Kategorie: Wszystkie | Edukacja | Fizyka | Kryzys | Literatura | Muzyka | Polityka | Rozmaitości
RSS
wtorek, 29 stycznia 2013

Poseł Platformy Obywatelskiej Tomasz Głogowski, poseł, bloger i wykładowca akademicki w jednym, głosował za odrzuceniem wszystkich projektów ustawy o związkach partnerskich. Na swoim blogu obwieścił, że 

Jeśli ktoś uważa, że Polacy wybierali Platformę po to, żeby wprowadziła małżeństwa gejowskie, powinien puknąć się w głowę.

Chciałem odpowiedzieć panu posłowi-blogerowi w komentarzu, niestety, nie doczekałem się zaszczytu publikacji. Pan poseł tłumaczy, że to Onet zmienił zasady publikacji komentarzy, teraz wszystkie wymagają moderacji a on nie będzie cenzorem, więc komentarzy nie będzie. Korzystając zatem z tego, iż mam własny blog, zamieszczam tu odpowiedź, której nie udało mi się zamieścić na blogu pana posła.

Szanowny Panie Pośle,

Myślę, że to, co charakteryzuje wyborców Platformy jako zbiorowość, to chęć modernizacji i cywilizowania Polski. Ale to jest kategoria bardzo szeroka. Dla jednych najważniejsze są sprawy gospodarcze, dla innych obyczajowe i, nazwijmy to, symboliczne. Pan, jak mi się wydaje, odwołuje się do osób, które chcą modernizacji gospodarczej, ale zarazem przejawiają dość skrajny konserwatyzm obyczajowy. Niewątpliwie tacy ludzie są, ale przypuszczam, że jest to grupa na tyle wąska, że nie warto dla zachowania ich poparcia ryzykować utraty poparcia innej grupy, mianowicie tych, dla których swobody obyczajowe i prawa człowieka są sprawą fundamentalną. Akcentowanie obyczajowego konserwatyzmu nie przyciągnie do Platformy nowych wyborców, a może zniechęcić znaczną część tych, którzy dotąd na Platformę głosowali. Ci ludzie nie przerzucą swych głosów na kogoś innego - na PiS i okolice z powodów oczywistych, na SLD i Palikota z powodów stosunku tych partii do spraw gospodarczych - ale po prostu zostaną w domu. Proszę się nad tym zastanowić.

Kryzysową sytuację spowodowało nie "uparte lansowanie" bardzo łagodnego projektu autorstwa grupy posłów PO, ale uparta ślepota polityczna wewnątrzplatformianych przeciwników tego projektu. To, że ludzie w Polsce żyją w związkach partnerskich - i hetero-, i homoseksualnych - jest faktem. Można tych ludzi w chamski sposób znieważać, jak posłanka Pawłowicz, można w dość naiwny sposób wyobrażać sobie, że co nie jest publicznie nazwane, nie istnieje, a można wreszcie starać się w jakimś stopniu ułatwiać życie tym ludziom, jak apelował premier Tusk. Jednak polityczne pytanie sprowadza się do tego: Kto was wybrał i kto w przyszłości na was zagłosuje. Pan zdaje się żywić przekonanie, że dla znacznej grupy wyborców Platformy obyczajowy konserwatyzm jest tak ważny, że nie zagłosują na was jeśli poprzecie związki partnerskie. Jest Pan w błędzie. Większość wyborców Platformy gotowa jest tolerować pewną swobodę obyczajową i pewne prawa dla mniejszości obyczajowych w imię modernizacji Polski. Tych wyborców Platformy, którzy gotowi są poświęcić modernizację w imię obrony tradycyjnej moralności jest znacznie mniej, niż tych, którzy głosowali na was gdyż łączyliście plany modernizacyjne ze zwiększaniem swobód obywatelskich. Piątkowe głosowanie odstręcza od Platformy tych drugich.

Przy okazji, mam nadzieję, że rozumie Pan, iż utożsamianie związków partnerskich z małżeństwami gejowskimi jest nadużyciem. Związki partnerskie nie mają mieć tych samych praw i przywilejów, co małżeństwa (choćby wspólnego opodatkowania, skoro chce Pan mówić o gospodarce, a także wielu innych). Jeśli Pan tego nie rozumie, dziwię się Panu. Jeśli Pan udaje, że tego nie rozumie, powinien się Pan wstydzić. 

niedziela, 27 stycznia 2013

Gdy kilka miesięcy temu Sejm w pierwszym czytaniu odrzucił pierwszy projekt ustawy o związkach partnerskich, mówiło się, że projekt autorstwa posła Biedronia był bardzo radykalny, a Platforma obiecywała własny. Gdy jakiś czas później platformiani konserwatyści głosowali za projektem Ziobry zaostrzającym przepisy antyaborcyjne, ubolewałem nad polityczną ślepotą tej grupy, niepomnej na to, kto całą Platformę, a więc i ich samych, wyniósł do władzy. W piątek Sejm odrzucił kolejne projekty ustawy o związkach partnerskich: złagodzony projekt Biedronia, projekt SLD i bardzo, bardzo zachowawczy projekt grupy posłów Platformy. Za odrzuceniem dwóch pierwszych była chyba cała Platforma, a platformiani konserwatyści pod przywództwem Jarosława Gowina zdecydowali o odrzuceniu trzeciego. O popisach arogancji, obskurantyzmu i chamstwa posłów PiS i okolic nie ma co się rozpisywać - nikt chyba niczego innego się po nich nie spodziewał. Ważne jest zachowanie prawego skrzydła Platformy.

Tym razem nie mogło być mowy o żadnej pomyłce, o niepewności jak głosować (tak tłumaczyła się część posłów PO, w tym Gowin, po głosowaniu nad projektem Ziobry). W Sejmie doszło do bezpośredniego starcia Gowina i Tuska. Ten pierwszy mówił, że zdaniem ministra sprawiedliwości (sic!) wszystkie trzy projekty są sprzeczne z artykułem 18 Konstytucji, na co Tusk w dobrym, improwizowanym przemówieniu odpowiadał, że jego zdaniem niezgodności z Konstytucją nie ma, że istnienie związków partnerskich jest faktem, a skoro tak, on, Tusk, prosi o wprowadzenie prawa, które uczyni życie tych ludzi bardziej godnym. Po czym 46 posłów Platformy zagłosowało przeciw - także przeciw projektowi, który związkom partnerskim dawał tylko minimalne prawa i w żadnym razie nie utożsamiał ich z małżeństwem.

Komentatorzy widzą wyraźny spór pomiędzy grupą Gowina a resztą Platformy i zastanawiają się, co z tego wyniknie dla praxis rządzenia. Ja jednak myślę, że chodzi o coś politycznie głębszego.

Myślę, że piątkowe głosowanie było przede wszystkim manifestacją polityczną: Oto jesteśmy. Jesteśmy prawicą niepisowską, nie jesteśmy owiani smoleńską mgłą, jesteśmy prokościelni, ale nierydzykowi, nie jesteśmy mesjanistami, nie jesteśmy nieufni wobec Europy. Wybór deklaracji antygejowskiej jako aktu założycielskiego miał mieć, jak rozumiem, znaczenie symboliczne - miał być zrozumiały dla konserwatywnej części wyborców.

Po '89 kilkakrotnie sprawdzano, czy da się w Polsce stworzyć lewicę niepostkomunistyczną. Dotąd to się nie udawało. Teraz Gowin i koledzy chcą sprawdzić, czy da się zbudować prawicę niepostsmoleńską. Myślę, że i to się teraz nie uda. Wyborców, którzy gotowi są tolerować integrację europejską byle tylko pognębić homoseksualistów (a taka właśnie jest polityczna postawa Gowina), jest zbyt mało, aby dać Gowinowi samodzielną pozycję polityczną - więcej jest takich, którzy będą tolerować prawa gejów byle tylko Polska mogła ściślej wiązać się z Europą. Natomiast ci, dla których samo przyjęcie jakichkolwiek wzorców z Europy (do pieniędzy jakoś nie mają wstrętu) jest ostateczną abominacją, raczej słuchają dyrektora Rydzyka, znacznej części biskupów i Prezesa Tysiąclecia, Gowina potraktują w najlepszym razie jak farbowanego lisa, więc i tak na jego formację nie zagłosują.

Publiczna dezintegracja partii władzy, jaką stała się Platforma Obywatelska, jest faktem. Odium gniewu "młodych, wykształconych, z wielkich miast", dla których prawa człowieka i żywiołowa niechęć do nakazów obyczajowych, wynikających z archaicznego pojmowania religii, są sprawami fundamentalnymi, spada jednak na całą Platformę. PiS i okolice, a także dyrektor Rydzyk, muszą skakać z zachwytu.

Cykl rozwojowy leminga

Biskup Adam Dydycz na pogrzebie śp. Jadwigi Kaczyńskiej, matki Jarosława i Lecha, nazwał ją "matką męczennika". Jest to zniewaga dla prawdziwych chrześcijańskich męczenników. I nie myślę nawet o „historycznych” męczennikach, uwiecznionych w ikonografii i publicznie czczonych jako święci, ale o całkiem współczesnych ludziach gdzieś w Indiach, Chinach czy Afryce, którzy są mordowani tylko dlatego, że są chrześcijanami. Jeśli ktoś nawet jest na tyle szalony, głupi czy zaślepiony, żeby myśleć, iż Lech Kaczyński został zamordowany, przecież sam przyznaje, że został on zamordowany nie za wiarę, ale ze względów politycznych. Dla Dydycza lokalna polityka jest widać ważniejsza od ostatecznego świadectwa wiary w Chrystusa, jakie dają bezimienni dla nas ludzie na obcych kontynentach. Takie słowa biskupa oburzające. Odrażające. Wstrętne.

Panie, nie poczytaj mu tego grzechu.

piątek, 04 stycznia 2013

Pod koniec 2012 w Gazecie Wyborczej ukazało się kilka ważnych tekstów już to poświęconych nauce, już to mimochodem dotykających kwestii nauki.

Zacznijmy od dwu felietonów z Gazety Świątecznej z 29-30 grudnia. Witold Gadomski w Najtrudniejszym polskim roku pisze:

Przez ostatnie pięć lat nie rozwiązaliśmy żadnego problemu strukturalnego obniżającego potencjalny wzrost gospodarczy. Mamy powszechną edukację wyższą na niskim poziomie i niedostosowaną do potrzeb rynku, niski poziom innowacyjności, źle funkcjonującą i wrogą przedsiębiorcom administrację, gasnący wzrost demograficzny, ogromne fundusze publiczne wpadające do "czarnych dziur" [...], fatalną infrastrukturę [...], system podatkowy zniechęcający do podejmowania pracy i działania na własny rachunek.

Nie bardzo rozumiem czego Gadomski chce od systemu podatkowego - chyba tego, że jest przesadnie skomplikowany, zwłaszcza jeśli chodzi o VAT. Natomiast przedsiębiorcy mogą korzystać z dobrodziejstw podatku liniowego (i dobrze!). Ja w katalogu Gadomskiego wyróżniam źle funkcjonującą i wrogą administrację, bo to jest - moim zdaniem - kolosalna bariera; pisałem zresztą o tym osobno. O innowacyjności napiszę kiedy indziej. Istotne jest, że dla Gadomskiego edukacja wyższa powszechna, ale na niskim poziomie zalicza się do obciążeń, nie do zalet. Też tak uważam. Powtarzam wszakże, że taki stan rzeczy jest tolerowany, ba, konserwowany przez państwo, gdyż służy do ukrywania bezrobocia wśród absolwentów szkół średnich.

Inaczej widzi to piszący obok Adam Leszczyński. W artykule Polacy, sklejmy się pisze:

Kiedy zaczynałem studia w pierwszej połowie lat 90., studiowało tylko 10 procent moich rówieśników. Teraz studiuje co drugi młody Polak, często za własne pieniądze. To gigantyczna prywatna i publiczna inwestycja, z której mamy święte prawo być dumni, nawet jeśli ta edukacja nie zawsze była najwyższych lotów.

Otóż nie. Byle jaka edukacja, pozór edukacji, nie jest inwestycją, a może rodzić - i rodzi - frustrację wśród absolwentów. Jak to, tyle się uczyłem, tyle za to zapłaciłem, a teraz Tesco lub zmywak u Turka w Birmingham?! No tak, bo to nie były - i nigdy nie miały być - studia dobre. Miały być łatwe, a ich celem nie była wiedza, ale dyplom. I taka właśnie okazuje się rynkowa wartość tego dyplomu.

Ważniejsza jest jednak inna myśl Leszczyńskiego:

Nasi politycy, kiedy dziś mówią o inwestycjach, mają na myśli przede wszystkim drogi, mosty i budynki [...]. Obserwuję ten ponury mechanizm na przykładzie nauki polskiej, o której reformowaniu piszę. Wiele uczelni postawiło nowe, imponujące budynki i wybudowało wielkie nowoczesne laboratoria badawcze. Idea, że ludziom, którzy w nich pracują, należą się godziwe warunki pracy, została jednak wyparta przez przekonanie, że wydajność lepiej wymusić przystawionym do głowy ekonomicznym pistoletem. Zamiast podwyżek pensji naukowcy dostali kontrakty terminowe, które odebrały im pewność zatrudnienia (dziś to już norma w polskiej nauce).

Wiele osób - choć dalece nie wszystkie - dyskutujące o kondycji polskiej nauki zgadza się, że bez zwiększenia finansowania nie tylko infrastruktury naukowej, ale także samych badaczy polska nauka będzie się raczej zwijać niż rozwijać. Też jestem tego zdania. Zarazem jestem przeciw blankietowym podwyżkom dla wszystkich: Dodatkowe środki na badania oraz dodatkowe wynagrodzenie za prowadzenie badań powinni otrzymywać ci, którzy faktycznie robią coś wartościowego. Najlepszym sposobem takiego finansowania są granty. Ale i tu trzeba uważać.

Tej właśnie kwestii poświęcony jest list otwarty prof. Adama Płaźnika do minister Barbary Kudryckiej. Autorowi nie podoba się, że Polska dość gwałtownie przestawia się na granty jako podstawowy sposób finansowania nauki. Prof. Płaźnik uważa, że w system grantowy powinniśmy wchodzić miękko, z początkowym success ratio rzędu 90% (sic!) i docelowym rzędu 50-60%. Efektywnie oznaczałoby to, że każde badania, które ktoś zaproponuje, powinny być finansowane. To jest oczywisty absurd. Żaden kraj na świecie - może za wyjątkiem małych, ale bajecznie bogatych sułtanatów naftowych - nie może, nie mógł i nie będzie mógł sobie pozwolić na finansowanie wszystkiego. Nauka stała się dziedziną w zasadzie masową, w Polsce formalnie zajmują się nią dziesiątki tysięcy ludzi. Niektóre z tych badań są na dobrym poziomie, inne na przyzwoitym, jeszcze inne są, co tu dużo mówić, wtórne, kiepskie i niepotrzebne. Państwa nie stać na sfinansowanie wszystkiego, a finansować tych kiepskich po prostu nie warto. System grantowy nie jest doskonały (nobody's perfect), można i trzeba poprawiać rozwiązania szczegółowe, ale co do zasady, od grantów nie uciekniemy.

Jednak Płaźnik podnosi kilka bardzo zasadnych punktów szczegółowych.

  • System grantowy został przeniesiony z krajów zachodnich, głównie anglosaskich, ale tam jest tylko częścią całego systemu finansowania nauki. Cała reszta pozostała bez zmian i dlatego system grantowy u nas wydaje się być dalece niewydolny.
    • Oprócz systemu rządowego, tam - głównie w Ameryce - jest cała masa prywatnych źródeł finansowania, programów badawczych, milionerów-dobroczyńców i różnych fundacji; to ostatnie jest szczególnie istotne w dziedzinie badań biomedycznych. Są naukowe fundusze finansujące badania nowatorskie, obarczone sporym ryzykiem, których wynik nie jest z góry znany, podczas gdy polski grantodawca w zasadzie oczekuje gwarancji sukcesu.
    • Jest przemysł, który część (to prawda: coraz mniejszą) badań finansuje, dostarcza inspiracji, kupuje pewne odkrycia, których nawet nie zamawiał, ale uważa je za korzystne, niekiedy zleca naukowcom wykonanie jakichś badań, pomiarów, a przede wszystkim zatrudnia absolwentów. Duże firmy wciąż mają własne działy R&D i prowadzą badania, co prawda nie o charakterze podstawowym, jak dawniej, ale aplikacyjnym.
    • Całkowity poziom finansowania badań naukowych jest na Zachodzie znacznie wyższy, niż w Polsce. Ba, samo finansowanie ze źródeł publicznych jest wyższe!
    • Zachodnie systemy grantowe są znacznie mniej zbiurokratyzowane, niż w Polsce, procedura przyznawania i rozliczania grantów jest znacznie bardziej przyjazna. Administracja uczelniana jest pomocna, nie zaś wroga.
    • W Polsce nie ma w zasadzie grantów "na kontynuację", co jest szczególnie bolesne, gdy w ramach grantu kupowana lub wytwarzana jest kosztowna aparatura lub jest zatrudniany wykwalifikowany personel techniczny.
  • W Polsce spore wydatki na płace są bardzo źle widziane we wnioskach grantowych. Tymczasem granty powinny pozwalać na zatrudnianie - co najmniej - postdoków i personelu technicznego na kilka lat, za odpowiednie pensje.
  • Z kręgów NCN wciąż płyną sygnały, że najlepiej byłoby, gdyby granty nie przewidywały żadnych wynagrodzeń, a już w szczególności wynagrodzeń kierowników i głównych wykonawców. Tymczasem podstawowe pensje w nauce są w Polsce niskie i ludzie szukają dodatkowych dochodów. Lepiej, żeby badacze zarabiali na prowadzonych badaniach, niż na płatnej dydaktyce lub na chałturach. Na Zachodzie P.I. nie otrzymuje z grantu wynagrodzenia jeżeli jego podstawowe miejsce pracy zapewnia mu odpowiednio wysoką pensję.

Adam Płaźnik nie ma jednak racji protestując przeciwko osobnej puli na granty dla "młodych". Od dawna narzekało się, że niskie pensje podstawowe, kiepskie warunki pracy i ogólnie kiepskie możliwości zniechęcały młodych do podejmowania pracy naukowej. Jeśli ktoś tylko miał możliwości znalezienia "normalnej" pracy, szedł tam, a nie zostawał na uczelni. W niektórych dyscyplinach, takich co bardziej rynkowych, już teraz brakuje kandydatów na młodych adiunktów lub też o stanowiska takie ubiega się drugi, trzeci garnitur kandydatów, których rynek nie chciał. Żeby więc zachęcić młodych ludzi do podejmowania pracy naukowej, a zarazem żeby finansowo premiować nie wszystkich-młodych, ale tylko młodych-naukowo aktywnych, stworzono im specjalną ścieżkę finansowania - w konkursie ogólnym mieliby mniejsze szanse w starciu z badaczami bardziej doświadczonymi - dzięki której i mogą dostać więcej na rękę, i mogą prowadzić ciekawsze i bardziej niezależne badania. Ja uważam, że byłoby o wiele lepiej, gdyby same pensje podstawowe i warunki pracy zachęcały najzdolniejszych do zostawania w nauce - ze świadomością, że pewne firmy rynkowe i tak będą płacić więcej, ale za cenę mniejszego komfortu psychicznego, bardziej stresującej pracy etc etc - no, ale najwyraźniej tak się nie da. Warunki brzegowe, czyli w tym wypadku sytuacja finansowa, na to nie pozwalają. Wydzielona pula grantów dla młodych jest więc jakąś protezą, ale i tak lepsze to, niż nic, gdyż w przeciwnym razie za kilkanaście-dwadzieścia lat uczelniom groziłaby całkowita katastrofa.  

Płaźnik niesłusznie też atakuje habilitację, popadając przy tym w wewnętrzną sprzeczność:

Utrzymywanie habilitacji jest żenującym przeżytkiem, XIX-wiecznym anachronizmem (podobnie belwederskie profesury). Upierając się przy tym, ośmieszamy się w oczach światowej opinii. Chociaż, ostatnio, wysyp tzw. profesur uczelnianych (np. dr hab. prof. UW) skutecznie dewaluuje tytuł naukowy.

Profesury uczelniane są czymś wyraźnie niższej rangi, niż tytuł naukowy (profesura belwederska), więc go nie dewaluują. A gdyby nie habilitacja, która wciąż stanowi jakąś barierę, małe i słabe uczelnie swobodnie czyniłyby profesorami także słabych i naukowo nieaktywnych doktorów.

Pomyłką ze strony Płaźnika jest też zestawianie sytuacji nauki z sytuacją służby zdrowia. Owszem, NFZ można wiele zarzucać, ale to są jednak zupełnie inne grupy zagadnień. Dziwna jest wreszcie obrona JBR, których poziom naukowy uchodzi na ogół za słaby.

Tuż po nowym roku pojawiła się odpowiedź minister Barbary Kudryckiej. Pani minister serwuje co prawda sporo urzędniczego żargonu i oficjalnego optymizmu, ale muszę przyznać, że jej odpowiedź jest i tak na dość wysokim poziomie, jak na ministerialne standardy. Po części zapewne dlatego, że prof. Płaźnik, domagając się 90% success ratio teraz i 60% docelowo, wystawił się na wyjątkowo łatwy strzał.

Niech konkluzją tego długiego wpisu będzie inny cytat z artykułu Adama Leszczyńskiego:

Na pytanie: w co inwestować w czasie kryzysu, odpowiadam: w ludzi. [...] Potrzebujemy innej inwestycji w ludzi: w zaufanie - do siebie wzajemnie, do instytucji i do przyszłości. Bez tego Polska nigdy nie stanie się krajem bogatym i przyjaznym [...]

Przy innej okazji odniosę się też do artykułu Andrzeja Lubowskiego.