Kategorie: Wszystkie | Edukacja | Fizyka | Kryzys | Literatura | Muzyka | Polityka | Rozmaitości
RSS
niedziela, 10 listopada 2013

Znowu w życiu mi nie wyszło, mógłby zaśpiewać Prezes Kaczyński za swoim byłym senatorem, który chyba wstydzi się tego epizodu w swoim życiu (i nie mam tu na myśli znakomitej piosenki). Jarosławowi Kaczyńskiemu nie wyszła kolejna próba politycznego podłączenia się do cudzej inicjatywy - tym razem do referendum edukacyjnego, firmowanego przez państwo Elbanowskich.

W tym roku odbyła się cała seria wyborów lokalnych i uzupełniających, które przedstawiane były jako wielki sukces PiS.

  • Najpierw był Rybnik, gdzie zwolnił się mandat senatorski po zmarłym Antonim Motyczce (PO). PiS wystawił swojego posła Bolesława Piechę. Po objęciu mandatu senatorskiego przez Piechę, jego mandat poselski automatycznie przejmował następny kandydat na liście PiS (Grzegorz Janik, który z list PiS wchodził do Sejmu w 2005 i 2007), tak więc PiS niewiele ryzykował. Przy niskiej frekwencji, wielkiej mobilizacji liderów i skłóceniu rybnickiej Platformy, PiS wygrał. Trzeba jednak przyznać, że w tym wypadku to PiS wykazał się inicjatywą.
  • Później był Elbląg. Tam wiosną grupa działaczy związana z Ruchem Palikota doprowadziła do referendum, w którym odwołano platformerskiego prezydenta i Radę Miasta. Wygląda na to, że prezydent był arogancki i nieudolny, ale prawdziwym motywem były ambicje lidera Grupy Referendalnej, Kazimierza Falkiewicza. Dopiero gdy było wiadomo, że w Elblągu będą przedterminowe wybory, do akcji, a raczej do kampanii wyborczej, wkroczył PiS, uskrzydlony zwycięstwem w Rybniku. Znów pieniądze i wielka mobilizacja i choć tuż przed drugą turą wyborów wypłynęły PiSowskie taśmy prawdy, na których kandydat na prezydenta miasta przyznawał, że chodzi tylko o to, aby "wyp* tych z Platformy i przejąć władzę", PiS wygrał. PiS odtrąbił tryumf, a inicjator całego przedsięwzięcia, Kazimierz Falkiewicz, został z niczym.
  • Kolejne było Podkarpacie. Tamtejszy marszałek, Mirosław Karapyta (PSL), oskarżony o korupcję, musiał ustąpić z funkcji. I choć wydawało się, że w sejmiku większość ma koalicja PO-PSL-SLD, PiSowi udało się podkupić dwóch radnych, Lucjana Kuźniara (PSL) i dr. hab. Jana Burka (PO - wcześniej PiS, jeszcze wcześniej PSL, słowem, partie, które w danym momencie mogły zaoferować stanowiska), którzy zagłosowali na kandydata PiS na marszałka, senatora Władysława Ortyla. W nagrodę obaj zostali wicemarszałkami. Nawiasem mówiąc, warto zapamiętać ten fakt. Wszyscy teraz słusznie oburzają się rozdawnictwem posad przez Platformę w zamian za poparcie tego a nie innego kandydata, a PiS robi to samo, tylko że zamiast posad w firmach pół-państwowych, rozdaje stanowiska w samorządzie. 
  • Po objęciu przez Władysława Ortyla stanowiska marszałka województwa, na Podkarpaciu musiały się odbyć wybory uzupełniające do Senatu. Z punktu widzenia PiS były one niemalże formalnością, oni zawsze tam wygrywali, najważniejszy był wynik kandydata ziobrystów (wypadł marnie). PiS znów wykazał się inicjatywą, tyle że ograniczała się ona do politycznego skorumpowania dwóch radnych i obrzucania fałszywymi oskarżeniami kontrkandydatów do mandatu senatorskiego.
  • Dalej - Warszawa. Burmistrz Ursynowa, Piotr Guział, postanowił odwołać Hannę Gronkiewicz-Waltz z funkcji prezydenta Warszawy. Moim zdaniem nie było to uzasadnione, ale o to teraz mniejsza. Ważne, że PiS poczuł szansę bolesnego ugodzenia Platformy i niejako przejął to referendum, gdy Guział, Ruch Palikota i SLD zebrali dostatecznie wiele głosów, aby mogło się ono odbyć. Atak na Platformę, porównywanie referendum do Powstania Warszawskiego, być może uratowały HGW. PiSowi nie wyszła próba podłączenia się do cudzej inicjatywy, a Piotr Guział, tak jak Kazimierz Falkiewicz przed nim, został z niczym.
  • No i wreszcie referendum edukacyjne. Komitet kierowany przez państwo Elbanowskich, pod zupełnie absurdalnym hasłem "Ratujmy maluchy" - tak, jakby państwowa szkoła była jakąś opresją, która zagraża dzieciom i przed którą trzeba je "ratować" (łączy się to z postrzeganiem państwa jako czegoś immanentnie obcego i wrogiego Polakom, patrz Fantomowe ciało króla Jana Sowy) - zebrał milion podpisów, ale koalicja zmobilizowała się i odrzuciła wniosek w Sejmie. Wniosek popierała cała opozycja, chyba nawet nie dlatego, że zgadzali się z celami referendum (choć chyba pod wpływem PiSu do pytań referendalnych dopisano przywrócenie w liceach ogólnokształcących pełnego kursu historii i innych przedmiotów), ale żeby dokuczyć rządowi, wykazać słabość koalicji. No, ale nie udało się.

Rekapitulując, ostatnie tryumfy PiSu, prawdziwe lub tylko zamierzone, nie wynikały ani z politycznej strategii, ani z politycznej przemyślności, lecz były wykorzystaniem albo nadarzającej się okazji (Rybnik, Podkarpacie), albo cudzego pomysłu (Elbląg, Warszawa, referendum edukacyjne). W dodatku te dwa ostatnie, najważniejsze, były nieudane, zapewne w znacznej mierze na skutek pomysłów PiS (referendum warszawskie jak Godzina W, rozszerzenie listy pytań w referendum edukacyjnym). Platforma mogłaby więc odetchnąć z ulgą - gdyby nie to, że ona sama zredukowała się tymczasem do partii władzy, która tylko chce trwać, dzielić frukta i straszyć przeciwnikami, choć pod wieloma względami - na szczęście jeszcze nie wszystkimi - coraz bardziej się do nich upodabnia.