Kategorie: Wszystkie | Edukacja | Fizyka | Kryzys | Literatura | Muzyka | Polityka | Rozmaitości
RSS
piątek, 21 lutego 2014

George Frideric Haendel, Admeto. Il Complesso Barocco, dyrygował Alan Curtis.

Admeto należy do cyklu oper, w których równorzędne role mają dwie prima donny. Gdy Admeto powstał prawie 290 lat temu, cieszył się dużą popularnością, a to ze względu na rywalizację dwu czołowych sopranistek tamtych czasów i emocje publiczności, której część popierała jedną, część drugą panią. Gdy zaś Alan Curtis najpierw wystawił, potem nagrał tę operę po ponad dwustu latach nieobecności na scenie, było to wydarzenie sensacyjne: Curtis należał do pionierów grania utworów barokowych na oryginalnych instrumentach i w sposób, w jaki - jak sądzimy - były one wówczas grane. Co ciekawe, w nagraniu Curtisa rolę tytułową śpiewał René Jacobs, dziś sam będący wielkim dyrygentem oper barokowych. Nie wiedziałem, że zaczynał swoją karierę jako kontratenor.  

Tyle historii. Admeto muzycznie nie porywa. To, moim zdaniem, jedna ze słabszych oper Haendla. Wszystko niby jest w porządku, ale nie ma tam nic wybitnego, a choćby wpadającego w ucho (tak, jestem zmanierowany, dobry mi nie wystarcza, oczekuję wybitnego). Dopiero w ostatnim akcie pojawiają się dwie wyraźnie lepsze arie: Gelosia spietata Aletto (Alceste - Jose Maria Lo Monaco) i E che ci posso far (Antigona - Emöke Baráth). Właściwie należałoby także zwrócić uwagę na duet Alma mia, dolce ristoro (Admeto - Sonia Prina - i Antigona), ale nie. Po raz kolejny przekonałem się, że Sonia Prina nie sprawdza się w Haendlowskich duetach, nie z powodów jakichś braków technicznych - broń Boże! - ale po prostu dlatego, że jej niski głos zbyt kontrastuje z sopranem. W efekcie zamiast duetu, gdzie dwa różne głosy powinny tworzyć jedną całość, słyszę dwie przeplatające się i przeszkadzające sobie arie. Tak było w Fermati! No crudel! z Rinalda, w  Caro... Cara... z Giulio Cesare, tak było wczoraj. I choć obok Alana Curtisa to Sonia Prina była największą gwiazdą i dostała największe brawa, dla mnie wyróżniły się Lo Monaco i Baráth, dwie prima donny, choć i im można byłoby to i owo zarzucić (Lo Monaco wpada w krzyk, gdy chce zaśpiewać głośno i wysoko, Baráth brakuje głębi, ma ładny, czysty głos, ale bez dołu).

Libretto tak dziwaczne i skomplikowane, że nawet ja się pogubiłem, a wenezuelskie soap opery wysiadają. Do mojej konfuzji mógł się przyczynić fakt, że z krakowskiego wykonania usunięta została jedna postać (Orindo), która nie znikła jednak z opisu fabuły zawartego w książeczce programowej.

Orkiestra grała - no, tak sobie. Technicznie bez zarzutu, ale jakoś tak bez ikry. Zbyt wolno, zwłaszcza w pierwszej części.

Rekapitulując, koncert poprawny, ale jednak jeden ze słabszych w całym cyklu Opera Rara.

P.s. 23 lutego. Krakowskie Biuro Festiwalowe opublikowało reportaż z koncertu:

poniedziałek, 17 lutego 2014

Kraków przeciw igrzyskomPo złotych medalach Justyny Kowalczyk, Zbigniewa Bródki i podwójnym Kamila Stocha - moje najszczersze gratulacje! - premier Donald Tusk z wielkim entuzjazmem wypowiadał się o perspektywach organizacji Zimowych Igrzysk Olimpijskich w Krakowie. A cóż właściwie sukcesy w Soczi zmieniają w kwestii organizacji igrzysk? Ano, nic. Igrzyska nadal pozostają bardzo kosztowne - moim zdaniem zdecydowanie ponad możliwości finansowe, a także ponad potrzeby Polski.

Premier mówił o budowie profesjonalnego toru lodowego - w grę wchodzi także zadaszenie któregoś z istniejących torów - tak w perspektywie igrzysk, jak i treningów polskich łyżwiarzy. Piękna inicjatywa, ale czy tor lodowy nie podzieli losu toru kolarskiego w Pruszkowie? Zbudowany w 2008 za 100 mln złotych, pochodzących głównie ze środków Ministerstwa Sportu, w pełni profesjonalny, nowoczesny, najpierw stracił sponsora a teraz niszczeje, gdyż nie ma pieniędzy nawet na zapewnienie odpowiedniego ogrzewania. Przez jakiś czas tor był w ogóle odcięty od mediów. Ja w kontekście olimpijskich planów nieustannie powtarzam, że środki na budowę obiektów olimpijskich zapewne w końcu się znajdą (kosztem innych potrzeb, ale jednak), natomiast nikt nie myśli z czego te obiekty będą utrzymywane po zakończeniu wielkiej imprezy. Los stadionów zbudowanych na Euro2012, krakowskiego stadionu Wisły, a także toru kolarskiego w Pruszkowie, jest tego wymownym przykładem. Takie reprezentacyjne obiekty sportowe, także inne budynki publiczne, białe słonie, budowane w okresie prosperity lub pod presją wielkiego wydarzenia "pokazowego", stają się kamieniem młyńskim, ciągnącym na dno budżety lokalnych samorządów, którym przychodzi je utrzymywać.

Przy okazji zaobserwować można smutne - ale nieuniknione? - zjawisko politycyzacji sporu wokół organizacji igrzysk. Tomasz Leśniak z inicjatywy Kraków Przeciw Igrzyskom dość naiwnie cieszy się, że wniosek o referendum lokalne, któremu sprzeciwia się Platforma, uzyskał wsparcie grupy radnych PiSu. Przecież PiS nie sprzeciwia się igrzyskom dlatego, że ich organizacja to fatalny pomysł - a jest! - ani raptem nie popiera demokracji lokalnej - PiS to par excellence centraliści. PiS obecnie sprzeciwia się organizacji igrzysk tylko dlatego, że pomysł ten popiera Platforma. W Komitecie Organizacyjnym działają posłowie Platformy, inicjatywa ma wsparcie platformerskich radnych Krakowa, ministra sportu (wyjątkowo nieudanego), a teraz samego premiera. W Polsce wszelkie inicjatywy, projekty nie są oceniane przez pryzmat tego, czy służą ludziom i państwu, ale która grupa polityczna na nich skorzysta. Jest to przekleństwem polskiej polityki. 

Prawdziwe intencje PiSu wobec planów organizacji igrzysk ujawnił wczoraj Adam Hofman w programie Kawa na Ławę. Jestem zwolennikiem wielkich projektów, powiedział. Platformie zarzucił, że stworzycie stanowiska po 100000 dla waszych kolesi, a igrzysk i tak nie dostaniemy, zakończył zaś wymownym hasłem igrzyska tak, Platforma nie. Oto prawdziwa postawa PiSu wobec igrzysk. Politycy jednej i drugiej z głównych partii są równie głupi, nie zwracają uwagi na zagrożenia, a ich jedynym zmartwieniem jest to, aby przeciwnicy przypadkiem nie skorzystali na tej inicjatywie. Mogę sobie doskonale wyobrazić, że po wygranych przez PiS wyborach, gdy ten wymieni skład Komitetu Organizacyjnego, ex-ministrowi Biernatowi i posłance Marczułajtis łuski spadną z oczu i zobaczą, jak niebezpieczny i kosztowny jest pomysł organizacji igrzysk w Krakowie. Zwłaszcza pod szkodliwym kierownictwem PiSu.

Uff. Dla porządku dodam, że premier, mówiąc o budowie profesjonalnego toru lodowego, zapowiadał też budowę "zimowych orlików", torów lodowych i tras biegowych dla dzieci i młodzieży. I to akurat jest dobry pomysł, należy go bowiem traktować jako inwestycję o charakterze społecznym.