Kategorie: Wszystkie | Edukacja | Fizyka | Kryzys | Literatura | Muzyka | Polityka | Rozmaitości
RSS
sobota, 24 kwietnia 2010

1. Wstyd mi. Wstyd mi, bo nie odczuwam wstydu z powodu tego, co pisałem, mówłem i myślałem o Lechu Kaczyńskim. Media, publicyści - i to nie tylko persony pokroju Marcina Wolskiego czy Zdzisława Krasnodębskiego - i część polityków usiłowały nam wmawiać, żeśmy Lecha Kaczyńskiego skrzywdzili. Jan Rokita pozwolił sobie nawet na stwierdzenie, że

Dla grupy fundamentalnych przeciwników Kaczyńskich te wszystkie kondukty, tłumy, wojska, rogatywki, płacze i świece były irytujące, ale tolerowane ze względu na wyrzuty sumienia. Lecha Kaczyńskiego jego przeciwnicy traktowali nikczemnie, nie ulega to dla mnie żadnej wątpliwości. Od czasów endeckiej nagonki na Narutowicza nie było takiej sytuacji.

Niesłychane. Rokita stawia tu paralelę pomiędzy naszymi dwoma prezydentami, którzy, krytykowani za życia, zmarli śmiercią gwałtowną w takcie sprawowania urzędu. Stąd tylko krok do stwierdzenia - ciekawe, czy Rokita zdaje sobie z tego sprawę - że śmierć Lecha Kaczyńskiego, podobnie jak śmierć Gabriela Narutowicza, była wynikiem zbrodniczego spisku przeciwników.

A minister Zdrojewski na pogrzebie Janusza Kurtyki stwierdził, że zmarłemu prezesowi IPN należy się "wielokrotne przepraszam".

Otóż nie. Nie mam wyrzutów sumienia. Nie wstyd mi. Nie mam za co przepraszać. O Lechu Kaczyńskim pisałem (głównie na forach, bo w tym blogu tylko raz, i to w tonie, który samego mnie zdziwił), przede wszystkim zaś myślałem to, co myślę nadal: Że w ostatnich latach był nieudanym politykiem, szkodliwym dla Polski, narzędziem w ręku swego brata, że mimo przymiotów osobistych, w życiu publicznym zachowywał się małostkowo, kierując się kompleksami i osobistymi ambicjami. Nie używałem inwektyw, nie pisałem o "kaczorach" i "kartoflach", czułem zażenowanie słysząc o "irasiadach" i "borubarach", nie pomawiałem tragicznie zmarłego prezydenta o złe intencje - przeciwnie, sądzę, że głównym motywem jego postępowania był autentyczny patriotyzm, tyle tylko, że takie rozumienie patriotyzmu jest mi obce. Prezydenturę Lecha Kaczyńskiego oceniam zdecydowanie źle. O Januszu Kurtyce nie pisałem bodajże nigdy, ale w myślach podzielałem to, co mówili o nim jego krytycy: że zapewne powodowany jak najlepszymi intencjami, problem zdemaskowania agentów przedstawiał jako najważniejsze wyzwanie stojące przed Polską, że uwierzył, iż esbeckie teczki kryją samą prawdę, że nie zauważał, iż teczki bywały de facto używane do eliminowania przeciwników, nie tylko politycznych. I nie wstydzę się moich myśli i moich ocen, chociaż podobno powinienem.

Tuż po katastrofie pod Smoleńskiem obyczaj nakazywał mówić o Lechu Kaczyńskim dobrze. Media pomijały więc oceny polityczne i gafy tragicznie zmarłego prezydenta, pisały zaś o tym, że Lech Kaczyński był w życiu prywatnym ciepły i ujmujący, że miał wspaniałą żonę, że razem tworzyli bardzo udane małżeństwo, że Lech Kaczyński był wielkim patriotą. Tak, o Lechu Kaczyńskim-człowieku można powiedzieć dużo dobrego, choć o Lechu Kaczyńskim-polityku dużo zlego. Jednak, jak przytaczano przy okazji afery Leppera, Kaczmarka i Krauzego, Lech Kaczyński powtarzał Proszę pamiętać, że mój brat to nie ja.

2. Samotność Jarosława. Jarosława Kaczyńskiego od pewnego czasu uważam za najgroźniejszą postać polskiej polityki. I teraz ta postać musi być potwornie samotna. Jarosław mógł rozmawiać tylko z bratem. Pomniejsi działacze mogli być wykonawcami woli, mogli mieć nawet samodzielne pomysły taktyczne, ale nie byli godni rozmawiać z prezesem o strategii, o celach dalekosieżnych, o rozumieniu polityki. Gdy Ludwikowi Dornowi wydało się, że on jest godzien, szybko został z PiS usunięty. Teraz, gdy Lecha zabrakło, Jarosław nie ma już z kim rozmawiać, może jedynie dyktować swoją wolę. Nie przyjmie bona fide żadnej krytyki, żadnych wezwań do zastanowienia się. Lech był o wiele bardziej zbliżony do realnego życia, niż Jarosław. Mitygował brata. Gdyby Jarosław miał wrócić do przywódczych stanowisk w państwie, jego samotność, alienacja, zapieczenie się w bólu, fiksacja na politycznych urojeniach, mogą być groźne dla nas wszystkich.

3. Milczenie Jarosława. Jarosław Kaczyński od tragicznje śmierci swojego brata właściwie milczy. Owszem, dwukrotnie, zmieniony na twarzy, przemówił na pogrzebach ofiar katastrofy, a na pogrzeb Alaksandra Szczygły przysłał kuriozalny list. List, celnie skomentowany przez Ewę Milewicz, pobrzmiewa najlepszym stylem Jarosława. Coś w nim jednak zgrzyta. Trudno mi uwierzyć, aby Jarosław Kaczyński nie w improwizowanym przemówieniu, ale na piśmie, robił takie błędy, jak "wrócimy do Polski".

Jarosław Kaczyński strasznie cierpi. Wierzę w to, co mówił Adam Bielan, że w Smoleńsku Jarosław powiedział Moje życie się skończyło, następnego zaś dnia Ja już nie będę miał gorszego dnia w życiu. Śmierć ukochanego brata, śmierć brata-bliźniaka, a więc osoby, która była zawsze, bez której świat jest po prostu niewyobrażalny, to musi być potworność. Potworność tym większa, że nie ma innej bliskiej osoby - żony, dziecka - która mogłaby spróbować ukoić ból. Jest tylko stara matka, chora, której nawet nie można powiedzieć o śmierci brata, bo ta wiadomość by ją zabiła. Jarosław długo, bardzo długo klęczący przed trumną brata w katedrze św. Jana, był bardziej ludzki, niż kiedykolwiek przedtem.

Nie popadajmy jednak w przesadę. Jan Rokita we wspomnianym wywiadzie nazywa Jarosława Kaczyńskiego Hiobem polskiej polityki i pisze, że

Skala nieszczęść prywatnych, które na niego spadły, przekracza ludzkie wyobrażenie

Śmierć najbliższego człowieka to straszna tragedia. Ból po takiej stracie może zmiażdżyć, może utrzymywać się przez całe lata. Ale nie jeden Jarosław Kaczyński tego doświadczył. Cierpienia po stracie najbliższych doświadczały już, doświadczają i, niestety, doświadczać będą miliony osób. Miliardy.

Cóż zatem z milczenia Jarosława wynika? Jeszcze nie wiadomo. Wiele jednak wskazuje na to, że ruchy polityczne wykonują teraz PiSowscy spin-doktorzy i działacze niższego szczebla, w dodatku ci pozostający ostatnio na uboczu (ci, którzy byli blisko braci Kaczyńskich, polecieli z prezydentem). Przypuszczałem, że na pomysł wawelskiego pochówku brata wpadł sam Jarosław, cały czas snujący diaboliczne plany how to conquer the world lub choćby tylko Polskę. Ale nie, Jarosław ten pomysł tylko "zatwierdził" (co nie zwalnia go z moralnej odpowiedzialności), wymyślili zaś pomniejsi działacze PiSu. Ks. Sowa dziś w telewizorze mówił, że jeden z prezydenckich ministrów był na rozmowie u kardynała Dziwisza już w dzień po katastrofie, w niedzielę 11 kwietnia! (Jeśli to prawda, burzy to nieco konstrukcję wywodów Rokity.) Zatem nie tylko Marta Kaczyńska, ale i Jarosław był zdruzgotany. Teraz PiS ma problem z kandydatem na prezydenta. Jedynym możliwym jest Jarosław Kaczyński. Spin-doktorzy to wiedzą, wiedzą też, że bez startu Jarosława w tych wyborach, PiS po prostu przestanie istnieć, jeśli zaś Jarosław wystartuje, to może nawet wygrać. A gdyby nie wygrał, odbuduje pozycję i notowania PiSu. Ale może to zrobić tylko i wyłącznie Jarosław Kaczyński, jedyny godny następca najwybitniejszego prezydenta wolnej Polski. Dlatego działacze na siłę wpychają Jarosława w kampanię prezydencką. Walczą o swoje polityczne przetrwanie. Takie przynajmniej odnoszę wrażenie. Ale Jarosław milczy.

Możliwe wszakże, że wszystko to jest ukartowane: demoniczny Jarosław cały czas wszystkim steruje, listy, które obywatele ślą do Jarosława, prosząc go o udział w wyborach, mają sprawić wrażenie, że Jarosław, decydując się w ostatniej chwili na udział w kampanii, poświęca się dla Polski. No i jak tu takie poświęcenie odrzucić?

Jeśli więc kiedyś okaże się, że wszystko jest reżyserowane, że Jarosław jest tak demoniczny, jak to podejrzewałem, nie zdziwię się. Jeśli Jarosław, mimo autentycznego cierpienia, da się nakłonić do udziału w wyborach i ruszy do walki być może z jeszcze większym ogniem, jeszcze większą determinacją, niż kiedykolwiek wcześniej, zrobi to, czego wszyscy, łącznie ze mną, się po nim spodziewają. Ale jeśli Jarosław Kaczynski ugnie się pod cierpieniem, nie wystartuje w wyborach, przedłoży własne człowieczeństwo ponad polityczny sukces swoich zwolenników, zaimponuje mi.

piątek, 16 kwietnia 2010

Dawno, dawno temu, za komuny, gdy byłem jeszcze w liceum, na pewnej lekcji nie potrafiłem wymienić tytułu aktualnej uchwały Plenum KC PZPR. Nauczyciel nie dość, że mi postawił pałę, co mnie nie zdziwiło ani nie zmartwiło, publicznie, przy całej klasie, zaczął powątpiewać czy "mam prawo nazywać się Polakiem". Mój przyjaciel Grześ pewnie potwierdzi, gdyż obaj zostaliśmy tak potraktowani.

Wtedy więc po raz pierwszy odmówiono mi polskości. Bardzo mnie to poruszyło i nigdy tego draniowi-nauczycielowi nie zapomniałem. Potem odmawiano mi polskości wielokrotnie, ale, by tak rzecz, anonimowo: albo zbiorowo, jako zwolennikowi pewnej partii politycznej, albo jako uczestnikowi różnych dyskusji politycznych, ale ponieważ robiły to osoby zupełnie mi obce, dla których ja byłem albo nieznaną twarzą, albo nieznanym nickiem, nie przejmowałem się przesadnie. Dzisiaj jednak spotkała mnie prawdziwa przykrość.

Wczoraj władze pewnej organizacji, do której należę głównie dlatego, że organizacja ta swego czasu okazała mi dużą pomoc i głupio mi było ją porzucić, wydała i rozesłała e-mailem swoim członkom następujące oświadczenie:

Z niepokojem obserwujemy protesty związane z decyzją kardynała Dziwisza i wladz państwowych o pochowaniu prezydenta Kaczyńskiego i jego żony na Wawelu. Lech Kaczyński był wybitnym działaczem NSZZ Solidarność, ruchu społecznego, który przeorał historię Polski. Był najwybitniejszym prezydentem wolnej Polski. Zginął tak jak żył - jak strażnik narodowej pamięci, u wrót Katynia. Naszym zdaniem Wawel to właściwe miejsce pochówku Prezydenta Lecha Kaczyńskiego i Prezydentowej Marii Kaczyńskiej.

Odpisałem głównemu autorowi oświadczenia i zarazem szefowi organizacji, z kopią do wszystkich adresatów, tak oto:

[Kierownictwo organizacji] ma prawo do swojego zdania, jednak ja tego zdania nie podzielam. I prywatnie, i jako obywatel, ale nie jako członek [organizacji], uważam, że decyzja o pochowaniu tragicznie zmarłej pary prezydenckiej na Wawelu jest niewłaściwa. Moim zdaniem [organizacja] w ogóle nie powinnna się w tej sprawie wypowiadać.

Kilkanaście minut później zobaczyłem adresata mojego listu na korytarzu. Ten na mój widok zawahał się, podszedł do mnie i powiedział "Rozumiem, że na następną kadencję wybierzecie inne [władze organizacji]". Uśmiechnęliśmy się do siebie i poszliśmy, każdy w swoją stronę. Ja wiem, że tamten człowiek, profesor nadzwyczajny, ma poglądy, jakie ma, on też wie, że ja mam inne. Ja nie mam problemu z nim, on ze mną. Ale dziś rano dostałem list, który inny profesor, zwyczajny, rozesłał do wszystkich adresatów pierwotnego oświadczenia:

Oswiadczenie jest znakomite.
O pewnych rzeczach po prostu nie wypada dyskutowac jesli sie jest Polakiem. Mozna sie tylko dziwic tym z Panstwa, ktorzy to robia.

Autor bez wątpienia pił do mnie, więc natychmiast mu odpisałem (kolejne listy były prywatne, bez kopii do pozostałych adresatów)

Panie Profesorze, z całym szacunkiem, nie życzę sobie, aby Pan lub ktokolwiek inny kwestionował moją tożsamość narodową.

Odpowiedź przyszła taka:

Na pewno to co Pan napisal bylo niepotrzebne.
Przykro mi, ale wyciagnal Pan prawidlowy wniosek.

Lekko mnie zmroziło, zapytałem się więc

Chcę mieć pewność, że dobrze Pana rozumiem: Czy Pan explicite odmawia mi prawa do bycia Polakiem?

No i dostałem taki list:

Szanowny Panie Pawle,
Ja podalem tylko ogolna zasade. To co napisalem oznacza tyle:
Polakiem nie wystarczy sie urodzic, trzeba rowniez miec postawe, ktora jest tego godna, ze sie jest Polakiem. Nie jest to latwe. To Pan musi sobie sam na to pytanie odpowiedziec, czy ma Pan taka, nie ja. Natomiast jesli Pan wogole tym pisze, to znaczy, ze ma Pan jednak jakies watpliwoscie w tej sprawie.

Autorem tych słów jest profesor zwyczajny na naszym Wydziale, człowiek o naprawdę dużym dorobku naukowym, który znaczną część swojego życia zawodowego spędził poza Polską, schludny, grzeczny i uprzejmy, człowiek, którego znam od wielu lat, który mnie uczył, którego lubiłem i który mnie też lubił. Facet wiedział do kogo pisze, to nie było skierowane do anonimowej osoby, tylko do mnie osobiście. Czuję się znieważony.

Bodzio mówi, żebym się nie przejmował. Emocje szybują tak wysoko, że ludzie nie wiedzą co mówią.

wtorek, 13 kwietnia 2010

Kardynał Dziwisz ogłosił, że tragicznie zmarła para prezydencka, Lech i Maria Kaczyńscy, zostaną pochowani w krypcie Piłsudskiego na Wawelu.

Cóż miałoby przemawiać za pochówkiem na Wawelu? Ano, nic. Kaczyński urodził się w Warszawie, mieszkał przez znaczną część życia w Warszawie, podkreślał swoje związki z Warszawą - ojciec powstaniec warszawski, żoliborska inteligencja, IBL, Uniwersytet - był prezydentem Warszawy. Z Krakowem nie łączyło go nic szczególnego. Ba, gdy kilka tygodni temu radni PiS zabiegali o przyznanie Lechowi Kaczyńskiemu honorowego obywatelstwa Krakowa, inicjatywa ta spotkała się ze sporym sprzeciwem (prezydent, wykazując sporą klasę, z zabiegów polecił wówczas zrezygnować). A teraz Wawel? Krypta Piłsudskiego?

Tragicznie zmarłemu prezydentowi należy się szczególny szacunek, bo oprócz żalu po człowieku, okazuje się szacunek jego wyborcom, szacunek dla faktu, iż Lech Kaczyński był ważnym przywódcą politycznym, wreszcie szacunek dla urzędu, a więc, pośrednio, dla nas wszystkich. Należy się więc pogrzeb ze wszystkimi honorami, z ceremoniałem wojskowym, salwami armatnimi, pogrzeb w jakimś zaszczytnym miejscu Warszawy, w Alei Zasłużonych na Powązkach lub w krypcie prezydenckiej w Archikatedrze św. Jana. Ale nie Wawel. Wawel to miejsce symboliczne, nekropolia królów i bohaterów.

Ogłaszając decyzję o pochówku na Wawelu, kardynał powiedział, że

Ta decyzja powinna nas łaczyć. Wszystkich.

Guzik prawda. Ta decyzja dzieli. Nieuchronnie stawiane są pytania o bilans tej prezydentury, o to, czy zmarły prezydent na pochówek na Wawelu zasługuje. Emocje rosną. I cały podniosły nastrój żałoby po prezydencie diabli wzięli.

I dzięki komu to wszystko? Dzięki "rodzinie", ktora sobie "zażyczyła" (odkąd to jakaś rodzina może "zażyczyć sobie" pochowania krewnego na Wawelu?). "Rodziną" jest Jarosław, bo przecież nie nieszczęsna córka pary prezydenckiej, Marta, która wygląda na osobę całkowicie zdruzgotaną śmiercią rodziców. Jarosławowi chodzi o symboliczne zrównanie Lecha Kaczyńskiego z Sikorskim, Piłsudskim. Uważam to za uzurpację. Oburzającą uzurpację. Brak taktu i wyczucia. Wyraz pychy. Nie ze strony zmarłego Lecha czy jego córki, ale ze strony Jarosława Kaczyńskiego, tej najbardziej złowrogiej postaci polskiej polityki.

Jarosławowi znów się udało. Udało mu się to, co udawało mu się zawsze: Podzielił społeczeństwo i znów coś zburzył, tym razem poczucie wspólnoty, jakie budowało się po tragicznej śmierci prezydenta, jego żony i tylu innych osób. Wiadomo było, że poczucie to nie będzie trwałe - ale żeby było aż tak krótkie? Do tego potrzba było geniusza destrukcji. Na szczęście mamy Jarosława.

drakaina, pytałaś w komentarzu kiedy upływa karencja na nihil nisi bene. Odpowiem ci: Teraz. Dzięki Jarosławowi Kaczyńskiemu.

niedziela, 11 kwietnia 2010

Proszę mnie dobrze zrozumieć: Nie chcę być cyniczny. Staram się oddzielić żal po Lechu Kaczyńskim jako człowieku, żal, jaki wiele osób odczuwa po stracie Kaczyńskiego jako przywódcy politycznego, żal po stracie wszystkich innych osób, które zginęły w katastrofie pod Smoleńskiem, wielką stratę dla państwa, jaką jest gwałtowna śmierć urzędującego prezydenta, tym bardziej zaś śmierć nie tylko prezydenta, ale też tylu innych pełniących rozmaite funkcje osób, wzruszenie, jakie wywołują wszystkie okoliczności tej tragedii, podniosły nastrój podkreślany ceremoniałem wojskowym - od mojej oceny prezydentury Kaczyńskiego, jak wiadomo, negatywnej.

Wiem, że mimo powyższych zastrzeżeń, to, co napiszę, zabrzmi cynicznie. Otóż myślę, że nagła śmierć w tym momencie prezydentury to była najlepsza rzecz, jaka mogła się Lechowi Kaczyńskiemu przydarzyć. Los oszczędził mu upokorzenia i goryczy porażki w wyborach. Zapamiętany zostanie nie jako bardzo niedobry prezydent, ale jako prezydent, który zginął tragicznie. Śmierć Lecha Kaczyńskiego na chwilę pozwoliła ludziom poczuć się razem, chwilowo porzucić wszystkie codzienne, gorszące spory - czasami o rzeczy drugorzędne, niekiedy o bardzo ważne, ale nieodmiennie prowadzone w fatalnym stylu. Śmierć Kaczyńskiego chwilowo zjednoczyła naród. To paradoks: to, czego nigdy nie osiągnął za życia, czego nigdy nawet nie próbował osiągnąć za życia, osiągnął dzięki swojej śmierci.

Do dobrego wspomnienia, jakie pozostanie po Lechu Kaczyńskim, przyczynia się i to, że teraz nikt nie wspomina złych pociągnięć politycznych i wad charakteru zmarłego prezydenta. Nie uchodzi. Za to na wszystkich zdjęciach, we wspomnieniach, pokazywany jest wraz ze swoją żoną, Marią. A pani Maria Kaczyńska cieszyła się autentyczną sympatią jako osoba ciepła, ludzka, nie pozostająca w cieniu męża (ani jego brata). We wspomnieniach różnych osób publicznych powtarza się też, że Lech Kaczyński był prywatnie osobą ujmującą i sympatyczną. To samo mówił nam już kilka lat temu nasz dobry znajomy, ambasador. 

Śmierć uwzniośla.

sobota, 10 kwietnia 2010

Nie taki wpis sobie na dziś zaplanowałem. Dziś rano w katastrofie lotniczej pod Smoleńskiem zginął prezydent Lech Kaczyński. Cześć jego pamięci! 

Samolot rozbił się podchodząc we mgle do lądowania. Zginęła cała polska delegacja, lecąca na uroczystości do Katynia - według obecnych informacji, ponad 130 osób. Potworność. Nie ma jeszcze oficjalnego potwierdzenia, ale władze rosyjskie mówią, że nikt nie przeżył. 

Byłem politycznym przeciwnikiem Kaczyńskiego, ale nie życzyłem mu takiego końca. Nie chciałem, żeby jego rządy zakończyły się tragicznie. Spory polityczne chwilowo ustają, trzeba się modlić.

Wraz z prezydentem zginęło bardzo wiele osób z jego otoczenia politycznego - Gęsicka, Putra, Skrzypek, Wasserman, Gosiewski, Kurtyka, Szczygło, Stasiak. Można powiedzieć, że to środowisko polityczne uległo niemalże anihilacji. Skóra mi cierpnie na myśl o teoriach spiskowych, które wystrzelą aż pod niebo. Zginęło też mnóstwo ludzi ważnych i mniej ważnych - wszyscy ludzie są ważni, chodzi mi o osoby ważne w polityce - Jerzy Szmajdziński, gen. Gągor i inni wyżsi dowódcy wojskowi, Andrzej Przewoźnik, ostatni prezydent na uchodźstwie Ryszard Kaczorowski, biskupi, posłowie. Nieprawdopodobne.

Wieczne odpoczywanie racz im dać, Panie...

P.s. Ciąg dalszy moich uwag tutaj.

wtorek, 06 kwietnia 2010

Jednak wybraliśmy się. Elżbieta miała przepustkę prasową od kuzyna, który dziś nie mógł przyjść, ja kupiłem wejściówkę, co oznacza polowanie na wolne miejsce; upolowałem bardzo dobre.

Uroczyście odwołuję wszystko, co złego napisałem o Vivice Genaux i Pyrotechnics - że techniczne, nieludzko doskonałe, męczące w słuchaniu. W wykonaniu na żywo te arie, które Vivica śpiewała, brzmiały wybornie. Drobne (bardzo drobne!) techniczne niedociągnięcia, które w występie na żywo zdarzyć się muszą, przydawały ariom życia. Przy Alma opressa, arii wykonanej dzisiaj lepiej niż na płycie, dosłownie się popłakałem. Vivica Genaux znana jest z tego, że ciągle pracuje nad swoją techniką, czego sami byliśmy świadkami słysząc w jej wykonaniu na żywo arie z Bajazeta (z Biondim i Europa Galante) i porównując je z nagraniem płytowym. Inne śpiewane dzisiaj arie, ze słynną Agitata da due venti, też brzmiały wspaniale. Vivica Genaux ma niezwykłą technikę śpiewu, z bardzo szybkimi, jakby owadzimi ruchami twarzy. Bardzo dobre były też utwory instrumentalne grane przez Europa Galante, zwłaszcza świetnie wykonany Koncert a-moll Vivaldiego (jak wszystko inne dzisiejszego wieczoru). Ale te bisy!

Jako pierwszy bis Biondi zagrał, Vivica zaśpiewała nieznaną mi arię z Adelajdy. To chyba jest materiał na nową płytę, nad którą państwo pewnie wciąż pracują, bo Vivica tę jedną rzecz śpiewała z nut. A very sweet aria, jak powiedział Fabio Biondi zapowiadając ten bis. Rzeczywiście, słodka. Być może Biondi pracuje nad odtworzeniem Adelajdy, która zachowała się tylko we fragmentach, tak jak wcześniej odtworzał choćby Bajazeta?

Drugim bisem była niezwykła aria Qual guerriero. To chyba jest najtrudniejsza aria Vivaldiego, a właściwie nie Vivaldiego, bo choć Vivica śpiewa wersję z Bajazeta, pierwotną wersję napisał Riccardo Broschi, Vivaldi zaś, lekko przerobiwszy, włączył ją do swego pasticcio. Takie były wówczas obyczaje. Aria jest bardzo, bardzo trudna i bardzo, bardzo piękna - sądzę, że na świecie są może trzy osoby, które są w stanie ją zaśpiewać: Vivica Genaux, Cecilia Bartoli, która na Sacrificium (na drugiej, bonusowej płycie) śpiewa oryginalną wersję Broschiego, i może ta trzecia nikomu jeszcze nieznana śpiewaczka, która gdzieś się tej arii właśnie uczy, ma zaś warunki głosowe pozwalające na jej zaśpiewanie.  Mam płytę Viviki Genaux z 2002 Arias for Farinelli z Akademie fur Alte Musik, gdzie ta aria jest i jest ładna, ale nic ponad to. Mam Bajazeta, gdzie Qual guerriero jest w dwu wersjach: roboczej na dołączonym do płyty DVD i skończonej na samej płycie. Świetne wykonanie! W pamięci mam wykonanie Bajazeta na żywo w 2008, kiedy Vivica zaśpiewała lepiej, niż na płycie.  A dzisiejsze wykonanie było jeszcze lepsze, fantastyczne, powalające na kolana. Vivica użyła w tym wykonaniu Qual guerriero wszystkiego, czego się nauczyła opracowując Pyrotechnics. Cały czas słyszę tę arię, cały czas nie mogę się pozbierać. Zachwycający koncert.

***

Nie byliśmy na sobotnim koncercie Jaroussky'ego, ale wszyscy znajomi, którzy byli, bardzo go chwalą. Ciekawe, że Dorota Szwarcman na swoim blogu bardzo ostro Jaroussky'ego i Pluhar krytykuje. Nie jest też zachwycona Minkowskim i jego wykonaniem Pasji według św. Jana, ale odnosi się do niego z szacunkiem. Minkowski gra tak, jak przypuszcza, że zaplanował to sam Bach. Pluhar i Jaroussky wręcz przeciwnie, bardzo daleko odchodzą od domniemanych brzmień samego Monteverdiego, który zdumiałby się niepomiernie słysząc ten walking bass. A jednak jest coś, co Minkowskiego z Pluhar łączy: oboje odchodzą od, nazwijmy to, mainstreamowego wykonywania klasyków, tyle, że odchodzą w przeciwne strony. Wykonania "kanoniczne" już się osłuchały i jeśli ktoś chce wydobyć z tych dzieł coś nowego, musi jakoś szukać, eksperymentować. To, co robi Marc Minkowski, może się podobać lub nie, ale nie budzi niczyjego gwałtownego sprzeciwu. Moim zdaniem taką samą ocenę należy przypisać interpretacjom Monteverdiego Christiny Pluhar i Philippe'a Jaroussky'ego: mogą się podobać lub nie (mnie się podobają, co oceniam na podstawie płyt), ale są godne uwagi, bo wydobywają z Monteverdiego coś, czego nikt wcześniej tam nie usłyszał, a co, jak się okazuje, mieści się w tej muzyce. Show, który Jaroussky i reszta towarzystwa robi na koncertach, to jest inna rzecz - mnie się ten show mniej podoba, ale mnie nie gorszy. Cóż to, Monteverdiego wolno słuchać wyłącznie sztywno, jeżeli zgoła nie na kolanach?

sobota, 03 kwietnia 2010

W Polityce nr 13 jest artykuł Andrzeja Lubowskiego Czy rekiny biznesu mają sumienie?, a w nim pewna ważna obserwacja, której - choć mnie się wydawała oczywista - nie widziałem w żadnej dotychczasowej analizie pryzczyn ostatniego (obecnego?) kryzysu finansowaego. Otóż Lubowski, powołując się na Johna C. Bogle'a, pisze, iż

głęboki kryzys na rynku finansowym wynika [...] ze zmian w charakterze instytucji rynku kapitałowego. Pół wieku temu, powiada Bogle, właścicielami akcji byli głównie indywidualni inwestorzy - Amerykanie byli społeczeństwem właścicieli. Stopniowo system ewoluował w kierunku społeczeństwa pośredników. Klasa menedżerska przejęła kontrolę nad gigantycznymi przedsiębiorstwami, w których ma nikłe udziały własne. Podobnie to pośrednicy finansowi kontrolują dziś udziały akcyjne. [...] Dziś tylko 25 procent akcji jest kontrolowanych bezpośrednio przez osoby fizyczne, zaś 75 procent przez fundusze emerytalne i mutual funds.

No właśnie! Gdy w Czarny Czwartek 1929 roku pękła bańka spekulacyjna, bankierzy i maklerzy wyskakiwali z okien, bo, raz, tracili też wszystkie swoje pieniądze, dwa, bali się spojrzeć w twarz ludziom, którzy im zaufali i których oni zawiedli.  Dzisiaj menedżerowie upadłych firm nigdzie nie skaczą, przeciwnie, lądują na "złotych spadochronach", po pomoc rządową latają prywatnymi odrzutowcami, a jeśli dyrektor uratowanego przez państwo banku, który musiał zwolnić tysiące szeregowych pracowników, odmówi przyjęcia wielomilionowej premii, poczytuje mu się to nieomal za akt heoroicznej ascezy. Zachowanie szefostwa Enronu, którzy wiedząc, że firma bankrutuje, sprzedawali posiadane przez siebie akcje po wysokim kursie, a jednocześnie, żeby podtrzymać kurs, zachęcali własnych pracowników do inwestowania w te akcje, było już tak skrajne, że zostało uznane za przestępstwo.

Klasyczna doktryna o tym, iż własność prywatna jest lepsza niż państwowa, bo właściciel, ryzykując utratę majątku, a zarazem będąc bliżej swojego biznesu, będzie lepiej nim rozporządzał niż urzędnicy dysponujący własnością "niczyją", muszący za to wypełniać różne polityczne serwituty, nie ma zastosowania do wielkich spółek akcyjnych. Tam własność bardzo często jest rozproszona. Część akcji należy do funduszu inwestycyjnego, w który zainwestował fundusz emerytalny, w którym oszczędności gromadzą zwykli ludzie. Inna częśc akcji nalezy do innego funduszu, który etc. Pozostałe akcje są równie rozproszone. Własność może się krzyżować (spółka A, sama lub poprzez pośrednika, inwestuje w B, która jednocześnie, sama lub poprzez innego pośrednika, zainwestowała w A) i zapętlać (A jest właścicielem części akcji B, który zainwestował w C, który zainwestował w A). Gdyby chcieć wskazać "właściciela" jakiejś wielkiej, ponadnarodowej korporacji, trzebaby wskazać wielonarodowy tłum. Firmami zarządzają więc menedżerowie, którzy - słusznie bądź nie; zachodzi domniemanie, że niesłusznie, ale co z tego? - każą sobie za to bardzo słono płacić.

W PRLu mieliśmy ideologicznie gorszą własność prywatną i ideologicznie lepszą "własność uspołecznioną". Do tej ostatnie zaliczały się własność państwowa i różne "spółdzielnie" - mieszkaniowe, rolnicze, produkcyjne. Tam też własność była rozproszona, pojedynczy udziałowiec nie mógł wiele zdziałać (w wypadku spółdzielni mieszkaniowych, które, o zgrozo, przetrwały upadek PRLu, nie może do dziś), o wszystkim decydowało jakieś kierownictwo, które niczym jednak nie ryzykowało. Wypisz, wymaluj jak sytuacja w wielkich spółkach akcyjnych dnia dzisiejszego, z zachowaniem stosownych proporcji, rzecz jasna. Proponuję zatem, aby przestać traktować wielkie firmy giełdowe jako własność prywatną - zgoda, nie są państwowe, ale należy je uznać za własność patologicznie uspołecznioną.

piątek, 02 kwietnia 2010

Wielki Piątek i dzieło doskonale pasujące do tego dnia, Pasja według Św. Jana Jana Sebastiana Bacha, w wykonaniu Marca Minkowskiego i jego Les Musiciens du Louvre-Grenoble. Cóż powiedzieć, dzieło gigantyczne (w obu znaczeniach, i rozmiarów, i rangi muzycznej), uważane za jedno z największych dokonań kultury europejskiej, do tego znakomicie zaśpiewane. Znakomicie! Głosy zestrojone ze sobą idealnie, co w wypadku Bacha jest szczególnie ważne. Nikt tak jak on nie konstruował chorałów i kantat, więc wszelki dysonans, o jaki przy tak złożonej konstrukcji nietrudno, aż by krzyczał.

Marc Minkowski zrezygnował z osobnego chóru - chór tworzą soliści. Nie wszystkim się to, i w ogóle interpretacja Minkowskiego, podoba. Bodzio po koncercie oświadczył, że udało mu się przestać słuchać Minkowskiego, słuchał samego Bacha, więc był zachwycony. Mnie też na samym początku chór brzmiał słabo (nie dość donośnie), ale szybko się przyzwyczaiłem. Argumentem za rezygnacją z wielkiego chóru jest to, że sam Bach nie mógł sobie na coś takiego pozwolić, więc bez rozbudowanego chóru brzmienie ma być bliższe zamysłowi kompozytora.

Po koncercie bardzo, bardzo długie oklaski na stojąco. Minkowski dyrygował solistami i członkami orkiestry, wskazując, kto ma wstać do ukłonów. A potem bis.

W Wielki Czwartek w programie Membra Jesu nostri Dietricha Buxtehudego w wykonaniu La Venexiana. Zaśpiewane bez zarzutu, może tylko z jednym, drobnym: kontratenor nieco odstawał od reszty, ale nie dlatego, że głos gorszy, ale mniej mocny; to się da łatwo skorygować w nagraniu, ale nie w wykonaniu na żywo. Claudio Cavina, ów kontratenor, nie tylko śpiewał, ale i dyrygował całością. Chwilami miałem wrażenie, że te dwie funkcje nieco się kłócą.

Membra Jesu nostri to utwór - a właściwie cykl siedmiu kantat - wybitnie nieprzebojowy. Piękny, kunsztowny, trudny, ale jednocześnie wyciszony, bez eksplozji radości i popisów wokalnych. Bardzo protestancki. Właściwie trzebaby kupić płytę i wsłuchiwać się w niego wiele razy, żeby go w pełni pojąć. Tak, jak lata temu mój przyjaciel słuchał bez przerwy Jesu, meine Freude Bacha, po tym, gdy przestał bez przerwy słuchać Mahlera. Zmiany te pojawiały się wraz z kolejnymi kobietami jego życia. On słuchał, a ja z nim i myślę sobie, że część moich gustów muzycznych zawdzięczam tamtemu okresowi. Mama mojego przyjaciela tej kantaty Bacha nie znosiła, dopatrywała się w niej jakichś akcentów suicydalnych, a takowych tam nie ma. Są tylko funeralne. Cóż, gdy byliśmi młodzi i piękni, przejawialiśmy - jak to się mówi - zachowania autodestrukcyjne.

Na Misteriach spotyka się różnych znajomych, takich, których się tam można spodziewać i osoby znane z widzenia, z zupełnie innych kontekstów. Dzisiaj na przykład widziałem Panią Kulturoznawczynię, w poniedziałek Autorkę Dwu Doktoratów. Ale najzabawniej jest mi widzieć ludzi, których nie znam zupełnie, ale pamiętam ich czy to z którychś poprzednich Misteriów, czy z Opera Rara.

czwartek, 01 kwietnia 2010

Ukoronowaniem kariery naukowca jest tytuł profesora, zwany formalnie "tytułem naukowym" i przyznawany w Polsce przez prezydenta. Ten akt jest poprzedzony całą żmudną procedurą, mającą zapewnić, że osoba, której tytuł naukowy zostaje przyznany, w istocie na to zasługuje. Jednym z wymogów było dotąd wypromowanie co najmniej jednego doktora. Ogłoszony dwa dni temu projekt ustawy zmieniającej ustrój szkół wyższych i zasady przyznawania stopni i tytułu naukowego, podwyższa ten próg. Według Art. 26 pkt. 3 projektu, tytuł naukowy może być przyznany osobie, która, między innymi,

posiada osiągnięcia w opiece naukowej – uczestniczyła co najmniej trzy razy w charakterze promotora w przewodzie doktorskim oraz co najmniej trzy razy w charakterze recenzenta w przewodzie doktorskim lub postępowaniu habilitacyjnym

To jest poważne podniesienie wymagań. Rozumiem intencje - profesorem z tytułem naukowym, a nie profesorem uczelnianym ("podwórkowym", jak to się mówi) powinny zostawać tylko osoby naprawdę wyrózniające się. Jeden doktorat w ocenie projektodawcy nie wystarcza, osoba świeżo po habilitacji szybko stara się kogoś wypromować (jeżeli tylko są jacyś kandydaci). Szybko, a więc być może kiepsko, a koledzy pozytywnie recenzowali po znajomości, żeby doktor habilitowany mógł zostać profesorem - taka, jak przypuszczam, mogła być intencja projektodawcy. Jeśli kandydat wypromuje trzech doktorów, a, to co innego, to już nie jest byle co. Obawiam się, że skutek będzie sokładnie przeciwny do zamierzonego.

  • Ponieważ wypromować trzech doktorów w istocie jest trudniej niż jednego, proponowany przepis przyczyni się do inflacji doktoratów. Doktorzy habilitowani marzący o tytule naukowym będą promować byle kogo, na byle jakiej podstawie, byle szybko - taka przynajmniej będzie pokusa. I, jak się obawiam, taka będzie praktyka.
  • Sądzę ponadto, że przepis ten można odczytywać jako obronę interesu korporacyjnego obecnych profesorów posiadających tytuł naukowy. Większość z nich otrzymala tytuł naukowy po wypromowaniu jednego doktoranta (potem większość z nich wypromowała kolejnych), a teraz podwyższają bariery broniące wstępu do tego grona.

I to nie jest Prima Aprilis.

P.s. Oj, nie będę profesorem...