Kategorie: Wszystkie | Edukacja | Fizyka | Kryzys | Literatura | Muzyka | Polityka | Rozmaitości
RSS
wtorek, 16 kwietnia 2013

Antoni Macierewicz oświadczył, iż ma dowody na to, że trzy osoby przeżyły katastrofę smoleńską. Oczywiście nie ujawnił tych dowodów, ani nawet nie powiedział nic więcej na ten temat. Bodajże najważniejszym z domniemanych dowodów jest relacja pewnego BORowca, któremu ktoś powiedział, że widział trzy karetki odjeżdżające na sygnale z miejsca katastrofy. Mnóstwo ludzi już Macierewicza skrytykowało, przede wszystkim za to, że igra sobie z uczuciami rodzin ofiar katastrofy, ale poseł Macierewicz z pogodnym uśmiechem trwa przy swoim. Prezes Tysiąclecia, Jarosław Kaczyński, wziął stronę Macierewicza i powiedział - a to oznacza, że taka jest oficjalna linia PiSu -  że on też 10 kwietnia roku pamiętnego słyszał, że trzy osoby przeżyły, że wśród nich może być jego brat i że informacja ta pochodzi z polskiego MSZ. MSZ gwałtownie zaprzeczył, że rozpowszechniał takie informacje, ale cóż to ma za znaczenie? A mnie się przypomniało, że w czasie skandalu ekshumacyjnego, gdy okazało się, że kilka ciał ofiar źle zidentyfikowano i pochowano w "niewłaściwych" grobach, Jarosław Kaczyński powiedział, że nie rozpoznał zwłok brata po otwarciu trumny w Warszawie (choć miał je rozpoznać w Smoleńsku). A na to wszystko nakłada się rzekomo kategoryczny zakaz otwierania trumien w Polsce (zakaz był z powodów sanitarnych, wymagały tego przepisy międzynarodowe, ale polski prokurator mógł go uchylić - i w kilku przypadkach, w których rodziny o to prosiły, uchylał), żeby nie można było stwierdzić, czyje ciała - i co w ogóle - zostało sprowadzone do Polski.

Ech, te wszystkie rządowe tłumaczenia, w które wierzą tylko lemingi...

Myślę, że niewiele dzieli nas od ogłoszenia - na podstawie powyższych dowodów i poszlak! - że Lech Kaczyński przeżył zamach, został uwięziony przez Rosjan i przebywa gdzieś w ukryciu. W tej sytuacji Bronisław Komorowski jest uzurpatorem, ogłoszone przez niego wybory parlamentarne były nieważne, a wyłoniony po tych wyborach rząd - bezprawny. My więc powinniśmy cierpieć i pokutować za wydanie Prawdziwego Prezydenta w ręce wrogów, przede wszystkim jednak w głos i nieustannie protestować przeciwko uzurpacji. Gdyż Prawdziwy Prezydent gdzieś żyje, już stara się o to, aby uciec swoim oprawcom i w końcu ucieknie, wyzwoli się i tryumfalnie powróci do Polski. A wówczas przegoni ciemiężących Naród uzurpatorów, przywróci w Polsce Boży porządek, prawo i sprawiedliwość. Jak Mahdi.

czwartek, 11 kwietnia 2013

Kilka dni temu zespół kosmicznego spektroskopu AMS poinformował o zaobserwowaniu nadmiaru wysokoenergetycznych pozytonów w przestrzeni kosmicznej. W Gazecie Wyborczej pisał o tym Piotr Cieśliński. Obserwacja ta może stanowić "namacalny" dowód istnienia ciemnej materii - i stąd właśnie bierze się zainteresowanie mediów.

Ciemna materia

Ciemna materia nie jest przedmiotem moich badań naukowych, ale kilka lat temu zacząłem się nią interesować, trochę ze wstydu, że ja, fizyk, tak niewiele wiem o czymś, co wydaje się tak bardzo ważne. W efekcie napisałem nawet artykuł popularnonaukowy do Fotonu (Foton 103, 16-22 (2008)). Istnienie ciemnej materii zostało pierwszy raz zasugerowane w latach '30 XX wieku - okazało się, że musi istnieć coś, jakaś dodatkowa materia, która wywiera swój grawitacyjny wpływ na pozostałą materię, w szczególności na gwiazdy, i nadaje im obserwowane prędkości. Materia ta jest niewidoczna, nie pochłania ani nie wysyła światła bądź innego promieniowania, a zatem jest ciemna.

Obecnie wydaje się, że ciemna materia gromadzi się głównie nie tam, gdzie początkowo przypuszczano, to znaczy w galaktykach, ale w przestrzeni międzygalaktycznej, stabilizując gromady galaktyk i czyniąc z nich największe związane obiekty we Wszechświecie. Obserwacje mikrosoczewkowania grawitacyjnego w gromadach galaktyk potwierdzają (prawie na pewno) istnienie ciemnej materii. Ba, jest jej kilka razy więcej, niż materii widzialnej!

Większość fizyków uważa, że oprócz materii widzialnej i ciemnej istnieje rzecz jeszcze bardziej egzotyczna, zwana ciemną energią. Wywiera ona ujemne ciśnienie i powoduje, że ekspansja Wszechświata nieustannie przyspiesza. Mamy jednak tylko pośrednie przesłanki świadczące o istnieniu ciemnej energii.

Eksperyment AMS

Czym jest ciemna materia? Tego nie wiadomo. Zgodnie z paradygmatem fizyki przypuszcza się, że tworzą ją jakieś cząstki; zgodnie z tym samym paradygmatem cząstki te powinny oddziaływać nie tylko grawitacyjnie: Powinno występować jakieś pozagrawitacyjne - choć bardzo, bardzo słabe - oddziaływanie cząstek ciemnej materii ze sobą i z cząstkami materii zwykłej. Jednym z możliwych procesów jest anihilacja cząstek ciemnej materii, w wyniku której produkowane są strumienie elektronów i pozytonów. Elektronów jest w przestrzeni kosmicznej dużo, trudno więc odróżnić te pochodzące od ciemnej materii. Co innego pozytony - ich jest mało, a więc jeżeli gdzieś zauważymy wzrost ich liczby, może to świadczyć o tym, że dowodzą one anihilacji - a więc uprzedniego istnienia! - cząstek ciemnej materii.

Obserwacje takie prowadził już włoski satelita PAMELA, ale wyniki nie były w pełni przekonujące.

Zainstalowany na pokładzie Międzynarodowej Stacji Kosmicznej (ISS) wielki Alpha Magnetic Spectrometer (AMS) przeznaczony jest do badania promieniowania kosmicznego. AMS zaprojektował, zbudował, a teraz obsługuje 600-osobowy zespół badawczy, kierowany przez noblistę Samuela Tinga. Pierwszym zadaniem AMS było właśnie poszukiwanie nadmiarowych pozytonów, mogących pochodzić z anihilacji ciemnej energii, i zmierzenie ich widma energetycznego. Na konferencji prasowej w CERN zaprezentowano pierwsze wyniki.

AMS data

Ten wykres stanowi niewątpliwy znak, że coś się dzieje. Są nadmiarowe pozytony i mają swoją strukturę energetyczną, ba, taką, która pasuje do pewnego modelu teoretycznego ciemnej materii. Nie ma jednak całkowitej pewności, że zarejestrowane cząstki pochodzą z anihilacji ciemnej materii - mogą też pochodzić z jakichś niezaobserwowanych pulsarów lub innych egzotycznych źródeł. Nie ma też całkowitej pewności jakie powinno być galaktyczne tło pozytonowe, a zatem ile nadmiarowych pozytonów tak naprawdę zaobserwowano. I najważniejsze, gdyby pozytony pochodziły z anihilacji cząstek ciemnej materii, ich widmo energetyczne powinno mieć wyraźny pik, odpowiadający podwojonej masie anihilujących cząstek. Być może pik taki pojawi się w wysokoenergetycznej części widma, której dotąd nie udało się zmierzyć.

Dlatego też Ting jest bardzo ostrożny i nie mówi o odkryciu cząstek ciemnej materii, ale o "zaobserwowaniu nowego zjawiska fizycznego" i zapowiada dalsze pomiary, przede wszystkim w wysokoenergetycznej części widma. Ting chciałby, aby zarejestrowane dotąd 7 milionów cząstek ostatecznie stanowiło tylko 10% całości.

Można zadać pytanie dlaczego zatem Samuel Ting zdecydował się ogłosić niepełne wyniki? Złośliwi twierdzą, że eksperyment AMS był niezwykle kosztowny (dwa miliardy dolarów wobec planowanych kilkudziesięciu milionów!), więc musiał pokazać jakieś ciekawe wyniki, żeby uzasadnić swoje istnienie. Na ten aspekt zwraca uwagę Science w swoim komentarzu.

Przewrót kopernikański

W starożytności i średniowieczu to Ziemia stanowiła centrum Wszechświata. Kopernik umieścił w centrum Słońce, a Ziemię przegnał na orbitę. Mr William Herschel pokazał, że Układ Słoneczny leży gdzieś na uboczu Galaktyki. Edwin Hubble udowodnił, że nasza Galaktyka jest tylko jedną z bardzo wielu galaktyk, które w dodatku oddalają się od siebie. Ha, cóż, okazaliśmy się zaledwie drobnym pyłkiem gdzieś wewnątrz nieogarnionego Wszechświata, ale przynajmniej wiedzieliśmy, z czego ten Wszechświat jest zbudowany. Albo tak nam się przynajmniej wydawało.

O ciemnej materii prawie na pewno wiemy, że istnieje. W kwestii ciemnej energii dysponujemy tylko niepotwierdzonymi hipotezami. Ale jeżeli ciemna energia rzeczywiście istnieje, to wedle dostępnych dziś danych, zawiera w sobie około 72% całkowitej energii Wszechświata. Mniej więcej 23% przypada na ciemną materię, niecałe 5% na zwykłą materię i wszelkie znane formy promieniowania, przy czym materia wszystkich gwiazd i ich układów planetarnych zawiera zaledwie 0,4% całkowitej energii Wszechświata (olbrzymia większość zywkłej materii występuje w postaci bardzo rozrzedzonej plazmy galaktycznej i międzygalaktycznej). To zestawienie daje pojęcie o naszej roli we Wszechświecie.

A jeśli przyjąć hipotezę Wieloświata (ang. Multiverse), cały nasz Wszechświat okaże się tylko jednym z nieprzebranej liczby wielu współistniejących wszechświatów. Tak wygląda współczesny przewrót kopernikański.

Moje dawne teksty o ciemnej materii, z nieaktywnego już bloga Świat - jak to działa:
21.08.08 Ciemna materia trochę jaśniejsza. Być może
28.08.08 PAMELA 007
 5.11.08 Galaktyczne kłopoty
 9.12.08 PAMELA i balony
12.12.08 Zważyć niewidzialne
 4.05.09 Nie widać ciemności
21.12.09 Ciemna materia, dwa trafienia
14.02.10 Zbyt jasno na ciemną materię

niedziela, 07 kwietnia 2013

Czy William Herschel, jeden z twórców nowoczesnej astronomii, miał prawo do posługiwania się tytułem "sir"? On sam to robił, a liczne podręczniki i opracowania z historii astronomii także w ten sposób Herschela tytułują. Okazuje się, że całkiem niesłusznie. Sprawę wyjaśnia artykuł w najnowszym numerze Journal for the History of Astronomy. Historia jest tak bardzo brytyjska, że postanowiłem ją tutaj przedstawić.

W latach 1714-1837 Zjednoczone Królestwo pozostawało w unii personalnej z księstwem (później królestwem) Hanoweru. Formalnie jednak oba państwa pozostawały oddzielne. William Herschel był Hanowerczykiem z urodzenia, ale w roku 1793 został poddanym brytyjskim. Po wojnach napoleońskich, rządzący oboma królestwami książę regent, późniejszy król Jerzy IV, ustanowił Royal Guelphic Order jako odznaczenie hanowerskie, a Herschel, któremu marzyło się szlachectwo, był "naturalnym" kandydatem do otrzymania tytułu rycerskiego związanego z tym orderem. Tak też się w roku 1816 stało. Jednak z brytyjskiego punktu widzenia był to tytuł zagraniczny, nie oznaczał więc uzyskania brytyjskiego szlachectwa i nie uprawniał posiadacza do posługiwania się tytułem "sir". Co ciekawe, dla Herschela order nie oznaczał też szlachectwa hanowerskiego, gdyż otrzymał go jako Brytyjczyk, nie Hanowerczyk. Wydaje się, że ani regent, ani nikt z jego otoczenia, nie zdawali sobie sprawy z tych komplikacji, a William Herschel do końca życia posługiwał się tytułem "sir".

W końcu rzecz się jednak wyjaśniła, przynajmniej na poziomie oficjalnym. Wdowa po Herschelu wciąż tytułowała się "Lady Herschel". W roku 1831 syn Williama Herschela, John, także wybitny astronom i przyrodnik, znalazł się przeto w nie lada kłopocie, gdy król Wilhelm IV postanowił odznaczyć go tym samym orderem, co jego ojca. Dla matki Johna, wdowy po Williamie, musiało to oznaczać, że jej syn stanie się "sir Johnem", a gdyby tak nie było, a być nie mogło, oznaczałoby to zakwestionowanie jej własnego statusu. Aby nie rujnować świata swojej matki, John początkowo planował odmówić przyjęcia orderu, a gdy okazało się to niemożliwe ze względów politycznych, uprosił, aby król osobnym aktem nadał mu szlachectwo brytyjskie. W ten sposób John Herschel istotnie stał się sir Johnem, ukrywając przed matką, że nie było to automatycznie związane z posiadaniem hanowerskiego Orderu Gwelfów.

Takie rzeczy to tylko w Brytanii...

poniedziałek, 01 kwietnia 2013

Misteria Paschalia, 31 marca - Vivica Genaux i Europa Galante, dyrygował Fabio Biondi.

Bohaterów było dwoje: Europa Galante wykonująca utwory instrumentalne Vivaldiego i Geminianiego oraz Vivica Genaux w popisowych ariach Haendla, a na bis Hassego i Vivaldiego.

Zaczęło się dziwnie nijako. Pierwsze numery orkiestrowe ładne i dobrze zagrane, ale nic ponadto. Pierwsze dwie arie - z Rinalda - zaśpiewane bardzo poprawnie, ale dość cicho (oszczędzała głos?), artystycznie nic nadzwyczajnego. Trzecia, aria Bradamante Vorrei vendicarmi z Alciny, wypadła o wiele lepiej - może, jak pisze Dorota Szwarcman, temat zemsty szczególnie jej odpowiada. A po przerwie było jeszcze lepiej.

Orkiestra zaczęła od Follii Geminianiego, którą wykonała bardzo dobrze. Ja do Folii - nie tej konkretnie, ale do tematu muzycznego, więc pisanego przez jedno "l" - mam stosunek szczególny. Wiele lat temu mój przyjaciel Grześ miał nagranie Folii Marina Marais. Słuchaliśmy tego bez przerwy i, jak sądzę, było jednym z dwu powodów, dla których zainteresowałem się muzyką barokową. Potem był jeszcze koncert na lutnię i violę d'amore Vivaldiego - zamiast violi były skrzypce Fabia Biondiego, zresztą bardzo dobrego w tej partii solowej (Biondi znowu w muszce!), a publiczność, cóż, znów klaskała w nieodpowiednich momentach, i to dwukrotnie.

Vivica zaś rozgrzała się i rozśpiewała, dając zupełnie nieprawdopodobny popis swoich umiejętności technicznych. Nie da się tak szybko poruszać mięśniami twarzy. Teraz już nie oszczędzała głosu, a i artystycznie wypadła lepiej, niż w części pierwszej. Drugim bisem była aria Agitata da due venti. Vivica Genaux śpiewała to z wyraźnym zadowoleniem, ze świadomością, że publiczność ją uwielbia. Kto wie, może na swoim wielkim recitalu trzy lata temu wykonała to jeszcze lepiej, ale wczoraj tą arią też rzuciła publiczność na kolana. Przypominam mój niegdysiejszy wpis na temat Agitata.

Vivica Genaux osiągnęła, jak przypuszczam, absolutne mistrzostwo w technice śpiewu barokowego. Pod tym względem nikt nie jest w stanie jej dorównać. Artystycznie bywa różnie: nigdy nie jest źle, ale czasami jej wykonania są cudownie piękne, czasami jednak tylko porażająco doskonałe, lecz zimne. Głównym punktem drugiej części wczorajszego koncertu była aria Tu giurasti z Il trionfo... Händla. Konferansjer mówił, że stanowi to klamrę spinającą pierwszy i ostatni koncert tegorocznych Misteriów. Ja widzę to inaczej. W zeszłym roku Vivica zaśpiewała "arię o Furiach" w Juditha triumphans, a później tę samą arię śpiewała Julia Lezhneva w swoim końcowym recitalu. I nieco mnie rozczarowała. W tym roku było na odwrót: to Lezhneva pierwsza zaśpiewała Tu giurasti, a Vivica Genaux śpiewała ją jako druga. Pod względem technicznym wykonanie Viviki było absolutnie niedoścignione, a i artystycznie zupełnie dobre. Jednak, choć może to głupie i nieracjonalne, wykonanie Lezhniewej bardziej mi się podobało...