Kategorie: Wszystkie | Edukacja | Fizyka | Kryzys | Literatura | Muzyka | Polityka | Rozmaitości
RSS
piątek, 27 grudnia 2013

W niedawnym Magazynie Świątecznym Gazety Wyborczej Robert Siewiorek ostrzegał, że my, ludzkość, możemy trafić do umysłowego chlewa (odnoszę się tu do wersji z wydania papierowego artykułu, którą przeczytałem dopiero dziś rano i stąd moje wzburzenie). Autor, cytując licznych wcześniejszych badaczy, wzywa do odbudowania statusu humanistyki, gdyż jeśli nie, grozi nam, że

przetrwają nauki stosowane (technologia i medycyna). Nauka czysta jest [...] skazana na unicestwienie, bo coraz bardziej zagrażają jej wszelkiej maści fundamentaliści religijni, kreacjoniści, technofoby i skąpi, ograniczeni politycy [...] jakby znaczenie miała dla nas tylko taka wiedza, która pozwala skonstruować kolejny gadżet [...], obiecująca konsumenckie zadowolenia, zaspokojenie pragnień, lepszą zabawę i więcej wszystkiego

albowiem

mamy drugą dyktaturę ciemniaków - zwulgaryzowaną technopopkulturę z jednej strony i agresywny pseudohumanistyczny zabobon z drugiej.

Wszystko byłoby pięknie, wypadałoby tylko przyklasnąć i rozpowszechniać te trafne ostrzeżenia, gdyby nie jeden drobiazg. Pisze Siewiorek:

Gdyby nietykalność uczelni była u nas respektowana, łysi nie wyliby na wykładach prof. Baumana. Natomiast poznański Uniwersytet Ekonomiczny nie narażałby swej naukowej powagi udzielając gościny ks. prof. Bortkiewiczowi, wrogowi gender, żłobków i zatrudniania kobiet. Wykładu, dodajmy, w którym moderatorem światopoglądowego sporu stały się pałki i paralizatory.

Szlag mnie trafił. Jakiś inny redaktor równie dobrze mógłby napisać

Gdyby nietykalność uczelni była u nas respektowana, faceci w sukienkach nie zrywaliby wykładu ks. prof. Bortkiewicza. Natomiast Uniwersytet Wrocławski nie narażałby swej naukowej powagi udzielając gościny prof. Baumanowi, stalinowskiemu zbrodniarzowi.

Prawda, że to ta sama poetyka? Niestety, "kulturowa lewica" - do której mimo wszystko mi bliżej, niż do katolickich integrystów, ale tylko odrobinę - najwyraźniej uważa, że gdy "łysi" zrywają wykład autorytetu lewicowego, jest to hańba i zagrożenie swobodnej wymiany myśli, natomiast jeśli "aktywistki i aktywiści feministyczni" zrywają wykład autorytetu kościelnego, są to uprawnione działania w ramach "sporu światopoglądowego". I owszem, panie redaktorze Siewiorek, argument z autorytetu dr hab. filozofii Magdaleny Środy, iż Bortkiewicz

kwestionuje naukowość pewnej gałęzi humanistyki i nauk społecznych

ma dokładnie taką samą wartość, jak argument z autorytetu ks. dr. hab. filozofii Dariusza Oko, iż 

ideologia gender niszczy małżeństwo i rodzinę oraz przyczynia się do rozwiązłości seksualnej.

Są to stanowiska autorytarne, oparte wyłącznie o przekonania wygłaszających je osób, z założenia negujące prawomocność argumentów strony przeciwnej. Chodzi mi więc o to, że w Polsce zupełnie brak jest dialogu. Ideolodzy jednej i drugiej strony toczą swoje monologi, wygłaszają kazania do wierzących i uważają, że ideologów przeciwnych lepiej jest zakrzyczeć, niż wysłuchać. Kryje się za tym, w istocie, niepewność własnych racji: Jeśli bowiem owi przeciwni ideolodzy plotą bzdury, przecież nie mogą nikogo przekonać - bo głoszą bzdury - więc niechby sobie mówili. Ale jeśli trzeba ich zakrzyczeć, uniemożliwić im swobodną wypowiedź, to chyba tylko dlatego, że mogliby kogoś przekonać, przekabacić na swoją modłę. Jednak skoro tak, to być może ich tezy nie są całkowicie bzdurne.

Tymczasem ideologicznych przeciwników - dopóki mówią, a nie walą w mordę - trzeba wysłuchać. Po pierwsze dlatego, że każdej koncepcji dobrze robi konieczność odpowiedzi na krytykę, nawet niesprawiedliwą. Po drugie, choć ideologicznych przeciwników zapewne nie uda się przekonać, pozostaje jeszcze "milcząca większość", środek, który przekonywać zawsze warto. Tym bardziej, jeżeli debata nominalnie dotyczy dobra i praw owej milczącej większości.

Tolerancja oznacza przyzwolenie na głoszenie poglądów, z którymi się żywiołowo nie zgadzamy. Nie oznacza to adherencji do owych poglądów, a jedynie ich prawo do istnienia w przestrzeni publicznej. Tę prawdę pojmował Voltaire. Tej prawdy nigdy nie pojął Kościół (ktoś mógłby skomentować, że Kościół jak najbardziej ją pojął i dlatego jest przeciwnikiem tolerancji). Jest niezwykle smutne, że prawdy tej nie pojmuje współczesna lewica. W ten sposób lewicowi ideolodzy sami włączają się do obozu agresywnego pseudohumanistycznego zabobonu.

Z kronikarskiego obowiązku, z dwutygodniowym opóźnieniem, donoszę, że 12 grudnia odbył się kolejny koncert z cyklu Opera Rara: Francesco Maria Veracini, Adriano in Siria, grała Europa Galante, dyrygował Fabio Biondi (bez muszki!). Pełna obsada - tutaj.

Nieznany mi dotąd Veracini był włoskim kompozytorem, działającym w Londynie w czasach Haendla. Należał do grupy kompozytorów rywalizujących z Haendlem, z którymi ten w końcu przegrał. Można więc powiedzieć, że skoro dziś podziwiamy opery Haendla, ciekawe jest usłyszeć co się ówczesnej publiczności bardziej podobało.

Z opery zachowały się tylko arie, duety i sinfonie; recytatywy musiał dopisać Biondi. Libretto jest bardzo luźno i kompletnie ahistorycznie oparte o perypetie cesarza Hadriana w czasach jego wojen z Partami. Arie tej opery są dosyć długie, pełne technicznych trudności, bardzo wymagające, ale wykonawcy byli w dobrej formie i nieźle sobie z nimi radzili. Szczególnie dobrze radziła sobie Ann Hallenberg (Farnaspe), a już zwłaszcza w mistrzowsko wykonanej arii Amor, dover, rispetto kończącej akt drugi.

Był tylko jeden problem: To jest po prostu kiepska muzyka.

Odniosłem wrażenie, że długość arii i wszystkie te chwyty techniczne - bardzo wyrafinowane! - miały przesłonić fakt, iż kompozytor muzycznie nie miał nic ciekawego do powiedzenia.

I tu nie mogę się powstrzymać od pytania: Po co takie dzieło wystawiać, w szczególności, po co je kompletować, dopisując recytatywy? Wystarczyłoby nagrać kilka najlepszych arii (i tak gorszych od przeciętnych arii Haendla), a jeśli już koniecznie wystawiać całość, czy śpiewacy nie mogli by zachowanych tekstów recytatywów po prostu, hm, recytować? Jakość muzyczna dzieła nie usprawiedliwia wymagania "integralności", a jeśli argumentem miało być to, żebyśmy mogli usłyszeć, co się osiemnastowiecznym Londyńczykom podobało bardziej od Alciny - czego zresztą pojąć nie mogę - to jednak recytatywy skomponowane przez Fabio Biondiego pozostają dwudziestopierwszowiecznymi kompozycjami Biondiego, nie zaś osiemnastowiecznymi kompozycjami Francesca Veraciniego. Po cóż więc Biondi to zrobił? Żeby pokazać, że potrafi? Owszem, potrafi. No i...?