Kategorie: Wszystkie | Edukacja | Fizyka | Kryzys | Literatura | Muzyka | Polityka | Rozmaitości
RSS
środa, 31 marca 2010

Dzisiaj (ja wiem, jest po północy, ale dla mnie to wciąż "dzisiaj") był Antonio Caldara, oratorium Maddalena ai piedi di Cristo.

Zbliża się Wielkanoc, trzeba było kupić jajka, była kwestia czy mam to zrobić ja, czy Elżbieta. Wczesnym popołudniem przysłała mi SMSa "Mam dużo jajek". Ja jej na to "Myślisz, że będą potrzebne po koncercie?". Po jakichś 15 minutach koncertu Elżbieta szepce do mnie "Trzeba było wziąć jajka".

Nie było aż tak źle. Soprany (Geraldine McGreevy i Ina Kancheva) bez zarzutu, tenor (David Alegret, nieduża rola) też dobry, baryton (Miguel Sola) i mezzosopran (Catherine Wyn-Rogers) w porządku. Problemem był kontratenor, Jordi Domenach, któremu głosu momentami nie stawało, a w szczególności zupełnie nie brzmiał w duetach - oratorium zaczyna się od serii duetów mezzosopran-kontratenor. Oficjalne bio zamieszczone w programie głosi, że Domenach, zanim zaczął śpiewać, studiował fortepian i kompozycję. Powinien był chyba zostać przy fortepianie. Ale trzeba przyznać, indywidualne owacje za trzy arie w drugiej części (w oratoriach nie daje się braw po poszczególnych ariach!) dostał tylko on. Zwłaszcza pierwsza z nich mu wyszła, a jaki był potem zadowolony! W ogóle wszyscy się rozśpiewali i po budzącym poważne obawy początku, wszystko potoczyło się zupełnie dobrze. Najbardziej cieszyła się Geraldine McGreevy, która zastąpiła niedysponowaną (?) Claire Booth, mającą pierwotnie śpiewać partię Magdaleny. Zastąpiła i poradziła sobie nad wyraz dobrze.

Jednak zdecydowanie najjaśniejszym punktem była akompaniująca Accademia Bizantina, dyrygowana od skrzypiec przez Stefano Montanari. Oni po prostu ładnie grali! Akompaniament w sam raz, nie dominował śpiewaków, a partii instrumentalnych słuchałem z dużą przyjemnością. Stefano Montanari, dyrygując, dość spektakularnie się miotał i podśpiewywał arie.

wtorek, 30 marca 2010

Zaczął się festiwal Misteria Paschalia. Kiedyś chodzenie na koncerty w Wielkim Tygodniu wydawało mi się niestosowne, teraz nie wyobrażam sobie, że mógłbym nie chodzić. Nie na wszystkie koncerty - niektóre mi tak czy inaczej nie pasują, ale na dużą część.

Wczoraj, w kościele Św. Katarzyny, grała Cappella della Pietà de’ Turchini, śpiewali Romina Basso, Maria Grazia Schiavo, Patrizia Bovi i Pino de Vittorio. Najpierw o ostatniej parze. Występowali w środkowej części i jako pierwszy bis. Śpiewali repertuar renesansowy, a capella lub tylko z gitarą i tamburynem lub werblem. Muzycznie nierówne, ale ciekawe, niektóre fragmenty wręcz piękne, no, ale ja mam osobliwe gusta, wolę rzeczy albo znacznie wcześniejsze, albo późniejsze. Renesans wymaga zupełnie innej techniki śpiewu, innego ustawienia głosu. Oprócz muzyki dużo w tym było performansu, te wszystkie hieratyczne pozy, powolne przemarsze po kościele, kastaniety. Słuchałem raczej z zaciekawieniem niż z zachwytem.

W części pierwszej najpierw Romina Basso, potem Maria Grazia Schiavo śpiewały solo, w części trzeciej śpiewały w duecie, i to dopiero było to. Drugi duet (także drugi bis), Pangue lingua Francesco Provenzale, zachwycający. Doskonale zgrane głosy, z sobą i z orkiestrą. Kapitalne! Marii Grazii Schiavo słuchałem na żywo w Krakowie trzeci raz w tym roku kalendarzowym. W styczniu, w cyklu Opera Rara, śpiewała Rinaldo Haendla ze słynną arią Lascia ch'io pianga (jednak nikt nie pobije Jaroussky'ego), miesiąc temu La fida ninfa Vivaldiego. Elżbieta śmiała się, że Maria Grazia jeżdzi do Krakowa tak często, jak my do Mezőkövesd. Trzeba się jej nasłuchać, bo jest w ciąży i pewnie na jakiś czas przyjeżdżać do Polski przestanie. Ha, już widząc ją i słysząc w Ninfie podejrzewaliśmy ciążę - zmieniła się jej i sylwetka, i technika śpiewu. Teraz ciąża jest już wyraźna. Ha, Marii zmienił się głos! Jest teraz pełniejszy i zdecydowanie mocniejszy. Zmiana głosu w czasie ciąży to znany efekt, aczkolwiek nie przypominam sobie fizjologicznego uzasadnienia (uzasadnienie z punktu widzenia samolubnego genu jest oczywiste). Wszystkiego najlepszego, Maria!

Bardzo dobry koncert.

Przed koncertem coś w rodzaju wprowadzenia do tematyki pasyjnej w muzyce i kulturze miał wygłosić Szymon Hołownia. I wygłosił co? Kazanie, regularne kazanie. No, ten, gdyby nie celibat, na pewno zostałby księdzem.

Wybieramy się tylko na połowę koncertów. Nie idziemy na Savalla (jakiś dziwny się zapowiada, zresztą bilety natychmiast znikły, bo Savall jest w Krakowie bardzo popularny) ani na Jaroussky'ego. Wstyd przyznać, ale po prostu nie chciało nam się jechać w sobotę do Wieliczki. Bilety znikły chyba w pięć minut po rozpoczęciu sprzedaży, ale Bodziowi udało się kupić. Teraz trochę żałuję, że nie jedziemy, bo ostatnia płyta z jego udziałem, Teatro d'Amore, jest doskonała, a on to właśnie będzie śpiewał z Christiną Pluhar i L'Arpeggiatą. Nie idziemy też w niedzielę na Haendla ani w poniedziałek na Biondiego i Vivicę Genaux. Też mi głupio, jak to, Biondi w Krakowie, a ja nie idę, ale powiem szczrze: najnowsza płyta Viviki, Pyrotechnics (Fajerwerki), nie jest aż taka dobra. Jest technicznie mistrzowska, ale w warstwie wokalnej technicznie mistrzowska nieludzko - tak nieludzko, że słuchanie aż męczy. Może się jednak wybierzemy, wejściówki chyba będą dostępne.

A dzisiaj - Caldara.

niedziela, 28 marca 2010

Dawniej było tak: Ktoś, kto planował karierę naukową, po ukończeniu studiów (w nowszej terminologii: studiów magisterskich) zostawał asystentem na uczelni lub w instytucie naukowym i pracował: prowadził ćwiczenia ze studentami i badania naukowe, których zwieńczeniem był doktorat. Wtedy mógł stwierdzić, że został naukowcem.

Później system się zmienił, otwarto studia doktoranckie, co było bardziej "po amerykańsku". Z punktu widzenia doktoranta to, co człowiek robił, nie różniło się zbytnio od dawnej roli asystenta, może nawet było trochę lepiej z uwagi na mniejsze obciążenie dydaktyczne, ale nastąpiła istotna różnica formalna: doktorant nie pracuje, tylko studiuje, ze wszelkimi konsekwencjami formalnoprawnymi tego stanu rzeczy, za co otrzymuje marne stypendium. Jednocześnie następował systematyczny spadek poziomu studiów magisterskich. Zupełnie osobną kwestią jest to, dlaczego poziom studiów magisterskich się obniżał - zwalanie wszystkiego na spadek poziomu szkół średnich nie tłumaczy całego zjawiska, zresztą jest to tylko przeniesienie pytania o poziom niżej.

Teraz, wraz z wprowadzaniem nieszczęsnego systemu bolońskiego, studia doktoranckie przemianowano na studia III stopnia. Doktoranci mają indeksy, gromadzą wpisy za zaliczenia, prowadzą zajęcia, a konieczność prowadzenia badań naukowych jakby schodziła na dalszy plan. Okazuje się, że całkiem sporo osób kończy studia doktoranckie - kończy, nie przerywa - ale nie broni doktoratu, tak, jakby sam doktorat był tylko jakimś opcjonalnym dodatkiem. Do tego poziom studiów magisterskich spada na łeb, na szyję. W tej sytuacji zacząłem podejrzewać, że na studia doktoranckie idą ludzie, którzy nie tyle planują prowadzenie badań naukowych, ile po prostu chcą się czegoś nauczyć. Niedawno pewien doktorant in spe zamieścił taki oto wpis:

w ciagu kilku ostatnich lat nastapila ogromna dewaluacja poszczegolnych stopni edukacji, robi mi sie naprawde przykro kiedy pomysle, ze na roku ze mna studiuje osoba, ktora nie potrafi czytac - toc jej edukacja powinna zatrzymac sie maksymalnie na szkole zawodowej a za kilka miesiecy bedzie ona posiadala tytul magistra. W zwiazku z czym w tej chwili doktorat to w moim odczuciu po prostu taki starszy magister, a byc moze powojenna matura.

Oto zabrzmiał vox populi. Z tą maturą to jednak przesada, ale widać, że tytuł magistra niewiele już znaczy. A jednocześnie ministerstwo, idąc za światłymi rekomendacjami E&Y, usilnie stara się obniżyć poziom jeszcze bardziej. Jakiś czas temu Gazeta Wyborcza - w tonie, a jakże, entuzjastycznym - pisała o nowym bycie, kolegiach akademickich: mają kształcić licencjatów, ale mają mieć elastyczne programy, studia będą dostosowane do potrzeb rynku, trzeba stawiać na praktyczną naukę, studia tam będą przygotowane tak, żeby były bardziej zbliżone do realiów rynkowych, żeby bardziej przypominały środowisko pracy.

Słowem, kolegia akademickie mają przygotowywać ludzi do pracy w firmach. Dostosowanie do potrzeb rynku w rzeczywistości oznacza, że będzie to rodzaj przeszkolenia zawodowego. Za moich czasów coś takiego nazywało się szkołą pomaturalną. Pracodawcy chętnie przerzucą koszt przeszkolenia pracowników na budżet państwa. Najgorsze jednak jest to, iż takie kształcenie nie ma nic wspólnego ze studiowaniem, tym niemniej absolwenci mają otrzymywać tytuł licencjata. To musi obniżyć poziom licencjatów na prawdziwych uczelniach, a skoro licencjatów, to i magistrów. A skoro magistrów, to i doktorantów, pardon, uczestników studiów III stopnia.

poniedziałek, 22 marca 2010

Dzisiejszy Newsweek pisze, że Kościół Katolicki podobno zaczyna rozważać zniesienie celibatu. Watykan rzecz jasna gwałtownie zaprzecza, Papa Ratzi słyszeć o tym nie chce i na razie wszystkie czynniki oficjalne zapowiadają bronienie celibatu jak niepodległości. Celibat nie został wprowadzony ze względów doktrynalnych, ale głównie ekonomicznych, tym niemniej został z czasem "uświęcony" i dziś, obok niezrozumiałych poglądów na kwestię kontroli urodzeń, jest jednym z głównych znaków firmowych katolicyzmu; skądinąd smutne, że znakami tymi są kwestie tak mocno związane z seksualnością, co zresztą wystawia Kościół na nieustanne ataki. No, ale w imię ekumenizmu nie powinniśmy podkreślać tego, co dzieli chrześcijan różnych odłamów, ale co ich łączy, nieprawdaż?

Powody za zniesieniem celibatu są dwa. Po pierwsze, kryzys powołań. Jest chyba całkiem jasne, że konieczność zachowania celibatu zniechęca wiele osób do zostania duchownymi. Wizja pustych kościołów w Europie Zachodniej - kościołów, w których brak nie tylko wiernych, ale i księży - zmieni zapatrywania hierarchów na celibat. Moim zdaniem kwestia celibatu powinna być w Kościele Katolickim rozwiązana podobnie jak to ma miejsce w Kościele Prawosławnym: duchowieństwo niższego szczebla - powiedzmy, do poziomu proboszcza, dziekana, kanonika - może zakładać rodziny, ale wszelkie wyższe funkcje rezerwowane są dla bezżennych. W ten sposób młody ksiądz będzie miał jasny wybór. No i zostają jeszcze zakonnicy (w prawosławiu zresztą tylko mnisi mogą zostać biskupami), ale to jest osobna historia.

Po drugie za koniecznością zniesienia celibatu przemawia seria skandali pedofilskich. Nie wiem, czy jest jakiś prosty związek pomiędzy celibatem a pedofilią, ale w odbiorze społecznym związek taki jest powszechnie konstruowany. Wydaje mi się, że często prezentowany mechanizm - młody człowiek, który ma problemy z seksualnością, z którymi sobie nie radzi, zgłasza się do instytucji, w której seksualność jest oficjalnie zanegowana, potem zaś okazuje się, że w rzeczywistości jest całkiem inaczej - może być prawdziwy, ale nie tłumaczy wszystkiego. Równie ważne może być poczucie władzy, jaką ksiądz ma (bądź miał) nad swoimi podopiecznymi. I to władzy nie byle jakiej, bo nieledwie sakralnej. A jeszcze ważniejsze jest poczucie bezkarności - Kościół instytucjonalny przecież sprawców chronił, każdy atak na księdza-molestatora - nawet nie atak, tylko nazwanie rzeczy po imieniu! - traktując jak atak na samą religię.

W Polsce było kilka głośnych przypadków księżowskiej pedofilii (Tylawa, Szczecin), tuszowanej przez biskupów, i innych ekscesów seksualnych (abp Paetz), z czasem wypłynie ich jeszcze więcej - bo, niestety, ich zapewne jest więcej - ale myślę, że nie osiągnie to takiej skali, jak w Irlandii, Austrii, Niemczech, czy wcześniej w USA i Kanadzie. Nie dlatego, że polscy księża byli z natury lepsi od księży z tamtych krajów. Sądzę, że jest to efekt nieplanowanej przysługi, uczynionej Kościołowi w Polsce przez komunistów. Kościół tradycyjnie prowadził szpitale dla dzieci, sierocińce, internaty i domy poprawcze - większość skandali pedofilskich miało miejsce w takich zamkniętych instytucjach, gdzie wszelkie perwersje mogły rozkwitać bez kontaktu ze światem zewnętrznym, gdzie wychowankowie byli szczególnie poddani władzy duchownych, gdzie nie mieli oparcia w innych dorosłych, w rodzinie. Komuniści zakazali Kościołowi prowadzenia takich placówek, radykalnie ograniczając okazje do księżowskich występków. Nie sądzę, żeby komuniści akurat ten efekt przewidywali, po prostu tak wyszło. Gdyby ekscesy duchownych były znane, komuniści użyliby ich do piętnowania Kościoła. Choć może nie? Komuniści byli bardzo pruderyjni, może też nie chceliby mówić o takich sprawach. W Drewnianym różańcu, o ile sobie przypominam, wątku wykorzystywania seksualnego nie było.

wtorek, 02 marca 2010

Niedawno pewna polsko-brytyjska doktorantka zapytała się

co wy wszyscy macie do tego nieszczęsnego becikowego

Otóż mnie się becikowe - a mam na myśli becikowe-becikowe, 1000 złotych premii z okazji urodzenia dziecka, nie zaś inne formy pomocy ze strony państwa - nie podoba z uwagi na marnotrawność, pozorność i nieskuteczność tego programu, a także ze względu na towarzyszącą mu hipokryzję polityków.

Dla części osób becikowe może być istotną, choć jednorazową zapomogą. Dla innych jest niezauważalnym dodatkiem. Dla większości jest miłą, choć niekonieczną pomocą w zakupie rzeczy dla dziecka i urządzeniu pępkówki. Nie sądzę, żeby ktokolwiek decydował się na dziecko ze względu na becikowe. To znaczy, że ten program nie działa, politycy zaś z kamiennymi twarzami udają, że państwo polskie za pomocą becikowego przyczynia się do wzrostu dzietności.

Łatwo sprawdzić, że Polska na becikowe wydaje co roku ponad 300 milionów złotych. Gdyby te pieniądze przeznaczyć na organizację żłobków i przedszkoli, zapewne wiecej osób - a mówiąc wprost, więcej młodych kobiet - zdecydowałoby się na dzieci, gdyż mogłyby wrócić do pracy. Małe dziecko może na długie lata wypchnąć matkę z rynku pracy, na co wiele osób nie godzi się czy to ze względów ekonomicznych, czy to społecznych, czy jakichkolwiek innych. Ostatnio radio przytaczało koszmarne opowieści kobiet, które za żadne skarby nie mogą zapisać dzieci do przedszkola, bo brak w nich miejsc. To dotyczyło Warszawy - w małych miejscowościach, na wsiach, przedszkoli po prostu nie ma. Nie ma i już.

Te kilkaset milionów zlotych możnaby co roku wydać znacznie bardziej efektywnie. Politycy jednak nie zamierzają skasować tej kosztownej hucpy, becikowego. Czemu? Obawiam się, że podświadomie (świadomie?!) dają oni posłuch argumentom konserwatywnych polityków "katolickich" (cudzysłów świadomie), którzy kobiety woleliby zamknąć w domach, narzucić im słynne 3xK, bo kobiety w pracy to abominacja. Martwi mnie to, że nawet partie mieniące się postępowymi, europejskimi, dotąd publicznie i głośno nie nazwały tej bzdury po imieniu. Wzrost dzietności jest Polsce bardzo potrzebny ze względów ekonomicznych i społecznych, ale jak uczą przykłady Francji i Szwecji, krajów, w których dzietność ostatnimi laty rośnie, sukces można osiągnąć ułatwiając młodym kobietom powrót do pracy, nie zaś próbując je zamknąć pomiędzy domem a piaskownicą.