Kategorie: Wszystkie | Edukacja | Fizyka | Kryzys | Literatura | Muzyka | Polityka | Rozmaitości
RSS
wtorek, 28 grudnia 2010

W Gazecie Świątecznej z 18-19 grudnia Adam Leszczyński, pisząc o reformie nauki (Teoria względności na wolnym rynku), słusznie zauważa, że oto szykują się zmiany mogące mieć kolosalne znaczenie dla przyszłego rozwoju cywilizacyjnego Polski, a tymczasem opinia publiczna,

która często wydaje się bardziej interesować majtkami Dody niż przyszłością uniwersytetu,

nic o nich nie wie lub je lekceważy. Leszczyński kreśli więc na potrzeby czytelników Gazety obraz współczesnej polskiej nauki i choć stara się wyważać racje, cytować przeciwników reformy, przedstawia obraz sporządzony z punktu widzenia minister Barbary Kudryckiej,

silnego polityka, który wie, czego chce, który wie, że wygrywa.

W tej wizji polskie szkoły wyższe są skostniałym skansenem PRLu, niechętne wszelkiej konkurencji, odmawiają rynkowej weryfikacji, są niechętne do współpracy z gospodarką. Coś w rodzaju mieszanki KRUS ze spółdzielniami mieszkaniowymi.

Po takim wprowadzeniu Leszczyński pokrótce przedstawia główne elementy wdrażanej właśnie reformy. Adam Leszczyński myli się w kilku punktach szczegółowych, ja jednak chciałbym się zająć czterema kwestiami natury bardziej ogólnej.

Po pierwsze, uczelnie prowadzą dwa rodzaje działalności, badawczą i dydaktyczną. Artykuł Adama Leszczyńskiego skupia się prawie wyłącznie na tej pierwszej, tymczasem nie sposób mówić o badaniach w oderwaniu od dydaktyki. Przychody z działalności dydaktycznej – państwowa dotacja zależna od liczby studentów na studiach stacjonarnych na uczelniach publicznych, czesne na pozostałych typach studiów – stanowią główne źródło przychodów uczelni. Uczelnie odczuwają wobec tego presję na przyjmowanie jak największej liczby kandydatów. W Polsce studiuje prawie dwa miliony osób, z czego nieco mniej niż połowa na studiach stacjonarnych. Statystyka jest imponująca, ale zobaczmy, co się za nią kryje. Wiele osób studiuje nie dla wiedzy, ale dlatego, że nie może znaleźć pracy po maturze. Albo z braku lepszego pomysłu na życie. Przyjęte 16.10.2009 rządowe Założenia do nowelizacji ustawy – prawo o szkolnictwie wyższym stwierdzają:

Gwałtowny rozwój szkolnictwa wyższego spowodował, ze formalny dokument potwierdzający wykształcenie na poziomie wyższym stał się warunkiem koniecznym, choć niewystarczającym do osiągnięcia sukcesu na rynku pracy. Efektem tego zjawiska stało się nieproporcjonalnie szerokie rozbudowanie segmentu kierunków humanistycznych oraz społecznych, które zasadniczo uznawane są za mniej pracochłonne i absorbujące dla studentów.

Gazeta też o tym pisała, na przykład w artykule Kierunek pedagogika – wylęgarnia bezrobotnych (zobacz także mój ówczesny komentarz). Pedagogika jest jednym z najpopularniejszych kierunków, studiuje ją w Polsce 240 tysięcy osób. Pracę jest po niej znaleźć bardzo trudno, kandydaci to wiedzą, ale pchają się na pedagogikę drzwiami i oknami. A potem niemogący znaleźć pracy absolwenci domagają się, aby państwo sfinansowało im studia podyplomowe (Nie ma pracy dla magistrów). Można odnieść wrażenie, że masowość studiów służy kamuflowaniu bezrobocia wśród absolwentów szkół średnich.

Choć awans zawodowy pracowników uczelni zależy od działalności naukowej, ich pensje zależą przede wszystkim od dydaktyki. Wynagrodzenia podstawowe bywają niskie, a wysokie dochody, o których pisze Gazeta, uzyskiwane są dzięki płatnym nadgodzinom dydaktycznym. Ktoś musi prowadzić zajęcia z rzeszami studentów, uczelniom zaś bardziej opłaca się płacić za nadgodziny niż zatrudniać dodatkowych wykładowców. W ten sposób jednak dramatycznie spada czas, który pracownicy uczelni mogą poświęcić na badania naukowe. Obowiązek publikowania często załatwiają artykułami w lokalnych pisemkach, których nie czyta nikt poza redaktorem, rodziną i nieszczęsnymi studentami autora.

Przeprowadzana właśnie reforma nie dotyka żadnego z tych problemów.

Tymczasem sytuację łatwo możnaby zmienić. W dużym uproszczeniu, gdyby państwo podniosło dotację wypłacaną per capita za każdego studenta, przynajmniej uczelnie publiczne mogłyby, zachowując dotychczasowy poziom przychodów, zmniejszyć rekrutację, zadbać o jakoś dydaktyki, nie tylko o ilość przeprowadzonych zajęć, zwiększyć pensje wykładowców, ci zaś, nie odczuwając presji do brania nadgodzin, mogliby zająć się nauką. Nie należy się przy tym łudzić, iż cała zwiększona dotacja dydaktyczna zostałaby wydana sensownie: Część zostałaby zmarnowana, a możliwe skutki pozytywne byłyby odłożone w czasie o rok, dwa, a może nawet więcej. Tym niemniej należałoby przynajmniej spróbować.

Ale do żadnego powiększenia dotacji dydaktycznej nie dojdzie. Ci, którzy teraz idą na studia z braku lepszych perspektyw życiowych – ostrożnie załóżmy, że jest to 1/5 studentów studiów stacjonarnych – nie zostałaby przyjęta. Nie znalazłszy pracy – bo satysfakcjonującej pracy dla absolwentów szkół średnich nie ma – zarejestrowaliby się jako bezrobotni. Oznaczałoby to wzrost bezrobocia o prawie 200 tysięcy osób. Państwo jednym ruchem popsułoby sobie statystyki i bezrobocia, i scholaryzacji.

Po drugie, jak zawsze, chodzi o pieniądze. Leszczyński niewiele o tym pisze. Cytuje prof. Witolda Orłowskiego, który przekonuje, że

inne kraje europejskie wydają na naukę z budżetu więcej [niż Polska], ale niewiele – ok. 1-1,5% PKB.

Polska na samą naukę (bez szkolnictwa wyższego) wydaje niecałe 0,4% PKB i wzrostu do 1% PKB wcale nie należałoby uznać za „niewielki” – przeciwnie, za olbrzymi. Nieco bałamutne jest jednak operowanie wyłącznie procentami PKB, gdyż liczy się także sama wielkość PKB. Gdyby jakiś kraj miał dwa razy wyższe PKB, niż Polska, na naukę zaś przeznaczał 0,8% PKB, przeznaczałby na naukę nie dwa, ale cztery razy więcej pieniędzy. Liczy się nie procent PKB, ale realny strumień pieniędzy płynący do nauki, gdyż aparatura naukowa, literatura, odczynniki, komputery, usługi telekomunikacyjne etc kosztują w Polsce tyle samo, co w innych krajach Europy (w Polsce nawet, bywa, więcej niż gdzie indziej). W Polsce tylko jedno jest tańsze: praca naukowców.

Pani minister uważa, że po reformie

nasze uczelnie mają być konkurencyjne w świecie.

Trzeba się porównywać z najlepszymi. Uniwersytet Harvarda uczy 21 tysiące studentów i osiągnął w 2009 łączne przychody, ze wszystkich źródeł, wynoszące (po przeliczeniu) 620 tysięcy złotych na jednego studenta. Uniwersytet Cambridge – 17 tysięcy studentów i 203 tysiące złotych przychodu na studenta. Największy w Polsce Uniwersytet Warszawski – 56 tysięcy studentów i 15 tysięcy złotych przychodu na studenta. Wedle cytowanych już rządowych Założeń, w 2006 całość państwowych nakładów na szkolnictwo wyższe i naukę w przeliczeniu na jednego studenta była najniższa spośród wszystkich krajów OECD. Nasze uczelnie mają być konkurencyjne w świecie?

Po trzecie, szczupłe nakłady państwowe mają być uzupełnione pieniędzmi płynącymi z gospodarki. Dotąd było z tym źle.

Dziś polskiej firmie dużo łatwiej kupić technologię za granicą, niż zamówić ją u polskich naukowców.

Brzmi to tak, jakby polscy naukowcy byli niechętni lub niezdolni do współ-pracy z przemysłem, jakby powodowali jakąś obstrukcję. Tymczasem chodzi o coś zupełnie innego. Polska gospodarka jest bardzo mało innowacyjna, powstaje u nas bardzo niewiele nowoczesnych produktów. Na skutek zapóźnienia cywilizacyjnego Polski, sukces rynkowy może odnieść produkt, który był nieobecny w Polsce, choć jest już dobrze znany w świecie. Także na rynkach międzynarodowych konkurujemy raczej niższymi kosztami wytwarzania produktów typowych niż unikalnymi produktami zaawansowanymi technologicznie. W tej sytuacji jest jasne, że przedsiębiorcy łatwiej i taniej jest kupić gotową technologię za granicą, niż inwestować i czekać, aż polscy uczeni wyważą jakieś otwarte drzwi. Inwestujące u nas międzynarodowe koncerny także mają swoje centra badawcze zlokalizowane gdzie indziej. Samo nakłanianie uczelni do współpracy z przemysłem nie sprawi cudu, gdyż także przemysł musi widzieć konieczność takiej współpracy, tego zaś nie załatwi się zmianą organizacji nauki.

W dodatku nie wszystko da się skomercjalizować. Leszczyński pisze, że skoro

biznes nie będzie zainteresowany humanistyką,

ministerstwo uruchamia Narodowy Program Rozwoju Humanistyki, ale

przedstawiciele rządu mówią […] o świetlanej przyszłości, która ma czekać fizyków, biologów czy chemików.

Tymczasem nie można oczekiwać szybkiej komercjalizacji wyników badań podstawowych w dyscyplinach ścisłych, w których akurat Polska osiąga największe sukcesy i bez których po jakimś czasie więdną badania stosowane. Leszczyński cytuje prof. Karola Modzelewskiego, który mówi, że

teoria względności nie ma żadnego sensu handlowego. Nie można powiedzieć, że się opłaca.

Profesor się myli – dzisiaj teoria względności jak najbardziej się opłaca. Gdybyśmy nie znali teorii względności, wiele urządzeń, których na co dzień używamy, jak choćby lokalizatory GPS, nie mogłoby działać, Francja zaś, która wytwarza 90% energii elektrycznej w elektrowniach jądrowych, stanęłaby w obliczu gigantycznego kryzysu. Jednak gdy nieco ponad sto lat temu Albert Einstein formułował teorię względności, nie robił tego aby na niej zarobić, ale by lepiej zrozumieć świat. Zastosowania i zyski, krociowe zyski, przyszły później, w obszarach, których sam Einstein nie mógł przewidzieć. Przypomina mi się anegdota: Gdy w połowie XIX wieku brytyjski kanclerz skarbu zwiedzał pracownię Michaela Faradaya, bodaj najbardziej genialnego eksperymentatora wszechczasów, ten pokazał mu swój wynalazek: maszynę służącą do wytwarzania prądu elektrycznego. Kanclerz był bardzo sceptyczny i zapytał do czego to się może przydać. „Nie mam pojęcia, sir”, odparł Faraday, „ale pewnego dnia będzie pan to mógł opodatkować”.

Mnie zaś – i to jest mój czwarty punkt – najbardziej oburza inny element reformy, a mianowicie znaczne zmniejszenie puli stypendiów za wyniki w nauce i przeznaczenie uzyskanych środków na stypendia socjalne. Moim zdaniem przekonanie, iż w Polsce są rzesze młodych ludzi, którzy chcieliby studiować i byliby dobrymi studentami, ale nie mogą z powodów materialnych, to mit. Na pewno są tacy ludzie, ale nie ma ich wielu. Obecnie – przypominam – w Polsce studiuje prawie dwa miliony osób i jest to raczej za dużo, niż za mało. Wielu studentów pracuje, i to od najmłodszych lat studiów. Nasz system stypendialny na pewno nie jest doskonały, z całą pewnością bywa nadużywany, ale powiększanie puli stypendiów socjalnych kosztem stypendiów za wyniki w nauce to absurd! Taka decyzja będzie miała charakter wybitnie demotywujący. Będzie to jasny sygnał, iż państwo polskie bardziej od studentów dobrych, osiągających wysokie wyniki, ceni sobie studentów, którzy zrobią jakikolwiek dyplom. Czy naprawdę to chcemy powiedzieć naszym studentom? Czy jest w tym ukryte przesłanie, że końcowa ocena na dyplomie i tak się nie liczy, więc państwo nie ma do czego zachęcać? Czy hipotetyczne powiększenie (wbrew trendom demograficznym!) liczby potencjalnych studentów ma utrzymać wysoki poziom rekrutacji do „wylęgarni bezrobotnych”, tak państwowych, jak i prywatnych, które na tym zarabiają?

Na zakończenie chciałbym zadać pani minister pytanie. Według planów Ministerstwa,

rywalizacja o granty i ciągłe oceny jakości pracy mają stać się kręgosłupem kariery w nauce.

MNiSW organizowało dotąd każdego roku dwa konkursy grantowe na projekty własne, doktoranckie i habilitacyjne, w styczniu i w lipcu. Jak do deklaracji Ministerstwa ma się fakt, iż styczniowy (2011) konkurs nie odbędzie się, podobnie jak nie było listopadowego naboru na granty rozwojowe? Zapewne usłyszę, że konkursy grantowe będą organizowane na nowych, lepszych zasadach, po wejściu w życie reformy. Oznaczałoby to, że przez rok grantów nie będzie. I to byłaby najlepsza pointa działań pani minister.

środa, 08 grudnia 2010

Ludwik Dorn postanowił wrócić do PiS, co prawda nie jako członek partii, ale jako socius et amicus populi pisei. No, ładnie. Tak, jakby populus pisis cokolwiek z tego rozumiał. To takie mruganie okiem do wykształciuchów (czy to nie aby sam pan Dorn spopularyzował to słowo w polityce?): patrzcie, ja też jestem wykształcony, znam łacinę, mam poczucie humoru, a jednak popieram Prawo i Sprawiedliwość.

Motywy Dorna mnie nie dziwią - jest typem na wskroś politycznym i bez zaangażowania w politykę byłoby mu ciężko (niekoniecznie w sensie materialnym, ale na pewno duchowym). A ponieważ tylko start z wysokiego miejsca na liście PiS daje mu szanse na reelekcję, mamy, co mamy. Trzeba podwinąć ogon, robić dobrą minę do złej gry, udawać, że nie kontestowało się Jarosława jako kandydata na prezydenta, i tylko robiąc oko podkreślać, że nie ma mowy o żadnej Canossie. Bardziej interesują mnie motywy Jarosława Kaczyńskiego, który renegatów z własnej partii przyjmował ponownie tylko jeśli upokorzyli się bardziej od Henryka IV. Myślę, że w głównej mierze łagodne przyjęcie Dorna wynika ze straszliwej samotności Jarosława, o której zresztą pisałem wkrótce po katastrofie pod Smoleńskiem. Po śmierci brata i wcześniejszym wygnaniu Dorna, Jarosław nie miał już z kim rozmawiać. Mógł wydawać decyzje, obwieszczać swoją wolę, której w PiS nikt nie śmie zakwestionować pod karą ekskomuniki. Nie mógł rozmawiać, dyskutować, głośno myśleć, konfrontować swoich idei z kimś innym, choćby dlatego, że nie miał żadnych godnych siebie partnerów czy też osób, które za takowych uważa. Do tego właśnie, jak sądzę, Jarosławowi potrzebny jest Ludwik Dorn. Także jako oparcie i przeciwwaga w czasie spodziewanej (choć zapewne dopiero po wyborach parlamentarnych) próby przewrotu pałacowego w wykonaniu Zbigniewa Ziobry.

Mówiąc uczciwie, Ludwik Dorn też może myśleć, że choć Jarosław jest fatalny, jednowymiarowy i autokratyczny, to PiS kierowany przez narcystycznego karierowicza Ziobrę byłby jeszcze gorszy. Ze strony Dorna powrót do PiSu jest więc, być może, podwójnym zagraniem "ratujmy co się da": Raz, ratujmy własną karierę polityczną, dwa, ratujmy PiS przed Ziobrą, gdyż PiS, jako partia opozycyjna, jest potrzebny Polsce.

czwartek, 02 grudnia 2010

Nic mi nie wiadomo na temat aktywności senatora Romana Ludwiczuka w polityce międzynarodowej. Pan senator i amerykańscy dyplomaci mają jednak ze sobą coś wspólnego. Mianowicie i jeden, i drudzy zostali publicznie skompromitowani przez ujawnienie czegoś, co było par excellence polityczne, lecz miało pozostać prywatne. Senator, klnąc jak szewc i obiecując różne stanowiska, namawiał lokalnego działacza z Wałbrzycha do politycznej dezercji. Dyplomatów zaś ugodziły ich własne depesze ujawnione przez WikiLeaks. Nie chodzi mi nawet o to, że Amerykanie traktują swoich partnerów - także oficjalnych i bliskich sojuszników - z arogancją i wyższością, bo czegóż innego należało się spodziewać? Chodzi mi o to, że piszą oni o swoich politycznych partnerach niepochlebnie, nieledwie obraźliwie, takim językiem, jakby głównym celem autorów depesz było zrobienie wrażenia na ich czytelnikach, innych amerykańskich dyplomatach, zgrabnie dobranym kalamburem.

Świadomie pomijam tu pozostałe apekty obu tych spraw, zwłaszcza zaś szkody, jakie WikiLeaks mogło wyrządzić amerykańskiej dyplomacji (któż zechce szczerze z amerykańskimi dyplomatami rozmawiać, ryzykując, że poufna w domniemaniu rozmowa zostanie upubliczniona?). Chcę zwrócić uwagę na dwa elementy:

  1. Na skutek postępu technicznego nie ma już mowy o prywatności. Wszystko, co powiesz, tym bardziej napiszesz, przede wszystkim zaś opublikujesz w Internecie (tu na myśl przychodzi asystent ministra Sikorskiego, który na prywatnym profilu zamieścił zdjęcie z majtkami na głowie, czy też córka ministra Rostowskiego, która również na prywatnym profilu umieśła zdjęcie, na którym pozuje na tle wulgarnego plakatu), staje się publiczne. Powiedzenie scripta manent nabrało nowego znaczenia. Jeśli sam jesteś osobą publiczną, ktoś może to przeciwko tobie wykorzystać. 
  2. Jeśli coś piszesz - w korespondencji służbowej, na blogu, komentując na forum - pisz tak, jakby to mogło być w każdej chwili ujawnione i żebyś wówczas nie musiał się tego wstydzić.

Ja od lat podpisuję się "pfg", ale nie kryję się za złudną zasłoną anonimowości. Zazwyczaj dwa kliknięcia (w wypadku tego bloga tylko jedno) pozwalają mnie w pełni zidentyfikować. Pewien użytkownik forum Gazety uznał mnie za wroga i atakuje mnie ujawniając na forum moją tożsamość. Biedak nie może pojąć, że skoro moja tożsamość jest jawna, ja zaś staram się pisać tak, abym nie miał się czego wstydzić, nie może mnie w ten sposób ugodzić.

Poza wszystkim innym, pisanie w ten sposób dobrze wpływa na styl.