Kategorie: Wszystkie | Edukacja | Fizyka | Kryzys | Literatura | Muzyka | Polityka | Rozmaitości
RSS
sobota, 14 listopada 2015

Jedno jest pewne: Skutkiem wczorajszych zamachów w Paryżu będzie wzrost nastrojów antyislamskich w Europie, jeszcze większy sprzeciw wobec przyjmowania uchodźców i wzrost znaczenia radykalnych partii nacjonalistycznych. We Francji Front Narodowy zapewne wygra kolejne wybory, w Polsce jeszcze bardziej wzrośnie popularność PiSu, a śladowy - na razie - Ruch Narodowy zyska rangę węgierskiego Jobbiku. Zarazem spadnie znaczenie uniwersalnych praw człowieka, policja we wszystkich krajach będzie domagać się jeszcze większych uprawnień do kontrolowania obywateli, jedne kraje będą mieć coraz więcej pretensji do drugich - mówiąc w uproszczeniu, my do Zachodu, że chce nas islamizować i skazywać na ryzyko zamachów terrorystycznych, Zachód do nas, że nawet palcem nie kiwniemy, aby rozwiązać kryzys migracyjny i kryzys na Bliskim Wschodzie. Swoboda podróżowania w strefie Schengen zaniknie lub zostanie mocno ograniczona. Wzrośnie wzajemna nieufność pomiędzy państwami europejskimi, tymi zachodnimi też. Europa zostanie osłabiona.

I to będzie dokładnie to, o co terrorystom chodzi.

Tylko silna, zjednoczona Europa, będzie w stanie przeciwstawić się zagrożeniom, zresztą nie tylko ze strony Państwa Islamskiego, ale i zagrożeniom ekologicznym, demograficznym i gospodarczym, a także zagrożeniom ze strony Rosji. To prawda, na razie Europa nie ma pomysłu na rozwiązanie tych kryzysów, co więcej, kieruje się krótkowzroczną logiką doraźnych interesów - czy to w sprawie uchodźców, czy to w sprawie kryzysu greckiego (ktoś jeszcze o tym pamięta?), czy "działań mitygacyjnych" przeciwko globalnemu ociepleniu, czy na potęgę handlując z krajami całkiem otwarcie wspierającymi terroryzm - ale jeśli się podzieli, nie będzie mieć ich tym bardziej. Ani pomysłów, ani sposobów na ich ewentualną realizację.

Tymczasem u nas jeden PiSowski idiota  mówi, że 

Polska nie widzi politycznych możliwości wykonania decyzji o relokacji uchodźców

podczas gdy nic nie wskazuje na to, aby zamachowcy z Paryża byli uchodźcami, czy też raczej przybyli podając się za uchodźców, ukrywając się wśród nich. Przeciwnie, jak - na razie nieoficjalnie - mówią francuskie służby, byli to obywatele francuscy, przynajmniej niektórzy z nich, wychowani we Francji, ale wyszkoleni przez ISIS, którzy wrócili tu, aby dokonać zamachów. Inny rzekomo miał syryjski paszport, ale to mogłoby świadczyć, że wjechał do Francji oficjalnie. Uchodźcy uciekają z Bliskiego Wschodu do Europy właśnie przed takimi ludźmi, jak paryscy zamachowcy. A Witold "nie zabijajcie nas" Waszczykowski, przyszły minister spraw zagranicznych, mówi

już słyszę od rana dyskusję tego oszalałego lewactwa, które nam tłumaczy że to my jesteśmy winni, że to państwa zachodnie są winne, to myśmy nie stworzyli warunków do życia, do integracji dla tych ludzi, że jeśli oni są na tyle sfrustrowani, że sięgają po kałasznikowa, po pasy szahida, to na pewno są jakieś błędy w naszym społeczeństwie.

Więc myśli pan, panie ministrze, że z nami jest wszystko w porządku, że we Francji, Wielkiej Brytanii, Polsce, Niemczech czy innych krajach nie ma ani śladu rasizmu i nietolerancji? Gratuluję samopoczucia.

Ale lewica też nie jest bez winy. I nie mam tu na myśli lewicy polskiej, z kuriozalną wypowiedzią Leszka Millera, lecz lewicę europejską. To ona powinna znaleźć odpowiedź na spodziewany wzrost nastrojów nacjonalistycznych i prawicowych. Ale to znaczy, że lewica sama musi zrewidować swoje myślenie. To prawda, że w Europie jest mnóstwo nietolerancji i rasizmu, ale nie każda krytyka muzułmańskich imigrantów (także imigrantów w drugim, trzecim pokoleniu) za brak poszanowania dla naszych praw i naszej kultury jest oznaką rasizmu. Nie każda krytyka wyłudzania pomocy socjalnej bierze się z ksenofobii czy zwierzęcego neoliberalizmu. Fanatyzmy i fundamentalizmy religijne (czy to islamskie, czy to katolickie, czy to jakiekolwiek inne) są złe i szkodliwe, niewłaściwe jest tuszowanie przestępstw w imię źle pojętej solidarności religijnej (czy narodowej), a uzurpowanie sobie przez jakąkolwiek religię uprzywilejowanej pozycji w państwie jest niedopuszczalne, ale religie jako takie nie zasługują ani na potępienie, ani na wyśmiewanie. Warunki życia w krajach ogarniętych wojnami i w przeludnionych, biednych obozach dla uchodźców są fatalne, ale to nie znaczy, że do Europy może przyjechać dosłownie każdy, kto sobie tego zażyczy. Trzeba wreszcie przyznać, że skoro to islamiści, znacznie częściej, niż jakiekolwiek inne grupy, w odpowiedzi na doznane krzywdy - niekiedy urojone, niekiedy wyolbrzymione, ale niekiedy bardzo prawdziwe - sięgają po bombę i AK-47, kierując furię przeciw Bogu ducha winnym ludziom, to zapewne w ich kulturze jest coś, co ich do tego skłania.

Nie wiem, jakie lewica znajdzie odpowiedzi, ale życzę i sobie, i Polsce, i Europie, żeby znalazła je jak najszybciej. I żeby były adekwatne do wyzwań, przed jakimi wszyscy stoimy.

wtorek, 03 listopada 2015

Prof. Piotr Gliński zapowiada likwidację gimnazjów. Mówi, że ich wygaszanie "jest przesądzone". Proszę mi przypomnieć, kiedy i który z najważniejszych liderów PiS mówił o tym w kampanii wyborczej? Czy ważna reforma systemu oświaty była tematem kampanijnych dyskusji? Wydaje mi się, że nie. Jest to więc typowe zachowanie PiSu: zwodzą ludzi obietnicami socjalnymi, żeby na nich głosowali, a potem zabierają się za coś, co jest dla nich ideologicznie ważne, a o czym milczeli.

Oczywiście można pomyśleć, że z tego, że coś zapowiada profesor Gliński, niewiele wynika. Gdyby to powiedział pan Kaczyński, szanse na wcielenie tego pomysłu w życie byłyby o wiele większe, z tym, że też nie na pewno. Ten typ tak ma.

Wróćmy jednak do meritum, czyli do gimnazjów. Może się wydawać, że likwidacja gimnazjów to element "odbudowy Polski od piwnic" po rujnujących rządach Platformy - ale gimnazja nie były pomysłem PO. Wprowadził je AWS z udziałem licznych obecnych polityków PiS, potem sobie trwały za rządów SLD, za rządów PiS w latach 2005-07, wreszcie za rządów Platformy. Nagle okazały się czarnym ludem, którego należy przepędzić w pierwszej kolejności, zanim nawet zrobi się inne rzeczy. Ciekawe.

Nie jestem pewien, czy wprowadzenie gimnazjów było co do zasady dobrym pomysłem. Mówiło się wtedy - pamiętam - że okres 13-16 lat to trudny wiek, tych dzieci nie powinno się mieszać ani z małymi dziećmi z podstawówek, ani z młodzieżą z liceów. Powinno się dla nich stworzyć osobne szkoły, najlepiej wyposażone, z najlepszymi nauczycielami, potrafiącymi przeprowadzić dzieci przez trudny okres dojrzewania. Oczywiście nic z tego nie wyszło. Nauczyciele są dość przypadkowi, zamiast dzieciom pomagać, walczą z nimi, szkoły są wyposażone jak wszystkie, czyli źle. W dodatku ponieważ gimnazja są oceniane po wynikach, czyli po liczbie laureatów rozmaitych konkursów i, przede wszystkim, po liczbie absolwentów przyjętych do liceów, w dużych miastach tworzone są klasy w zamyśle elitarne, które przynajmniej starają się czegoś uczyć. Jednocześnie gimnazja mają funkcję szkół rejonowych, więc muszą przyjmować wszystkich absolwentów podstawówek ze swojej okolicy. Tych uczniów grupuje się w osobnych klasach, gdzie, zdaje się, dba się tylko o to, aby nie zrobili sobie zbyt dużej krzywdy. Tak się dzieje wszędzie, w "najlepszych" gimnazjach Warszawy, Krakowa, Wrocławia też.

Nie jestem więc pewien, czy idea gimnazjów była jako taka słuszna. Wiem, że pomysł ten zrealizowano źle. Ale jeszcze bardziej wiem, że likwidacja gimnazjów będzie szkodliwa. Systemowi szkolnemu potrzeba jest stabilizacja, nie zaś ciągłe - naprawdę ciągłe! - reformy, zamieszanie polityczno-organizacyjno-ekonomiczne. Proszę przy tym pamiętać, że prawdziwe problemy stwarza nie typ szkoły, ale dzieci, z których jakaś część nadal będzie w trudnym wieku dojrzewania (nie tylko fizycznego, ale także społecznego). Rozparcelowanie ich pomiędzy nową-starą podstawówkę a nowymi-starymi szkołami ponadpodstawowymi co najwyżej rozwodni, zamaskuje problem, ale go nie rozwiąże.

Likwidacja gimnazjów jest dla PiSu przejawem nostalgii za starymi, dobrymi czasy. Ech, dawniej (za komuny, gdy liderzy PiS, z panem Kaczyńskim na czele, mentalnie się ukształtowali i tak już im zostało) była ośmioklasowa podstawówka i czteroklasowe liceum i było tak dobrze! Nikt co prawda nie chce pamiętać, że do tych liceów szło nie więcej, niż 40% każdego rocznika, nie 80%, jak obecnie. Dziś w radio słyszałem, jak jakaś pani z PiSu mówiła, że gimnazja to "pruska szkoła", anachroniczna, z 45-minutowymi lekcjami i dzwonkami. Zaraz, to w podstawówkach i liceach też zlikwiduje się 45-minutowe lekcje i dzwonki? Polska oświata ma poważne problemy, o czym jeszcze napiszę, ale istnienie gimnazjów nie wydaje się być najważniejszym z nich. Bezrefleksyjne, mechaniczne przywracanie starego systemu istniejących problemów nie rozwiąże. Gdyby w drodze dyskusji okazało się, że jakiś system bezgimnazjalny jest lepszy od obecnego, należałoby go wprowadzić. No, ale taka dyskusja się nie odbyła, a PiS najwyraźniej jej nie planuje. Oni po prostu wiedzą lepiej.

niedziela, 01 listopada 2015

Na platformerskich forach trwa nieśmiała próba analizy przyczyn porażki wyborczej. Dominuje skarga na fatalny PR, na nieumiejętność wykazania fałszu tez i obietnic PiSu, wreszcie na nie dość przekonywające przedstawianie osiągnięć ostatnich ośmiu lat. To wszystko też przyczyniło się do klęski Platformy, ale w stopniu mniejszym, niż inne czynniki. Weźmy na przykład niedostatki narracji o tym, co w Polsce udało się podczas rządów Platformy osiągnąć. Otóż wczoraj wysłuchałem kpin pewnej zwolenniczki zmiany: Czy PiS zamknie autostrady i zburzy Stadion Narodowy? No przecież wiadomo, że nie. Z drugiej strony PiSowskie przedstawienie  "Polski w ruinie" zupełnie się nie udało, ale ani nie odebrało to PiSowi wielu głosów, ani nie przydało ich Platformie. Ludzie nie kwestionują osiągnięć materialnych, ale skoro one już dokonały się, nie są argumentem na przyszłość. Na pierwszy plan wysuwa się raczej to, czego Platforma nie zrobiła, co zrobiła źle i w czym zawiodła. 

Jedną z ważniejszych przyczyn porażki PO była afera taśmowa, nielegalne podsłuchy z warszawskich restauracji, upublicznione przez sprzyjające PiSowi media. Nie chodzi jednak o to, co podsłuchani politycy mówili: usiłowano się tam dopatrywać niemalże planów zamachu stanu czy złamania konstytucji, ale nic takiego nie miało miejsca. Także język tych nagrań, choć miejscami dość wulgarny, a przynajmniej dosadny, nie zrobił wielkiego wrażenia - dużo ludzi w wypowiedziach prywatnych, w gronie znajomych, mówi podobnie. Nie chodzi też o to, iż politycy płacili służbowymi kartami kredytowymi - no, to faktycznie niezbyt piękne, aby za prywatne posiłki płacić z budżetu instytucji państwowych, ale kultura wyłudzania czegoś od państwa - od nienależnych zwrotów kosztów poselskich podróży (posłów ze wszystkich partii - Jakie czasy, taki prezydent), do afery SKOKów, gdzie senator Bierecki jego koledzy biznesowi i polityczni wzbogacili się nie kosztem zwykłych ludzi, których można wskazać z imienia i nazwiska, ale kosztem abstrakcyjnego Bankowego Funduszu Gwarancyjnego - jest, czy nam się to podoba, czy nie, dość ugruntowana. Płacenie służbowymi kartami za prywatne wydatki, choć niewątpliwie jest zachowaniem moralnie nagannym, nie jest traktowane jako wybryk oburzający, byle tylko nie przesadzić, jak poseł Adam Hofman, no i nie dać się złapać, bo to wstyd.

Niszczycielskie dla Platformy okazały się dwa inne aspekty.

Według klasycznej definicji Maxa Webera, państwo jest instytucją dążącą do monopolizacji przemocy. Wydobywanie od obywateli informacji, których ci nie chcą zdradzić, jest formą przemocy, choć nie musi temu od razu towarzyszyć przemoc fizyczna. Państwo do wydobywania informacji ma swoje służby policyjne i prokuratorskie. Za odmowę zeznań lub za zeznania fałszywe może obywatela spotkać kara. Państwowe służby specjalne mogą też obywateli podsłuchiwać (teoretycznie za zgodą sądu), ale nielegalne podsłuchy są karane za bezprawne pogwałcenie prywatności obywateli: bezprawne, czyli naruszające prerogatywy państwa w zakresie monopolu na dostęp do skrywanych sekretów obywateli. Jeśli podsłuchanymi są ważni urzędnicy państwowi, w tym minister spraw wewnętrznych, któremu formalnie podlega policja i służby specjalne, a państwo jest bezradne, nie może powstrzymać wycieku nielegalnie zdobytych informacji ani ukarać sprawców, ani nawet w sposób nie budzący wątpliwości wykryć tych sprawców i ich mocodawców, znaczy to, że państwo w istotnym aspekcie nie działa. Ktoś złamał monopol państwa na wydobywanie informacji od obywateli wbrew ich woli. Państwo i jego funkcjonariusze zostali ośmieszeni, co uzasadnia postulat radykalnej zmiany. To już trafnie zauważył Cezary Michalski.

Nie zwrócił on jednak uwagi na drugi, równie destruktywny dla Platformy element afery taśmowej: ośmiorniczki. Początkowo ośmiorniczki, element menu podsłuchanych ministrów, były wymieniane mimochodem, jako nieistotna ciekawostka. Z czasem niemalże zapomniano co ci politycy mówili, ale o ośmiorniczkach pamiętają wszyscy. Stały się symbolem całej afery. Dlaczego? Nie na darmo w opisie upadku i dekadencji wszelkich elit poczesne miejsce zajmują uczty i wykwintne potrawy, które elity spożywają, podczas gdy lud głoduje, a przynajmniej musi zadowalać się znacznie prostszą żywnością. Ośmiorniczki i policzki wołowe, popijane drogimi winami - owszem, w połączeniu z dosadnym językiem, ujawniającym brak nabożnego szacunku dla państwa - dowodzą alienacji, oderwania i zepsucia platformianych elit. A skoro elity są wyalienowane i zepsute, należy je wymienić. Ich merytoryczne kompetencje i dokonania przestają mieć znaczenie.

Jestem przekonany, że gdyby ministrowie jedli schabowego i popijali go zwykłą wódką, skutki afery byłyby znacznie mniejsze. Politycy chętnie pokazują się w czasie różnych imprez ludowych, targów żywności, gdzie jedzą zwykłe potrawy: ogórka kiszonego, kaszę, kiełbasę, gdyż ma to dowodzić ich zwykłości, bliskości z wyborcami. Premier Ewa Kopacz w czasie kampanii wyborczej - nie wiem, czy świadomie, czy tylko intuicyjnie - zaglądała do talerza podróżnym w wagonach restauracyjnych. Miało to pokazać, że jest ona taka sama, jak zwykli ludzie. Niestety, było już za późno. Nieodwracalna szkoda już się dokonała.

Hm, w Krakowie jest taka włoska restauracja, która podaje doskonałe ośmiorniczki. Mam się bać tam chodzić? Mam się wstydzić?