Kategorie: Wszystkie | Edukacja | Fizyka | Kryzys | Literatura | Muzyka | Polityka | Rozmaitości
RSS
niedziela, 28 listopada 2010

Byłem na koncercie Lady Gaga.

Byłem osobą towarzyszącą mojej córce i jej dwu koleżankom. Wbrew pozorom wcale nie byłem najstarszym uczestnikiem tego koncertu ani jedynym rodzicem w tej sytuacji.

"Koncert" to w ogóle jest niewłaściwy termin. To był wielki show, którego częścią - ważną częścią - była muzyka, ale który nie istniałby bez scenografii, kostiumów, charakteryzacji, choreografii, wyświetlanych elementów video. To zdecydowanie nie jest "moja" muzyka, ale jakość, profesjonalizm, dopracowanie szczegółów całości, zwłaszcza wszystkich elementów wizualnych, zrobiły na mnie wielkie wrażenie. Początkowo raziła mnie sztuszność niektórych elementów - reżyserowana "spontaniczna" akcja fanów, reżyserowane wzruszenie gwiazdy w odpowiedzi na spontaniczną akcję, wulgarna oprawa jednej z piosenek (ale nie raziły mnie odniesienia religijne w innych miejscach!) - jednak jestem pełen podziwu dla całości. Nie zachwytu, ale właśnie podziwu. Wielki show!

Podobało, tak, podobało mi się także, że show miał swoje przesłanie ideologiczne. To nie była wielka ideologia, przeciwnie, raczej infantylna, ani ideologia, która jakoś przemawiałaby do mnie odsobiście, ale sądzę, że taka lepsza, niż żadna, sztuka bowiem musi coś znaczyć, musi wypowiadać się w jakiejś sprawie, nie zaś być tylko dekoracją, przerywnikiem. "If you have been bullied in a high school, one day you are going to have a big, shining scene to perform on, and the bully will be watching". Przede wszystkim zaś "Be proud of what you are".

No a poza tym miałem okazję przypomnieć sobie polską rzeczywistość kolejową. Ekspres, który spóźnia się dwie godziny. Ruiny, chaszcze, gruzy i rozwalańce widziane od wstydliwej strony, z okien pociągu. W Gdyni dworzec tymczasowy (główny w przebudowie), bez poczekalni ani elementarnych wygód, lodowato zimny, z którego o pierwszej w nocy usiłował wyrzucić nas SOKista. Polska.

czwartek, 18 listopada 2010

Jarosław Kaczyński napisał list do premiera w sprawie szczytu NATO, wystąpił w reklamówce wyborczej stylizowanej na orędzie do narodu i od kilku dni aktywnie włączył się w kampanię samorządową.

Bardzo ciekawe. Przecież Kaczyński kilka tygodni temu zrezygnował z udziału w RBN. Tuż przed posiedzeniem, na którym miało być dyskutowane stanowisko Polski na szczyt NATO. Innymi słowy, Kaczyński świadomie zrezygnował z udziału w przygotowywaniu tego stanowiska. Mało tego, kilka dni temu Jarosław Kaczyński demonstracyjnie zlekceważył odbywające się w Warszawie posiedzenie Zgromadzenia Parlamentarnego NATO. Oficjalnie dlatego, że - jak to ogłosił Błaszczak - w Zgromadzeniu nie uczestniczył Sekretarz Generalny NATO, a zwykli parlamentarzyści byli niegodni obecności Prezesa. Może Prezes znowu był na proszkach, bez kontaktu z rzeczywistością? Kampanię samorządową natomiast Kaczyński osobiście zrujnował, wyrzucając z partii Kluzik-Rostkowską i Jakubiak, doprowadzając do rozłamu (?) w PiSie i przedstawiając partię jako skupioną na kulcie wodza sektę, której nic sprawy lokalne nie obchodzą.

A może właśnie prezes Kaczyński nie był na proszkach? 

Może gdyby prezes nie zlekceważył NATOwskich parlamentarzystów, jego wysłannicy, Macierewicz i Fotyga, nie musieliby teraz w tak upokarzający sposób dopraszać się o spotkanie z jakimkolwiek kongresmenem?

Może gdyby prezes nie zlekceważył NATOwskich parlamentarzystów, jego wysłannicy, Macierewicz i Fotyga, nie musieliby teraz w tak upokarzający sposób dopraszać się o spotkanie z jakimkolwiek kongresmenem?

Może kilka dni temu któryś z wyznawców dosypał Kaczyńskiemu proszków do herbaty? Prezes chwilowo odzyskał świadomość rzeczywistości i teraz wykonuje ruchy typu damage control, usiłując odzyskać twarz w sprawie NATO i uratować kampanię samorządową. Kaczyńskiemu na samorządach nie zależy, zawsze traktował je pogardliwie, ale ci sztabowcy, którzy prezesowi proszki podali, wiedzą, że totalna klęska w samorządach oznacza brak pracy dla szeregowych działaczy, a więc ich rozczarowanie i rozżalenie, a bez struktur lokalnych kampanii parlamentarnej prowadzić się nie da.

Ja zaś nadal nie bronię Joanny. Spotkałem się z opinią, że "rozłam" w PiSie jest częścią planu Genialnego Stratega, który chce odebrać część głosów Platformie udając, że PiS już nie jest groźny, więc wyborcy o nastawieniu konserwatywnym, którzy (słusznie!) są rządami Tuska rozczarowani, zagłosują na POPIS-bis. Nie sądzę, aby taki był plan. Uważam, że wyrzucenie Kluzik-Rostkowskiej i Jakubiak to efekt osobistych ambicji Ziobry, który żadnych skomplikowanych planów - poza usunięciem potencjalnych przeszkód na drodze do przejęcia przywództwa w PiSie - nie snuje, bo nie jest do tego intelektualnie zdolny.

Tymczasem pierwsze wystąpienie programowe Joanny Kluzik-Rostkowskiej nie nastraja optymistycznie. Cóż bowiem tam czytamy? Po pierwsze, Polska prowadzi fatalną politykę prorodzinną. To prawda i na tym Kluzik-Rostkowska się akurat zna, ale to za mało na program nowego ugrupowania. Po drugie, Polsce grozi załamanie finansów publicznych. To też jest, niestety, prawda, ale jakie pomysły na uratowanie finansów ma Kluzik-Rostkowska i jej towarzysze? O tym ani słowa, a dotychczasowe pomysły PiS, które obecni dysydenci wszak popierali bez zastrzeżeń, byłyby jeszcze gorsze od tego, co robią Tusk i Rostowski. Po trzecie, mamy pochwałę, pożal się Boże, polityki zagranicznej Lecha Kaczyńskiego, tego narodowego zadęcia, widzącego Polskę w roli przedmurza i lokalnego lidera, nieledwie hegemona. Lasciate ogni speranza.

No i to towarzystwo. Joanna Kluzik-Rostkowska, która albo z politycznej naiwności, albo z cynizmu, kazała nam wierzyć w cudowną przemianę Jarosława Kaczyńskiego. Elżbieta Jakubiak, której główną zaletą była fascynacja Lechem Kaczyńskim i która Jarosława wychwalała pod niebiosa do ostatniej chwili przed wyrzuceniem z partii. Paweł Kowal, który z kamienną twarzą bronił polityki Fotygi. Michał Kamiński, obecny obrońca honoru w polityce, niegdyś jeździł z ryngrafem do Pinocheta, o firmowaniu i organizowaniu przeszłych kampanii PiSu nie wspominając. Ech...

piątek, 05 listopada 2010

Prezes Jarosław Kaczyński wyrzucił dziś z PiS Joannę Kluzik-Rostkowską i Elżbietę Jakubiak. Prezes potraktował je bardzo źle, nie ulega to wątpliwości, ale to nie oznacza, że obie panie posłanki stają mi się politycznie bliskie. Przeciwnie, ich poglądy - wyrażające się choćby w szczerej chęci zapewnienia prezesowi prezydentury Polski, w PiSowskim etatyźmie - dalej są mi obce, podobnie jak poglądy wyrzuconego-choć-nie-wyrzuconego wcześniej Marka Migalskiego.

Oglądałem konferencję prasową posła Mariusza Błaszczaka ogłaszającego decyzję PiS. Jezus, Maria! Dorosły, normalnie wyglądający mężczyzna, nieźle posługujący się językiem polskim, a stanął przed dziennikarzami i bez mrugnięcia okiem głosił jakieś farmazony, unikając odpowiedzi na jakiekolwiek pytanie dotyczące konkretów. Za co Kluzik-Rostkowska i Jakubiak zostały wyrzucone? Bo szkodziły partii. Jak szkodziły? Bo Kluzik-Rostkowska udzieliła wywiadów prasie. Ale przecież Kluzik-Rostkowska odpowiadała - przynajmniej początkowo - na ataki Ziobry. Milczenie. A Kurski mówił podobne rzeczy, co Kluzik-Rostkowska, to nie szkodziło? Nie, to, co mówił Kurski nie szkodziło. Więc dlaczego Kluzik-Rostkowska i Jakubiak zostały wyrzucone? Bo szkodziły. I tak w kółko Macieju. Że też Błaszczak nie spalił się tam ze wstydu...

Ciekawe jest natomiast dlaczego prezes naprawdę je wyrzucił.

Oficjalnym powodem było to, że szkodzą PiSowi w czasie samorządowej kampanii wyborczej. Antycypując sromotną porażkę, PiS, ustami Zbigniewa Ziobry, ogłosił, że wszystkiemu winna jest Kluzik-Rostkowska. Jest to więc wyprzedzające tworzenie usprawiedliwień i wskazywanie kozła ofiarnego. Naprawdę jednak chodzi o to, że obie panie ośmieliły się zaatakować Zbigniewa Ziobrę.

Jarosławowi Kaczyńskiemu nie zależy na wyniku wyborów samorządowych. On samorząd uważa tylko za "pas transmisyjny" władzy centralnej na poziom lokalny. Władza centralna nie jest jego, więc i na transmisji mu nie zależy. Kaczyńskiemu zależy wyłącznie na ukaraniu, upokorzeniu, zniszczeniu Donalda Tuska i "pana Komorowskiego", na wywarciu na nich pomsty za śmierć Lecha Kaczyńskiego i na niczym więcej. Do tego Jarosławowi potrzebny jest zakon wiernych i nieprzejednanych wyznawców. A że Jarosław Kaczyński, mentalnie ukształtowany w czasach Gomułki, antykomunistyczny bolszewik, jak go nazwałem, dla którego tamta siatka pojęć i sposoby rozumowania są naturalne i zrozumiałe, uważa, że partia polityczna powinna się kierować zasadami centralizmu demokratycznego, wobec czego nie toleruje żadnej niesubordynacji. Skąd jednak Jarosław Kaczyński wie, że zachowanie pań Jakubiak i Kluzik-Rostkowskiej było niesubordynacją? Bo powiedział mu to Zbigniew Ziobro.

Jestem przekonany, że Ziobro uważa, iż Kaczyński jest politycznie skończony, bo nic, oprócz chęci zemsty, nie ma Polsce do zaproponowania. Ziobro wie, że wybory samorządowe PiS przegra, najbliższe wybory parlamentarne zapewne też, czeka więc na moment, w którym będzie mógł przejąć po Kaczyńskim polityczną schedę, po dobrowolnym lub wymuszonym odejściu Jarosława na polityczną emeryturę. Zebrać pod swoimi skrzydłami twardy elektorat PiSu i ze wsparciem pana Rydzyka walczyć o pierwszą pozycję polityczną w Polsce. Kluzik-Rostkowska i Jakubiak deklarowały swoje niewzruszone poparcie dla Jarosława, ale politycznie atakowały Zbigniewa i kto wie, może w samym PiSie mogłyby znaleźć jakieś poparcie. Ziobro walczy teraz o pozycję niekwestionowanego delfina i pozycję Numeru Dwa w partii, więc dąży do zniszczenia wszystkich, którzy mu wewnątrz partii zagrażają.

Jak widzę, prof. Radosław Markowski, politolog, twierdzi nawet, że to Zbigniew Ziobro de facto rządzi PiSem. 

wtorek, 02 listopada 2010

2 listopada, w pierwszy wtorek po pierwszym poniedziałku listopada, w Stanach Zjednoczonych odbędą się wybory, które Demokraci prezydenta Obamy najprawdopodobniej przegrają, tracąc większość w co najmniej jednej izbie Kongresu. Największym zmartwieniem Demokratów jest bezrobocie, utrzymujące się na wyjątkowo wysokim, jak na Amerykę, poziomie 10%, i to pomimo tego, że amerykański produkt narodowy dzielnie odrabia straty spowodowane kryzysem finansowym. Wszystkim dotychczasowym kryzysom towarzyszył wzrost bezrobocia, jednak obecnie w USA zatrudnienie wzrasta znacznie wolniej, niżby to wynikało z historycznych trendów. Wzrost gospodarczy przestał być skorelowany ze wzrostem zatrudnienia. Jak pisze Martin Wolf, czołowy komentator The Financial Times,

unemployment rose far faster in the US than elsewhere. The explanation is that US productivity growth was exceptionally fast, above all in 2009.

Produkt krajowy można zwiększyć albo zwiększając zatrudnienie, albo wydajność pracy. Gospodarka amerykańska "wybrała" tę drugą drogę. Tymczasem, jak właśnie stwierdził Dominique Strauss-Kahn, dyrektor generalny Międzynarodowego Funduszu Walutowego (i być może przyszły prezydent Francji),

Kryzys światowy zniszczył 30 milionów miejsc pracy, podczas gdy w najbliższych latach należy stworzyć 400 milionów nowych miejsc pracy.

W stanach Zjednoczonych ujawniło się zjawisko, które obejmuje rynki pracy w innych krajach wysokorozwiniętych, a kiedyś zapewne dojdzie do Polski: Bezrobocie ma charakter strukturalny i jest związane z polaryzacją rynku pracy.

Ponad miesiąc temu ukazał się artykuł Witolda Gadomskiego, z którego przebija cicha satysfakcja, że lewicowy program gospodarczy nielubianego w Polsce Obamy nie działa. Wydłużenie zasiłków dla bezrobotnych zniechęca do przyjmowania niskopłatnych ofert pracy, za część kryzysu odpowiedzialna jest administracja Obamy, która zlikwidowała ulgi podatkowe wprowadzone przez George W. Busha, które pozwoliły pokonać kryzys z roku 2001, no a poza tym

Zwolennicy Baracka Obamy często porównują go z demokratą Franklinem Delano Rooseveltem, który wygrał wybory w 1932 r. i - według wciąż popularnej legendy - wyprowadził USA z recesji, zwiększając aktywność państwa w gospodarce. Ale analogia ta jest zupełnie chybiona. Gdy Roosevelt obejmował w styczniu 1933 r. urząd, Ameryka wychodziła już z recesji. Pakiet stymulacyjny wprowadził jego poprzednik, republikanin Herbert Hoover. Komentatorzy przypominają jego słynne powiedzenie: "Ożywienie jest tuż za rogiem" [...] "Stimulus" Hoovera przyniósł efekt po czterech latach. Owoce ożywienia zebrał następca, który do dziś uchodzi za zbawcę amerykańskiej gospodarki.

O takich poglądach cytowany już Martin Wolf powiada

The Republicans have convinced many voters that the intervention by the Democrats, not the catastrophe George W. Bush bequeathed, explains the malaise. It is a propaganda coup.

A jak wyliczył Bank Rezerwy Federalnej w San Francisco, wydłużenie zasiłków spowodowało wzrost bezrobocia o 0.4 punktu procentowego.

Skąd się bierze bezrobocie?

The Economist w jednym z sierpniowych wydań identyfikuje trzy najważniejsze źródła amerykańskiego bezrobocia:

Po pierwsze, ceny nieruchomości spadły w Ameryce tak bardzo, że bardzo wielu (25%, jak podaje Dziennik-Gazeta Prawna) amerykańskich kredytobiorców jest winnych w formie hipotek więcej, niż wynosi aktualna wartość ich domów. Albo przestaną spłacać raty, a wówczas stracą wszystko i zrujnują sobie historię kredytową, albo sprzedadzą dom ze znaczną stratą, albo wreszcie będą jakoś usiłowali udźwignąć raty kredytu, pozostając w swoich dotychczasowych domach. Jednak w ten sposób Ameryka traci jedną ze swoich tradycyjnych przewag: mobilność, pozwalającą ludziom przemieszczać się na drugi koniec kontynentu w poszukiwaniu pracy.

Po drugie, ta sama mobilność bardzo cierpi na upadku tradycyjnego podziału na breadwinner i homemaker w amerykańskich rodzinach. Coraz więcej rodzin utrzymuje dzięki pracy zawodowej obojga małżonków. To jednak powoduje, że decyzja o przeprowadzce staje się o wiele trudniejsza, gdyż pracę w nowym miejscu musiałyby znaleźć dwie osoby. Oba te czynniki sprawiają, że Amerykanom znacznie trudniej jest zmieniać miejsce zamieszkania w poszukiwaniu pracy. Nie mogąc przenieść się do regionów, gdzie praca jest, pozostają uwięzieni w miejscach, gdzie pracy już nie ma.

Po trzecie,

A bigger worry is that jobseekers no longer have the skills demanded by employers.

Częściowo tłumaczy się to faktem, iż znaczna część utraconych miejsc pracy przypadła na budownictwo, co jest zrozumiałe wobec załamania rynku nieruchomości. Liczni construction workers nie mają kwalifikacji do podjęcia innej pracy. Temu przeciwdziałać ma ogłoszony przez Obamę wielki program robót publicznych, modernizacji autostrad, lotnisk i kolei. Problem jednak jest o wiele poważniejszy.

Polaryzacja rynku pracy

Jak wskazuje The Economist w kolejnym komentarzu, w latach '70 i '80 zatrudnienie rosło głównie w sektorach wymagających średnich kwalifikacji i dających średnie zarobki: wśród robotników wykwalifikowanych i operatorów maszyn, niższego i średniego personelu zarządzającego, sekretarek i urzędników bankowych, sprzedawców. Na początku lat '90 sytuacja się zmieniła: rosnąć zaczął udział pracy wykonywanej tak przez ludzi o najwyższych, jaki i najniższych kwalifikacjach (i zarobkach), kosztem pracy tych ze środka stawki. Pojawiła się polaryzacja rynku pracy. Tłumaczy się to globalizacją (część miejsc pracy podlego outsourcingowi do Indii i na Daleki Wschód, na razie także do Europy Wschodniej), przede wszystkim jednak informatyzacją, automatyzacją, postępem technologicznym. W ten sposób w krajach wysokorozwiniętych praca będzie łatwo dostępna dla osób zwanych w Ameryce professionals - lekarzy, prawników, terapeutów, także nauczycieli czy konstruktorów - oraz dla sprzątaczy lub osób wykonujących rozliczne McJobs, a także w zawodach, które nie wymagają wielkich kwalifikacji, nie są zbyt dobrze płatne, ale są klasyfikowane jako nie-rutynowe, a zatem trudne do zautomatyzowania: rehabilitantów, opiekunów dzieci, organizatorów czasu wolnego, kierowców, osób wykonujących drobne naprawy lub remonty czy strażaków. Pracy dla tych ze środka, której dotąd było najwięcej i która cieszyła się prestiżem społecznym i znacznym statusem ekonomicznym, będzie ubywać.

Uczestnicy dyskusji zaproszeni przez Economista w zasadzie zgadzają się z tym obrazem, ale obecnie nie są w stanie przedstawić żadnych spójnych recept. Jest jednak jasne, że przedstawiony tu stan rzeczy musi mieć głębokie konsekwencja dla naszego systemu społecznego, w tym także dla interesującej mnie sfery edukacji.

Czy nie zbliżamy się do świata przewidywanego przez Kurta Vonneguta w Pianoli, skądinąd jednej z jego słabszych powieści?

Wracając zaś do polityki i amerykańskich wyborów, kryzys finansowy z roku 2008 był tylko katalizatorem, ujawniającym już dawno istniejące zjawisko. A Obama i Demokraci, cóż, częściowo nie sprostali wyzwaniu, częściowo zaś mieli pecha, że ich to właśnie dotknęło.