Kategorie: Wszystkie | Edukacja | Fizyka | Kryzys | Literatura | Muzyka | Polityka | Rozmaitości
RSS
środa, 17 lutego 2010

Justyna Kowalczyk zdobyła srebro w Vancouver! Ale ja jestem pod wrażeniem postawy Petry Majdić. Była jedną z faworytek. Po strasznym upadku na rozgrzewce, nie było jasne, czy wystartuje w kwalifikacjach. Wystartowała, miała kiepski czas, a po przebiegnięciu mety dosłownie krzyczała z bólu, co telewizor pokazywał live. Pornografia cierpienia. Potem, wydawało się, cudem, przeszła przez ćwierć- i półfinały. A w finale zdobyła brązowy medal, po czym chyba straciła przytomność i fizycznie trzeba ją było wynieść. Brawo, Petra! Brawo, Justyna! No i brawo, Marit - Norweżka, która zdobyła złoto.

Not with a whimper, but with a bang!

wtorek, 16 lutego 2010

Nie, nie będę pisał o Nowym Orleanie, ale o profesorze Majcherku. Znowu. Poglądy Janusza A. Majcherka na nauczanie matematyki i nauk ścisłych uważam za całkowicie błędne, ale ze społeczno-polityczną publicystyką tego autora na ogół się zgadzałem. Nie tym razem. Swój najnowszy artykuł Majcherek poświęca utrzymywaniu archaicznej struktury wsi dzięki transferom socjalnym, dotacjom do KRUS i subwencjom europejskim. Zaczyna od rozsądnego pytania:

Czy jest możliwe w XXI wieku osiągnięcie szybkiego rozwoju, przeprowadzenie gruntownej modernizacji i zapewnienie bogactwa społeczeństwu, którego trzecia część żyje nieproduktywnie na wsi, utrzymuje się głównie z dotacji, subwencji, zasiłków i innych świadczeń oraz nie wiadomo czego, ewentualnie pracy na czarno?

Pytanie jest retoryczne. Nie, nie jest to możliwe. KRUS jest anachroniczny, ekonomicznie i społecznie szkodliwy, należy go gruntownie zreformować, a jeszcze lepiej, zlikwidować, obejmując rolników tym samym systemem, co mieszkańców miast. Równie szkodliwy jest system "rent" (cudzysłów świadomie), będący często głównym źródłem gotówki dla mieszkańców wsi. Dramatem jest bezrobocie na wsi, jawne i ukryte. Formalne traktowanie gospodarstw, które nie tylko nie sprzedają niczego na rynku, ale nawet nie są żywnościowo samowystarczalne, tak jak normalnych gospodarstw rolnych i przydzielanie im unijnych dotacji, jest ekonomicznie nieuzasadnione. Prawdą jest wreszcie, że politycy - i to, wbrew obiegowej opinii, nie tylko z PSL - starają się istniejący stan rzeczy zakonserwować w obawie przed utratą elektoratu.

Cóż więc należałoby zrobić? Porzucić anachroniczny, ze wszech miar szkodliwy system transferów socjalnych na wieś, zapewniając jednocześnie mieszkańcom wsi jakieś inne, produktywne źródła utrzymania. Nad takimi rozwiązaniami zastanawiają się piszący do Gazety eksperci. O nie, powiada Majcherek, nie tędy droga! Według niego

Proces modernizacji naszego kraju i polskiego społeczeństwa musi oznaczać urbanizację.

Majcherek nie podaje żadnych argumentów na rzecz swojej tezy. Tak ma być i już. Najwyraźniej wynika to z ideologicznych założeń, które być może nawet sam Majcherek nie w pełni sobie uświadamia. Ale co zrobić, żeby proces urbanizacji przyspieszyć i wymusić? Ni mniej, ni więcej, trzeba wieś wygłodzić: Ludzie będę się przenosić ze wsi do miast, pod warunkiem, że

różnica między dotychczasowym a możliwym do uzyskania standardem życia musi być na tyle wyraźna, by kompensowała trudy związane ze zmianą miejsca i sposobu życia. Mówiąc brutalnie, tylko bieda wygna ludzi ze wsi do miast.

A gdy już znajdą się w mieście, to zapewne w sposób cudowny znajdą produktywną pracę. Janusz A. Majcherek, który swego czasu domagał się "solidnej porcji nauk społecznych" w szkole, najwyraźniej sam nie odrobił lekcji. Autor ten wie i zgoła ubolewa nad tym, że

migracja ze wsi do miast praktycznie po 1989 r. zamarła, a od 2000 r. jest wręcz ujemna, czyli udział ludności wiejskiej w polskim społeczeństwie rośnie!

ale on sam, profesor filozofii (sic!), nie zadał sobie trudu, aby to zjawisko zrozumieć. Ba, najwyraźniej nie ma na to ochoty. Tymczasem rzecz jest prosta, absurdalnie prosta. Ludzi do miasta przyciągała praca. Gdzie mogli znaleźć pracę niewykwalifikowani mieszkańcy wsi? Na wielkich budowach socjalizmu i w wielkich zakładach przemysłowych - hutach, kopalniach, fabrykach włókienniczych - które konsumowały w zasadzie nieograniczoną ilość rąk do pracy. Ale teraz budów socjalizmu nie ma, a molochy przemysłowe albo upadły, albo zatrudniają o wiele mniej osób, niż dawniej - i to nawet nie tyle z powodu recesji, globalizacji i dzikiego kapitalizmu, ile z uwagi na postęp techniczny i mniejsze marnotrawstwo. Gdzież więc znajdą pracę wiejscy, niewykwalifikowani beneficjenci transferów socjalnych? Wielki przemysł ich nie wchłonie. Jeżeli, jak chce Majcherek, wieś się wygłodzi i ludzie zostaną zmuszeni do przeprowadzki do miast, powstaną nasze własne, polskie fawele, dzielnice nędzy i beznadziei.

Czym zaś wytłumaczyć odwrócenie trendów migracyjnych? Nie wiem, w którym z równoległych światów żyje Majcherek, ale w tym Krakowie, w którym mieszkam ja, pracuje bardzo wiele wysokokwalifikowanych osób, które przeprowadziły się na wieś, codziennie dojeżdżają do pracy, ale - z wielu powodów, bynajmniej nie ze względów na transfery socjalne - wolą wieś od miejskich blokowisk. Czy prof. Janusz A. Majcherek nigdy nie zastanawiał się, dlaczego co rano i każdego popołudnia korkują się Aleja 29 Listopada, Opolska, Wadowicka i Wielicka (główne ulice wlotowe do Krakowa z czterech stron świata)? Otóż tysiące ludzi, którzy mieszkają w bliższych i dalszych podkrakowskich wsiach i miasteczkach, rano jedzie do pracy w mieście, po południu zaś z niej wraca. I nie są to wyłącznie post-peerelowscy chłoporobotnicy, są to także lekarze, prawnicy, profesorowie, biznesmeni, urzędnicy, przede wszystkim zaś pracownicy szeroko pojętego sektora usług. To jest światowa tendencja - nie uwierzę, że Majcherek nigdy nie był w Londynie, Paryżu, Brukseli czy Madrycie i nie widział, jak tam to wygląda. Ludziom trzeba ułatwić przemieszczanie się z miejscowości satelickich do metropolii (najlepiej w postaci sprawnej komunikacji zbiorowej), nie zaś zmuszać ich do przeprowadzenia się do miasta. A w miejscu zamieszkania trzeba zapewnić porządną edukację dla ich dzieci i jakieś sposoby spędzania wolnego czasu dla nich samych. Dojeżdżanie do pracy ma i tę zaletę, że w wypadku utraty pracy, można jakiś czas zostać w domu, nie ponosząc wyższych kosztów życia w dużym mieście.

Czy z tego wszystkiego wynika, że dla obecnych wiejskich beneficjentów transferów socjalnych nie ma już żadnej nadziei? Czy ci ludzie muszą pozostać w tak lub inaczej zorganizowanym socjalu? W odniesieniu do wielu może to, niestety, być prawda. Trzeba myśleć o ich dzieciach. Mieszkańcy wsi odnajdą się w mieście - albo nie będą musieli się do niego przeprowadzać - jeśli wieś przybliży się cywilizacyjnie do miasta. Trzeba więc inwestować w edukację na wsi, w infrastrukturę, w komunikację, w szeroko pojętą jakość życia, a wszystko to wykreuje miejsca pracy na wsi - ale Majcherek to odrzuca. Majcherek, jak już dawno podejrzewałem, jest neoluddystą: chciałby odwrócić postęp techniczny, stworzyć mnóstwo miejsc pracy dla niewykwalifikowanych robotników i przy okazji - ach, cóż za ulga - zlikwidować konieczność nauczania przedmiotów ścisłych w szkołach.

Nie będę udawał, że mam pomysły na rozwiązanie społecznych problemów wsi. Korzystając z okazji, chciałbym wszakże wspomnieć o pewnej kwestii. To prawda, że ekonomicznie opłacalny byłby proces konsolidacji gruntów, powstawania gospodarstw - farm - wielkoobszarowych. Ale te polskie, rozdrobnione gospodarstwa mają swoje zalety i kulturowe, i biologiczne. Pamiętam, gdy raz wiozłem profesora-Niemca na konferencję do Zakopanego, ten piał z zachwytu: tu takie pole, tam śmakie, tu krowa, ówdzie kura. "Wy macie naturalny, europejski krajobraz, na Zachodzie takiego już nie ma!", krzyczał. To prawda. A owa rozdrobniona struktura - ozimina koło jarzyny, obok sad, tam zaś pole kapusty - sprzyja bioróżnorodności. Wiele gatunków potrzebuje czegoś takiego, w jednym gniazduje, w drugim się żywi. Może więc uznać, że rozdrobnienie jest sui generis wartością. Dotacje europejskie ten stan rzeczy konserwują, przyznajmy więc, że nie dotujemy fikcji rolnictwa, ale utrzymujemy taką mieszankę skansenu z rezerwatem przyrody. Do takiego krajobrazu można zaprosić turystów z Zachodu i z polskich wielkich miast. Przyjadą, choć nie tak licznie, jak na śródziemnomorskie plaże, byleby mieli czystą łazienkę z ciepłą wodą i dobrą drogę.

W kontekscie artykułu Majcherka muszę wspomnieć o jeszcze jednym: Jeden z moich dziadków - ten, ktrórego zabili Sowieci - był przedwojennym inżynierem leśnikiem, chłopskiego pochodzenia. Mój drugi dziadek - ten, którego nazwisko noszę - był małorolnym chłopem spod Nowego Sącza.

A skąd tytuł? Tylko z uwagi na datę.

P.s., 2 marca. Gazeta Wyborcza dzisiaj, w wydaniu papierowym i elektronicznym, opublikowała nieco uładzoną wersję tej notki.

sobota, 06 lutego 2010

Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego ogłosiło wczoraj Strategię Rozwoju Szkolnictwa Wyższego w Polsce do roku 2020. Strategię, na zlecenie Ministerstwa, opracowała firma doradcza Ernst & Young, za 1,7 mln złotych. Dokument ten, omawiany już na wielu forach, zawiera szereg rekomendacji. Część z nich jest lepsza, część gorsza, ale kilka budzi mój sprzeciw:

  • Zakaz zatrudniania własnych doktorów. Uczelnie publiczne przez dwa lata nie będą mogły zatrudniać osób, które uzyskały na nich doktorat. Ma to wyeliminować "chów wsobny" tudzież wymusić mobilność. Mobilność to słowo-klucz. Nie możesz być dobrym naukowcem, jeśli nie otarłeś się o inne uczelnie. To prawda, tak to działa na przykład w Ameryce, ale autorzy Strategii nie wzięli pod uwagę ograniczeń, warunków brzegowych. Gdzie i za co młody doktor miałby się przeprowadzić? Za co wynająć mieszkanie, gdy pensja młodego doktora nie wystarcza na wynajęcie czegoś w dużym mieście po cenach rynkowych? Co ze współmałżonkiem doktora? W Polsce społeczeństwo w ogóle jest mniej mobilne, niż w Ameryce, wyjazd do innego miasta za pracą - i to nie ze wsi, ale z miasta uniwersyteckiego! - jest nam kulturowo obcy. W porządku, być może trzeba to zmienić, uczelnie powinny być otwarte na osoby z zewnątrz, ale nie sądzę, żeby administracyjny nakaz był najlepszą metodą. Duże dyscypliny, uprawiane na wielu uczelniach, szybko znajdą sposób na obchodzenie zakazu: nasz doktorant formalnie będzie się bronił w Instytucie Fizyki Jądrowej, na AGH lub w Katowicach, doktorant z Katowic u nas. Przecież nie ma prawnego obowiązku bronienia się na uczelni, na której odbywało się studia. A jeśli takiej możliwości nie będzie, młodzi doktorzy mogą zostać zmuszeni do porzucenia dalszej kariery akademickiej.
  • Kandydat na profesora musi przepracować łącznie co najmniej trzy lata poza własną uczelnią. Znów, w teorii pomysł jest znakomity, przyszły profesor musi mieć obycie w świecie, musi zetknąć się z innymi projektami i inną kulturą naukową, musi wystawić się na krytykę "obcych". Ach, żeby tylko pani minister mogła administracyjnie zapewnić miejsca pracy dla kandydatów na profesorów! W rzeczywistości może dojść do tego, że klasyczny wieloetatowiec będzie spełniać ten warunek - przecież pracował poza swoją uczelnią - podobnie jak osoba, która nigdzie długo nie zagrzała miejsca, i to niekoniecznie  ze względu na ciekawość intelektualną pchającą ją do nowych wyzwań, a ktoś, kto pracował w jednym miejscu, nawet na światowym poziomie, będzie bez szans. Albo kandydat na profesora będzie musiał pogodzić się z czasowym spadkiem dochodów i prestiżu, popracować pewien czas w gorszej uczelni. Czego on się tam nauczy? I czy będzie miał gdzie pracować, bo przecież Strategia zakłada konsolidację i likwidację małych uczelni, także ze względów demograficznych. Oj, chyba nie zostanę profesorem. O tym, czy ktoś na stanowisko profesora zasługuje, powinny decydować nie formalne kryteria administracyjne, ale uzyskane wyniki - publikacje, zaproszone wykłady na konferencjach. (Oj, chyba nie zostanę profesorem.) Strategią obronną będzie mianowanie na stanowiska profesorów podwórkowych, pardon, uczelnianych, wszystkich doktorów habilitowanych tuż przed wejściem reformy w życie. Obawiam się, że oba te sposoby na administracyjne wymuszenie mobilności będą w wielu wypadkach działać raczej zniechęcająco niż mobilizująco.
  • Zakaz wieloetatowości - pracownik uczelni akademickiej będzie mógł poza własną uczelnią pracować co najwyżej na pół etatu. Dotyczyć ma to też działalności gospodarczej. Świetny pomysł, który mnie zresztą powinien być obojętny - fizyków nikt nie potrzebuje, więc ich na drugim itd etacie nie zatrudnia. Takie obostrzenia są zrozumiałe, o ile prestiż i wynagrodzenie pracownika uczelni są na tyle duże, żeby rekompensować utratę potencjalnych zarobków gdzie indziej. Tymczasem na sama strategia zakłada, że do roku 2020 realne wynagrodzenia pracowników uczelni mają wzrosnąć o 30%. To zbyt mało. Ha, już widzę naszych licznych profesorów prawa (nomina sunt odiosa), którzy porzucają swoje kancelarie adwokackie, żeby móc pozostać na uczelni. Podobnie pracowników wydziałów medycznych, porzucających swoje gabinety. Nawiasem mówiąc, pracownicy wydziałów medycznych bardzo często mają tylko cząstkę etatu akademickiego, w ramach którego uczą i prowadzą badania naukowe, oraz cały, lub też jakiś ułamek, etatu z PSK, w ramach którego leczą ludzi. Czy teraz będą musieli przestać leczyć, czy też będą leczyć za darmo? Czy wysoko opłacanym specjalistom z E&Y w ogóle to przyszło do głowy?
  • Likwidacja stypendiów naukowych. Środki przeznaczane obecnie na stypendia naukowe pójdą na zwiększenie liczby i wysokości stypendiów socjalnych, aby zwiększyć dostępność darmowych studiów. Stypendia mają być przyznawane nie przez uczelnie, ale przez Ośrodki Pomocy Społecznej. Ubóstwo nie powinno być barierą do studiowania, powinny być liczne programy stypendialne wspierające niezamożnych, ale zdolnych studentów. No właśnie, zdolnych. Po wejściu w życie ministerialnych propozycji takie samo wsparcie otrzyma student biedny, ale zdolny i pracowity, jak i biedny leniwy kombinator, któremu zależy tylko na tym, żeby utrzymać się na studiach, bo dzięki temu dostaje stypendium. To jest po prostu głupie. I jak ma się to do deklarowanego celu, jakim ma być podniesienie i poziomu wykształcenia, i jakości badań? Ano, nijak.
  • Ostateczna likwidacja jednolitych studiów magisterskich. Tak zwany "proces boloński", podział studiów na studia I i II stopnia, uznanie studiów doktoranckich za studia III stopnia, to katastrofa, zupełnie nieprzystająca do polskich warunków i tradycji (pracodawcy osoby z samym licencjatem traktują jak ludzi z niepełnym wykształceniem!), ale OK, jakoś sobie z tym radzimy. Ale teraz co, będzie licencjat z prawa? Licencjat z medycyny?! Przywracamy zawód felczera?
  • Wprowadzenie kategorii uczelni badawczej. Uczelnia badawcza ma prowadzić badania, zatrudniać personel pod kątem ich pozycji naukowej, nie zaś potrzeb dydaktycznych, ma obowiązek prowadzić studia III stopnia i może prowadzić studia I i II stopnia, na uczelni badawczej na jednego pracownika naukowego ma przypadać mniej studentów, niż na uczelni akademickiej. Jak rozumiem, mają się z tym łączyć większe pieniądze na badania. Nie wiem, jakie będą szczegółowe kryteria, ale jeśli mały stosunek liczby studentów do pracowników potraktować literalnie jako wymóg, wielkie uczelnie - Uniwersytet Warszawski, Jagielloński i inne czołowe uniwersytety - prowadzące masowe, popularne kierunki studiów, nie będą mogły stać się uczelniami badawczymi. Za to instytuty naukowe, które prowadzą studia doktoranckie, będą mogły formalnie zjednoczyć się w uniwersytet, uzyskać status uniwersytetu badawczego i spić całą śmietankę. Kudrycka jako eksponent lobby instytutów naukowych?
  • Zwiększenie kontroli ministra nad uczelniami państwowymi. Tak, duże uczelnie państwowe są źle zarządzane, ale pomysł, że scentralizowana kontrola jest najlepszym remedium, to jest etatystyczna aberracja. Uczelnie, także państwowe, będą mogły upadać (w sensie prawa upadłościowego). Czy to ma oznaczać, że uczelnie staną się przedsiębiorstwami nastawionymi na zysk? W ogóle różnica pomiędzy uczelniami państwowymi a prywatnymi zaciera się - tyle, że uczelnie prywatne będą miały większą autonomię, niż państwowe. Minister Kudrycka jednak jest eksponentem interesów uczelni prywatnych.

Jednocześnie pani minister Kudrycka opublikowała artykuł, w którym zachwala swoją strategię. Artykuł jest cukierkowo niekonkretny, pełno w nim haseł, pobożnych życzeń, ale żadnych gwarancji. I jeszcze te stereotypy: Natalia - kobieta -  to "dociekliwa humanistka", która "skoncentruje się na psychologii społecznej [...] i intensywnej nauce języków obcych", Wojtek - mężczyzna - to "umysł ścisły i praktyczny", który wobec tego pójdzie na politechnikę. Mnie zaś uderza wizja pani minister: uniwersytety to humanistyka, kierunki ścisłe to politechnika, która "musi zbliżyć swoją ofertę dydaktyczną do oczekiwań przedsiębiorców", są jeszcze wyższe szkoły zawodowe. A gdzie badania podstawowe, od matematyki po biologię? W wizji pani minister najwyraźniej nie ma na nie miejsca.

Mam nadzieję, że ten projekt reform nie wejdzie w życie.

środa, 03 lutego 2010

Kolega przesłał mi żart, przerobioną mapę Europy. Zamieszczam ją z pewną taką nieśmiałością, bo pokazuje stereotypy, w jakich tkwimy, nasz megalomański i oderwany od rzeczywistości ogląd świata, obraża sympatyczne i przyjazne nam kraje - i, wstyd przyznać, wydaje mi się zabawna.

Mapa Europy

Mapa oczywiście już od dawna jest w sieci, choćby na demotywatorach, mam więc nieco mniejsze wyrzuty sumienia. Długo zastanawiałem się skąd mogła się wziąć i co oznacza "pani Stanisława" - wydaje mi się, że może chodzić o to. Ja zamiast IKEA dałbym Wallander, ale może to nie pasowałoby do poetyki całości. Ha, za to zdążyłem już kilku osobom wytłumaczyć co oznacza napis "Baryka", i nie była to nieletnia młodzież.

O, tempora, o, mores...