Kategorie: Wszystkie | Edukacja | Fizyka | Kryzys | Literatura | Muzyka | Polityka | Rozmaitości
RSS
piątek, 28 grudnia 2012

Kilka blogów naukowych (Of Particular Significance, Screw Cable, Résonaances, wreszcie należący do Economista Babbage) doniosło ostatnio, że odkryta w CERN cząstka Higgsa być może ma inne własności, niż przewiduje Model Standardowy. Sami autorzy studzą nastroje i podkreślają, że nie można jeszcze mówić o przełomowym odkryciu, jednak gdyby doniesienia te się potwierdziły, byłaby to bardzo dobra wiadomość dla fizyki.

Czym jest cząstka Higgsa? Na ogół powiada się, że „bez bozonu Higgsa materia nie miałaby w ogóle masy”. Nie jest to w pełni poprawne. Zgodnie z Modelem Standardowym teorii cząstek, cała przestrzeń wypełniona jest polem Higgsa. Stan o najniższej energii odpowiada niezerowej gęstości tego pola. Cząstki elementarne nieustannie z nim oddziałują, przedzierają się przez nie, i na skutek tego oddziaływania nabierają bezwładności, czyli masy. Taki mechanizm zaproponował 48 lat temu brytyjski fizyk Peter Higgs. Fundamentalnym fermionom (kwarkom i leptonom) w zasadzie można by przypisać masę arbitralnie, choć byłoby to nieeleganckie; lepiej jest to zrobić poprzez mechanizm Higgsa. Gorzej jest z bozonami Z i W, przenoszącymi oddziaływania słabe: dobrze wiemy, że są one masywne (sto razy bardziej, niż proton), ale poza mechanizmem Higgsa nie znamy innego sposobu, w jaki mogłyby one uzyskać masę. Dlatego właśnie istnienie pola Higgsa jest tak ważne dla Modelu Standardowego.

Pola Higgsa nie możemy bezpośrednio zaobserwować – właśnie dlatego, że, w pewnym sensie, obserwujemy je bez przerwy. Jest ono naturalnym tłem dla całej znanej nam fizyki. Możemy obserwować odstępstwa od stanu naturalnego. Takimi odstępstwami są wzbudzenia pola Higgsa, pojawiające się na skutek wysokoenergetycznych zderzeń, manifestujące się jako osobne cząstki elementarne. Bozon Higgsa jest takim właśnie wzbudzeniem. Używając oklepanej (i naciąganej) analogii, pole Higgsa jest oceanem, a cząstki Higgsa niewielkimi falami na powierzchni bardzo, bardzo, bardzo spokojnego oceanu. Można powiedzieć, że fizycy tak bardzo chcieli odkryć cząstkę Higgsa nie z uwagi na nią samą, ale po to, aby uzyskać pośredni dowód na istnienie pola Higgsa.

Model Standardowy dość dokładnie przewiduje własności cząstki Higgsa. Co by się stało, gdyby odkryta cząstka dokładnie spełniała przewidywania modelu? Byłby to wielki tryumf przenikliwości fizyków pracujących nad Modelem Standardowym. Cały gmach fizyki cząstek byłby wreszcie kompletny, skończony, wszystko by do siebie pasowało. Ludzkość dysponowałaby perfekcyjnym modelem, zdolnym przewidywać wszystkie zjawiska ze świata cząstek elementarnych. I to właśnie byłby problem. Nie byłoby już nic do odkrycia. Owszem, zostałoby jeszcze dużo faktów szczegółowych do ustalenia i wyjaśnienia, ale nic fundamentalnie nowego, nieznanego, a przez to wartego zbadania. Sytuacja byłaby podobna do tej z końca XIX wieku, gdy gmach ówczesnej fizyki wydawał się skończony, a fizyka zdawała się nie nieść żadnych poważnych wyzwań intelektualnych. Na szczęście dla fizyki kilka drobnych, jak się wydawało, problemów doprowadziło do przełomowych odkryć i teorii: mechaniki kwantowej, fizyki relatywistycznej i teorii procesów stochastycznych.

Wielu fizyków uważa, że fizyka cząstek elementarnych jest w takiej sytuacji, jak cała fizyka sto kilkadziesiąt lat temu. Potrzeba nowych, zaskakujących, nie dających się przewidzieć na gruncie istniejącej teorii faktów doświadczalnych, aby pchnąć całą dyscyplinę do przodu. W przeciwnym razie popadnie ona w stagnację. Wciąż mamy skąpe ilości danych, ale wydaje się, że odkryta latem cząstka Higgsa jest prawie dokładnie taka, jak to wynika z Modelu Standardowego. Właściwie zaobserwowano tylko dwa odchylenia. Po pierwsze – i o tym właśnie donoszą przywołane wyżej blogi – dane z detektora ATLAS zdają się świadczyć, że istnieją dwie różne cząstki Higgsa. No, to byłoby coś! Cząstki Higgsa nie można obserwować bezpośrednio, jest ona bardzo niestabilna i rozpada się na cząstki potomne, też zresztą niestabilne – dopiero produkty ich rozpadu daje się zarejestrować. Na tej podstawie można w szczególności wyznaczyć masę cząstki pierwotnej, domniemanej cząstki Higgsa. Otóż grupa ATLAS twierdzi, że w zależności od tego, czy obserwuje się cząstkę rozpadającą się na dwa fotony, czy na dwa bozony W  lub Z, można wyznaczyć inne masy. Różnica mas dwu hipotetycznych cząstek Higgsa (126.6 GeV/c2 vs 123.5 GeV/c2) wyraźnie przekracza zdolność rozdzielczą detektora, choć nie można z całą pewnością wykluczyć jakiegoś źle skalibrowanego urządzenia (pamiętajmy o źle podłączonym kablu, który rok temu doprowadził do spekulacji na temat nadświetlnych neutrin). Z drugiej strony danych jest wciąż tak niewiele, że prawdopodobieństwo, iż zaobserwowany efekt tak naprawdę jest fluktuacją statystyczną – dziwną, ale możliwą – jest duże. I tak zapewne jest, tym bardziej, że siostrzany detektor, CMS, prowadzący analogiczne pomiary, jak ATLAS, ale nieco innymi technikami, żadnych „dwu Higgsów” nie widzi. Oba detektory, ATLAS i CMS, badają tę samą wiązkę wytworzoną w LHC.

Po  drugie, obserwuje się nieco więcej rozpadów cząstek Higgsa na dwa fotony, niż przewiduje Model Standardowy (jest za to niedomiar rozpadów na dwa bozony W  lub Z). W tym wypadku dane z ATLASa i CMS są zgodne, a im więcej danych doświadczalnych gromadzimy, tym efekt staje się wyraźniejszy, choć wciąż nie można z całą pewnością orzec, że nie jest to fluktuacja statystyczna. Zakładając jednak, że efekt jest prawdziwy, nie umiemy go wytłumaczyć – i to właśnie ekscytuje fizyków zajmujących się cząstkami elementarnymi. Skoro czegoś nie rozumiemy, wciąż jest co badać! Kto wie, może ten efekt – choć niewielki i wciąż nie w pełni potwierdzony – otworzy drogę do obserwacji zupełnie nieznanych zjawisk?

Rekapitulując, odkrycie cząstki Higgsa dokładnie takiej, jak to przewiduje Model Standardowy, byłoby jednocześnie i wielkim sukcesem, i zdarzeniem nieciekawym. Oznaczałoby kres teorii cząstek elementarnych. Z tego względu fizycy z wielkimi nadziejami spoglądają na – niewielkie, nieliczne i w dodatku wciąż niepotwierdzone – odstępstwa zebranych wyników od przewidywań modelu. Ja, nie będąc cząstkowcem, jestem raczej sceptyczny, ale…

piątek, 21 grudnia 2012

Attilio Ariosti, La fede ne' tradimenti, grała Europa Galante, dyrygował Fabio Biondi.

Koncert dobry, zagrany i zaśpiewany bez zarzutu, ale nic ponadto. Cóż, chyba dlatego, że materiał muzyczny nie jest wybitny. Typowa, niskobudżetowa produkcja z przełomu XVII i XVIII wieku, chciałoby się rzec. Niskobudżetowa, gdyż występuje tylko czworo solistów, a i orkiestra niezbyt liczna, rzecz więc była tania do wystawienia tak 300 lat temu, jak i teraz. Niestety, w Krakowie mamy wyłącznie wykonania koncertowe. Obejrzawszy (w telewizorze i na DVD) kilka wykonań teatralnych znanych oper barokowych, zaczynam widzieć, jak wiele wystawienia teatralne zyskują w porównaniu z koncertowymi.

Libretto przewiduje dwie pary rodzeństwa, które, w konfiguracji krzyżowej, stają się dwiema parami zakochanych. (W ogóle libretto, jak na operę barokową, jest bardzo proste. Najbardziej śmiałym pomysłem jest to, że pewna księżniczka wyrusza na pomoc swemu zaginionego bratu w nierzucającym się w oczy przebraniu czarnoksiężnika poszukującego ukrytych skarbów.) Z takiej konstrukcji wynika, że długie sceny rozgrywają się pomiędzy tymi samymi osobami, a zatem mamy pod rząd po kilka arii tej samej postaci, plus recytatywy. Jest to pewna osobliwość tej opery, zresztą dość wymagająca dla śpiewaków, którzy dłuższy czas nie mogą odpocząć. Muzycznie najciekawszy był akt III, gdyż tam ariom na ogół towarzyszą tylko skromne grupy instrumentów - jest to więc dialog głosu z koncertującymi instrumentami - albo nawet samo continuo. Od strony wykonawczej wszystko, jak powiadam, bez zarzutu - soliści równi, dobrzy, może tylko Roberta Invernizzi momentami wypadała nieco blado. Fabio Biondi zmienił wygląd, nosi muszkę zamiast golfu, co mi się nie podoba. Nieco też zmienił sposób dyrygowania, na bardziej miękki, łagodny - co broń Boże nie znaczy, że gorszy! -  no, ale może to tekst muzyczny tak mu dyktował? Właściwie tylko w arii Care pupille arciere (Fernando - Marianne Beate Kielland, mezzosopran) zobaczyłem takiego Biondiego, jak dawniej.

P.s. Końca świata nie było :-)

poniedziałek, 17 grudnia 2012

artykułu w Gazecie Wyborczej dowiedziałem się rzeczy, która mnie niesłychanie oburzyła. Mianowicie, kierowcy, którzy popełnili (albo i nie popełnili) wykroczenie drogowe i zostali (albo i nie zostali) na tym przyłapani przez automatyczny fotoradar, dostają wezwanie do zapłacenia mandatu, ale nie dostają zdjęcia, czyli obciążającego ich dowodu. Jeśli ktoś chce zobaczyć to zdjęcie, musi odmówić przyjęcia mandatu, a wówczas sprawa trafia do sądu.

Dlaczego? 

Możliwość wysyłania ukaranym zdjęć z wizerunkiem [kierowców] uchyliła zmiana rozporządzenia prezesa Rady Ministrów w sprawie nakładania grzywien w drodze mandatu karnego. Dodatkowo przepisy Kodeksu postępowania w sprawach o wykroczenia nie przewidują możliwości udostępniania akt sprawy stronom na etapie postępowania mandatowego. Strony mogą uzyskać wgląd do zdjęć dopiero na etapie postępowania przed sądem. [...]

Jak się okazuje, zmiana przepisów była celowa. Minister transportu, budownictwa i gospodarki wodnej w oświadczeniu dotyczącym tego tematu ujawnił inną przyczynę ukrywania zdjęć przed kierowcami. "Przesyłanie fotografii 'z automatu' byłoby sprzeczne z interesami organów ścigania i wymiaru sprawiedliwości. W przeszłości fotografie były przez straże gminne (miejskie) wysyłane i praktyka dowiodła, że gdy właściciel pojazdu otrzymywał zdjęcie z urządzenia rejestrującego i zarazem informację, na ile twarz kierującego jest wyraźna, częstokroć wykorzystywał to do uniknięcia odpowiedzialności".

Jest to, moim zdaniem, niesłychany skandal. Państwo ma prawo karać osoby dopuszczające się wykroczeń (pomijam to, że wiele ograniczeń prędkości raczej nie służy poprawie bezpieczeństwa, a jedynie zarabianiu na łamiących to ograniczenie - no trudno, prawa trzeba przestrzegać, nawet jeśli jest głupie), ale musi obywatelowi udowodnić, że faktycznie dopuścił się wykroczenia. Nie wolno karać obywateli o, tak, bo władza wie lepiej, kto jest na niewyraźnym zdjęciu. Nie wolno i już. To godzi i w zaufanie obywateli do państwa, i w domniemanie niewinności, i wreszcie rujnuje i tak wątły kapitał społeczny. Stawianie "interesu organów ścigania" ponad interesem obywatela jest fundamentalnie niewłaściwe, sprawia, że państwo postrzegane jest jako struktura opresyjna, niegodna zaufania, niewarta współpracy, złośliwie nastawiona do obywateli.

Można teraz łatwo skojarzyć, że Polska uprawia inwigilację obywateli na skalę niespotykaną w innych krajach cywilizowanych, w dodatku inwigilacja ta jest poddana tylko iluzorycznej kontroli sądowej, niesławna "poprawka Rockiego" pozwala państwu zatajać przed obywatelami informację, a teraz można karać obywateli bez przedstawienia im dowodów winy. Państwo staje się wobec obywateli nastawione wręcz wrogo. Chciałoby się zapytać czy neminem captivabimus już nie obowiązuje?!

Powód takiego rozwiązania kwestii mandatów jest jednak - zapewne - zacznie bardziej prozaiczny: Chodzi o pieniądze. Ale to właściwie jeszcze gorzej. Należy się spodziewać, że większość osób ukaranych takimi mandatami machnie ręką, zapłaci, przyjmie punkty karne i nie pójdzie do sądu, tym bardziej, że w wypadku przegranej przed sądem, ostateczny koszt będzie większy. Ale to wręcz rodzi pokusę, aby wysyłać mandaty Bogu ducha winnym ludziom, a gdy ktoś z nich uda się do sądu, powiedzieć oops, pomyliliśmy się, kasujemy ten mandacik. Jednak większość zapłaci, a więc wpływy do budżetu państwa (lub do budżetów gmin) będą pięknie rosły.

Państwo rządzone przez Platformę coraz mniej różni się od państwa rządzonego przez PiS, przed którym to Platforma miała być obroną. No, może jeszcze religia smoleńska nie jest obowiązkowa, a Platforma ma lepszy stosunek do obcych państw, przynajmniej w deklaracjach. Z poczuciem Schadenfreude obserwuję, że po lekarzach, internautach, zwolennikach lekkiej liberalizacji obyczajów, obrońcach świeckości państwa (ja, katolik, też jestem zwolennikiem świeckości państwa!) i pracownikach wyższych uczelni, Platforma właśnie wykreowała sobie nową, potężną grupę przeciwników: kierowców.

Donaldzie Tusku, Platformo, nie idźcie tą drogą! Nie szkodzicie tylko sobie, ale i Polsce.

niedziela, 16 grudnia 2012

Gabriel Narutowicz

Gabriel Narutowicz
17 marca 1865 - 16 grudnia 1922

poniedziałek, 10 grudnia 2012

Ostatnie wypowiedzi Jarosława Kaczyńskiego - o odbieraniu praw mniejszości niemieckiej i o repolonizacji banków i mediów - znów każą się zastanawiać czy prezes jest szalony, czy też jest cynicznym politykiem. Bardzo łatwo jest argumentować, że Kaczyński, mentalnie ukształtowany w czasach gomułkowskich, gdy władze straszyły "zachodnioniemieckim rewanżyzmem", Hupką i Czają, odwołuje się do wciąż żywych lęków odchodzącego pokolenia. Słusznie też trzeba zauważyć - co zrobiła choćby Jadwiga Staniszkis - że domaganie się symetrii praw Niemców w Polsce i Polaków w Niemczech jest tyleż chwytliwe, ileż ahistoryczne, co zresztą było już po wielekroć wyjaśniane: Niemcy w Polsce to autochtoni, podobnie jak Polacy na Litwie, Białorusi czy Ukrainie. Niemcy w Polsce mają mniej więcej takie prawa, jakich rząd polski domaga się dla Polaków na Litwie. Polacy w Niemczech to emigranci, którzy dobrowolnie tam wyjechali, co nie oznacza kwestionowania faktu, iż okoliczności tego wyjazdu nierzadko były dramatyczne. (Od razu odpowiadam na podnoszony kontrargument: Tak, Związek Polaków w Niemczech działa od 1922, ale o ile przed wojną reprezentował polskich emigrantów oraz autochtonów, o tyle teraz zostali tylko emigranci.)

Łatwo więc powiedzieć, że Jarosław Kaczyński jest anachronicznym szaleńcem.

Ja jednak myślę, że Jarosław Kaczyński jest cynicznym politykiem. Cynicznym i szalonym.

Jarosław Kaczyński zrobi wszystko, żeby odzyskać władzę. Zauważył, że w Polsce narasta fala nacjonalizmu wśród młodych - Marsz Niepodległości, ONR, Młodzież Wszechpolska i inne organizacje to już, niestety, nie są efemerydy. Mają niezaniedbywalne poparcie, jak sądzę, wśród podobnych grup, które popierają ruchy nacjonalistyczne na Zachodzie, mianowicie rozczarowanych młodych ludzi, którzy nie widzą dla siebie przyszłości (bo brak jest pracy!), a za swoje nieszczęście obwiniają jakichś identyfikowanych grupowo obcych (Niemców, Żydów, Ruskich, neoliberałów, ekologów czy kto tam akurat pasuje), którzy knują na nasze nieszczęście, ale wystarczy tym knowaniom przeszkodzić, a wszystko będzie dobrze. Prezes Kaczyński nie chce , broń Boże, zostać ich liderem. Chce natomiast zostać ich akceptowalnym reprezentantem. Chce ich przekonać do głosowania na siebie, na PiS. Nawet jeśli ONR et consortes nie uznają Kaczyńskiego za swojego, niech zobaczą, że w oficjalnej polityce to właśnie Kaczyński, i tylko on, wyraża ich pewne interesy.

Zapewne gdyby nie paranoiczna wizja, jakiej hołduje Kaczyński, wizja Polski otoczonej przez odwiecznych wrogów, te umizgi do młodych nacjonalistów nie byłyby możliwe, a przynajmniej wiarygodne. Ale Jarosław Kaczyński całkiem świadomie odwołuje się do tej grupy. A gdy już młody ONR i starsi ludzie, dla których patriotyzm może oznaczać tylko mutację martyrologiczną, a także ciasnogłowy elektorat radiomaryjny dadzą Kaczyńskiemu władzę, to on nam wszystkim pokaże...

czwartek, 06 grudnia 2012

Pamiętacie Richarda O'Dwyera, Brytyjczyka oskarżonego o piractwo komputerowe, któremu groziła ekstradycja do USA? Niecały rok temu media okrzyknęły go "pierwszą ofiarą ACTA". Tymczasem O'Dwyer w żadnym wypadku nie był postacią kryształową, o czym pisałem w Prawdziwej historii Richarda O'Dwyera:

Richard O'Dwyer ani nie był naiwnym amatorem, ani szlachetnym bojownikiem w walce z Systemem. Był biznesmenem, który uczynił sobie źródło dochodu z ułatwiania innym użytkownikom sieci dostępu do pirackich plików.

W styczniu burzę medialną wywołała zgoda brytyjskiego sądu pierwszej instancji na wydanie O'Dwyera do Stanów. Kilka miesięcy później podobną decyzję wydała brytyjska minister spraw wewnętrznych. O'Dwyer szykował się do batalii prawnej przed sądem wyższej instancji, a znaczna część brytyjskiej opinii publicznej sprzeciwiała się jego ekstradycji. Istotną rolę odgrywało tu odczucie, iż brytyjsko-amerykańska umowa ekstradycyjna jest niesymetryczna i stawia obywateli brytyjskich w niekorzystnej sytuacji, a także wątpliwości, czy pan O'Dwyer naruszył jakieś brytyjskie prawo. Brytyjski sąd pierwszej instancji uznał, że tak.

W Polsce już o tym wszystkim nie pisano. Nie napisano też, jak cała historia się zakończyła. Otóż tydzień temu Richard O'Dwyer podpisał umowę z amerykańskimi oskarżycielami, zwalniającą go z odpowiedzialności, przynajmniej na jakiś czas, a być może na zawsze. O'Dwyer musi pojechać do Stanów, podpisać tam końcową wersję umowy i zapłacić jakąś karę, ponoć niewielką.

Umowa, jaką podpisał O'Dwyer, należy do kategorii Deferred Prosecution Agreement. Oznacza to, że amerykański oskarżyciel przedstawi O'Dwyerowi zarzuty, ten się z nimi zgodzi, a więc przyzna do winy, ale oskarżyciel nie wniesie sprawy do sądu - do czasu, aż O'Dwyer nie popełni jakiegoś innego przestępstwa, a w szczególności po raz kolejny nie naruszy prawa autorskiego. Jest to zatem umowa typu plea bargain. Konsekwencją umowy powinien być zwrot nielegalnie uzyskanych korzyści. Richard O'Dwyer zarobił na swoim serwisie ponad dwieście tysięcy dolarów. Będzie musiał je zwrócić? Mam nadzieję, że tak. 

Ciekawe, czemu amerykańscy oskarżyciele zdecydowali się na takie rozwiązanie? Niezależna autorka Charlie Osborne twierdzi, że Stany bardzo przejęły się zakończeniem sprawy Garry'ego McKinnona. Ten brytyjski haker, cierpiący na zespół Aspergera, włamał się do serwerów Pentagonu i NASA. Twierdził, że nie chciał zrobić niczego złego, a tylko obnażyć luki w zabezpieczeniach. W Stanach groziło mu wieloletnie więzienie, którego zapewne by nie przeżył. Brytyjska opinia publiczna była zdecydowanie przeciwna ekstradycji McKinnona i właśnie pod wpływem opinii publicznej brytyjska minister spraw wewnętrznych wycofała swoją wcześniejszą zgodę na ekstradycję. Amerykanie przestraszyli się, że z O'Dwyerem może stać się tak samo.

To wszystko nie oznacza, że Richard O'Dwyer jest niewinny. A problem z brytyjskim Extradiction Act wciąż istnieje.