Kategorie: Wszystkie | Edukacja | Fizyka | Kryzys | Literatura | Muzyka | Polityka | Rozmaitości
RSS
sobota, 24 grudnia 2016

Bóg się rodzi, moc truchleje, słyszymy w najbardziej uroczystej z polskich kolęd, śpiewanej na melodię poloneza koronacyjnego królów Polski. Bóg się rodzi, moc truchleje.

Dla wierzących słowa te mają jasny sens religijny. Myślę jednak, że i wierzący, i niewierzący dostrzegą ich sens metaforyczny: Im więcej na świecie dobra, miłości, przyjaźni, zaufania, prawdy, miłosierdzia, tym słabsze są siły zła. Zła, które przecież rodzi się w nas, w naszej pysze, złości, głupocie, ignorancji, egoizmie, małostkowości. Postarajmy się, aby na świecie przybywało dobra.

Wesołych Świąt! 

Gerard van Honthorst, Pokłon pasterzy, 1622

sobota, 17 grudnia 2016

Cóż za zamieszanie dzisiaj w Sejmie! Zaczęło się od tego, że marszałek Kuchciński z błahego powodu wykluczył z obrad jednego posła Platformy, zarzucając mu - bezpodstawnie! - że uniemożliwia obrady. To wkurzyło opozycję, która in gremio zaczęła blokować mównicę. Wykluczenie owego posła było najwyraźniej iskrą, która rozpaliła pokłady złości i frustracji: PiS posłów opozycji ostentacyjnie lekceważy, odbiera głos, uniemożliwia zadawanie pytań. Naczelniczka i jego obmierzłych pomagierów wyraźnie to wszystko cieszy. Wykluczenie posła przelało czarę goryczy. Kuchciński sobie z tą sytuacją nie poradził i zarządził przerwę.

Wznowienie obrad było dla PiSu ważne, bo dziś miały być uchwalane dwie ustawy: budżet państwa i ustawa deubekizacyjna. Sytuację w tym momencie zapewne można było opanować: Opozycja przecież zdawała sobie sprawę, że PiS ma tę kilkugłosową przewagę, więc jak się zmobilizują, to uchwalą, co zechcą. Kłopot, ale nie tragedia. Można było przy tym wobec opozycji argumentować, że nie powinna się ona narażać na zarzut, że złośliwie uniemożliwia przyjęcie ustawy budżetowej. Wystarczyłyby zapewne jakieś drobne gesty rekoncyliacyjne. Zamiast tego naczelniczek Kaczyński, wraz z pewną wyjątkowo wredną osobą nazwiskiem Mazurek, zaczął opozycji wymyślać od chuliganów i grozić, że oni wszyscy zostaną ukarani. To, rzecz jasna, opozycję jedynie usztywniło, więc kontynuowała okupację Sali Plenarnej. PiSowi w końcu udało się zgromadzić kworum, więc Kuchciński przeniósł obrady do Sali Kolumnowej, gdzie Sejm, a raczej PiS, uchwalił, co chciał.

Ale czy uchwalił? To znaczy, czy to posiedzenie w Sali Kolumnowej było ważne? Głosowania odbywały się ręcznie, bez pomocy maszyn do głosowania. Głosy liczyli posłowie-sekretarze. Kworum przekroczono, jak podaje Kuchciński, ledwo o sześć głosów. A jeśli sekretarze się pomylili? Poza tym to PiS w interesie PiSu liczył PiSowi głosy, może więc sekretarze chcieli się pomylić? Nie było zapewnionej bezstronności. Na sali nie było kamer, więc nie można na podstawie ich zapisu sprawdzić, ilu posłów było obecnych. Poseł Nitras z Platformy chciał złożyć formalny wniosek o sprawdzenie kworum, ale posłowie PiS fizycznie uniemożliwili mu podejście do stołu prezydialnego, więc marszałek Kuchciński udał, że wniosku posła nie słyszy. W ogóle posłowie opozycji nie byli wpuszczani przez Straż Marszałkowską bocznymi drzwiami, główne zaś wejście blokowali im posłowie PiS. Być może kworum było i głosowania były ważne, ale ponieważ nie można tego było obiektywnie, bezstronnie zweryfikować, wątpliwości pozostają.

(Uzupełnienie: poseł Krzysztof Brejza opublikował film, z którego wynika, iż posłowie PiS, w tym pan Zbyszek, podpisują listę obecności już po formalnym zakończeniu posiedzenia. A więc tym bardziej nie wiadomo, czy na posiedzeniu byli i wzięli udział w głosowaniu.)

Trybunału Konstytucyjnego, który mógłby i powinien to rozstrzygnąć, de facto już nie ma.

Ciekawe, co się stanie, gdy któraś z tysięcy osób, którym na podstawie uchwalonej dziś - podobno uchwalonej - ustawy deubekizacyjnej drastycznie obniżona zostanie emerytura, zakwestionuje to przed sądem, podnosząc fakt, iż ustawa była uchwalona w sposób wadliwy, a zatem nie obowiązuje? A mamy jak w banku, że takie protesty się pojawią.

Nawiasem mówiąc, ustawa deubekizacyjna to jest spektakularny strzał w stopę. Nie w stopę rządu, ale w naszą. Nie wiem, czemu PiS to robi. Może tak strrrasznie chcą, po latach, podkreślić swój mniemany antykomunizm, a może trywialnie szukają każdego grosza, bo im brakuje na program rozdawnictwa socjalnego? Policjanci, BORowcy, żołnierze widzą jednak, że skoro można znacząco obniżyć emeryturę każdemu, kto choć jeden dzień służył w formacjach podległych SB, ale został pozytywnie zweryfikowany i potem przez lata nienagannie pełnił służbę dla Polski, to nic nie stoi na przeszkodzie, aby za jakiś czas, gdy w budżecie znów pojawi się dziura, równie znacząco obniżyć emeryturę tym funkcjonariuszom, którzy służyli - powiedzmy - przed październikiem 2015. Zasada, iż państwo docenia swoich funkcjonariuszy mundurowych za rzetelną służbę, została bezpowrotnie złamana. Policjanci i cała reszta widzą, że Polska się na nich wypina, że z sufitu wzięty "grzech pierworodny" unieważnia wszystko, co dobrego dla Polski zrobili. Wobec tego, po co się dla tej Polski narażać? Czemu pirotechnik ma rozbrajać bomby, ryzykując życiem i tym, że jego żona dostanie potem głodową rentę? Czemu policjanci mają ścigać bandytów - takich zwykłych złodziei, oszustów czy przemytników - męczyć się i narażać, skoro Polska im mówi, że jeśli uznamy cię za politycznie nieodpowiedniego, bo na przykład otrzymałeś awans lub medal za rządów Platformy, to ci odbierzemy emeryturę niezależnie od tego, czy się do policyjnej roboty przykładałeś, czy ją tylko pozorowałeś? Jedni funkcjonariusze odejdą ze służby, inni dogadają się z przestępcami: ja będę udawał, że was ścigam, a wy mi będziecie coś tam odpalać; przynajmniej będę miał z czego żyć na emeryturze. A nawet jeśli mi nie będziecie mi nic odpalać, to ja, udając, nie będę się narażał i mniej się zmęczę. Oto, co nam szykuje PiS. Ciekawe, czy oni - PiS - tego nie dostrzegają, czy też dostrzegają, ale są ideologicznie zacietrzewieni, czy wreszcie myślą w horyzoncie czasowym najbliższego budżetu? Ponieważ większość posłów PiS to tchórzliwi durnie, całkiem możliwe, że zwyczajnie takiego niebezpieczeństwa nie dostrzegają.

Wracając do sejmowych wydarzeń dnia dzisiejszego (wczorajszego, bo jest już po północy), PiS pokazał, że procedury sejmowe mają już tylko znaczenie formalnego rytuału, że są one pozbawione jakiejkolwiek pozytywnej treści. Sejm stał się jedynie atrapą. Nikt z PiSu nie udaje, że liczą się jakieś argumenty merytoryczne, a choćby dobre obyczaje. Liczy się tylko arytmetyka. Sami posłowie PiS nie mają nic do powiedzenia. Stanowią jedynie bezmyślną maszynkę do głosowania i robią to, wyłącznie to i w całej rozciągłości to, czego zażyczy sobie naczelniczek. Ten zaś utwierdził się w przekonaniu, że buta i pogarda, w połączeniu z dość przypadkowo zgromadzoną większością, pozwala na wszystko. Nie mamy pańskiego płaszcza i co nam pan zrobi? 

Ciekawe, do czego to wszystko doprowadzi. Nie, nie ciekawe. Straszne. 

czwartek, 08 grudnia 2016

W moim poprzednim wpisie wspomniałem, że grupa profesorów smoleńskich wystąpiła z wnioskiem o odebranie Maciejowi Laskowi, byłemu przewodniczącemu Państwowej Komisji Badania Wypadków Lotniczych, stopnia naukowego doktora nauk technicznych. Wniosek, w świetle obowiązującego w Polsce prawa, był oczywiście bezzasadny i natychmiast upadł, został jednak złożony i wszedł do kronik niesławy nauki polskiej. Jednym z wnioskodawców był, jak się okazuje, negatywny bohater mojego dawnego wpisu, fizyk, profesor zwyczajny na moim Wydziale. Indagowany o przyczyny tego kroku miał odpowiedzieć, że prawa fizyki zostały pogwałcone przez oficjalny raport [o przyczynach katastrofy pod Smoleńskiem] i odesłał do materiałów IV Konferencji Smoleńskiej.

W materiałach tej konferencji znajduje się jedno wystąpienie odnoszące się bezpośrednio do praw fizyki: Prawa fizyki a katastrofa smoleńska, a jego autorem jest prof. Zbigniew Jelonek z Instytutu Matematyki PAN.

Zadałem sobie bolesny trud przeczytania tego wystąpienia, a także wysłuchania jego nagranej wersji mówionej, również dostępnej na stronach konferencji. Trud był bolesny ze względu na tematykę, na dość chaotyczną formę wystąpienia (w wersji pisanej, zwłaszcza zaś mówionej), a wreszcie z powodów osobistych: Zbyszek Jelonek to mój kolega z klasy.

Prof. Jelonek zwraca uwagę na pewne nieścisłości w raporcie Komisji Millera (na przykład niewłaściwie obliczone kąty, pod którymi samolot ścinał gałęzie drzew, a także przesunięcia czasowe niektórych zdarzeń). I dobrze, że to robi! Jak już pisałem, sam przebieg destrukcji samolotu nie jest bardzo ważny, ale usuwanie takich nieścisłości i niedoróbek zmniejsza pole do siania wątpliwości przez zwolenników hipotezy wybuchowej. Podobną zresztą rolę odgrywają wyjaśnienia prof. Jancelewicza, z których wynika, że samolot uszkodził klapy i sloty lewego skrzydła już przy pierwszym zderzeniu z drzewami, jeszcze przed brzozą. Brzoza zaś została przez skrzydło ścięta, ale tak nadwerężyła jego konstrukcję, że skrzydło oderwało się za brzozą, na skutek działania sił aerodynamicznych. To by zapewne tłumaczyło błędną identyfikację "brzozy" w danych z czarnych skrzynek z raportu Millera (patrz Jelonek, Rys. 17): Nie chodzi o fizyczny kontakt z brzozą, ale o utratę końcówki skrzydła po zderzeniu z brzozą. Idąc dalej tym tropem, ponieważ "brzoza" staje się punktem odniesienia dla względnych przesunięć czasowych, wyjaśnia to, dlaczego to prof. Jelonek (str. 42) myli się twierdząc, że Komisja Millera przesunęła punkt TAWS 38 o 1 sekundę do przodu.

To jednak są tylko poboczne punkty z wystąpienia prof. Jelonka. Jego główną treścią są obliczenia sił, jakie działały na samolot w płaszczyźnie poziomej i wywołany przez nie przekaz pędu. Jelonek dowodzi, że przekaz ten był zbyt mały, aby wywołać taki skręt samolotu, jaki w rzeczywistości miał miejsce. Stąd wynika, powiada Jelonek, że na samolot musiała zadziałać znaczna siła dodatkowa. Prof. Jelonek stawia hipotezę, że siła ta to w istocie odrzut spowodowany wybuchem w prawej środkowo-dolnej części samolotu nad punktem TAWS 38 (str. 37). 

Prof. Jelonek nie mówi tego wprost, ale zdaje się, że swoje obliczenia prowadził przy założeniu, że nieuszkodzony samolot, z symetrycznie działającą na skrzydła siłą nośną, uderza w brzozę, nie traci w zderzeniu końcówki skrzydła oraz nie doświadcza przekazu pędu w innych (wcześniejszych i późniejszych) zderzeniach z przeszkodami terenowymi. O siłach aerodynamicznych Jelonek w ogóle nie wspomina (str. 36), zaniedbując ich wpływ. Tymczasem jak wiemy z rozmowy z prof. Jancelewiczem, samolot był uszkodzony już po pierwszych (przed brzozą) zderzeniach z drzewami, i to uszkodzony niesymetrycznie: lewe skrzydło opadało. Należałoby zatem uwzględnić wpływ pary sił, powodujących obrót samolotu wzdłuż osi podłużnej, tym większy, gdy samolot już stracił końcówkę lewego skrzydła. W ostatecznym bilansie należałoby też uwzględnić pęd unoszony przez oderwaną końcówkę skrzydła (i inne drobniejsze fragmenty). Jaki to wszystko, a w szczególności asymetryczne siły aerodynamiczne, miało wpływ na poziomą trajektorię samolotu, pojęcia nie mam. Pewnie trzeba by przeprowadzić szczegółowe obliczenia, symulacje - nie symulacje oderwania się skrzydła, ale symulacje samego lotu uszkodzonego samolotu. Zapewne wymagałoby to użycia bardziej zaawansowanych narzędzi, niż w gruncie rzeczy szkolna fizyka, jaką posługuje się Jelonek.

Tak czy siak, nie negując dobrej woli prof. Zbigniewa Jelonka na tym etapie rozważań, muszę powiedzieć, że jego konkluzje są nieprzekonujące, jako że autor pomija szereg czynników, które z wielkim prawdopodobieństwem miały wpływ na trajektorię lotu. Hipoteza o wybuchu nad punktem TAWS 38 staje się zbędna, a co najmniej nieudowodniona, podobnie jak zarzut, iż wyniki zawarte w raporcie Komisji Millera są sprzeczne z prawami fizyki.

W końcowej części wykładu matematyk Jelonek... analizuje zdjęcia z blogów, na których, jak sam przyznaje, niewiele widać. (Ten fragment jest tylko zasygnalizowany w wersji pisanej; w wersji mówionej eksponowany był znacznie mocniej.) Przy natężeniu dobrej woli można przyjąć, że widać, iż coś, co mogłoby być fragmentem burty samolotu, leży 250m od głównego wrakowiska. Według prelegenta dowodzi to, że był wybuch. Dramat.

Odnoszę wrażenie, że Zbigniew Jelonek trochę na siłę chciał dopasować swoje tezy do "raportu Szuladzińskiego". Tyle tylko, że Szuladziński twierdził, iż nieuszkodzony samolot doleciał odpowiednio wysoko, nie zderzając się z drzewami, aż do punktu TAWS 38, gdzie nastąpił wybuch. Prof. Jelonek natomiast nie zaprzecza, że samolot kilkaset metrów od progu pasa znalazł się na wysokości kilkunastu-kilku metrów nad ziemią, że dochodziło do zderzeń z przeszkodami terenowymi, że od zderzenia z brzozą (do którego według Jelonka na pewno doszło!) do upadku na ziemię minęło kilka (niewielkie kilka) sekund, że samolot utracił końcówkę skrzydła jeszcze przed punktem TAWS 38 (str. 36, prawa kolumna u góry!), a mimo to utrzymuje, że przyczyną katastrofy był... wybuch nad punktem TAWS 38?! Wybuch, który źli ludzie zaplanowali tak precyzyjnie, że miał miejsce w kilkusekundowym okienku pomiędzy zderzeniem z drzewami a upadkiem samolotu. No nie może być...

sobota, 03 grudnia 2016

PiS nieustannie gra katastrofą smoleńską. Co prawda przez ponad rok, odkąd objął władzę, ani nie sprowadził do Polski wraku, ani oryginałów czarnych skrzynek, ani nie powołał międzynarodowej komisji do wyjaśnienia przyczyn wypadku, choć wszystko to, zgodnie z przedwyborczymi obietnicami, miało nastąpić niemalże natychmiast. Żałosna, choć suto opłacana komisja Antoniego Macierewicza w ciągu roku nie znalazła żadnych dowodów na zamach. Teraz pan Zbyszek ze swoimi obrzydliwymi pachołkami - być może w ramach rywalizacji z Antonim Macierewiczem o wpływy u naczelniczka - zajmuje się bezczeszczeniem grobów, szczególnie pazerne wdowy smoleńskie występują o kolejne miliony odszkodowania, zadowalając się (na razie?) marnymi setkami dodatkowych tysięcy, smoleńscy profesorowie próbują odebrać Maciejowi Laskowi, byłemu przewodniczącemu Państwowej Komisji Badania Wypadków Lotniczych, stopień naukowy doktora, a PiSowska propaganda testuje, o co by tu oskarżyć Tuska, bo z braku dowodów o zamach się nie da, a przecież o coś koniecznie trzeba, żeby naczelniczek Kaczyński mógł wywrzeć swą pomstę sprawiedliwą na Tusku. Nic się nie chce przykleić, ale spokojnie, i tak go oskarżą.

Sama zaś gra smoleńska potrzebna jest PiSowi do utrzymywania wzmożenia patriotycznego w żelaznym elektoracie.

Pisałem już kilkakrotnie, że przyczyny katastrofy smoleńskiej zostały wyjaśnione w sposób nie budzący wątpliwości: Pomijając bardzo liczne błędy popełnione w trakcie przygotowywania lotu i atmosferę panującą na pokładzie, rzecz sprowadza się do tego, że źle wyszkolona załoga, złamawszy wszelkie możliwe procedury bezpieczeństwa, przy bardzo słabej widoczności zeszła poniżej dopuszczalnej wysokości minimalnej, w wyniku czego samolot zderzył się z przeszkodami terenowymi i rozbił się, zabijając wszystkich na pokładzie. Tragiczna, a jednocześnie głupia i łatwa do uniknięcia katastrofa.

To wszystko jest jasne. Jednak szczegóły samego mechanizmu destrukcji samolotu nie były oczywiste, czego wyznawcy religii smoleńskiej używali do uzasadniania swoich tez, a przynajmniej do siania wątpliwości. Jednak kilka tygodni temu i ta sprawa się, moim zdaniem, wyjaśniła. Oto w tygodniku "Polityka" (nr 46 (3085), 8.11-15.11.2016) ukazała się rozmowa z prof. Bohdanem Jancelewiczem, emerytowanym profesorem Politechniki Warszawskiej, specjalistą w zakresie konstrukcji lotniczych. Wszystkim gorąco polecam przeczytanie całej rozmowy (dostęp jest bezpłatny!). Tutaj zacytuję tylko kluczowe fragmenty:

Nastąpiło zderzenie z koronami drzew, co uszkodziło sloty i klapy, zmieniając właściwości aerodynamiczne płata tak, że siła nośna zmniejszyła się o około 30 proc. poniżej wartości potrzebnej do utrzymania lotu wyłącznie poziomego. [...]

W zapisie rejestratora widać dokładnie, że, jak powiedziałem, już po pierwszym zderzeniu z drzewami tupolew stracił gwałtownie siłę nośną 30 proc. poniżej wartości, która zapewnia lot poziomy. W tym momencie w ciągu niespełna dwóch sekund rozgrywał się wypadek. Samolot przepadał, będąc 12 m nad ziemią. Nawet gdyby nie zahaczył o brzozę, nie miał szans uniknąć katastrofy. Kwestią było tylko to, jaka będzie konfiguracja zderzenia z ziemią. Dlaczego na ratunek nie było szans? Ze względu na uszkodzone skrzydła – lewe mocniej niż prawe – a precyzyjniej mówiąc, sloty i klapy. Z zapisów rejestratora wynika, że maszyna zaczęła się przechylać na lewą stronę na tyle mocno, że końcówka lewego skrzydła była prawie o dwa metry niżej niż prawego. [...]

Zwracam uwagę, że powyższe zdarzyło się jeszcze przed zderzeniem z nieszczęsną brzozą.

Wtedy doszło do zderzenia z brzozą, które ostatecznie przesądziło o losie tupolewa. Po utracie końcówki skrzydła długości około sześciu metrów samolot wykonał obrót wokół osi podłużnej o około 150 stopni i uderzył o ziemię w pozycji prawie odwróconej i z przodem bardzo pochylonym w stronę ziemi.

[...] brzoza została przez skrzydło ścięta! I to w mgnieniu oka – kontakt z brzozą trwał poniżej jednej setnej sekundy. Jednak drzewo uszkodziło nadwerężone poprzednimi uderzeniami konarów skrzydło. W efekcie jego końcówka została oderwana przez obciążenia aerodynamiczne, które na nią oddziaływały. Wywołane nimi obciążenia wewnętrzne to momenty gnące, siły tnące oraz moment skręcający w kierunku „na nos”. Te obciążenia wywołały najbardziej niekorzystny dla konstrukcji cienkościennej stan naprężenia w górnej części uszkodzonej już struktury, czyli jednoczesne ściskanie i ścinanie. To było przyczyną odłamania końcowej, około sześciometrowej, części lewego skrzydła.

Causa finita.