Kategorie: Wszystkie | Edukacja | Fizyka | Kryzys | Literatura | Muzyka | Polityka | Rozmaitości
RSS
poniedziałek, 26 marca 2012

Jeśli wierzyć sondażom, jestem w mniejszości. Popieram podniesienie wieku emerytalnego do 67 lat.

To, że za 10 czy kilkanaście lat liczba osób zdolnych do pracy zmniejszy się wyraźnie w stosunku do stanu dzisiejszego, to nie są żadne prognozy. To jest fakt. Ludzie, którzy wtedy będą pracować, już się urodzili i w żaden cudowny sposób ich nie przybędzie, a ubytek siły roboczej jakoś trzeba będzie zrekompensować. Przekonująco pisze o tym Krzysztof Łoziński.

Gdy Bismarck (sic!) ustalił wiek emerytalny na 65 lat, naprawdę chodziło o to, żeby starcy stojący nad grobem nie musieli już pracować - średnia długość życia mężczyzn w Prusach wynosiła wówczas 63 lata. Średnia długość życia rośnie - i bardzo dobrze! - a wiek emerytalny nie. Dzisiejsi emeryci pobierają swoje świadczenia dłużej, niż ich rodzice i dziadkowie, a proces ten będzie postępował. Jeśli zachowamy obecny system, to, wobec kurczącego się zasobu siły roboczej, albo przyszłe świadczenia będą żałośnie niskie, albo obciążenia pracujących będą absurdalnie wysokie. Może to doprowadzić do poważnych napięć społecznych: mniej liczni pracujący po prostu nie będą chcieli tak wiele płacić na emerytów. W interesie przyszłych emerytów leży więc to, aby do takiej sytuacji nie dopuścić.

Wydaje mi się, że proponowana reforma jest źle prezentowana. Podniesienie wieku emerytalnego nie ma nastąpić natychmiast. Wiek emerytalny będzie podnoszony stopniowo i osiągnie 67 lat dla mężczyzn w październiku 2020, a dla kobiet dopiero w październiku 2040. Wszystko jest wyraźnie i klarownie rozpisane w tej pouczającej tabeli. Tymczasem ludzie protestują tak, jakby zły Tusk chciał zmuszać do pracy do 67. roku życia także tych, którzy według obecnych przepisów mieliby przejść na emeryturę powiedzmy za rok albo zgoła - cóż za zgroza! - odebrać emerytury tym, którzy już je pobierają, a nie mają jeszcze 67 lat. Na wszystkie pokazywane w mediach protesty osób w wieku (około)emerytalnym trzeba łagodnie odpowiadać "państwa to nie dotyczy". I trzeba to powtarzać w kółko, w kółko i w kółko. Cierpliwie, głośno i wyraźnie.

Związki zawodowe i politycy opozycji, od Millera po Kaczyńskiego, oczywiście rozumieją zasady proponowane przez Tuska, ale nie dość, że nie chcą ich nikomu tłumaczyć - zgoda: nie muszą - to cynicznie wykorzystują lęki i nieświadomość osób, które teraz, niewiele przed oczekiwaną emeryturą, całkiem niesłusznie czują się przez reformę zagrożone.

W myśl proponowanej reformy na emeryturę w wieku 67 lat przejdą dopiero te kobiety, które teraz mają lat 38 i mniej. Ciekawe, że protestów ze strony tej grupy raczej nie słychać.

Trzeba jednak uczciwie przyznać, że samo podniesienie wieku emerytalnego nie wystarczy. Zmienić się będzie musiał rynek pracy. Konieczność pracy do 67. roku życia nie oznacza konieczności pracy na tym samym stanowisku - zgoda, ale muszą powstać miejsca pracy dla osób 60+ (Polska ma obecnie problemy z tworzeniem miejsc pracy dla osób o dziesięć lat młodszych!), być może zdolnych do pracy tylko w niepełnym wymiarze. Być może ludzi trzeba będzie do takiej pracy przeszkolić, a będą to musiały być zupełnie inne szkolenia, niż te obecnie proponowane. Zmienić się będzie musiała opieka zdrowotna, zasady przyznawania rent dla tych, którzy naprawdę pracować nie mogą, ale zmienić się też musi podejście do przestrzegania higieny pracy, BHP, unikania zagrożeń przez tych, którzy pracują. Postęp techniczny i globalizacja, które teraz szkodzą, bo powodują utratę dobrze płatnych miejsc pracy w przemyśle, będzie z jednej strony działał na korzyść, gdyż będzie zmniejszał zapotrzebowanie na ciężką, wyniszczającą pracę fizyczną, ale z drugiej będzie rodził kolejne wyzwania, bowiem dla osób, które stracą taką pracę nie osiągnąwszy wieku emerytalnego, trzeba będzie znaleźć jakąś inną pracę. (Wracając na chwilę do tekstu Łozińskiego, ubytek PKB spowodowany ubytkiem rąk do pracy można także zrekompensować przez wzrost wydajności - i oby tak się stało, wszyscy będziemy wówczas bogatsi, ale na miejscu rządzących nie opierałbym o to polityki społecznej na najbliższe dwadzieścia kilka lat.) O tym wszystkim się nie mówi, a bez tych zmian reforma się nie powiedzie.

Należy także zlikwidować przywileje dla tych grup, które obecnie je mają, w tym dla mundurowych, sędziów i prokuratorów, górników. Te zawody powinny być odpowiednio wynagradzane, a więc te wszystkie osoby powinny płacić proporcjonalnie wysokie składki emerytalne, ale nie widzę powodów, dla których reszta pracujących i podatników miałaby do nich coś ponad to dokładać. Zupełnie nie przekonuje mnie argument o "ochronie praw nabytych". Prawem nabytym jest emerytura, którą już ktoś - niechby nawet agent Tomek - pobiera, ale nie obietnica przyszłej emerytury. Nie widzę przeszkód, aby przywileje usuwać stopniowo także już obecnie pracującym wojskowym, sędziom itd - na przykład nakładać na nich obowiązek płacenia składek w takim tempie, w jakim podnoszony będzie wiek emerytalny.

Osobną kwestią jest obecny kryzys w stosunkach PO z PSL. Wielu komentatorów twierdzi, że to jest tylko gra, że Pawlak, w zamian za poparcie, liczy na umorzenie wielomilionowego długu, jaki PSL ma wobec Skarbu Państwa - to możliwe, ale takie ustępstwo ze strony Tuska i Rostowskiego to byłby skandal, klasyczna i niewybaczalna korupcja polityczna - lub też że Pawlak chce się pokazać jako "twardziel" przed nadchodzącymi wyborami prezesa PSL. Skłaniam się do tej drugiej opinii. Pawlak ustąpi, ale Platforma zgodzi się na jakieś jego postulaty. Najprawdopodobniej na pewne przywileje dla kobiet. Postulat, aby kobietom jakoś zrekompensować czas, w którym nie pracowały, ale zajmowały się dziećmi, jest społecznie (choć pewnie nie fiskalnie) racjonalny. Kobiety, które będą w przyszłości szły na urlopy wychowawcze, mogłyby mieć składki emerytalne płacone z budżetu państwa (nb, to samo powinno dotyczyć mężczyzn biorących urlopy wychowawcze!), a tym, które urlopy wychowawcze wykorzystały w przeszłości, ZUS mógłby podnosić "kapitał początkowy", w proporcji takiej, w jakiej obejmie je podwyższenie wieku emerytalnego. Nie byłaby więc to "premia za urodzenie dziecka", ale rekompensata zarobków utraconych na skutek przebywania na urlopie wychowawczym.

Byłem wczoraj na koncercie pieśni wielkopostnych, Crux Fidelis. Śpiewał zespół Perfugium, półamatorski, ale naprawdę dobry. W programie trochę chorałów i muzyki renesansowej, ale przede wszystkim piękne polskie pieśni pasyjne, które w większości znałem - z mniej lub bardziej (na ogół bardziej) kaleczonych wykonań w kościołach. Dla wielkiej części - większości? - Polaków nabożeństwa stanowią jedyną okazję do kontaktu z żywą muzyką. Dlaczego księża, organiści, osoby prowadzące rozmaite kościelne schole, tak źle traktują muzykę? Dlaczego Polakom słoń nadepnął na ucho?

Wczoraj, w prawie godzinnym programie, zespół bardzo dobrze wykonał kilka trudnych hymnów, w tym Vexilla Regis, hymn napisany na uroczystość sprowadzenia relikwii Prawdziwego Krzyża do Francji. Mnie jednak najbardziej wzruszyła przepiękna (i szczególnie boleśnie maltretowana w kościołach) pieśń Krzyżu święty nade wszystko. Ci, którzy nic z niej nie rozumieją, używają jej jako kanonicznego przykładu na perwersję katolicyzmu. Nic podobnego, ale atakowanie katolicyzmu jest teraz modne. (Nie protestuję przeciwko krytykowaniu hierarchii i kościelnych instytucji, bo sobie na to zasłużyły.)

Muszę powiedzieć, że mnie wczorajszy koncert zbudował - że im się chce, że się starają i że tak dobrze im to wychodzi. Linkuję powyżej Vexilla Regis w wykonaniu Ensemble Organum, ale wczorajsze Perfugium wcale nie było gorsze! 

piątek, 16 marca 2012

Przeczytałem dziś, że arcybiskup Cantenbury, Rowan Williams, ogłosił swoją rezygnację. Oficjalnie Williams chce zająć się pracą naukową, w rzeczywistości jednak był atakowany i przez kościelnych liberałów, i przez konserwatystów. Powiada się, że Williams, choć światły, wykształcony, wybitny kaznodzieja, nie poradził sobie z problemami, jakie trapią Kościół anglikański.

Brytyjska prasa spekuluje, kto mógłby zostać następcą Williamsa. Najpoważniejszym kandydatem wydaje się druga osoba w hierarchii, arcybiskup Yorku, John Sentamu.

Abp John Sentamu

John Sentamu jest pierwszym czarnoskórym arcybiskupem w Kościele Anglii. Urodzony w Ugandzie, skończył tam prawo, najpierw praktykował jako adwokat, później został sędzią. Skonfliktował się z ówczesnym reżimem i w latach '70 przybył do Wielkiej Brytanii jako uchodźca polityczny. Zrobił w Cambridge doktorat z teologii i został anglikańskim księdzem, potem biskupem  pomocniczym Londynu, biskupem Birmingham, wreszcie arcybiskupem Yorku.

Senatmu mówi o sobie, że nie jest arcybiskupem Yorku (archbishop of York), lecz arcybiskupem dla Yorku (archbishop for York). Jest znany z wielu głośnych wypowiedzi. Uważa, że więźniowie Guantanamo traktowani są w sposób nieludzki, a jednocześnie wspiera brytyjskich weteranów wojny w Afganistanie i rodziny poległych żołnierzy. Wykonał pokazowy skok na spadochronie dla celów charytatywnych, ale odrzuca publiczną rolę celebryty. Krytykuje Roberta Mugabe, potępia wszelkie formy rasizmu (już będąc biskupem, sam był obiektem rasistowskich ataków), uważa, że brytyjscy chrześcijanie traktowani są niesprawiedliwie w swoich miejscach pracy, nie potępia tego, że młodzi ludzie mieszkają ze sobą przed ślubem, posługując się przykładem księcia Williama i Kate Middleton. O homoseksualistach mówi, że

the Anglican communion is committed to recognising that gay people are valued by God

ale sprzeciwia się małżeństwom homoseksualistów (nie sprzeciwia się temu, co w polskiej terminologii nazywa się związkami partnerskimi). Potępia spekulacje finansowe. Broni prawa Kościołów do prowadzenia szkół. Na jego ingresie w Yorku były afrykańskie tańce i śpiewy, a sam arcybiskup zagrał na bębnach. Słowem, prezentuje taką mieszankę modernizmu i tradycjonalizmu, która bardzo odpowiada moim gustom.

Najbardziej jednak - on, Ugandyjczyk - ujął mnie tą wypowiedzią:

“Multiculturalism has seemed to imply, wrongly for me, let other cultures be allowed to express themselves but do not let the majority culture at all tell us its glories, its struggles, its joys, its pains” [...] He described English culture as rooted in Christianity and, in spite of attempts by secularists to marginalise it, the Church still had a central role to play. “I think the Church in many ways has to be like a midwife, bringing to birth possibilities of what is authentically very good in the English mind.”

Bardzo ciekawa postać. Szkoda, że w Polsce nie mamy takich biskupów.

niedziela, 11 marca 2012

Podobno są ludzie, którzy czytają prawicową publicystykę dla rozrywki. Ja do nich nie należę, ale znajomy polecił na fb tekst z portalu niezalezna.pl. Wiem dobrze, że "prawicowcy" uważają, że wolnej Polski nie ma, żyjemy rosyjsko-niemieckim kodominium, a kto nie wyznaje religii smoleńskiej, nie ma prawa uważać się za Polaka (zobacz także Polak mały). Wiem o tym, jednak każde zetknięcie z takimi poglądami wywołuje u mnie uczucie zdumienia i zażenowania, większego nawet niż oburzenie, że głosiciele tych idei uzurpują sobie prawo do decydowania, kto należy do wspólnoty narodowej.

Autor omawianego artykułu stwierdza, że otacza go

obcy żywioł: ludzie oderwani od polskości.

Muszę przyznać, że jest to spójne z oficjalnie i całkiem na serio głoszonym programem PiS. W PiSowskim Raporcie o stanie Rzeczypospolitej czytamy, że rządy Kaczyńskiego były

syntezą dwóch projektów. Pierwszy dotyczył Narodu jako realnej wspólnoty połączonej więzami języka i – szerzej – całego systemu semiotycznego, kultury, historycznego losu, solidarności. Dzięki temu jednostka mogła się odnaleźć jako człowiek, jej życie nabierało sensu, a poprzez mechanizm demokratyczny państwa narodowego zyskiwałateż podmiotowość we wspólnocie.

Innymi słowy, naród jest nadrzędny, pierwotny, bez niego nie można zyskać pełni człowieczeństwa. Kto jest "oderwany od polskości", jest właściwie godzien współczucia, ale autor artykułu z niezależnej odczuwa raczej wzgardę. Na ironię zakrawa fakt, że choć "prawicowcy" nigdy nie wybaczyli Szymborskiej jej wierszy z czasów stalinizmu, współczesne sentymenty "prawicowe" doskonale oddaje Gawęda o miłości ziemi ojczystej (1954):

Jakiej miłości brakło im,
że są jak okno wypalone,
rozbite szkło, rozwiany dym,
jak drzewo z nagła powalone [...]

Wracając do niezależnej, czytamy tam, że Polska była

dumnym państwem w sercu Europy, o które potykały się imperia.

Bardzo mnie ciekawi, jakie to imperia się o nas potykały, odnoszę bowiem wrażenie, że my za sukces często braliśmy to, że choć kolejni wrogowie chcieli nas zmiażdżyć, myśmy jednak za każdym razem przetrwali, choć na ogół bardzo poturbowani. To prawda, 600 lat temu pokonaliśmy Krzyżaków, ale czy dalej mamy na tym budować naszą tożsamość? Tym bardziej, że nie umieliśmy tego zwycięstwa wykorzystać. 500 lat później, w wojnie 1920 roku, Polska rzeczywiście powstrzymała imperialne plany bolszewików, ale, jak się okazuje, tylko na pewien czas. W dodatku nikt, poza nami, nie dostrzega tego sukcesu, choć to był prawdziwy sukces, bo gdyby rewolucja bolszewicka połączyła się, po trupie Polski, z rewolucją proletariacką w Niemczech, losy Europy mogłyby wyglądać zupełnie inaczej.

Najlepsze na koniec: Autor niezależnej wprost odwołuje się do mesjanizmu:

Nasze uparte trwanie byłoby próżne, gdyby nie miało zmienić oblicza Polski i Europy

Wierzyć mi się nie chce, że ktoś to pisze poważnie, inni zaś to jak najpoważniej czytają. Dawniej Polacy ginęli w źle zorganizowanych, zazwyczaj bezsensownych powstaniach, wznosząc hasło "Za wolność waszą i naszą", teraz prawdziwi Polacy mesjanistycznie 

gromadzą się w umówionym miejscu, najczęściej w salkach parafialnych lub pod pomnikami narodowych bohaterów.

To ci dopiero bohaterska walka. Świat zamiera w zadziwieniu. A to drzewo to pewnie była brzoza.