać w partii Emilii. Otóż śpiewająca tę rolę Loriana Castellano, śpiewaczka przecież bardzo dobra, zaśpiewała poprawnie - ale nic więcej. Nieszczęściem dla wszystkich śpiewaczek podejmujących się tej roli, obie arie Emilii, Come in vano il mare irato oraz Nella foresta leone invitto, nagrała Vivica Genaux na Fajerwerkach (przypominam, że po koncercie Viviki uroczyście odwołałem wszystkie moje krytyczne uwagi o tej płycie). No i cóż, to jest po prostu inna jakość. Inna liga. Wykonania Viviki Genaux są po prostu nieporównywalne z czymkolwiek innym.

Lorianie Castellano niewątpliwie przeszkadzało to, że orkiestra ją momentami zagłuszała. Bardzo byłem ciekaw Modo Antiquo, zespołu, którego dotąd nie znałem. Jest to bardzo sprawny zespół, doskonale posłuszny swemu dyrygentowi. Vivaldiego grają miękko, ale gdy trzeba, pokazują pazur. Niestety, Sardelli ma wyraźną tendencję do dominowania na scenie, chce pokazać, kto tu jest prawdziwą gwiazdą. Efekt jest, powiedzmy szczerze, kiepski. Śpiewający pełną wściekłości arię Dovea svenarti allora Magnus Staveland zdominować się nie dał, Sonia Prina musiała z orkiestrą walczyć (jej bis wypadł lepiej od głównego wykonania, gdyż orkiestra po prostu zagrała ciszej!), Paolo Lopez też sobie z orkiestrą radził, ale pozostali mieli problemy - z orkiestrą, która miała im akompaniować. Gwiazdorstwo Sardellego zaszkodziło sztuce.

Catone in Utica, Teatr im. Słowackiego

Teatr im. Juliusza Słowackiego w Krakowie na zdjęciu wygląda nawet dość okazale. Gdy byłem dzieckiem, teatr i mnie wydawał się bardzo duży i dostojny, ale ostatnio widzę, że w rzeczywistości jest mały i ciasny. Ach, magia fotografii.