Kategorie: Wszystkie | Edukacja | Fizyka | Kryzys | Literatura | Muzyka | Polityka | Rozmaitości
RSS
niedziela, 18 grudnia 2011

Wielkim tematem polskiej polityki stała się suwerenność. Dla suwerenności ważny jest nasz hymn, Mazurek Dąbrowskiego. Polskie dzieci uczą się go w szkole podstawowej.

Kilka dni temu na Facebooku ktoś zamieścił zdjęcie wypracowania pewnej uczennicy IV klasy. Dzieci musiały z pamięci napisać tekst Mazurka. Tej dziewczynce nie wyszło to najlepiej:

 Jak dziecko słyszy Mazurek Dąbrowskiego

Zakładam, że to jest prawdziwa klasówka, nie jakiś żart perfidnego internauty. Najważniejszy fragment brzmi

Gdy nam owca szablon wzieła
my go odbierzeny

Na pierwszy rzut oka kwalifikuje się to jako "humor zeszytów szkolnych". Dostrzegam tu jednak dwa całkiem ważne zjawiska.

Po pierwsze, jak fatalnie nasze dzieci są uczone! Tekstu hymnu uczyły się ze słuchu, nigdy nie widzaiły pisanego tekstu, nigdy nikty nie kazał im tego porządnie wyrecytować. Tekst hymnu powinien być ważny i dla mieszkańców Polski, i dla polskiej szkoły, a nauczany jest ze skutkiem, jak wyżej. Dzieci uczyły się tego, bo było w programie. Nikt - ani nauczyciel(ka), ani rodzice - nie rozmawiał z tą uczennicą na temat hymnu, nie starał się wytłumaczyć, co te słowa oznaczają.

Co prowadzi mnie do drugiej obserwacji. Dla dziesięcioletniego dziecka polskiego w drugiej dekadzie XXI wieku słowo "szabla" jest nieznane, znacznie bliższe i bardziej naturalne jest słowo "szablon". "Obca przemoc" z niczym się nie kojarzy, znacznie bliższa dziecięcemu umysłowi jest owca. Jest to co prawda owca-złodziejka, zabierająca nam szablon - obraz cokolwiek abstrakcyjny, ale dorośli wymyślają najdziwniejsze bzdury, których dzieci nie rozumieją - my jednak szablon jej odbierzemy. Owca jest więc czarnym charakterem hymnu, ale skazanym na ostateczną klęskę, bo my się jej nie damy! Jednak i owca, i akt odzyskania utraconej własności są elementami rzeczywistości pokojowej, niemilitarnej, non violence.

O ile pierwsza z tych obserwacji napawa mnie smutkiem, o tyle druga nastraja mnie pogodnie. Wolałbym co prawda, żeby dzieci jednocześnie znały tekst hymnu i nie żyły w kulcie odwojowywania strat od obcej przemocy, ale to, że szabla, idea walki za wolność naszą i waszą, nie są już od kołyski nieodzownymi składowymi polskości, napawa otuchą.

A prezesa Kaczyńskiego, gdyby znał tę historię, pewnie by żółć zalała.

P.s. W chwili, gdy to piszę, obrazek został udostępniony na Facebooku już 1587 razy.

niedziela, 11 grudnia 2011

Premier David Cameron zawetował próbę zmiany Traktatu Lizbońskiego, zmierzającą w stronę większej integracji fiskalnej Unii Europejskiej. W tej sytuacji eurostrefa będzie się integrować na podstawie traktatów międzyrządowych, z obejściem instytucji unijnych. Wraz z eurostrefą kilku mniejszych członków Unii, w tym Polska. Ale nie Wielka Brytania.

Kaczyńsko-Ziobrystowska opozycja w Polsce wychwala Camerona, podczas gdy nie miał on właściwie żadnego innego ruchu. Było z góry wiadomo, że jakakolwiek inna decyzja zostałaby odrzucona przez brytyjski Parlament, tym niemniej brytyjska praca określa stanowisko Camerona jako najważniejszą decyzję w 38 letniej przynależności UK do Unii. Sam Cameron, zdaje się, zyskał w oczach swojej opinii publicznej.

Cameron bronił niezależności londyńskiego City, które (pośrednio lub bezpośrednio) przynosi budżetowi brytyjskiemu 40 miliardów funtów wpływów podatkowych. Za Cameronem stoi też brytyjska gospodarka, wielekroć silniejsza, niż polska. Cameron nie nadął się, tylko skalkulował interesy - polityczne i gospodarcze. Polska, niestety, mogłaby się co najwyżej nadąć.

Inna rzecz, że nie sposób w tej chwili przewidzieć ani jak na decyzjach szczytu Unii wyjdzie Wielka Brytania, ani kontynentalna Europa. Wiadomo, że niekontrolowany rozpad eurostrefy byłby katastrofalny dla wszystkich, ale czy ostatnie decyzje go powstrzymają? Problemy fiskalne (bark płynności i niewypłacalność) są zapewne tylko objawami, nie zaś przyczyną obecnego kryzysu. Dyscyplina fiskalna, jak przewidują eksperci, będzie miała tendencje do ekspandowania w stronę ujednoliconego rynku finansowego ze wspólnym regulatorem, ujednoliconych podatków i ujednoliconego rynku pracy. To pierwsze byłoby chyba dobre, drugie złe, trzecie, w zależności od szczegółowych zasad, może być dobre lub złe. Brytyjczycy zaś ze swej strony winni pamiętać, że załamanie gospodarek kontynentalnej Europy bardzo wpłynęłoby na pozycję Londynu jako światowego centrum finansowego. Postawa business as usual chybaby się tym razem nie udała.

A Polska, cóż, po pierwsze nie ma armat. Nie ma armat gospodarczych i finansowych, dzięki którym mogłaby prowadzić samodzielną politykę. Niemcy są naszym najważniejszym partnerem gospodarczym, do Włoch i Francji także jest nam bliżej, niż do UK, nie tylko geograficznie, ale i gospodarczo. Po drugie - no tak, nie ma "po drugie".

sobota, 10 grudnia 2011

Światowe prawykonanie zrekonstruowanej wersji opery Antonia Vivaldiego L'Oracolo in Messenia. Grała Europa Galante.

Rekonstrukcji dokonał - któż by inny? - Fabio Biondi. Z oryginału sprzed prawie trzystu lat zachowało się tylko libretto (w jednym egzemplarzu!) i kilka arii. Biondi musiał sam napisać muzykę do wszystkich recytatywów, których w tej operze jest wyjątkowo dużo, oraz uzupełnić brakujące arie. Biondi potraktował operę Vivaldiego w duchu barokowego pasticcio, biorąc brakujące arie z innych oper Vivaldiego, a także innych kompozytorów, przede wszystkim z Meropy Geminiana Giacomellego, której libretto oparte jest na tym samym micie, co Przepowiednia messeńska. W rezultacie, na moje ucho, powstało dzieło dobre, złożone z pasujących do siebie klocków, widać jednak, że są to klocki, nie zaś całość, spójna koncepcja artystyczna.

Mój kolega Mariusz, który chodzi na opery klasyczne, XIX wieczne, a na Opera Rara był po raz pierwszy, nie mógł wyjść z podziwu, że oto cała siódemka solistów reprezentowała równie wysoki poziom. To prawda, wykonawcy byli znakomici, może tylko kontratenor, Xavier Sabata (aka "łysy w dresie" - wystąpił z ogoloną głową i w spodniach z lampasami!), był nieco mniej znakomity, niż pozostali (Mariusz mówi, że nie słuchał zbyt wielu kontratenorów - poleciłem mu Jaroussky'ego). Prima donną była szwedzka sopranistka Ann Hallenberg. Ma ona bardzo dobry, czysty, do tego mocny głos, świetną technikę - a mnie się znów niezbyt podobała. Za to po raz kolejny podobała mi się Romina Basso, z tymi samymi uwagami, co poprzednio, oraz norweski tenor Magnus Staveland, który śpiew uzupełniał elementami gry aktorskiej. Wrażenie zrobiła też drobnej postury mezzosopranistka, Laura Polverelli, śpiewając arię Sposa, non mi conosci? (w wersji Giacomellego, nie tej przerobionej do Bajazeta). Sam Fabio Biondi i jego orkiestra po raz kolejny pokazali, że są wybitnymi wykonawcami muzyki barokowej i bodaj najlepszymi na świecie akompaniatorami barokowych arii. Najpiękniej jednak wypadła młoda rosyjska sopranistka, Julia Leżniewa (Lezhneva w zachodnioeuropejskiej transliteracji). Miała tylko jedną arię, ale bardzo trudną, i wspaniale, wirtuozowsko wykonaną! Dostała najdłuższe brawa, wyraźnie dłuższe, niż pozostali, a Ann Hallenberg patrzyła się na nią koso. O Leżniewej i samą Leżniewą jeszcze nie raz usłyszymy.

Podsumowując, dobry koncert, wart swojego czasu i ceny, ale bywaliśmy na lepszych.