Kategorie: Wszystkie | Edukacja | Fizyka | Kryzys | Literatura | Muzyka | Polityka | Rozmaitości
RSS
niedziela, 20 lutego 2011

Ustawa reformująca szkolnictwo wyższe przeszła przez Sejm z niewielkimi zmianami w stosunku do przedłożenia rządowego i trafiła do Senatu. Całą tę nowelizację uważam za chybioną, gdyż nie dotyka źródeł największych problemów trapiących polską nauke i szkolnictwo wyższe, tym niemniej Senat wciąż może wprowadzić poprawki, które uczynią ją mniej złą.

Znaczenia symbolicznego nabrał Artykuł 125 Ustawy - Prawo o szkolnictwie wyższym. Artykuł ten dotyczy zwalniania pracownika naukowego "z innych ważnych przyczyn", a więc nie wtedy, gdy otrzyma dwukrotnie ocenę negatywną, zostanie skazany prawomocnym wyrokiem itp, ale wtedy, gdy władze uczelni arbitralnie uznają, że z tym panem lub panią współpracować już nie chcą. W wersji obecnie obowiązującej odpowiedni przepis brzmi:

Stosunek pracy z mianowanym nauczycielem akademickim może być rozwiązany również z innych ważnych przyczyn, po uzyskaniu zgody organu kolegialnego wskazanego w statucie uczelni.

Po nowelizacji w wersji rządowo-sejmowej brzmiałby on

Stosunek pracy z mianowanym nauczycielem akademickim może być rozwiązany również z innych ważnych przyczyn, po uzyskaniu opinii organu kolegialnego wskazanego w statucie uczelni.

Zmiana jest pozornie niewielka, "zgoda" zostaje zastąpiona przez "opinię". Recz w tym, że opinia jest niewiążąca - choćby organ kolegialny in gremio sprzeciwił się zwolnieniu danej osoby, władze mogą się z tą opinią zapoznać, a potem postąpić wedle własnego uznania. Władze uczelni zyskają więc możliwość zwolnienia każdego nielubianego pracownika, z dowolnych powodów, także politycznych. Zgadzam się, że przepis ten będzie wykorzystywany bardzo rzadko, jeśli w ogóle, sprawa ma więc niewielkie znaczenie praktyczne, ale będzie istnieć groźba nadużycia, a przynajmniej wykorzystywania go jako straszaka.

Rzecz jest tym bardziej dziwna, że w Ustawie o instytutach badawczych analogiczny przepis (Art. 45 pkt. 4) brzmi

Stosunek pracy z mianowanym pracownikiem naukowym może być rozwiązany również z innych ważnych przyczyn, po uzyskaniu zgody rady naukowej instytutu.

Ustawę tę uchwalono 30 kwietnia 2010, weszła ona już w życie i logicznie stanowi część tej samej reformy nauki, co nowelizacja Prawa o szkolnictwie wyższym. Nie widzę merytorycznych powodów, dla których ta sama sprawa miałaby być inaczej regulowana w instytutach badawczych, inaczej na uczelniach. No, chyba że władza faktycznie postrzega wyższe uczelnie jako środowisko bardziej "wrogie", na które należy przygotować grubszy kij. To byłoby bardzo groźne.

Jeżeli Senat - a konkretnie senatorowie Platformy, mający w Senacie większość bezwzględną - nie zmieni Artykułu 125, przywracając wymóg uzyskania zgody w miejsce niewiążącej opinii, Platforma strzeli sobie w stopę, narazi się bowiem na zarzut, iż przygotowuje sobie narzędzie do usuwania z uczelni przeciwników politycznych. Nie mam wątpliwości, że jeśli zostanie "opinia", zarzut taki padnie - zapowiedź można zobaczyć już w stanowisku Solidarności.

Artykuł 125 jest jedną z tych pozornie drobnych spraw szczegółowych, na które Platforma nie zwraca uwagi, a które mogą kosztowac ją wiele głosów w jesiennych wyborach.

środa, 09 lutego 2011

Notowania Platformy Obywatelskiej znacząco spadły. Co z Tuskiem, co z Platformą, pytają komentatorzy, i od razu odpowiadają, że notowaniom zaszkodziły Smoleńsk, MAK, OFE i wewnętrzne spory. Moim zdaniem sprawa katastrofy smoleńskiej i raportu MAK mają niewielki wpływ na obecną pozycję Platformy, co widać choćby po tym, że Platformie spada, ale PiSowi wcale nie rośnie. Rośnie SLD i, do pewnego stopnia, PJNowi. Rozwój sprawy smoleńskiej mógł zaszkodzić Platformie w tym sensie, że wyborcy uznali, iż Platforma zbytnio się nią zajmuje, szukają więc jakiejś niesmoleńskiej alternatywy.

Dla mnie nie ulega wątpliwości, iż Platformie najbardziej zaszkodziło zamieszanie wokół OFE – i to nawet nie tyle ze względów merytorycznych, ile symbolicznych. (Szkodę wywołały też spory wewnętrzne i rozpad infrastruktury, ale o tym może napiszę osobno.) Zmiana zasad przekazywania składek do OFE została odebrana jako „zamach na nasze emerytury” i jednoczesne złamanie danego kiedyś przez państwo słowa, a więc rzeczy kojarzone raczej z byłymi komunistami i populistyczną lewicą, nie z liberałami. Niestety, z byłymi liberałami. Obecna, zupełnie niezrozumiała, eskalacja batalii wokół funduszy emerytalnych kwestionuje ideologiczne podstawy rządów Platformy: liberalizm ekonomiczny, rządy prawa, minimalne państwo.

Nie jestem ekonomistą, zatem znów z pozycji czytelnika gazet postaram się usystematyzować kilka kwestii, choćby na własny użytek.

Po pierwsze, trzeba pamiętać, że osoby uczestniczące w OFE płacą niejako podwójnie, a właściwie potrójnie: raz, oszczędzają na swoje przyszłe emerytury, dwa, finansując bieżące emerytury z ZUS, a ponieważ ZUSowi pieniędzy brakuje, subsydiować go musi budżet państwa, a więc uczestnicy OFE płacą po raz trzeci, tym razem jako podatnicy.

Po drugie, OFE w założeniu miały powierzone środki inwestować, tak, aby osiągnąć jak największy zysk, jednak bez nadmiernego ryzyka. Składki w ZUS miały być tylko waloryzowane o jakiś wskaźnik powiązany z inflacją. W rzeczywistości jednak OFE wybrały strategię pasywną, w czym nie ma nic dziwnego, skoro rynek ich do większej aktywności nie zmuszał.

Po trzecie, straty generuje system emerytalny, ale nie OFE. Reforma emerytalna nie została dokończona, bo liczne grupy nie zostały nią objęte z powodów politycznych: służby mundurowe, prokuratorzy i sędziowie, rolnicy, górnicy, nauczyciele i wszyscy, którzy mają prawo emerytur pomostowych. Zaniedbania są wieloletnie i wszystkie rządy mają tu sporo na sumieniu. Przypomnę tylko, iż PiS przedłużył działanie poprzedniego systemu wcześniejszych emerytur, a poza tym obniżył składkę rentową, na czym realnie skorzystali ludzie zamożni, stracił zaś budżet państwa. Jednym z większych sukcesów Platformy było uchwalenie ustawy o emeryturach pomostowych, ograniczającej patologię wcześniejszych emerytur. Niestety, ustawę przyjęto w postaci okrojonej, gdyż antycypując weto prezydenta Kaczyńskiego (było, a jakże), Platforma musiała się porozumieć z SLD w celu jego przełamania za cenę stępienia ostrza ustawy. Poza tym Platforma nie zrobiła jednak nic, aby uporządkować system emerytalny.

Po czwarte i najważniejsze, istotą obecnie proponowanych zmian są tylko i wyłącznie zabiegi o doraźne załatanie dziury budżetowej. OFE, z mocy prawa, musiały wykupywać obligacje za co najmniej 50% powierzonych im środków (faktycznie kupowały za około 60%). Tak więc ZUS przekazywał OFE część pobranych składek, OFE zaś „zwracało” większość tych środków do budżetu, wykupując państwowe obligacje, pobierając przy tym prowizję od tak prowadzonej działalności inwestycyjnej. Budżet zaś musi obligacje emitować między innymi po to, aby pokryć deficyt ZUS. Gdyby zredukować przepływy do OFE o 50%, usuwając jednocześnie ciążący na OFE ustawowy obowiązek inwestowania w obligacje, w ZUSie zostałoby więcej pieniędzy, budżetowe subsydium mogłoby być mniejsze, mniejsze byłyby też koszty transakcyjne, choćby dlatego, iż OFE nie pobierałyby już prowizji od tej części wpływów, którą teraz muszą de facto oddawać państwu. Gdyby rząd tak to przedstawiał, spokojnie i konsekwentnie, krzyk wobec zamachu na OFE byłby mniejszy. Niestety, z niezrozumiałych powodów, rząd usiłuje nam wmówić, że zasadniczym celem obecnych zmian jest zwiększenie i wysokości, i bezpieczeństwa naszych przyszłych emerytur, co jest zupełną nieprawdą.

Po piąte bowiem, nie jest prawdą, iż „nasze emerytury” są bezpieczniejsze w ZUS niż w OFE, bądź na odwrót. I tu, i tu są one tak samo zagrożone. Jeśli, Boże uchowaj, system finansów publicznych się załamie, państwo nie będzie miało środków ani na dotowanie ZUS, ani na wykup obligacji.

Gdyby deficyt budżetowy przekroczył ustawowy próg ostrożnościowy, rząd musiałby przedstawić budżet zrównoważony, co oznaczałoby między innymi drastyczne cięcia pensji w budżetówce i obniżkę emerytur. Gdyby stało się to w roku wyborczym, Platforma bez wątpienia straciłaby władzę. Powróciłby PiS (zapewne w koalicji z SLD – tak, w koalicji z SLD – i, być może, PJN), a wówczas mielibyśmy i kryzys budżetowy, i indolencję ekonomiczną władzy, i nagonki na kolejne grupy obywateli, i krzyż smoleński na każdym rogu. Ucieleśnione paranoje i obsesje Jarosława Kaczyńskiego. Platforma ma rację ostrzegając, że jeśli do władzy wróci Kaczyński, to da nam popalić. Rzecz jednak w tym, że rozsądne i na czas podjęte reformy, choćby w jakimś wybranym, ale dobrze zrozumiałym społecznie sektorze, wcale nie musiałyby oznaczać wyborczej klęski.  

Platforma jest – wciąż jest – silna nie dzięki swoim przymiotom, ale dzięki obawie przed recydywą PiSu. Bardzo niewiele robi, gdyż boi się zrazić do siebie wpływowe grupy wyborców. Taka strategia od biedy była usprawiedliwiona do przedterminowych wyborów prezydenckich, ale teraz nie ma już najmniejszego sensu. Platforma tak jednak zafiksowała się na haśle „byle do wyborów, byle do wyborów”, że z nicnierobienia uczyniła w końcu ideologię. A ponieważ coś jednak robić trzeba, choćby dla uchronienia kraju przed natychmiastową katastrofą budżetową, Platforma podejmuje działania populistyczne, zresztą nie tylko w zakresie gospodarki. Zamiast eliminować źródła problemów, tylko klajstruje największe dziury. I zaczyna wyraźnie tracić poparcie, zapewne głównie w grupie, nazwijmy to, płatników netto do ZUS i OFE, którzy skądinąd powinni być jej naturalnymi wyborcami.

Jeżeli w obecnej sytuacji można dopatrywać się czegoś pozytywnego, to właśnie faktu, iż ujawniła się spora grupa wyborców, którym zależy na czymś realnym, nie zaś tylko na obłąkanych sporach ideologicznych.