Kategorie: Wszystkie | Edukacja | Fizyka | Kryzys | Literatura | Muzyka | Polityka | Rozmaitości
RSS
piątek, 19 lutego 2016

Pani Kiszczakowa, wdowa po generale, z naiwnością przewyższającą nawet naiwność Lwa Rywina, poszła do IPN sprzedać kwity na Wałęsę. IPN, zresztą całkiem słusznie, niczego nie kupił, tylko poszedł do Kiszczakowej z policją i prokuratorem i zabrał sześć pudeł SBeckich dokumentów, które św. pamięci Czesław zostawił żonie na czarną godzinę. Z papierów tych wynika, że Lech Wałęsa był na początku lat '70 agentem Bolkiem.

Właściwie to nic nowego. To, że Wałęsa z SB rozmawiał i "coś tam podpisał", było wiadomo od dawna. Teraz mamy - rzekomo prawdziwe - zobowiązanie do współpracy, notatki z rozmów z SBkami i pokwitowania odbioru pieniędzy. Wałęsa mówi, że to fałszywki; skądinąd wiadomo, że w latach '80 SB fałszowała dokumenty mające go skompromitować. Obrońcy Wałęsy pytają, czemu SB wówczas fałszowała, zamiast posłużyć się oryginałami? Czyżby nie były jeszcze gotowe? Na to można odpowiedzieć, że komuchom do głowy nie przyszło, że kompromitujący będzie sam fakt współpracy, próbowali więc Wałęsę wrobić w jakieś przekręty finansowe i skandale obyczajowe. 

Zakładam jednak, że dokumenty są prawdziwe i Lech Wałęsa w pierwszej połowie lat '70 aktywnie z SB współpracował. Inni obrońcy Wałęsy tłumaczą, że był on wtedy młody, nie miał w nikim oparcia, był świadkiem strzelania do ludzi na Wybrzeżu, więc się załamał i współpracował, ale starał się ludziom zbytnio nie szkodzić. Na to można odpowiedzieć, że byli tacy, którzy nie dali się zastraszyć, na współpracę nie poszli i często zapłacili za to wielką cenę. Czy to więc dobrze, że Lech Wałęsa 40 lat temu współpracował z SB? No, niedobrze, nawet jeśli można zrozumieć powody, jakimi się kierował. Gdyby Lech Wałęsa na początku lat '90 przyznał się do współpracy, dziś nie mielibyśmy już tego problemu. Ale się nie przyznał, co także można częściowo zrozumieć: Był wtedy w ostrym sporze politycznym z braćmi Kaczyńskimi i innymi ludźmi, którzy najpierw zrobili z niego prezydenta i byli jego najbliższymi współpracownikami - nawiasem mówiąc, zapewne wiedząc o jego agenturalnej przeszłości, bo o tym w Gdańsku mówiło się już w późnych latach '70 - a później postanowili go zniszczyć, więc Wałęsa nie chciał dać im nawet patyczka. 

Nie o to chodzi. Wiadomo bowiem dobrze, że Wałęsa współpracę z SB zerwał najpóźniej w 76, a gdy SBcy zwrócili się do niego w 78, kategorycznie odmówił wszelkich kontaktów. W tymże 78 nawiązał współpracę z Wolnymi Związkami Zawodowymi. Andrzej Gwiazda i Krzysztof Wyszkowski, a także Anna Walentynowicz, dopóki żyła, mogli się wściekać, że to oni pracowali, organizowali, narażali się, a przyszedł taki Wałęsa i ukradł im show. Owszem, ukradł. Bo to Lech Wałęsa miał charyzmę i miał jaja, które pozwoliły mu stanąć na czele strajków w sierpniu 1980, zbudować dziesięciomilionowy ruch Solidarności, nie załamać się w samotnym internowaniu, będąc odciętym od wszelkich wieści ze świata i od ludzi, którzy mogli go wspierać, a wreszcie doprowadzić do Okrągłego Stołu i przełomu roku 1989. Kulminacyjnym punktem jego kariery, jeszcze przed objęciem prezydentury, było przemówienie w Kongresie Stanów Zjednoczonych, z owacjami na stojąco. Później było już, niestety, coraz gorzej.

Od roku 1990 Lech Wałęsa nie był bohaterem mojej bajki. Głosowałem na niego dwa razy, w 1990 i 1995, za każdym razem dopiero w drugiej turze. Czy gdybym w 1990 wiedział, że Wałęsa dwadzieścia lat wcześniej był agentem Bolkiem, też bym na niego zagłosował? Z całą pewnością tak, z tych samych powodów, dla jakich w ogóle na niego głosowałem. W 1995 o agencie Bolku wiedzieli już wszyscy, chociaż na ujawnienie dokumentów trzeba było czekać aż do przedwczoraj.

Ale nie chodzi nawet i o to. Dzisiejszym lustratorom Wałęsy nie chodzi o przeszłość tego człowieka, ale o odarcie go z legendy. Lecząc swoje kompleksy - bo nie działali, bo nie dość działali, bo może i działali, ale nie zostali docenieni, a może po prostu byli zbyt młodzi, by działać, jak dr Andrzej Duda  - chcą umniejszyć Wałęsę, bo nie mogą wywyższyć siebie. Chodzi im jeszcze o coś więcej: dla doraźnych celów politycznych chcą wmówić ludziom, że III RP, od czerwca 1989 do października 2015, była nieprawomocnym oszustwem (choć obecni lustratorzy byli w niej posłami, senatorami, premierami, ministrami i tak dalej). I teraz nie wiem, czy z głupoty, czy ze złej woli dezawuują w ten sposób jedne z największych osiągnięć Polski w jej całej historii: piękną legendę pierwszej Solidarności i bezkrwawe, pokojowe przekazanie władzy w roku 1989.

Gdy Adam Michnik nazwał kiedyś Czesława Kiszczaka człowiekiem honoru (bo dotrzymał porozumień Okrągłego Stołu), prawica zawyła z oburzenia. Gdy dziś wdowa po generale Kiszczaku otwiera swoją szafę, pani dr hab. Pawłowicz obwieszcza, że Kiszczakowa "dobrze przysłużyła się sprawie Polski".

Mali, podli, zawistni ludzie.

środa, 03 lutego 2016

Krytykowanie sztandarowego programu PiSu, 500+, to jak kopanie leżącego: nic się tam nie trzyma kupy. 500+ było głównym programem wyborczym PiSu, zapewne znacznie przyczyniło się do zwycięstwa wyborczego i nie można tego ot, tak porzucić, bo ludzie się wściekną. Można to ładnie opakować ideologicznie - pomagamy polskim rodzinom, to nie pomoc społeczna, ale inwestycja w przyszłość polskich dzieci, walczymy o zwiększenie dzietności Polaków - więc wśród fałszywych uśmiechów PiS prze z tym programem do przodu, nie zważając na to, że w tym roku da się go sfinansować tylko dzięki sztuczkom księgowym i zwiększonym podatkom, a z czego będzie finansowany w 2017 i później, Bóg raczy wiedzieć. PiSu nie interesuje też, że jak pokazują wszelkie badania i doświadczenia innych krajów, rozdawnictwo jest najmniej efektywnym sposobem osiągania pozytywnych celów społecznych. Nic to. Obiecali flaszkowe i flaszkowe musi być.

PiS i w kampanii wyborczej, i tuż po objęciu władzy oszukiwał, że wszystko jest przygotowane. Nic podobnego. Mieli tylko hasło i żadnych konkretów. PiS, pod wpływem powszechnej krytyki, wycofał się z niektórych najgłupszych rozwiązań (na przykład z tego, że wsparcie z 500+ może uniemożliwić najbiedniejszym otrzymywanie innych form pomocy społecznej, w tym pomocy rzeczowej, którą trudniej spieniężyć i przepić). Skoro zatem ten zły i niedopracowany projekt już musi - a najwyraźniej musi - wejść w życie, niechże wejdzie w jak najmniej szkodliwej formie. Dlatego pozwalam sobie na podniesienie następujących dwu punktów:

1. Pani Elżbieta Rafalska, minister do spraw rodziny, pracy, polityki społecznej i hamburgerów, w swojej głębokiej mądrości oświadczyła, że jeśli samotna matka z jednym dzieckiem (lub samotny mężczyzna z jednym dzieckiem, co też jest możliwe, choć rzadsze) wstąpi w związek małżeński, z którego urodzi się dziecko, rodzina taka na potrzeby programu 500+ będzie traktowana jak rodzina z jednym dzieckiem, tym małżeńskim, i pieniędzy nie dostanie.

Za to gdyby ta samotna matka z jednym dzieckiem pozostała matką samotną, ale urodziła drugie, to już do wsparcia finansowego by się kwalifikowała. Wniosek: program 500+ nie wspiera małżeństw i trwałych związków.

Jeśli wdowiec z jednym dzieckiem ożeni się z wdową z jednym dzieckiem - a ślub będzie katolicki, z mszą przy głównym ołtarzu, trzema księżmi i tak dalej - na potrzeby programu 500+ będą traktowani jako małżeństwo bezdzietne, choć będą wychowywać dwoje dzieci. Nawet gdy im się urodzi trzecie dziecko, wsparcia finansowego nie dostaną, bo pani minister od hamburgerów uzna, że mają jedno. Wniosek: program 500+ nie wspiera małżeństw i trwałych związków.

Za to jeśli ten sam wdowiec zrobi wdowie drugie dziecko, ale żadnego związku nie założą i wdowiec sobie gdzieś pójdzie, ona będzie samotną matką z dwójką dzieci i wsparcie dostanie. Wniosek - cały czas ten sam.

Niepojęta jest dla mnie ta PiSowska logika.

Podobno w Polsce już 1/3 dzieci rodzi się w związkach pozamałżeńskich. Tymczasem pani minister od hamburgerów, pani premier Szydło, wyjątkowo arogancka pani rzecznik PiSu i reszta towarzystwa zdają się mentalnie żyć w XIX-wiecznej prowincjonalnej parafii, gdzie dzieci rodzą się tylko w małżeństwach. Owszem, od czasu do czasu trafi się jakaś samotna dziewucha z dzieckiem, ale takiej to się nic nie należy, bo to zła i niemoralna kobieta jest.

2. Drugim punktem budzącym wątpliwości jest sztywny próg dochodowy. Wsparcie na drugie i każde następne dziecko przysługuje niezależnie od dochodów. Na pierwsze tylko jeśli dochód na członka rodziny nie przekracza 800 zł (1200 w przypadku dziecka niepełnosprawnego). Zatem kobieta zarabiająca najniższą krajową na kasie w Tesco i samotnie wychowująca dziecko wsparcia nie dostanie. (Jej znacznie lepiej zarabiający przełożony, mający dwójkę, dostanie 500 zł.) Jeśli dochód na członka rodziny wyniesie 800 zł, wsparcie na pierwsze dziecko będzie. Jeśli dochód wyniesie 801 zł, wsparcia nie będzie. Taka sprawiedliwość.

Pani minister od hamburgerów zapytana o to, powiedziała, że

Jest określony próg i nie będzie indywidualnego uwzględniania takich spraw.

E, tam, po co od razu jakieś "indywidualne uwzględnianie"? Ludzkość od dawna wie, jak ten problem rozwiązać. Magicznym terminem jest interpolacja liniowa. Nie przypuszczam, żeby pani minister do spraw rodziny i hamburgerów o tym słyszała, ale to nie szkodzi. Wystarczy jedynie wiedzieć, że świadczenie należy zmniejszyć o tyle, o ile dochód na głowę przekracza ustawowy próg. Możemy to jeszcze uprościć i wprowadzić przedziały 50-złotowe: Jeśli dochód na członka rodziny przekracza 800 zł od 1 do 50 zł, świadczenie wynosi 450 zł. Jeśli dochód przekracza 800 zł od 51 do 100 zł, świadczenie wynosi 400 zł. I tak dalej, aż do dochodu przekraczającego próg o 500 (a tak naprawdę o 451) zł. Proste? Proste. Każdy urzędnik w gminie to zrozumie, a odpowiednią formułę do arkusza kalkulacyjnego powinien umieć wpisać nawet gimnazjalista.

Nie sądzę, żeby PiS wprowadził to rozwiązanie. Nie sądzę też, żeby w bardziej cywilizowany sposób podszedł do dzieci z poprzednich związków. Nie sądzę, bo to by po prostu zwiększyło wypłaty z programu 500+. A program ten, jako się rzekło, nijak się nie bilansuje.

Zrozumiałem za to, dlaczego zła macocha chciała się pozbyć Kopciuszka: Kopciuszek, jako dziecko z poprzedniego związku, nie kwalifikowała się do wsparcia z programu 500+, a gęba do wyżywienia była.