Kategorie: Wszystkie | Edukacja | Fizyka | Kryzys | Literatura | Muzyka | Polityka | Rozmaitości
RSS
wtorek, 19 stycznia 2016

Co najmniej od czasów rewelacji Edwarda Snowdena nie mam wątpliwości, że władze nas śledzą, a przynajmniej chciałyby śledzić. Naszą największą obroną jest anonimowość w oceanie danych. Choć możliwości przechowywania, efektywnego przeszukiwania i analizowania danych rosną w zawrotnym tempie, wciąż prawdą jest to, co przenikliwie opisał Stanisław Lem w opowiadaniu o tym Jak Trurl i Klapaucjusz demona drugiego rodzaju stworzyli, aby zbójcę Gębona pokonać: znalezienie informacji użytecznej w gigantycznym zbiorze informacji prawdziwych, lecz nieustrukturyzowanych, jest zadaniem przytłaczającym.

Co innego, gdy władza chce śledzić kogoś konkretnego, nie zaś szukać na ślepo: Wówczas obserwując jego zachowania elektroniczne (aktywność w internecie, w tym odwiedzane strony, serwisy i sklepy, bilingi i geolokalizacje telefonu komórkowego, płatności kartami kredytowymi itd), może się o nim dowiedzieć bardzo, bardzo wiele.

Uchwalana właśnie przez PiS ustawa inwigilacyjna znosi właściwie wszelkie ograniczenia w inwigilacji elektronicznej, czyniąc kontrolę sądową zupełnie iluzoryczną, podając policji i licznym (sic!) służbom specjalnym wszelkie informacje o aktywności obywateli na tacy. Różnica w stosunku do stanu poprzedniego polega przede wszystkim na tym, że dawniej była jakaś kontrola: pewnie kiepska i ułomna, możliwa do obejścia, ale jednak była. Funkcjonariusze nie mogli sobie ot, tak sprawdzać dowolnego internauty, a jeśli to robili - bo zapewne od czasu do czasu robili - to jednak musieli liczyć się z karą i nie mogli oficjalnie wykorzystać informacji zdobytych bez zgody sądu przeciwko obywatelowi. Teraz - hulaj dusza, piekła nie ma.

Policja i służby specjalne twierdzą, że nowe przepisy są im koniecznie potrzebne do tropienia terrorystów, szpiegów, pedofilów, handlarzy narkotykami i innych bardzo groźnych przestępców. To jest mydlenie oczu. Po pierwsze, jestem pewien, że profesjonalni przestępcy używają oprogramowania i innych technik, które bardzo skutecznie utrudniają inwigilację elektroniczną. Po drugie, nie wątpię, że w pewnych sytuacjach inwigilacja elektroniczna najgroźniejszych przestępców jest jednak potrzebna. Jest zatem rzeczą prawników i polityków takie sformułowanie przepisów, które umożliwiłyby sądownie kontrolowaną inwigilację tam, gdzie jest ona potrzebna. Zamiast tego dostajemy ustawę, na mocy której policja i służby będą mogły śledzić dosłownie wszystko, a potem wyławiać z tego cenne tropy do wyśledzenia sprawców ciężkich przestępstw. 

To oczywiście nie zadziała. Próba śledzenia wszystkiego skończy się tak, jak dla zbójcy Gębona: śmiercią pod nawałem danych. Ale inwigilować kogoś konkretnego będzie już można lekko, łatwo, przyjemnie i, co najważniejsze, legalnie. Do diabła idzie bowiem zasada owocu zatrutego drzewa (dowodu nielegalnie zdobytego nie można użyć w sądzie), o wprowadzeniu której wiele osób marzyło. Przeciwnie, teraz każdy dowód zdobyty na drodze inwigilacji staje się de facto legalny i żadne drzewo nie jest już zatrute.

Równie łatwo, co terrorystów i baronów narkotykowych - a w praktyce zapewne znacznie łatwiej - będzie można śledzić opozycyjnych polityków, aktywistów sprzeciwiających się jakiejś miłej władzy inicjatywie lub niechętnych rządowi dziennikarzy - żeby im przeszkodzić w działaniu lub żeby ich skompromitować (na przykład: Iksiński taki szlachetny, a odwiedza strony z gejowską pornografią). Tego boi się obecna opozycja i tak na pewno będzie się działo. Ale jeszcze częściej będzie się działo coś innego: Mąż na dostatecznie wysokim stanowisku w policji (niezbyt wysokim, choć pewnie powyżej funkcjonariusza służby patrolowej) będzie mógł dowiedzieć się, że podejrzewana o romans żona godzinami czatuje nie z przyjaciółką z liceum, ale z kimś zupełnie innym. Inny funkcjonariusz będzie mógł tworzyć profile konsumenckie i sprzedawać je organizacjom handlowym. Zgodnie z Ustawą o ochronie danych osobowych co prawda nie będzie można umieścić w spisie lokatorów nazwiska osób mieszkających pod siódemką, ale usłużny policjant będzie mógł sprawdzić, że często odwiedzają sklepy internetowe z elektroniką i biżuterią, a posługując się danymi geolokalizacyjnymi upewni się, że codziennie od 900 do 1800 przebywają poza domem. Szemrany kolega szwagra tego policjanta może się tym zainteresować. Zgodnie ze wspomnianą Ustawą o ochronie danych osobowych wykładowca na uczelni nie będzie mógł wywiesić listy z wynikami kolokwium, bo ktoś mógłby się dowiedzieć, że student Kowalski oblał, ale sąsiad-policjant, pokłócony z młodym Kowalskim o to, że pies nasrał na wycieraczkę, łatwo może się dowiedzieć, że Kowalski, zamiast się uczyć, wieczorami odwiedza serwisy z grami hazardowymi. No i tak się może złożyć, że wśród znajomych i rodziny nielubianego Kowalskiego rozejdzie się plotka...

Ja nie oskarżam wszystkich policjantów i funkcjonariuszy służb o niecne zamiary. Przeciwnie, sądzę, że większość z nich to ludzie uczciwi. Jednak jak w każdej dostatecznie dużej zbiorowości, znajdzie się wśród nich grupa osób mniej uczciwych. Przypuszczam, że niewielu zdecydowałoby się na współpracę z terrorystami lub przestępcami planującymi morderstwo, jednak przekazanie informacji o zwyczajach i zachowaniach ludzi zamożnych to co innego. A próg powstrzymujący przed sprzedażą profili konsumenckich lub śledzeniem niewiernego małżonka czy też nielubianego sąsiada, skoro samo tworzenie profili lub śledzenie będzie łatwe, może mieć pozory legalności i być praktycznie niekaralne, może być bardzo niski. Czy twórcy nowych przepisów inwigilacyjnych w ogóle zdają sobie sprawę z tego zagrożenia? Zapewne tak, ale uznają je za cenę, jaką społeczeństwo musi zapłacić za ich komfort i pewność sprawowania władzy.

***

Kilka uwag na koniec:

1. Proszę nie pisać, że PiSowska ustawa opiera się na propozycjach Platformy z wiosny tego roku. Po pierwsze, owszem, zdominowany przez Platformę Senat wystąpił z inicjatywą ustawodawczą, która została w całości przejęta przez PiS i włączona do aktualnego projektu. Ale poprzedni Sejm nie procedował projektu senackiego ze względu na podejrzenia (sic!), iż jest on niezgodny z konstytucją i prawem unijnym. Po drugie, włączona do projektu inwigilacja internetu jest całkiem nowym pomysłem PiSu. W senacko-platformerskim projekcie nie było.

2. PiS wprowadził poprawkę, zgodnie z którą policja i służby bez zgody sądu mogą pobierać tylko metadane, natomiast na wgląd w treść korespondencji każdorazowo potrzeba zgody sądu. To rzekomo ma nas chronić przed nadużyciami. Nic podobnego. Jeśli władza chce skompromitować działacza opozycji, wystarczy informacja, że regularnie odwiedzał on strony pornograficzne, a które konkretnie obrazki ściągał nie ma już takiego znaczenia. Jeśli władza chce dowiedzieć się skąd nielubiany dziennikarz czerpie informacje, wystarczy sprawdzić bilingi i geolokalizacje, a treści rozmów nie trzeba znać. Śledzącemu żonę mężowi wystarczy informacja, że wbrew solennym zapewnieniom nie czatuje ona z przyjaciółką, ale z jakimś facetem, a co konkretnie do siebie piszą nie musi być takie ważne. Lub też, posługując się przykładem amerykańskim, władza dowie się, że najpierw dzwoniłeś do przychodni wykonującej testy na HIV, potem do swojego lekarza, a zaraz potem do prawnika. Ale treści rozmów nie poznają. Uff, czujemy się bardzo bezpiecznie.

3. Wielu komentatorów rwie włosy z głowy, że ci, którzy kilka lat temu protestowali przeciwko umowie ACTA, teraz milczą. Niektórzy spodziewają się, że protesty z tej strony zaraz się zaczną, inni biadają, że sympatie młodzieży przesunęły się mocno na prawo. Tymczasem chodzi o coś zupełnie innego. ACTA przewidywała finansowe kary za piractwo. Ściąganie nielegalnych plików na własny użytek jest w Polsce legalne (o ile się ich nie udostępnia, co wyklucza na przykład korzystanie z torrentów), jednak ACTA, jako umowa międzynarodowa, brałaby precedencję nad prawem krajowym, więc byłaby finansowo niebezpieczna dla dziesiątek tysięcy użytkowników internetu. Nowa ustawa inwigilacyjna nie przewiduje kar za piractwo. Większość użytkowników internetu nie jest ani terrorystami, ani pedofilami, ani nie pierze brudnych pieniędzy, ani nie dokonuje innych groźnych przestępstw. Za to wszyscy młodzi ściągają seriale, co z punktu widzenia ustawy inwigilacyjnej jest akurat obojętne. Myślą więc sobie, że ich ta ustawa nie dotyczy. I dlatego nie protestują.

Gdy Snowden ogłaszał swoje rewelacje, protestowała tylko mniejszość. Większość nie miała oporów przed poświęceniem prywatności w zamian za złudę bezpieczeństwa. To błędna postawa. Zakupy internetowe są legalne, ale jeśli charakter tych zakupów pozna skorumpowany i praktycznie bezkarny policjant, może nas to narazić na włamanie. Czatowanie z koleżanką z pracy jest legalne, ale wiele osób wolałoby, aby nie dowiedziały się o tym ich żony. Odwiedzanie "ryzykownych" stron też jest legalne, choć niezbyt chwalebne moralnie, ale na pewno nie chcielibyśmy, aby dowiedział się o tym skłócony z nami sąsiad lub członek rodziny. A jeśli podejmujemy działania publiczne, informacja o naszych w pełni legalnych, ale postrzeganych jako niepoprawne działaniach w internecie może posłużyć do skompromitowania nas. Nawet niewinny profil konsumencki może narazić nas na zalew niechcianych reklam i spamów.

Nawiasem mówiąc, surowe kary finansowe za ściąganie "nielegalnych treści" (muzyki, filmów i seriali) najprawdopodobniej przewiduje umowa TTIP. Jest ona wciąż tajna (sic!), więc nikt nie wie, co konkretnie przewiduje. Jej przyjęcie może być groźne dla wielu internautów. Jej odrzucenie może doprowadzić do wojny handlowej Unii Europejskiej ze Stanami Zjednoczonymi. Będzie się działo.

Dr Andrzej Duda, jeszcze jako europoseł, był za jak najszybszym przyjęciem umowy TTIP.

poniedziałek, 11 stycznia 2016

W mediach, które czytam lub oglądam, ciągle zadawane jest pytanie: Czy PiS nie widzi, że odpychając Polskę od Unii Europejskiej i NATO, odpycha nas od jedynych sił, które mogłyby obronić nas w razie jakiejś katastrofy? Dobitnie napisał to Ziemowit Szczerek:

W tym wszystkim tej "zdroworozsądkowej" prawicy umyka to, że oddalając się od europejskich standardów, zniechęcamy do siebie NATO i Unię. Naszych jedynych - jedynych! - gwarantów bezpieczeństwa. Z tego prostego powodu, że odrzucając zachodnie wartości, po prostu przestajemy być częścią Zachodu. Stajemy się tym, czego Zachód nie lubi, czyli nieprzewidywalnym, agresywnym Wschodem. I do tego jeszcze wyszli z nas niewdzięczni, dwulicowi hipokryci, którzy, jak oburzał się dopiero co "Dresdner Neueste Nachrichten", "najedli się przy unijnym stole, a teraz wstają, bekając" [...] Tacy ludzie nie mają z Zachodem nic wspólnego, a zatem - myśli Zachód - nie ma żadnego sensu ich bronić, pomagać im i tak dalej.

Rzecz w tym, iż PiS - a konkretnie, Jarosław Kaczyński - sądzi, że nie ma zagrożeń, przed którymi Unia i NATO mogłyby nas obronić. Uważam, że Kaczyński tak właśnie sądzi.

Cóż bowiem mogłoby zagrozić Polsce? Według Kaczyńskiego, dwie siły: Rosja i... Unia Europejska. Zacznijmy od Unii. Dla Kaczyńskiego i czołówki PiSu Unia to Niemcy. Niemcy nie zagrażają nam militarnie, ale chcą nas wpędzić (o ile już tego nie zrobiły!) w relację postkolonialną. Chcą, abyśmy byli dla nich rynkiem zbytu i dostarczycielem taniej siły roboczej, a nawet aby zyski wypracowywane w Polsce dzięki unijnym (niemieckim) inwestycjom były transferowane do Europy Zachodniej (do Niemiec). Ale Zachodnia Europa (Niemcy) chce zrobić coś jeszcze gorszego: chce zatruć polską duszę, zniszczyć nas od wewnątrz, subwersywnie wprowadzając u nas swoje pedalskie multi-kulti, gendery, wegetarianizmy i bicyklizmy, wywołać w nas poczucie winy za pańszczyznę, sarmatyzm i antysemityzm, za dawne i współczesne zacofanie, wreszcie zniszczyć cywilizację łacińską, której winniśmy być ostoją, wszystko zaś po to, abyśmy duchowo zniewoleni nie mogli się z relacji postkolonialnej wyrwać. No i dla dobra międzynarodowych koncernów.

Drugą siłą zagrażającą Polsce jest Rosja. Tyle że - tak uważa Kaczyński - w przewidywalnej przyszłości, powiedzmy przez trzydzieści lat, to zagrożenie się nie ziści. Nie dlatego, że Rosja się ucywilizowała, co to, to nie, ale dlatego, że nie da rady. Gospodarka rosyjska się sypie, budżet trzeszczy w szwach na skutek ogromnego spadku cen surowców energetycznych, państwo zaś będzie musiało się przeciwstawiać islamizmowi i tendencjom separatystycznym na Kaukazie (już to robi, płacąc tamtejszym watażkom gigantyczne pieniądze) i chińskiej ekspansji na Dalekim Wschodzie. Nawet inwazja na Krym i wschodnią Ukrainę przekonała Putina, że agresywna polityka się nie opłaca: Krym co prawda udało się zająć bardzo łatwo - nie tylko dzięki "zielonym ludzikom", ale także uprzedniej obecności rosyjskich wojsk (Flota Czarnomorska), autentycznej przychylności miejscowej ludności, wątpliwym związkom Krymu z Ukrainą i silnym sentymentalnym związkom Krymu z Rosją (nie mówię o jakichś legendarnych opowieściach o chrzcie św. Włodzimierza w Chersoniu, ale o krwawych wojnach, jakie Rosja toczyła w XVIII i XIX wieku w celu zdobycia i utrzymania Krymu), zresztą plany tej operacji musiały być od dawna gotowe - ale już wywołanie masowego antyukraińskiego powstania w Noworosji zupełnie się nie powiodło. Putin zyskał jedynie fragmenty obwodów donieckiego i ługańskiego, no i zdestabilizował ukraińską gospodarkę. Poniósł przy tym i nadal ponosi wielkie koszta wizerunkowe, na wschodniej Ukrainie realne straty wojskowe, przedłużająca się operacja wojskowa dużo kosztuje, Rosja musi utrzymywać Krym, a w dodatku rosyjska gospodarka cierpi na skutek nałożonych sankcji. Pokonanie i późniejsza okupacja Polski, z militarnego punktu widzenia jak najbardziej możliwe, musiałyby kosztować znacznie, znacznie więcej. Nie opłaca się.

Jak się ma do tego NATO? Teoretycznie jesteśmy objęci gwarancjami Artykułu V Traktatu Waszyngtońskiego, ale zachodni alianci mogliby być niechętni do udzielenia Polsce realnej pomocy w wypadku rosyjskiego ataku. Oczywiście krzyczeli by głośno, wprowadzili surowe sankcje, ale my i tak znaleźlibyśmy się pod okupacją. Historia, myśli Jarosław Kaczyński, nauczyła nas, że zachodnim sojusznikom nie należy ufać. Nawet wojna rosyjsko-gruzińska z 2008 pokazała, że państwa NATOwskie, w tym Stany Zjednoczone, dużo mówią i zapewniają o swoim poparciu, ale gdy przyjdzie co do czego, podkulają ogon, nie ryzykując konfliktu z Rosją. To samo stało się z "gwarancjami integralności terytorialnej", jakich Stany Zjednoczone i Wielka Brytania (i Rosja) udzieliły Ukrainie. Jednak, jako się rzekło, Rosja militarnie nam nie zagraża.

No właśnie: nam. Sytuacja krajów nadbałtyckich jest zupełnie inna. Po pierwsze, sentymentalne związki Rosji z krajami bałtyckimi są dużo silniejsze, niż związki z Polską, po drugie, w Estonii i Łotwie mieszka naprawdę duża mniejszość rosyjska, po trzecie, Rosja zyskałaby lądowe połączenie ze strategicznie ważnym Obwodem Kaliningradzkim, zarazem, po czwarte, okrążając i już zupełnie podporządkowując sobie Białoruś. W dodatku w wypadku jakiegoś kryzysu wewnętrznego "operacja bałtycka" mogłaby być bardzo skutecznym narzędziem mobilizacji poparcia rosyjskiej opinii na rzecz władz. Koszta tego wszystkiego byłyby bardzo duże (choć mniejsze, niż w wypadku ataku na Polskę), ale zyski też niebagatelne. A ponieważ Rosja jest nieprzewidywalna, nie można takiego scenariusza wykluczyć.

Zachodni alianci nie udzieliliby Bałtom realnego i skutecznego poparcia wojskowego, ale, kto wie, może popchnęliby do tego Polskę? Zresztą Polska, ze swoim frajerskim poczuciem honoru, sama mogłaby porwać się do wypełniania zobowiązań traktatowych i rozpocząć wojnę z Rosją, co skończyłoby się dla nas militarną katastrofą. Nie okupacją, ale wielkimi stratami, koniecznością opuszczenia NATO i wpadnięciem w rosyjską strefę wpływów na długie lata. I dlatego Kaczyński uważa, że Traktat Waszyngtoński nie jest dla nas gwarancją, ale zagrożeniem. Nie warto umierać za Tallin.

A co będzie za owe umowne trzydzieści lat? Może Polsce, zjednoczonej moralnie i patriotycznie wokół nowej siły przewodniej, uda się wyrosnąć na regionalne mocarstwo pomiędzy Wschodem i Zachodem, a zachowując poprawne stosunki z Rosją, skłoni ją raczej do współpracy (Rosja współpracuje tylko z silnymi) niż do agresji?

A zatem skoro Rosja nie stanowi zagrożenia, a innych zagrożeń militarnych Kaczyński nie dostrzega, nie potrzebujemy francuskich śmigłowców, amerykańskich rakiet czy współpracy wywiadowczej ze Słowacją w ramach NATO. Potrzebujemy jedynie formalnego członkostwa w NATO aby zaznaczyć swoją odrębność od Rosji i przyjaźń z Ameryką. Skoro z Rosją należy zachować poprawne stosunki aby kiedyś móc z nią współpracować, antyrosyjska propaganda w prawicowych mediach jest wyciszana, w Polskim Radio ważne stanowiska obejmują ludzie znani z otwarcie proputinowskich sympatii, a dawne ruskie trolle (sądząc po nickach) mogą bez przeszkód pracować dla PiSu. Nawet o wrak już się nie upominamy. W dodatku Rosja jest nastawiona antyunijnie i antyliberalnie co najmniej tak samo, jak PiS, więc w tym obszarze można  by z Rosją współpracować już teraz. Bo to Unia Europejska, czyli Zachodnia Europa, czyli Niemcy, jest największym zagrożeniem dla Polski.

Jeśli ktoś sądzi, że bredzę twierdząc, iż według PiSu Unia Europejska i NATO są zagrożeniami dla Polski, przypominam wypowiedź dr. Andrzeja Dudy, którą już zresztą przywoływałem :

Jak podkreślił prezydent „konstytucja z 1997 roku była przyjęta przed wstąpieniem Polski do Sojuszu Północnoatlantyckiego i wstąpieniem do Unii Europejskiej" i „nie uwzględnia tych elementów". 

Dodał też, że konstytucyjnego wzmocnienia wymagają także niektóre prawa obywatelskie. –Żeby w konstytucji wzmocnić także gwarancje naszej suwerenności – powiedział.

Jak widać, dla prezydenta Dudy przynależność Polski do Unii i NATO oznacza zagrożenie suwerenności.

Co zatem z Unią? Według Jarosława Kaczyńskiego (jeszcze raz przepraszam za konieczność linkowania tego portalu), 

Niemcy są nam winni bardzo dużo w każdym wymiarze, począwszy od moralnego, a skończywszy na ekonomicznym. Rachunek krzywd jest ogromny. Od wojny te sprawy nie zostały wyjaśnione, a w sensie prawnym są aktualne.

Unia (Niemcy) powinni nam płacić, bo to jest ich zobowiązanie moralne - to staje się oficjalnym elementem PiSowskiej retoryki, podobnie w ostatnich dniach mówili Tomasz Terlikowski, Bartosz Kownacki z MON, Zbigniew Ziobro i Paweł Kukiz - ale dla Polski żadne (moralne, polityczne, ekonomiczne) obligacje z tego nie wynikają. Póki więc Unia będzie płacić, czyli do końca obecnej perspektywy budżetowej, póty Polska w Unii pozostanie. A potem nasze członkostwo będzie wygaszane.

Jarosław Kaczyński, PiS i ich zwolennicy nie dostrzegają innych zagrożeń: Tych związanych z IS i sytuacją a Bliskim Wschodzie, klimatycznych, migracyjnych, ekonomicznych wynikających z trendów globalnych (globalizacja i postęp techniczny, eliminujące miejsca pracy), ekonomicznych wynikających z wewnętrznej sytuacji Unii, ekonomicznych wynikających z niepewnych perspektyw na Dalekim Wschodzie, ekologicznych, konsekwencji ewentualnej - Boże, uchowaj! - katastrofy gospodarczej Rosji, niczego. Nie rozumieją, że to właśnie próba budowy "niezależnej" gospodarki w opozycji do Unii Europejskiej skaże nas na peryferyjność. Nie dostrzegają, że niektórym zagrożeniom Europa będzie się mogła przeciwstawić albo wspólnie, albo wcale.

Chciałbym, naprawdę chciałbym, aby było prawdą, iż Rosja nam militarnie nie zagraża, ale nie mam takiej pewności: Państwo rosyjskie jest Polsce bardzo niechętne, przede wszystkim zaś nieprzewidywalne i wszystkie z pozoru racjonalne dywagacje mogą wziąć w łeb. Kaczyński i PiS nie rozumieją, że osłabiając NATO i Unię Europejską, grają przede wszystkim na rzecz interesów Putina, a osłabiając pozycję Polski w strukturach Zachodu, popychają nas w stronę popadnięcia w zależność od Rosji. Zapewne robią tak wbrew swoim najszczerszym intencjom, ale po owocach poznacie go.