Kategorie: Wszystkie | Edukacja | Fizyka | Kryzys | Literatura | Muzyka | Polityka | Rozmaitości
RSS
poniedziałek, 28 grudnia 2015

Prezydent Andrzej Duda podpisał PiSowską ustawę o Trybunale Konstytucyjnym. Tak więc skończyła się w Polsce wolność i demokracja.

Dlaczego skończyła się wolność i demokracja? Co się takiego stało, jakie wolności zostały zagrożone? Posłużę się przykładem: Jeśli popsujemy komuś hamulce w samochodzie, to sam ten czyn jeszcze nie wyrządzi krzywdy pasażerom i kierowcy - teoretycznie możliwe jest, że samochód przejedzie całą drogę bez wypadku. Możliwe, ale bardzo mało prawdopodobne. Przestępca uszkadzający hamulce robi to po to, aby nie zapobiegły one wypadkowi, bezpośrednio spowodowanemu przez coś innego. I drugi przykład, autorstwa jednego z komentatorów poprzedniego wpisu: Jeśli uzbrojony osobnik w banku woła do ochroniarzy "Rzućcie broń!", to spodziewamy się, że za chwilę dokona rabunku, choć teoretycznie jest możliwe, że będzie chciał na przykład wpłacić 500 zł na głodne dzieci, a tylko nie lubi, jak mu się faceci z bronią za plecami wałęsają.

PiS będzie mógł teraz robić co będzie chciał. Co Jarosław Kaczyński będzie chciał. Nie ma już mechanizmów prawnych, które mogłyby ich powstrzymać. Ustawa o policji, dająca nieograniczone i niekontrolowane prawo do inwigilacji obywateli, już jest zapowiedziana. Zapowiedziane jest połączenie funkcji ministra sprawiedliwości i prokuratora generalnego, co da bezpośrednią możliwość politycznego wpływania na prowadzone śledztwa; dla porządku dodam, że w tym wypadku PiS jest uczciwy w tym sensie, że tę akurat zmianę zapowiadał. Dalej należy się spodziewać podporządkowania rządowi mediów (to też zapowiadali), sądów powszechnych, a w końcu zmiany ordynacji - zapewne na wzór węgiersko-turecki, gerrymandering i prohibitywnie wysokie progi wyborcze - aby zapewnić PiSowi zwycięstwo w następnych wyborach, z zachowaniem fasadowych, pozornych instytucji i procedur demokratycznych.

Dr Andrzej Duda miał ostatnią szansę zachować się jak prezydent, jak strażnik konstytucji, na wierność której przysięgał. Jak człowiek mężny. Jak przywódca starający się łagodzić spory, stający ponad podziałami politycznymi, rozwiewający najmniejsze wątpliwości odnośnie do stosowania ustawy zasadniczej: mógł odesłać ustawę do Trybunału Konstytucyjnego, a przynajmniej poczekać na opinię Komisji Weneckiej (nawet pomijając to, że kolejny wybitny inaczej minister, Witold Waszczykowski, wysłał Komisji Weneckiej nieaktualny projekt). Zamiast tego dr Andrzej Duda stał się trzeciorzędnym sługusem prezesa swojej partii. Głuchy na głos bodaj wszystkich liczących się gremiów prawniczych w Polsce, opowiedział się po jednej stronie sporu, okazując pogardę politycznym przeciwnikom Jarosława Kaczyńskiego.

Z szacunku, jaki żywię dla urzędu prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej, stwierdzam, że pan dr Andrzej Duda zajmuje co prawda to stanowisko i pewnie będzie je zajmował jeszcze przez długie lata, ale prezydentem nie jest. I nie powinien być tak tytułowany.

Pan dr Andrzej Duda swoją prezydencką przysięgę zakończył słowami "Tak mi dopomóż Bóg!". Jak widać, Bóg opuścił Andrzeja Dudę. Panu Andrzejowi Dudzie nie pozostaje więc nic innego, jak podejść do okna Pałacu Prezydenckiego i rzucić okiem na Polskę, którą właśnie traci.

niedziela, 20 grudnia 2015

Pani premier Beata Szydło, a z nią cała reszta PiSu, powtarza, że Platforma Obywatelska złamała konstytucję w sprawie wyboru sędziów Trybunału Konstytucyjnego. Trzeba w tym miejscu uczynić dwie uwagi.

Po pierwsze, zagranie nie fair przez jedną osobę w żaden sposób nie usprawiedliwia tego, że przeciwnik gra jeszcze bardziej nie fair.

Po drugie i ważniejsze, w sprawie Trybunału Konstytucyjnego Platforma nie złamała konstytucji. Dopóki istnieje możliwość faktycznej konstytucyjnej kontroli, unieważnienia i odwrócenia skutków działań niezgodnych z konstytucją, dopóty nie ma mowy o złamaniu konstytucji. Uchwalenie ustawy niezgodnej z konstytucją jest błędem, który rzecz jasna należy naprawić i dlatego prezydent, odpowiednio liczna grupa posłów i inne organa państwa mają możliwość zaskarżenia podejrzewanej o niekonstytucyjność ustawy do Trybunału Konstytucyjnego. Taka jest procedura. Wszystkim Sejmom zdarzało się uchwalać ustawy, które potem Trybunał Konstytucyjny obalał w całości lub w części. Nikt tych Sejmów nie oskarżał o łamanie konstytucji, a jedynie o uchwalanie niekonstytucyjnego prawa. Nie, to nie to samo. Na przykład PiS w czasie swoich pierwszych rządów uchwalił ustawę lustracyjną, którą Trybunał później zakwestionował. Nikt w związku z tym nie mówił, że PiS złamał konstytucję, a jedynie, że uchwalił niekonstytucyjną ustawę. PiS zresztą się tamtemu wyrokowi grzecznie podporządkował, choć sarkał.

Platforma i PSL uchwaliły ustawę, która okazała się częściowo niezgodna z konstytucją i na jej podstawie dokonała nieprawidłowego, jak się okazało (choć można to było z góry podejrzewać), wyboru dwóch sędziów. PiS i prezydent Duda mieli możliwość zaskarżenia wadliwej, ich zdaniem, ustawy do Trybunału Konstytucyjnego, i to jeszcze przed kontrowersyjnym wyborem nowych sędziów. Mieli możliwość, ale z niej nie skorzystali. Ba, posłowie PiS złożyli nawet stosowny wniosek do Trybunału, ale potem sami go wycofali z powodów czysto politycznych, zorientowawszy się, że utrzymywanie sytuacji niejasnej prawnie będzie dla nich bardziej opłacalne. Ustawę - własną ustawę! - ostatecznie zaskarżyli posłowie Platformy, aby Trybunał mógł potwierdzić, że trzech sędziów zostało wybranych prawidłowo, natomiast wybór dwóch należy powtórzyć.

Rekapitulując, Platforma i PSL uchwalili ustawę częściowo niekonstytucyjną, ale była możliwość skutecznego jej zakwestionowania. PiS nie chciał z tej możliwości skorzystać. Platforma zachowała się nieelegancko, próbując wybrać więcej sędziów, niż miała do tego prawo - w tym zakresie można mówić, że Platforma spróbowała wykonać "skok na Trybunał". Wreszcie Platforma zachowała się głupio, dając PiSowi pretekst do prowadzenia eskalujących działań odwetowych.

PiS natomiast łamie konstytucję, stara się bowiem uniemożliwić konstytucyjną kontrolę swych poczynań.

  • Prezydent Duda, marszałek Kuchciński i prokurator-poseł Piotrowicz uzurpują sobie prawo do orzekania o konstytucyjności ustaw. Nie do wypowiadania opinii, do czego mieliby prawo, ale do orzekania w sposób wiążący, rodzący skutki prawne.
  • Prezydent Duda odmówił zaprzysiężenia sędziów wybranych przez poprzedni Sejm, także tych prawidłowo wybranych. Podtrzymał odmowę nawet po publikacji wyroku Trybunału Konstytucyjnego, nakazującego zaprzysiężenie tej trójki. Prezydent Duda w ten sposób uzurpuje sobie prawo do współdecydowania o obsadzie Trybunału, podczas gdy konstytucja jedynie nakazuje mu przyjąć ślubowanie od sędziów wybranych przez Sejm. Te działania prezydenta Dudy - a także inne, równie skandaliczne czyny marszałka Kuchcińskiego, minister Kempy i pozostałych - może osądzić tylko Trybunał Stanu. I osądzi. Nie w tej kadencji, może nawet nie w następnej, ale osądzi na pewno. Chwilowo jednak państwo jest bezradne wobec niekonstytucyjnych czynów najwyższych funkcjonariuszy państwowych.
  • Sejm, głosami PiS i Kukizowców, w sposób urągający wszelkim standardom (zasada niedziałania prawa wstecz, zasada nieusuwalności sędziów TK zapisana w konstytucji expressis verbis, brak podstawy prawnej - domniemanie konstytucyjności przepisów, na podstawie których zostali oni wybrani) unieważnił dokonany przez poprzedni Sejm wybór całej piątki sędziów, nie czekając na wyrok TK w sprawie prawidłowości tamtego wyboru. PiS twierdzi, że uchwały, w przeciwieństwie do ustaw, nie podlegają ocenie TK. Gdyby zgodzić się z tym stanowiskiem - co nie jest wcale oczywiste, Trybunał bowiem "orzeka o zgodności z konstytucją ustaw i innych aktów normatywnych" - oznaczałoby to, że PiSowska większość w Sejmie może zrobić wszystko w drodze rodzących realne skutki prawne uchwał i nie podlega żadnej kontroli ze strony Trybunału.
  • Sejm, głosami PiSu, wybrał osoby, które nazywa nowymi sędziami Trybunału Konstytucyjnego, prezydent zaś natychmiast, w środku nocy, je zaprzysiągł.  Sejm zrobił to na bardzo wątpliwej podstawie prawnej: Po pierwsze, sama sprawa istnienia wakatów w składzie Trybunału była wątpliwa. Po drugie, Sejm oparł się na tej samej ustawie, którą chwilę temu przedstawiciele PiSu uznali za niekonstytucyjną. Po trzecie, PiS zignorował postanowienie TK zobowiązujące (w sposób wiążący) Sejm do powstrzymania się od dokonania wyboru do czasu, aż Trybunał rozstrzygnie o konstytucyjności dotychczasowych przepisów. Z tych samych powodów wątpliwe prawnie było zaprzysiężenie tych osób przez prezydenta. PiS oczywiście twierdzi, że pomimo tych wszystkich wątpliwości, wybór nowych sędziów, który dokonany został w formie uchwały, nie może podlegać kontroli ze strony TK. W tej sytuacji okolicznościami drugorzędnymi jest to, że sama procedura wyboru nowych sędziów przebiegała w sposób skandaliczny, uniemożliwiający jakąkolwiek dyskusję nad zgłoszonymi kandydaturami, a także fakt, iż co najmniej trzy z nowowybranych osób mają wątpliwe kwalifikacje merytoryczne i moralne do sprawowania funkcji sędziów Trybunału. Mandat PiSowskiej piątki sędziów jest wątpliwy i wyroki wydane z ich udziałem mogłyby w przyszłości być podważane.
  • PiS próbował nie dopuścić do publikacji - a więc wejścia w życie - niekorzystnych dla siebie wyroków TK, to jednak było szyte tak grubymi nićmi, że im się nie udało.
  • PiS różnymi chwytami proceduralnymi próbuje, na razie bezskutecznie, uniemożliwić pracę Trybunału. Obecnie PiS przygotował zupełnie nową ustawę o Trybunale Konstytucyjnym, de facto paraliżującą jego prace. Mimo miażdżących opinii Sądu Najwyższego i innych instytucji, PiS zapewne ją uchwali, wprowadzając możliwie najkrótsze vacatio legis, co zmusi Trybunał do oceniania konstytucyjności nowej ustawy pod rygorami tejże nowej ustawy. To zaś praktycznie przesądza, iż Trybunał nie zdoła ustawy obalić. (Ale nie stwierdzi też jej zgodności z konstytucją - sprawa zawiśnie więc w próżni prawnej.) Prezydent Andrzej Duda będzie miał ostatnią - ostatnią! - szansę na stanięcie ponad logiką rozgrywki partyjnej, kierując nową ustawę do TK przed jej podpisaniem. To bowiem spowoduje, że Trybunał będzie oceniał konstytucyjność ustawy na podstawie obecnie obowiązujących przepisów.

Jak zatem widzimy, jest zasadnicza różnica pomiędzy działaniami Platformy i PSL w poprzedniej kadencji, a działaniami PiS w obecnej. Wadliwą ustawę Platformy i PSL można było skutecznie zaskarżyć do Trybunału Konstytucyjnego, PiS natomiast robi wszystko, aby ich działania kontroli konstytucyjnej nie podlegały. W skrajnych przypadkach PiS po prostu ignoruje niekorzystne dla siebie wyroki i postanowienia TK. Mamy większość sejmową i co nam, k..., zrobicie?

wtorek, 15 grudnia 2015

Od wielu lat uważam Jarosława Kaczyńskiego za antykomunistycznego bolszewika.

Kaczyński mentalnie ukształtował się w czasach Władysława Gomułki i tak już mu zostało. W jego przemówieniach często słychać retorykę towarzysza Wiesława, a ostatnio nawet Józefa Cyrankiewicza, mianowicie gdy na urodzinach Radia Maryja powiedział, iż 

Każda ręka podniesiona na Kościół to ręka podniesiona na Polskę.

Co jednak najważniejsze, Jarosławowi Kaczyńskiemu nie przeszkadza i nigdy nie przeszkadzało główne założenie władzy komunistycznej, że oto siła rządząca ma prawo narzucać ogółowi jedynie słuszną rację. Przeszkadzała mu treść - komunizm - nie przeszkadzała istota - to, że rządzący mają prawo narzucać społeczeństwu obowiązujący sposób myślenia, gdyż rządzący z jakichś metafizycznych powodów - działania Weltgeista, obiektywnych praw historii czy też błogosławionego zrządzenia Opatrzności Bożej ("We mnie jest czyste dobro") - wiedzą lepiej. Różnica jest jedynie taka, że zamiast komunizmu mamy ideologię narodową podlaną katolicyzmem, czy też raczej tym, co się Kaczyńskiemu i - niestety - znacznej części instytucjonalnego Kościoła w Polsce katolicyzmem wydaje. Samego faktu istnienia obowiązującego sposobu myślenia, obowiązującej ideologii czy obowiązującej polityki historycznej Kaczyński nie kwestionuje.

Jarosław Kaczyński nie jest i nigdy nie był demokratą. W tym roku PiS uzyskał w wyborach demokratyczny mandat do sprawowania władzy ustawodawczej i wykonawczej. Ja uważam, że wyborcy zbłądzili powierzając władzę tej partii, ale sam fakt, iż mogli dokonać wyboru, uważam za wielką wartość. Kaczyński - nic z tych rzeczy. Gdy w wyniku przedterminowych wyborów stracił władzę w 2007, zamiast pogodzić się z wolą wyborców, twierdził, a co najmniej sugerował, że przegrał na skutek spisków i ukrytych machinacji. O Bronisławie Komorowskim twierdził, że prezydentem został wybrany "przez przypadek". Gdy w zeszłym roku PiS nie wygrał wyborów samorządowych, Jarosław Kaczyński wprost oświadczył, że zostały one sfałszowane, choć nie miał po temu żadnych podstaw. Dla Kaczyńskiego demokratyczne wybory to proces, dzięki któremu mógł zdobyć władzę, ale szacunku dla prawa do wyboru nie ma za grosz. Teraz cynicznie oszukuje nawet własnych wyborców. W kampanii wyborczej na twarz PiSu kreowana była pani Beata Szydło, o której już w czasie ustalania składu "jej" gabinetu widać było, że nie ma nic do powiedzenia, teraz zaś pokazuje się jako osoba całkowicie pozbawiona jakiejkolwiek własnej pozycji i inicjatywy. Andrzej Duda, który przedstawiał się jako młody i dynamiczny kandydat do urzędu prezydenta, a po zaprzysiężeniu - nieudolnie, ale jednak - zapowiadał odbudowę poczucia wspólnoty, teraz - być może ku swemu wielkiemu przerażeniu - został skutecznie zredukowany do roli trzeciorzędnego funkcjonariusza partyjnego. Z programu wyborczego PiS ostały się tylko rujnujące budżet obietnice socjalne, których realizację PiS wciąż zapowiada, a nawet zaczął się za nie zabierać, ale tak, by je rozwodnić, sprawiając wrażenie, że daje się wszystko, co się zapowiedziało, a nawet jeszcze więcej, choć w istocie daje się mniej. Tego, co Kaczyński naprawdę po wyborach robi - atak na Trybunał Konstytucyjny, całkowite podporządkowanie sobie służb specjalnych wedle kryterium smoleńsko-lojalnościowego (akurat tego można się było spodziewać i w tym zakresie nie jestem zaskoczony), marginalizacja parlamentarnej opozycji, powrót Zbigniewa Ziobry do Ministerstwa Sprawiedliwości, powrót haniebnie ułaskawionego Mariusza Kamińskiego do służb specjalnych, mianowanie Antoniego Macierewicza Ministrem Obrony Narodowej, zapowiedzi ideologizacji oświaty, a nawet zapowiedzi likwidacji gimnazjów, wyborczy program PiS nie zapowiadał, a jeśli zapowiadał (jak w przypadku gimnazjów), to w sposób marginalny i ukryty.

Z czasów gomułkowskich Jarosław Kaczyński przejął też koncepcję jednolitej władzy państwowej. PRLowska konstytucja głosiła, że Sejm jest najwyższą władzą w Polsce. Obecna Konstytucja niczego takiego nie mówi, ale PiS, czy to ustami pomniejszych funkcjonariuszy, czy ustami tytularnego prezydenta Dudy, wprost do tej PRLowskiej doktryny nawiązuje.  Coraz wyraźniej widać też, że podobnie jak w PRLu mamy instytucje fasadowe: Radę Państwa z Henrykiem Jabłońskim, Radę Ministrów z Piotrem Jaroszewiczem, ale naprawdę o wszystkim decydowała wola I Sekretarza, który w dodatku nie ponosił odpowiedzialności za swoje decyzje, gdyż formalnie żadnej eksponowanej funkcji nie pełnił. Tak jest i dzisiaj, tylko zamiast Jabłońskiego mamy Dudę, zamiast Jaroszewicza Szydło, a zamiast I Sekretarza Prezesa.

W przemówieniach, politycznej retoryce i publicznych wystąpieniach Jarosława Kaczyńskiego i jego przybocznych mamy ciągłe dzielenie obywateli, przepraszam, zwykłych Polaków, na lepszych i gorszych, przy czym ci gorsi są albo zdrajcami, albo ludźmi ograniczonymi umysłowo. Mamy wciąż szukanie wrogów. Mamy ciągoty do wprowadzenia cenzury, na razie obyczajowej. Mamy dominację ideologii nad pragmatyką. Mamy nieustanne powoływanie się na wolę Narodu, której emanacją jest obecna większość sejmowa. Dlatego PiS, choć tak naprawdę głosowała na niego mniejszość, uważa się za wyraziciela interesów wszystkich zwykłych Polaków, poza, rzecz jasna, zaprzańcami i ludźmi niespełna rozumu.

To są poglądy bolszewickie. To jest bolszewicki sposób myślenia. Dlatego Jarosław Kaczyński jest antykomunistycznym bolszewikiem. Antykomunistycznym, gdyż komunizm odrzuca. Bolszewikiem, gdyż bez zastrzeżeń przyjmuje bolszewicki sposób myślenia, bolszewicki model instytucji państwowych i bolszewicką retorykę. Czas pokaże, czy skłoni się także do bolszewickich metod.

Sir Karl Raimund Popper, gdyby żył i gdyby zajmował się pomniejszymi dyktatorami, bez wątpienia zaliczyłby Jarosława Kaczyńskiego do wrogów społeczeństwa otwartego. Byłaby to zresztą dla Kaczyńskiego swoista nobilitacja.

Są jednak sytuacje, w których Jarosław Kaczyński przekracza sam siebie. Może się chwilowo dekompensuje? Tak było kilka dni temu w wywiadzie dla TV Republika. (Niechętnie linkuję ten portal, potencjalnie zwiększając im klikalność, ale nie chciałbym, aby ktoś mnie oskarżył o przeinaczanie słów Kaczyńskiego.) Powiedział on tam mianowicie, że

Niemcy są nam winni bardzo dużo w każdym wymiarze, począwszy od moralnego, a skończywszy na ekonomicznym. Rachunek krzywd jest ogromny. Od wojny te sprawy nie zostały wyjaśnione, a w sensie prawnym są aktualne.

Jarosław Kaczyński jest złym, chorym z nienawiści, niebezpiecznym człowiekiem. Groźnym dla Polski. Jedną z ostatnich rzeczy, jakich Polska potrzebuje, jest wywoływanie konfliktu z Niemcami.

Gorsze byłoby tylko wywoływanie otwartego konfliktu z Rosją. Pożyjemy, zobaczymy? Nawiasem mówiąc, dywagacje Antoniego Macierewicza na temat sprowadzenia broni jądrowej na teren Polski musiały wzbudzić euforię w Moskwie. Tamtejsza propaganda, przejąwszy zresztą tę tezę od propagandy sowieckiej, od dawna głosi, że NATO chce Rosję okrążyć i ma wobec niej agresywne zamiary. Głośno wyrażane nuklearne marzenia polskiego rządu, znanego w całej Europie ze swojej graniczącej z paranoją rusofobii, są jedynie potwierdzeniem tego twierdzenia.

Zauważmy przy okazji, że choć Kaczyński powołuje się na Kościół Katolicki, wypomina "rachunek krzywd", jaki Niemcy mają wobec Polski, który "od wojny nie został wyjaśniony". Tym samym Jarosław Kaczyński odżegnuje się od listu biskupów polskich do biskupów niemieckich "Przebaczamy i prosimy o przebaczenie". To także jest język Władysława Gomułki.

Na zakończenie oznajmię rzecz trywialną: W oczach Jarosława Kaczyńskiego z całą pewnością należę do najgorszego sortu Polaków. I jestem z tego dumny.