Kategorie: Wszystkie | Edukacja | Fizyka | Kryzys | Literatura | Muzyka | Polityka | Rozmaitości
RSS
piątek, 02 listopada 2012

W dzisiejszej Gazecie Wyborczej czytam esej Marka Beylina W poszukiwaniu szacunku

Większość z nas zmaga się z niedostatkiem szacunku. Nas nie szanują, my nie szanujemy [...] Szacunek to rzadkie dobro.

Dalej Beylin słusznie zauważa, iż fundamentalna dla demokracji teza, że

mamy być silni, odważni i przede wszystkim samowystarczalni [...] staje się dojmującym głupstwem, gdy zamienia się w dogmat, jakże dziś powszechny, iż mamy polegać tylko na sobie.

Podkreśla więc Beylin rolę relacji z innymi ludźmi, rolę wspólnoty, aby w końcu dojść do wniosku, że za ów powszechny brak szacunku odpowiada panująca ideologia liberalna:

W świecie kurczącej się pracy i stałego zatrudnienia wciąż się nas przekonuje, że źródłem naszej godności jest właśnie praca. Zgodnie z tym przekonaniem ten, kto nie pracuje, jest człowiekiem ułomnym moralnie, może zasługiwać na litość, ale nie na szacunek.

Podobnie twierdził marksizm: to praca określała wartość człowieka, więcej, człowiek dzięki pracy był człowiekiem. Obie te doktryny - i neoliberalizm, i marksizm - jak widać, wyrastają z protestanckiej etyki pracy.

Ale ja nie o tym. Z pracą rzeczywiście jest kłopot. Jeszcze całkiem niedawno praca robotnika wykwalifikowanego w dużej fabryce lub średniego szczebla menedżera czy urzędnika zapewniała przyzwoite zarobki i stabilną pozycję społeczną. Dziś takiej pracy ubywa, a przyczynami są postęp techniczny i globalizacja. Pisałem kiedyś, że nie ma już wielkich budów socjalizmu, zdolnych wchłonąć nadwyżkę pracy z przeludnionych wsi. W ogóle na Zachodzie (do którego w globalnej perspektywie należymy) jest coraz mniej fabryk, produkcja ucieka na Daleki Wschód, a te, które są, zatrudniają mniej ludzi, choć niekoniecznie mniej produkują, gdyż produkcją w coraz większym stopniu zajmują się maszyny. Pracę średniego szczebla menedżerów, urzędników, ale także bankowców, eliminują komputery, Internet i wszelkie "systemy inteligentne". Presja ekonomiczna powoduje, że ci, którzy pracują, muszą się godzić na niższe pensje i gorsze warunki, typu "umowy śmieciowe". Ekonomia się rozwija, ale nie jest już prawdą, że a rising tide lifts all boats. Następuje polaryzacja rynku pracy: Pracę znajdują ludzie o wyjątkowo wysokich kwalifikacjach, a także ci, którzy nie mają bardzo wysokich kwalifikacji, ale ich pracy nie da się łatwo zautomatyzować i nie sposób jej wyeksportować gdzie indziej: opiekunowie chorych, strażacy, specjaliści od remontów i drobnych napraw. Znika środek, który przez co najmniej kilkadziesiąt lat był kotwicą stabilizacji i dobrobytu. Wielu ludzi z tego środka wypada a ci, którzy do niego aspirowali, nie mają szans się tam dostać.

Tak się po prostu zachodni świat rozwinął. Sytuacja nie jest dobra, ale bunt przeciwko niej i żądanie powrotu do starych, dobrych czasów, byłyby formą neoluddyzmu, z góry skazaną na niepowodzenie. Nie wiem, co zrobić, nie wiem, co się stanie, ale widzę, że jest źle. Spodziewam się, że w końcu wyłoni się jakiś nowy model, mniej-więcej akceptowalny społecznie - tak, jak nowoczesna epoka przemysłowa nastała po ruchu burzycieli maszyn - ale kiedy to się stanie? I jakim kosztem?

Marek Beylin zastanawia się jak przywrócić wzajemny szacunek. Beylin tego nie pisze - no gdzieżby - muszę jednak zauważyć, że katolicyzm, podkreślający przyrodzoną godność każdego człowieka i równość wszystkich przed Bogiem, daje w tym zakresie lepsze perspektywy, niż protestantyzm, neoliberalizm czy marksizm, koncentrujące się na pracy, której strukturalnie nie ma. Nie ulega wątpliwości, iż katolicyzm dotąd całkiem fatalnie wcielał swoje ideały w życie, ale przynajmniej doktrynalnie daje on jakąś nadzieję. Gdybyż, ach, gdybyż Kościół był w stanie to przemyśleć i przestał sprowadzać pojęcie "przyrodzonej godności ludzkiej" do ideologicznego sprzeciwu wobec aborcji, może coś dobrego by z tego wynikło? Tak sobie marzę...

Beylin tymczasem wzywa do łagodzenia nierówności społecznych, upatrując w nich jedno z ważnych źródeł wzajemnego braku szacunku.

Miejsce szacunku zajmują zazdrość i pogarda.

I tu pełna zgoda. Nierówności społeczne są niszczące - i narastają. Jest to skutkiem uznania krótkoterminowego zysku jako jedynego wyznacznika sukcesu, więc ci, którzy mogą - mocni, bogaci - rosną w siłę i bogacą się jeszcze bardziej kosztem słabszych. To jest, jak sądzę, największe wynaturzenie neoliberalizmu wobec swojego duchowego poprzednika, protestanckiej etyki pracy. Skądinąd tradycyjna lewicowa recepta na brak szacunku, czyli rozbudowany system świadczeń społecznych, też zawodzi: z jednej strony konserwuje bierność, z drugiej system staje się ekonomicznie niewydolny, z kilku powiązanych ze sobą powodów: na skutek zmian demograficznych, na skutego zmian na rynku pracy i nadużywania tego systemu, co gdzieniegdzie stało się zjawiskiem nagminnym.

Ale samo zmniejszenie nierówności społecznych, choć bez wątpienia pożądane, nie zlikwiduje problemu braku pracy. Z drugiej strony może zrodzić się pokusa, aby zniesienie nierówności zadekretować i przymusowo wprowadzić w życie. Tego właśnie próbowali wszelcy rewolucjoniści - ze skutkiem wiadomym.

Przyszedł mi do głowy bon mot. Kiedyś powiadało się, że kto za młodu nie był lewicowcem, na starość będzie świnią. Czasy się zmieniają. Ja dziś zaryzykowałbym stwierdzenie, że kto za młodu nie był liberałem, ten na starość będzie fanatykiem.