Kategorie: Wszystkie | Edukacja | Fizyka | Kryzys | Literatura | Muzyka | Polityka | Rozmaitości
RSS
niedziela, 27 grudnia 2009

Różni ludzie ogłaszają najnowszy film Jamesa Camerona, Avatar, przełomem w historii kina i wydarzeniem epokowym. Wyciągnięty przez córkę, film widziałem. Owszem, jest plastycznie znakomity - na szczególną pochwałę zasługuje przy tym spójność zaprezentowanej wizji - także trójwymiarowe efekty specjalne są bardzo dobre, gdyby więc film nie był za długi, mógłbym go z czystym sumieniem wszystkim polecić. Tym niemniej uważam, że od strony plastyczno-technicznej to może być przełom, ale od strony filmowej - nie.

Główną wadą filmu jest to, iż jego fabuła jest przewidywalna aż do bólu. Żadnych zaskoczeń, suspensów, nagłych zwrotów akcji. Niby to wszystko jest, ale doskonale wiadomo, że będzie i w którym momencie. Dzieje się tak dlatego, że Cameron wykorzystuje wszystkie filmowe klisze i obficie czerpie z klasyki gatunku. Edwin Bendyk na swoim blogu wymienia szereg źródeł inspiracji Camerona, ale zapomina o, moim zdaniem, najważniejszym: o Diunie. Nie mam przy tym na myśli niezbyt udanego, choć uchodzącego za kultowy, filmu Davida Lyncha, ale książkowy oryginał Franka Herberta, klasyk nad klasykami.

Popatrzmy: Ludzkość potrzebuje pewnej substancji, występującej tylko na jednej planecie. Eksploatuje więc tę planetę, popadając w konflikt z tuziemcami, żyjącymi w rzadkiej harmonii z naturą (niech nikogo nie zwiedzie fakt, że Diuna jest planetą pustynną, Pandora zaś jest porośnięta najbujniejszą z bujnych dżungli). Najeźdźcy są owładnięci chęcią zysku i bezrozumną żądzą niszczenia, tubylcom chodzi o zachowanie zagrożonej równowagi. Przedstawiciel najeźdźców dołącza do miejscowych i, choć początkowo przyjmowany jest skrajnie nieufnie, z czasem przejmuje ich wartości, zostaje doskonałym wojownikiem, a wreszcie przywódcą tubylców, prowadzącym ich do ostatecznego zwycięstwa. Wykazuje przy tym legendarne, niemalże nadnaturalne umiejętności, a wchodzenie bohatera w społeczność miejscowych, nierozerwalnie łączy się z rozwojem jego miłości do lokalnej kobiety. Wystarczy? Tyle dobrze, że Cameron oszczędził nam wątku mesjanistycznego - w Diunie przybycie Paula Muad'Diba jest zapowiedziane w proroctwach, w Avatarze zaledwie wspomina się, że już kiedyś był czas "wielkiego smutku" i że wówczas pojawił się obdarzony wyjątkowymi talentami przywódca, który zjednoczył wszystkie plemiona. Wątek mesjanistyczny jest obecny także w Matrixie, drugim, równie ważnym, źródle inspiracji twórców Avatara.

Ha, przyszło mi do głowy jeszcze jedno źródło, niewymieniane przez nikogo (to znaczy, ja nie widziałem, żeby je ktoś wymieniał). W finałowym pojedynku głównego bohatera ze złym pułkownikiem (kolejna klisza: dlaczego takie filmy zawsze muszą zawierać osobistą walkę dobrego i złego bohatera, mimo iż każdy dowodzi własną armią?), Jake Sully już-już ma zginąć, ale zły człowiek zostaje powalony strzałami Neytiri. High Noon, anyone?

Ale film jest dobry, w końcu autor czerpał z najlepszych źródeł, a dołożył piękną wizję plastyczną i techniczną maestrię. A mnie podoba się jeszcze jedno: wszystkie organizmy zamieszkująe Pandorę tworzą sieć. W filmie wspomina się, że na Pandorze łączą sie ze sobą drzewa, Na'vi dosiadając swoich latających i biegających wierzchowców, łączą się z nimi za pomocą specjalnego narządu, który mają w "warkoczu". Tymże "warkoczem" łączą się też z Drzewem Dusz, a za jego pośrednictwem z ichnią, jak przypuszczamy, boginią, Eywą. Tymczasem ja widzę, że Eywa to nie jest bogini, to jest samoświadomość planety, superorganizm, coś na kształt Gai.

23 grudnia, robiąc coś w kuchni, słuchałem Trójki. Tam audycja o tym, że do Sejmu wpłynął obywatelski projekt ustawy parytetowej. Zgodnie z proponowaną ustawą, kobiety mają mieć zagwarantowane co najmniej 50% miejsc na listach wyborczych do parlamentu. Ustawa nie gwarantuje, że wybrane zostanie więcej kobiet, niż obecnie, a tylko zmusza partie polityczne do wystawiania kobiet. Feministki i inne postępowe gremia uważają ten program za wielki sukces.

Merytorycznie o ustawie parytetowej pisałem gdzie indziej: Jest to fałszywe rozwiązanie prawdziwego problemu. To, że mamy zbyt mało kobiet-posłanek, nie jest prawdziwym problemem. Zbyt mała obecność kobiet w polityce jest tylko objawem społecznego, kulturowego i ekonomicznego upośledzenia kobiet, które jest faktem, mimo iż litera prawa głosi powszechną równość. Jeśli zmniejszy się nierówności, jeśli skutecznie będzie się walczyć ze stereotypami - a jedno i drugie będzie, niestety, wymagać lat - udział kobiet w polityce wzrośnie. Na ustawie parytetowej skorzysta kilka-klikanaście feministek i działaczek politycznych, które dzięki niej dostaną się do Sejmu (obok kobiet, które zostają posłankami dzięki swojej pozycji politycznej, sile osobowości i determinacji), natomiast nie wpłynie ona na uporanie się ze źródłami problemu. Ba, obawiam się, że ustawa parytetowa może być przeciwskuteczna: feministki i politycznie poprawni politycy odtrąbią sukces i uznają, że problem został rozwiązany, gdy tymczasem co najwyżej lekko zostanie złagodzony jeden z jego skutków. Polityczni mizogini tym bardziej nie będą widzieć powodu do zajmowania się poprawą społecznego położenia kobiet.

We wspomnianej audycji najważniejszym gościem była czołowa polska feministka, prof. Magdalena Środa, zachwycona projektem ustawy. Zanotowałem sobie jej dwie szczególnie cenne myśli. Otóż, według pani Środy, Celem Europy jest demokracja parytetowa, ponadto zaś Demokracja polega na wkluczaniu (sic!) różnych grup. Cóż, pierwsze słyszę, że celem jest jakaś "demokracja parytetowa" i "wkluczanie". Z czasów dzieciństwa i wczesnej młodości pamiętam czasy Gierka, kiedy to we wszelkich ciałach przedstawicielskich musiała być odpowiednia proporcja górników, pielęgniarek, wojskowych, pisarzy, rolników i włókniarek. Parytet był idealny - i co, lepiej było?! Nie chodzi o to, aby było "po równo", ale by przedstawicielami były osoby kompetentne, uczciwe i mające coś do powiedzenia. Feministki twierdzące, że o sprawach kobiet mówić mogą tylko kobiety i że są różne "męskie" i "żeńskie" polityki, zapewne nie dostrzegają, że popadają w ten sam stereotyp, który rzekomo chcą zwalczać.

Pod koniec audycji pani profesor porównała parytet wyborczy dla kobiet z punktami za pochodzenie, przyznawanymi w czasach gierkowskich młodzieży wiejskiej, która bez punktów początkowo nie mogła - według pani profesor - równać się z kandydatami z dużych miast, a potem zostawała znakomitymi studentami. To, według Magdaleny Środy, miał być ostateczny, niepodważalny argument za ustawą parytetową. Ale czy punkty za pochodzenie jakkolwiek poprawiały pozycję mieszkańców wsi? Jasne, że nie. One tylko ułatwiały karierę niektórym przedstawicielom wsi. Podobnie teraz, ustawa parytetowa ułatwi karierę kilku działaczkom, nie zmieniając położenia kobiet. Według mnie, sam argument przytoczony przez Środę, świadczy o pozorności proponowanego rozwiązania.

Nawiasem mówiąc, słyszałem kiedyś, że w przedwojennej Polsce odsetek studentów pochodzenia chłopskiego był większy, niż w czasach komunistycznych punktów za pochodzenie. Badania amerykańskie dowodzą z kolei, że tamtejsza akcja afirmatywna przynosi co prawda korzyści poszczególnym członkom visible minorities i innych grup społecznie upośledzonych, ale niewiele zmienia położenie całych grup.

Problem lewicowców polega na tym, iż dostrzegając autentyczne społeczne problemy, nieodmiennie usiłują im zaradzić wprowadzając regulacje, uchwalając prawo albo zapewniające państwową pomoc, albo wprost czyniące odpowiednie społeczne zło nielegalnym. To niekiedy działa, ale dalece nie zawsze, lewicowcy jednak nigdy nie proponują niczego innego - żadnej pracy u podstaw, żadnych działań mających na celu zmianę postaw społecznych. Prawda, działania takie z konieczności musiałyby wieloletnie, a ich sukces nie musi być oczywisty. Jednak ustawowo nie da się zadekretować zmiany moralności czy też porzucenia stereotypów.

***

Laska z Truskawca. Rozmawiałem ostatnio ze wspominanym kiedyś w komentarzach czołowym polskim fizykiem kwantowym na temat rzeczonej laski. Karol twierdzi, że on był tylko pomysłodawcą zawodów w przeskakiwaniu laski, a że feralny skok wykonał nasz kolega Tadzio. Kto wie, może to jednak Karol ma rację, a pamięć zawodzi mnie?

piątek, 25 grudnia 2009

Pod choinkę kupiłem sobie najnowszą płytę Viviki Genaux, Vivaldi Pyrotechnics. To jest całkiem nowa płyta, premierę europejską miała pod koniec listopada - kupiłem więc sobie w Amazonie, ale wytrzymalem, otwarłem dopiero dzisiaj. Nie jestem krytykiem muzycznym (choć ostatnio myślę, że gdybym nie był fizykiem i mógł cofnąć czas, mógłbym zostać muzykologiem), więc napiszę tylko, iż Vivica Genaux wirtuozerią techniczną bodajże przewyższa nawet Cecylię Bartoli. Niesamowite przy tym jest to, iż widać, jak technika Viviki się rozwija z płyty na płytę, z sezonu na sezon! Wystarczy porównać kolejne wrsje Qual guerriero, arii pięknej, ale niesłychanie trudnej. Na Arias for Farinelli, gdzie Vivice akompaniuje Akademie für Alte Music, ta aria jest zagrana i zaśpiewana, no, dobrze, ale nic ponad to. Na płytowym nagraniu Bajzaeta, z Biondim i Europa Galante, Vivica śpiewa to znakomicie. Ale gdy w 2008 słyszeliśmy ją na żywo, oczywiście z Biondim, brzmiała jeszcze lepiej, po prostu rewelacyjnie. Niebywałe. Ale, cholera, mnie się nie podoba brzmienie jej głosu - oczywiście jest czysty i nieskazitelny, nie ma tam nawet cienia fałszu czy zachwiania, ale jest za zimny. Wolę głos Cecylki, też zresztą mistrzyni techniki.

Vivica Genaux nagrywa dla Virgin Classic, a akompaniuje jej Fabio Biondi i jego Europa Galante. Biondi jest absolutnym mistrzem akompaniamentu, Europa Galante grają perfekcyjnie i w żadnej chwili nie dominują śpiewaka, nawet gdy grają z mniej znanymi osobami. Cecilia Bartoli nagdywa dla Decca, akompaniują jej różne orkiestry, ale i na The Vivaldi Album, i na najnowszym Sacrificium, akompaniuje Il Gardino Armonico. Giovanni Antonini też jest znakomity, ale jednak nie tej klasy, co Biondi. Ja właśnie od dłuższego czasu słucham sobie Alma opressa na przemian w wykonaniu Cecylki i Viviki. Weszła Elżbieta, posłuchała chwilę i mówi, że gdy się słucha The Vivaldi Album (Cecylka), czeka się, aż zacznie się śpiew, a przy Pyrotechnics (Vivica) przyjemność sprawia słuchanie nie tylko wokalu, ale i partii indtrumentalnych. No właśnie. Marzy mi się wysłuchanie arii śpiewanych przez Cecylkę, ale z akompaniamentem Europa Galante.

Heh, gdybym wierzył w teorie spiskowe, albo też w zmowy kartelowe, mógłbym sobie wyobrazić, że szefowie Virgin Classic dogadują się z szefami Decca, że niegdy nie pozwolą na wspólne nagrania Cecylki i Biondiego - bo wówczas cały rynek muzyczny umarłby. Nie warto byłoby nagrywać żadnych innych płyt, innych wykonań, bo nigdy nie osiągnęłyby one takiego poziomu. Wyjątkiem byłby oczywiście Philippe Jaroussky.

Dwie płyty Jaroussky'ego to ciąg dalszy mojego gwiazdkowego prezentu -  znam we fragmentach, ale w całości ich jeszcze nie przesłuchałem. Jutro.

niedziela, 13 grudnia 2009

Myśląc o ostatnim zamieszaniu wokół zapłodnienia in vitro, zwłaszcza zaś zastanawiając się, czy powinniśmy kontynuować naszego "oficjalnego" bloga na stronach Tygodnika Powszechnego, zacząłem zastanawiać się czemu Kościół tak się uczepił tego zapładniania. Najprostsze wytłumaczenie, poprzez seksualne obsesje kleru i różnych działaczy katolickich, prowadzące do nieledwie sakralizacji heteroseksualnego stosunku płciowego (© Gazeta Wyborcza) i stwierdzenia, że prawdziwie boski ogląd człowieka dokonuje się od dupy strony, wydaje mi się jednak przesadnym uproszczeniem. Nie neguję oczywiście księżych obsesji, dobrze one już zostały opisane, ale, jak sądzę, w problemie in vitro musi chodzić o coś więcej.

Myślę, że Kościołowi chodzi o lęk przed stworzeniem życia i o odebranie w ten sposób Bogu jednej z jego prerogatyw. Dawne zakazy robienia sekcji zwłok, później operacji, do dzisiaj jeszcze pojawiająca się niechęć do przeszczepów z jednej, z drugiej zaś lęk przed inkubem, homunkulusem - wszystko to są poprzednie elementy tej linii, która dziś skupia się w zakazie zapłodnienia in vitro. A przecież to bzdura. Dokonując zapłodnienia in vitro, nawet dokonując manipulacji genetycznych, ludzkość tylko naśladuje pewne techniczne aspekty procesów naturalnych. Nie widzę tu żadnego odzierania Boga z jego boskości. Czymś takim byłoby dopiero wytworzenie sztucznego życia - całkiem sztucznego, nie poprzez jakieś manipulacje na istniejących, "naturalnych" łańcuchach DNA.

Dla takich nowych istot człowiek byłby bogiem, bo stworzył je, choć nie istniały (to coś jak u Dicka* - w którejś powieści ziemscy astronauci trafiają na ciało zmarłego boga, który stworzył nasz wszechświat; zaraz pojawia się pytanie kto stworzył tego boga). Nawet zresztą i wówczas można się uciec do św. Tomasza z Akwinu: Z Boga wypływa strumień istnienia, to Boża wola cały czas podtrzymuje istnienie świata. A bez niego nic się nie stało, co się stało. Genetyka zastosowana do leczenia bezpłodności nie może zagrozić pozycji Boga. No, ale inni, jak sądzę, czegoś takiego właśnie się obawiają.

*Wielcy wizjonerzy SF, Stanisław Lem i Philip K. Dick, wymyślili mnóstwo rzeczy, które warto sprawdzać.

czwartek, 10 grudnia 2009

Media katolickie, w tym, niestety, Tygodnik Powszechny, na polecenie biskupów rozpoczęły kampanię mającą doprowadzić do delegalizacji zapłodnienia in vitro w Polsce. To bardzo smutna nowina, i to z szeregu powodów.

Po pierwsze, wydaje mi się, że Kościół myli się tutaj odnośnie do medycznego meritum. Argumenty podawano już wiele razy, więc nie ma potrzeby ich powtarzać. Mnie wydaje się czymś nieludzkim odmawianie parom pragnącym dziecka prawa do zastosowania znanej, sprawdzonej i stosowanej już w Polsce z powodzeniem metody. Sami przecież, ja i Elżbieta, leczyliśmy się na bezpłodność i choć aż do etapu in vitro nie doszło, rozumiem cierpienie i poczucie niespełnienia, niepełnowartościowości ludzi, którzy chcą mieć dzieci, a nie mogą. Zarazem nie będę ukrywał, iż dostrzegam coś dwuznacznego moralnie w domaganiu się prawa do posiadania dziecka - dziecko, człowiek, to nie jest rzecz, którą można posiadać. Nie ma też powodów moralnych, aby własne potrzeby i własne "prawo do czegoś" czynić najwyższą normą. Z drugiej strony ta obłędna fiksacja duchownych na sprawach seksu i prokreacji - doskonale już znana, nie piszę tu nic nowego - jest żałosna i obrzydliwa. Rekapitulując, świat nie jest czarno-biały, medycznie Kościół błądzi, ale racje moralne są podzielone. Tym niemniej Kościół ma prawo głosić, co głosi. Właśnie, głosić. Właściwym narzędziem dla Kościoła powinna być praca duszpasterska, przekonywanie wiernych do racji religijno-moralnych, nawet jeśli racje religijne, z powodów, o których także wiele napisano, są wątpliwe. Jest natomiast wielkim błędem Kościoła uciekanie się do ramienia świeckiego, próba wbudowania głoszonej normy w system prawny. Gdyby norma ta była tak niewątpliwa, wierni - a nominalni katolicy stanowią w Polsce przytłaczającą większość - zapewne in gremio byliby jej posłuszni. Skoro nie są, Kościół chce ich do tego zmusić, tym samym jednak przyznaje się do swojej klęski duszpasterskiej.

Po drugie, jest rzeczą zupełnie niedopuszczalną, iż Kościół chce swoje wartości narzucić wszystkim obywatelom, także osobom innych wyznań i niewierzącym, a także tym katolikom, którzy stanowiska Kościoła w tej materii nie podzielają. Taka próba to jawne budowanie elementów państwa wyznaniowego, co jest z gruntu sprzeczne z duchem wolności i demokracji. Nawet zakładając, że większość katolików jest posłuszna wezwaniu Kościoła, co akurat w tym wypadku jest wątpliwe, demokracja nie może być dyktaturą większości. Demokracja musi zawierać gwarancje dla uzasadnionych praw mniejszości.

Po trzecie, czy Kościół nie zauważa, że nowe prawo będzie po części martwe i że będzie to stan przez wszystkich tolerowany? Mianowicie, kogo tylko będzie na to stać, będzie jeździł stosować metodę in vitro w Niemczech, Czechach, gdziekolwiek. Niemcy będą jeździć do polskich dentystów, bo taniej, Polacy do niemieckich specjalistów od metody in vitro, bo tam to jest legalne. Taka forma wymiany transgranicznej. Ale właśnie: jeździć będą ci, których będzie na to stać, ludzie zamożni. Biedni nie. I tak oto uchwalone z inicjatywy Kościoła prawo będzie dodatkowo pogłębiać podziały na biednych i bogatych. Mówiąc z lekką przesadą, Kościół Katolicki w Polsce stara się zapomnieć o średniowiecznym Tańcu Śmierci, zasadzie, iż wobec śmierci, bólu i cierpienia wszyscy są równi. Kościół albo tego nie dostrzega, a wobec tego jest głupi, albo dostrzega i ma to gdzieś. Gdyby dostrzegał i nic go to nie obchodziło, Kościół grzeszyłby niebywałą hipokryzją i pogardą dla ubogich, cierpiących ludzi. Straszne.

Po czwarte, Kościół wzywając do delegalizacji metody in vitro, odpędza od siebie ludzi młodych, którzy przecież powinni być przyszłością Kościoła. Studentom, licealistom i tak ciężko jest zaakceptować kościelną etykę seksualną (jak rozumiem, w większości nie akceptują jej wcale), ale dopóki Kościół do czegoś namawia, nawołuje, nawet straszy karą w przyszłym życiu, część ludzi wzrusza ramionami, część podejmuje dyskusję, choć część się oczywiście zniechęca, obraża. Ale gdy Kościół stara się doprowadzić do państwowego zakazu działań, które młodym ludziom - z życiowych względów znacznie bardziej zainteresowanym tematem niż osoby w wieku słuchaczy radia Rydzyka - nie jawią się jako w sposób oczywisty naganne i szkodliwe, wręcz przeciwnie, Kościół staje się instytucją opresywną. Niezrozumiale, złośliwie opresywną. Wszelkie racje moralne, choćby cząstkowe, ale warte dyskusji, jakie stoją za stanowiskiem Kościoła, idą w cień. W oczach młodych ludzi zostaje tylko podejrzenie, że wszystko to wynika z seksualnych obsesji części kleru. W ten oto sposób Kościół stawia wielki krok na drodze do laicyzaji Polski, co stwierdzam z głębokim, bardzo głębokim smutkiem.

Stare powiedzenie głosi, że jeśli Pan Bóg chce kogoś ukarać, to mu rozum odbiera. Panie Boże, nie rozumiem dlaczego zsyłając na biskupów przekleństwo głupoty, chcesz ukarać nie tylko ich, ale i zwykłych katolików w Polsce?

niedziela, 06 grudnia 2009

Klika dni temu trafiłem w telewizorze na sam początek Hair Miloša Formana. Pomyślałem, że posłucham sobie Aquariusa, ale, jak należało się spodziewać, obejrzałem do końca. Film jako całość się w ciągu tych trzydziestu lat zestarzał, poszczególne songi mniej, choreografia za to strasznie, ale w gruncie rzeczy w pamięci zostaje tylko Berger tańczący po stole i scena przedostatnia, z samolotami, które jak biblijne potwory pożerają żołnierzy lecących do Wietnamu. Ach, a te zachowania dzikich hippisów - jakie one się dziś wydają niewinne. No schowali komuś ubrania, próbowali od jednego kolesia wyłudzić pieniądze, wielkie mi mecyje. No tak, ćpali, ale nie byli za grosz agresywni (zaraz mi w komentarzach ktoś napisze, że hippisi byli ruchem pokojowym i wyrzekali się przemocy, ale ja obraz zbuntowanej młodzieży sprzed lat 30-40 porównuję z dzisiejszą ćpającą i, pożal się Boże, zbuntowaną młodzieżą).

Ale ja właściwie nie o tym. W czasach, gdy byliśmy piękni i młodzi, mój najbliższy przyjaciel - najbliższy do dziś, choć fizycznie oddalony, ale podobno zaglądający na tego bloga - miał przywiezioną bodajże z Francji płytę z piosenkami z musicalu Hair. Płyta wygięła się na słońcu, nie była więc płaska, ale wklęsło-wypukła, ale grała. Songi z Hair znałem więc na pamięć, do dzisiaj mi wersje z filmu Formana w kilku miejscach nie brzmią, bo przyzwyczaiłem się do tych z płyty-musicalu. Film Formana miał premierę w 1979 i został dosyć szybko wpuszczony do kin PRLu. Polskie premiery amerykańskich filmów bardzo się opóźniały, ale w tym wypadku zapewne władzom chodziło o to, że film sprzeciwiał się imperialistom amerykańskim toczącym swą brudną wojnę w Wietnamie czy jakoś tak. Film miał więc swoją polską premierę już w 1979 albo na początku 1980. Tak się złożyło, że Grześ, mój przyjaciel, poszedł na Hair przede mną, a potem mi ten film opowiadał. Słuchałem z zapartm tchem, bo choć piosenki znałem, libretta nie. Od tego czasu oglądałem Hair pewnie z dziesięć razy i za każdym razem, naprawdę za każym razem, słyszę i widzę Grzesia opowiadającego kolejne sceny. Tak więc po trzydziestu latach wciąż widzę Hair oczyma mego przyjaciela.