Kategorie: Wszystkie | Edukacja | Fizyka | Kryzys | Literatura | Muzyka | Polityka | Rozmaitości
RSS
sobota, 30 marca 2013

Wielki Czwartek: program Mater Dolorosa, Les Talens Lyriques, dyrygował Christophe Rousset.

Wielki Piątek: dwie kantaty Bacha i Wielka Msza c-moll Mozarta, Les Musiciens du Louvre Grenoble, dyrygował Marc Minkowski.

Jest coś dziwacznego w koncertach muzyki religijnej. Rozumiem, że można rekreacyjnie słuchać muzyki religijnej - ba, sam to w tej chwili robię (średniowieczne hiszpańskie pieśni maryjne w wykonaniu Jordi Savalla i Hesperiona XX) - ale koncert to jednak coś innego. Muzyka religijna, w zamierzeniu twórców, powinna gromadzić ludzi na wspólnym przeżyciu religijnym, dać im jakiś przedsmak nieba (zawsze próbuję sobie wyobrazić, co mogli czuć ludzie, którzy z brudu, smrodu i okropności bardzo cywilizowanego skądinąd XVIII wieku na chwilę dostali się do świata skończonego piękna), a teraz to już jest głównie rozrywka. Zgoda, także podziw i uniesienie, ale już bez pierwiastka religijnego. Chyba zaczynam brzmieć jak cesarz Józef II, więc chyba lepiej będzie, jeśli zakończę ten wątek.

To, co oprócz religijnego charakteru muzyki, łączyło czwartkowy i piątkowy koncert, to mistrzostwo orkiestr. Les Talens Lyriques skłąda się z muzyków młodych, grających doskonale, ale zarazem nie znużonych muzyką, pełnych świeżości. Bardzo podobało mi się zestawienie chóru z solistów, coś jak u Minkowskiego. Z samych solistów, jak to już wskazywano w innych relacjach, najlepsza była Ann Hallenberg. Dotąd doceniałem warsztat i głos Hallenbreg, ale jakoś mi się ona nie podobała. W czwartek, w lamencie Il piando di Maria Giovanniego Battisty Ferrandiniego, była cudowna. Bardzo dobry był także bas Frederic Caton.

Gdy słuchałem rozpoczynającego koncert Salve Regina Pergolesiego, uświadomiłem sobie, że komentator wb40 miał całkowitą rację, pisząc, iż pieśni religijne, które znamy jako arcydzieła dawnych mistrzów, mają też swoje wersje na koło gospodyń wiejskich i orkiestrę strażacką.

W piątek koncert był mistrzowski od pierwszego do ostatniego dźwięku. Dwie znakomite kantaty Bacha, muzyka doskonała pod każdym względem, a po przerwie Wielka Msza c-moll Mozarta - utwór niedokończony, ale wielki i tak kunsztowny, że aż dziw bierze, że nie razi swoją złożonością. Przypomina mi się dialog z Amadeusza Milosa Formana:

- Za dużo nutek!

- Nie, Najjaśniejszy Panie, nut jest dokładnie tyle, ile trzeba.

Coś mnie dzisiaj ten Józef II prześladuje.

Jak powiadam, wykonanie było pod każdym względem doskonałe, ale duńska sopranistka Ditte Andersen była pośród solistów najdoskonalsza z doskonałych. A, i Clotilde Guyon na kontrabasie!

Z ciekawostek dodam, że w trakcie koncertu zepsuły się organy. A rano w Krakowie była śnieżyca, dzieci jeździły na sankach.

środa, 27 marca 2013

Claudio Monteverdi, L'Orfeo, La Venexiana, chór Capelli Cracoviensis, dyrygował Claudio Cavina.

Swego czasu, pisząc o Teatro d'Amore Christiny Pluhar, stwierdziłem, że Monteverdiego nie trzeba grać na klęczkach, można też szukać nowych znaczeń, nowych interpretacji. Otóż dzisiejsze wykonanie było nie tylko na klęczkach, ale w prochu i pyle, w całkowitej pokorze wobec geniuszu Monteverdiego

Mówi się, że Orfeusz to pierwsza opera. Cóż, bardzo temu dziełu daleko do tego, co my dziś rozumiemy przez operę, ale właśnie dlatego, że Monteverdi wymyślał zupełnie nową formę. Słychać tam wciąż wiele z madrygałów - na przykład w duecie pasterzy Chi ne consola - a że dużych fragmentów, na przykład całego prologu i kończącego II akt Ritornello, Monteverdi użył później w swoich niesamowitych Nieszporach, mamy też odniesienia do muzyki religijnej. Nie ma tam żadnych popisów, fajerwerków, "chwalenia się" umiejętnościami technicznymi przez solistów. W ogóle jest to muzyka wybitnie zespołowa, z bardzo znaczącą rolą orkiestry. Czasowo partia Orfeusza jest najdłuższa, ale nie dominuje. Pozostali soliści, nawet jeśli pojawiają się na krótko, są równie ważni. W porównaniu z Orfeuszem, o sto kilkadziesiąt lat późniejsze największe osiągnięcia barokowej muzyki operowej wydają się niemalże wulgarne. 

Jest to więc muzyka wymagająca skupienia. I Cavina, jego niezwykle precyzyjna orkiestra, dobry chór i świetni soliści, skupienie takie wyczarowali. Cała sala trwała w bezruchu, w milczeniu, chłonąc każdy dźwięk. Roberta Mameli jako Muzyka i Eurydyka, śpiewający Orfeusza Anisto Giustiniani i alcistka Marina de Liso jako Posłanka i Nadzieja świetni, pozostali soliści i chór (!) też dobrzy. Cavina bezgłośnie śpiewał całe libretto, jeden z teorbanistów też, pod nosem śpiewał też kornecista Doron Sherwin, a ja się zastanawiałem, czy nie wyjmie przypadkiem ciemnych okularów i nie zaśpiewa tenorem heroicznym, jak to robił na koncertach L'Arpeggiaty. Ale nie, wszystko było bardzo uroczyście i bardzo poważnie.

Jeden minus - aria Charona, a także któryś chór, były zagłuszane przez puzony. No, może w złym miejscu siedziałem.

Dobry koncert. Zupełnie inny niż ten z przedwczoraj, ale naprawdę dobry. Po zakończeniu nie wiedziałem, czy mam klaskać, czy tylko odczuwać dreszcze.

Jednym z najczęstszych zarzutów, jakie stawiane są polskiej nauce, jest to, iż zamyka się ona przed kontaktami z zagranicą. Dużo jest w tym prawdy, zwłaszcza w dziedzinach, w których "lokalność" tematyki stanowi niekiedy alibi dla uprawiania nauki na niskim poziomie. Wielu idzie jednak dalej, próbując wykpić to, że nawet laureat nagrody Nobla, jeśli nie ma polskiej habilitacji, nie może zostać recenzentem polskiego doktoratu - polski doktorat to coś tak niesłychanie prestiżowego, że zwykły Nobel mu nie dorówna. Ostatnio zarzut ten padł na tym blogu i został powtórzony na blogu Kulczyckiego.

Otóż zarzut ten jest nieprawdziwy. Zagraniczni uczeni, nieposiadający polskiej habilitacji lub polskiego tytułu naukowego, mogą być promotorami, a także recenzentami polskich doktoratów i habilitacji.

W obecnym stanie prawnym mówi o tym Art. 20 ust. 8 Ustawy o stopniach naukowych etc:

Promotorem w przewodzie doktorskim oraz recenzentem rozprawy doktorskiej lub członkiem komisji habilitacyjnej może być osoba będąca pracownikiem zagranicznej szkoły wyższej lub instytucji naukowej, niespełniająca wymogów określonych w ust. 6, jeżeli rada jednostki organizacyjnej przeprowadzająca przewód doktorski lub, w przypadku postępowania habilitacyjnego, rada jednostki organizacyjnej, o której mowa w art. 18a ust. 2 lub 3 lub Centralna Komisja, uzna, że osoba ta jest wybitnym znawcą problematyki, której dotyczy rozprawa doktorska lub postępowanie habilitacyjne.

Jak widać, wymagane jest uznanie za "wybitnego znawcę", ale w tym nie ma niczego nadzwyczajnego. Także przy powoływaniu całkowicie polskich profesorów doktorów habilitowanych na promotorów czy recenzentów, Rada Wydziału/Rada Naukowa głosuje nad powołaniem takiej osoby, a więc stwierdza, że jest ona wystarczająco kompetentna do promowania lub recenzowania tej konkretnej pracy. Jak widać, na potrzeby promowania i recenzowania doktoratów, a także uczestniczenia w komisjach habilitacyjnych, ustawodawca całkowicie zrównał uczonych zagranicznych z polskimi samodzielnymi pracownikami naukowymi.

Odpowiedni przepis istnieje od 2003. Poprzednia ustawa, z roku 1990, bezwzględnie wymagała od promotora i recenzenta posiadania polskiej habilitacji lub tytułu naukowego. Opisana na blogu prof. Hamana historia miała miejsce w ostatnich miesiącach działania starej ustawy.

Natomiast zagraniczni "wybitni znawcy", nawet nobliści, nie mogą recenzować polskich wniosków profesorskich. Tytuł naukowy, nadawany uroczyście przez głowę państwa, jest bowiem odpowiednikiem szlachectwa, więc tylko szlachta może w tym brać udział.

Tak więc przepis pozwalający zagranicznym uczonym na promowanie i recenzowanie doktoratów w Polsce istnieje, ale jest słabo znany i rzadko wykorzystywany. Warto istnienie tego przepisu uświadamiać jak największej liczbie osób. Oczywiście w praktyce może on odnosić się do dyscyplin o charakterze "międzynarodowym", takich jak nauki ścisłe, przyrodnicze, część nauk społecznych. Jednak i w tych dyscyplinach nie spodziewam się wysypu recenzentów zagranicznych. Po pierwsze, jakoś nie widzę tabunów uczonych zagranicznych, którzy garnęliby się do recenzowania doktoratów akurat w Polsce. Po drugie, promowanie doktoratów i pisanie recenzji są ważnymi etapami w polskiej karierze naukowej, zwłaszcza po ostatniej zmianie przepisów. Trudno się spodziewać, że możliwość napisania recenzji zostanie "zmarnowana" na uczonego zagranicznego, podczas gdy mogłaby być wykorzystana przez kogoś z Polski, kto myśli o ubieganiu się o tytuł profesora. Koncepcja, że na recenzentów bierzemy zawsze najlepszych specjalistów, bez zwracania uwagi na ich obywatelstwo i afiliacje, jest piękna i pożądana ze względu na dobro nauki, ale cokolwiek naiwna i idealistyczna... 

wtorek, 26 marca 2013

Georg Friedrich Händel, Il trionfo del Tempo a del Disinganno, Roberta Invernizzi, Julia Lezhneva, Sara Mingardo, Krystian Adam Krzeszowiak, Il Giardinio Armonico, dyrygował (i grał na flecie prostym) Giovanni Antonini.

Il trionfo to młodzieńcze oratorium Händla, nie mające właściwie nic wspólnego z jego późniejszymi, wielkimi oratoriami. Nie jest to nawet oratorium w sensie ścisłym, a więc utwór o charakterze modlitewno-religijnym. Jest to moralizatorska opowiastka o tym, że rozkosz i doczesne piękno przemijają, a prawdziwe piękno człowiek winien mieć w duszy. Nuda. Ale jak wykonana!

Szczerze powiedziawszy, nie spodziewałem się niczego nadzwyczajnego, choć byłem ciekaw, jak Lezhneva zaśpiewa arię Lascia la spina. Zaczęło się niewinnie, ale z czasem soliści śpiewali coraz lepiej, orkiestra się też rozkręcała, a od duetu Il voler nel fior degl'anni właściwie mieliśmy fajerwerk za fajerwerkiem. Roberta Invernizzi, jak już kilkakrotnie pisałem, miewa lepsze i gorsze dni. Wczoraj miała wyjątkowo dobry. Lezhneva, która jest wciąż bardzo młoda, 23 lata, ma wspaniałe warunki głosowe, ale widać, że jej technika ciągle się rozwija i nie osiągnęła jeszcze poziomu arcymistrzowskiego. Proszę mnie dobrze zrozumieć: Julia Lezhneva śpiewa lepiej i i ma o wiele lepszą technikę, niż 99,9% procent ludzi, którzy kiedykolwiek myśleli o śpiewie. Teraz chodzi o to, żeby dostać się na poziom 99,99%. Gdy ją pierwszy raz słyszałem na żywo, bardzo mi się podobała, rok temu podobała mi się nieco mniej, ale wczoraj była bardzo, bardzo dobra. Ma jeszcze drobne braki dykcyjne, co słychać była zwłaszcza w szybkiej, przebojowej arii Un pensiero nemico di pace. Technicznie najlepsza i artystycznie najbardziej wysublimowana była wielka alcistka, Sara Mingardo, zwłaszcza w cudownej arii Crede l'uom ch'egli riposi, przy akompaniamencie samego klawesynu i wiolonczeli, z włączającym się z rzadka fletem.

Polski tenor Krystian Krzeszowiak, choć starał się bardzo, był słabszy od śpiewających wczoraj dam. Najsłabiej wypadł kwartet Voglio Tempo per risolvere, gdyż głosy wysokie (Invernizzi, Lezhneva) i niskie (Mingardo, Krzeszowiak) jakoś do siebie nie pasowały. Oba duety - wspomniany już Il voler nel fior degl'anni na głosy wysokie i Il bel pianto dell'aurora che s'indora na niskie - wypadły świetnie, a kwartet nie. Szkoda, gdyż Händel był absolutnym mistrzem operowych form zbiorowych.

Osobna uwaga należy się arii Lascia la spina. Händel był także mistrzem recyklingu i swoje udane pomysły wykorzystywał w kolejnych dziełach, nieco je tylko modyfikując. I tak ta aria zaczęła życie jako sarabanda, taniec (!) w pierwszej operze Händla Almira, królowa Kastylii. W Il trionfo jest już arią, ale najbardziej sławna jest jest trzecia postać, aria Almireny Lascia ch'io pianga z Rinalda. Wczoraj Julia Lezhneva przystąpiła do tej arii nieco spięta, jakby się bała, czy udźwignie ten wielki przebój Cecylii Bartoli, z którą jest porównywana - tym bardziej, że Bartoli nagrywała właśnie z tą orkiestrą i tym dyrygentem, którzy występowali wczoraj w Krakowie. Tak więc Lezhneva zaczęła nieco spięta, ale potem się rozśpiewała, napięcie z niej opadło i zaśpiewała znakomicie, choć publiczność usilnie starała się jej przeszkodzić, zaczynając brawa w nieodpowiednim momencie.

Julia Lezhneva była wczoraj ubrana w jakiś idiotyczny żupanik i to była chyba najsłabsza część wczorajszego przedstawienia. Bardzo dobry koncert!