Kategorie: Wszystkie | Edukacja | Fizyka | Kryzys | Literatura | Muzyka | Polityka | Rozmaitości
RSS
wtorek, 22 kwietnia 2014

Georg Friedrich Haendel, La Resurrezione, Le Cercle de l'Harmonie, dyrygował René Jacobs.

W wielkanocne poniedziałki Misteria dają repertuar radosny. I słusznie, wszak wszyscy cieszymy się Zmartwychwstaniem, a poważne uroczystości Wielkiej Niedzieli już się skończyły. Cieszmy się więc, także muzyką!

W tym roku cieszyć mieliśmy się słuchając oratorium - formalnie zatem utworu religijnego - Haendla pod dyrekcją René Jacobsa, niegdyś kontratenora, dziś czołowego dyrygenta oper barokowych. W libretcie są niejako dwa plany: na jednym Anioł (zjawiskowa Sunhae Im, sopran, w białej sukni) i Lucyfer (Johannes Weisser, baryton) toczą spór, na drugim Maria Magdalena (Sophie Karthäuser, sopran, w czarnej, wdowiej sukni), Cleofe (Kleofas, a raczej Maria Kleofasowa - Wiebke Lehmkuhl, alt, także w czarnej sukni) i Jan Ewangelista (Jeremy Ovenden, tenor) najpierw rozpaczają po śmierci Jezusa, potem wybierają się do grobu, a na końcu opowiadają o radości spotkania Zmartwychwstałego. Tematyka religijna, ale mamy i obowiązkową arię morską Naufragando va per l'onde, i jakieś turkaweczki, jak to u Haendla. Ciekawe, że Maria Magdalena niby-to rozpacza po śmierci Nauczyciela, ale przecież widać, że jest to żal kobiety po śmierci ukochanego, a potem radość, że on jednak cudownie ocalał. W XVIII wieku nikt, widać, nie miał naszych dzisiejszych problemów z Marią Magdaleną, jej ludzką-kobiecą miłość do Jezusa-mężczyzny przyjmowano jako coś naturalnego.

Oba soprany dobre, Sophie Karthäuser nawet więcej, niż dobra, oba głosy męskie też (Jeremy Ovenden nie zachwycił, gdyż rola Giovanniego jest, po prawdzie, nudnawa), tylko Wiebke Lehmkuhl, która zastąpiła Sonię Prinę, nieco odstawała od pozostałych: głos ma ładny, ale śpiewała za cicho. 

Finałowy chór Diasi lode in Cielo bardzo spektakularny.

Wszystko dobrze, ale ja czuję niejakie rozczarowanie.

Źle nastawiła mnie już pierwsza aria. Jest to przebojowe Disserratevi, o porte d'Averno, które znam dobrze w wykonaniu Cecilii Bartoli i Marca Minkowskiego i jego Les Musiciens du Louvre; jest na Opera Prohibita, a był czas, gdy ja tego wykonania słuchałem w pętli bez przerwy. To jest wykonanie mistrzowskie. Arcymistrzowskie. Genialne. Ten moment, w którym ludzki głos idealnie miesza się z frazą oboju, tak, że oba są nierozróżnialne, rzuca mnie na kolana. I to chyba dotyczy tylko tego jednego wykonania: Na YouTube jest jakieś wykonanie tej arii przez Cecilię Bartoli, ale z inną orkiestrą, i jest ono gorsze.

Może więc nie wypada porównywać do arcywykonania, które gra mi w duszy? Trudno mi jednak tego uniknąć. Wczoraj Sunhae Im zaśpiewała, orkiestra zagrała, nie było błędów, ale też nie było żadnych specjalnych wrażeń. W ogóle orkiestra grała dość sztywno, bez polotu i rzecz niewybaczalna, zagłuszała solistki. Zwłaszcza w pierwszej części. W przerwie dyrygent musiał z orkiestrą odbyć poważną rozmowę - zresztą gdy publiczność już się zebrała na część drugą, słychać było, że orkiestra coś tam za kulisami próbuje - i zagrali lepiej, zaczęli łapać kontakt z solistami, na ogół nie zagłuszali, no, chyba że Wiebke Lehmkuhl. W tym wypadku częściowym usprawiedliwieniem może być to, że, jako się rzekło, Wiebke Lehmkuhl śpiewa cicho, a orkiestra była ustawiona pod Sonię Prinę, która śpiewa głośno.

Słowem, koncert dobry, ale spodziewałem się czegoś więcej.

Dla mnie największym wydarzeniem tegorocznych Misteriów był koncert wielkopiątkowy.

Powinienem zajmować się czymś zupełnie innym. Nawet na blogu powinienem dać inny wpis. Ale wczorajszy koncert - a w nim Sunhae Im, Sophie Karthäuser i René Jacobs - przypomniał mi partię Dorindy w Orlandzie Haendla. A skoro Dorinda, to znakomite trio Consolati, o bella kończące I akt.

W barokowych operach wszyscy kochają wszystkich od pierwszego wejrzenia. Orlando kocha Angelicę, Angelica kocha Medora, którego kocha także Dorinda. Medoro flirtuje z obiema panienkami, ale ostatecznie łączy się z Angelicą (gdy Orlando się o tym dowie, oszaleje i narobi różnych strasznych rzeczy). Dorinda rozpacza, Angelica i Medoro usiłują ją pocieszyć.

Poniższy klip pochodzi z przedstawienia zarejestrowanego w Zurychu w 2007 (tego z Sunhae Im i Sophie Karthäuser nie ma jeszcze na DVD - za miesiąc wyjdzie CD). Medoro - Katharina Peetz, Angelica - Martina Janková, Dorinda - Christina Clark, dyryguje William Christie. Widać, jak wiele opera zyskuje na dobrej grze aktorskiej i ujęciu teatralnym. Tutaj mamy przykład dość popularnej ostatnio interpretacji erotycznej. Nawet jeśli ta scena jest nieco przesadzona, aktorstwo jest dobre, głosy znakomite, a muzyka wspaniała. Zapraszam.

środa, 16 kwietnia 2014

Antonio Caldara, oratorium Morto e sepoltura di Cristo, grała Europa Galante, dyrygował Fabio Biondi.

Koncert jest chwalony (choć nie entuzjastycznie chwalony) na blogu Doroty Szwarcman. Soliści dobrzy, orkiestra niezła, Biondi w przerwie koncertu mówi, że on właściwie czuje się krakowianinem. Ja zwróciłem uwagę na bardzo dobre chóry na zakończenie obu części oratorium, oraz na fenomenalną arię basu Verde tronco (Ugo Guagliardo) w drugiej części.

Tyle właściwie powinienem napisać, jako że... na koncercie nie byłem. Zmogła mnie wiosenna grypa. Miałem bilet, ale się zmarnował. Pomyślałem więc, że skoro nie mogę tam być, posłcham transmisji radiowej. No i posłuchałem.

Pierwsza część była fa-tal-na. Mam na myśli jakość dźwięku. Słychać było tylko skrzypce, zagłuszające wszystko inne. Jeśli coś się przebiło, było ustawione jakoś tak ostro, nieprzyjemnie. Po prostu katastrofa.

W przerwie elektroakustyk chyba posłuchał tego, co puścił w eter, walnął głową w mur i zmienił ustawienia. Druga część brzmiała już dosyć przyzwoicie.

Dzisiejsza transmisja radiowa z koncertu Jordi Savalla (nie byłem z powodów jak wyżej) też byla przyzwoita. Ale koncert - przynajmniej w odbiorze radiowym; nawet w przypadku idealnej transmisji to nie jest to samo, co po prostu tam być - taki sobie, niezbyt porywający.

niedziela, 13 kwietnia 2014

Kraków przeciw igrzyskomW wyniku prowokacji dziennikarskiej pani Jagna Marczułajtis zrezygnowała z szefowania Komitetowi Kraków 2022. Oczywiście, jak to u nas w zwyczaju, oskarża media o nagonkę i ataki, odcina się od działań swojego męża i nie ma sobie nic do zarzucenia.

To dobra wiadomość dla przeciwników igrzysk. Zwracając uwagę na bałagan, arogancję i złą organizację w Komitecie, sprawia, że wynik NIE w referendum 25 maja staje się bardziej prawdopodobny. Teraz Komitetem pokieruje zapewne tymczasowy przewodniczący, a jeżeli w lipcu MKOl dopuści Kraków do dalszego etapu, nowym szefem zostanie jakaś poważna figura. Mówi się o Aleksandrze Kwaśniewskim. To mógłby być poważny przeciwnik, ale mam nadzieję, że nie będziemy musieli sprawdzać jego siły: Nawet jeśli pomysł igrzysk nie zostanie odrzucony w referendum, obecne, dość kompromitujące zamieszanie, samo w sobie osłabia szanse na sukces kandydatury Krakowa. I bardzo dobrze!

Ale jednak trochę mi przykro. Chodzi o to, że upadek pani Marczułajtis nastąpił w tak złym stylu.

Okazało się, że Komitet przygotowujący wielką, kosztowną, prestiżową imprezę, działa skrajnie nieprofesjonalnie. Nie ma planu, nie ma pomysłu, nie ma organizacji, nie wynajęto profesjonalnej agencji PR. Finanse i zasady zatrudniania są niejasne. Mąż szefowej, formalnie osoba niezwiązana z Komitetem Kraków 2022, zdaje się tam być szarą eminencją, podejmującą istotne decyzje, a na koniec jak dziecko daje się podejść lokalnym dziennikarzom. Żałosne. (Ale nie przesadzajmy z oskarżeniami, że "mąż chciał przekupić dziennikarzy" - co najwyżej chciał ich kupić, a gdyby to robił ktoś uprawniony do podejmowania decyzji, i oficjalnie, nie na stacji benzynowej, byłoby to w pełni legalne.)

Praprzyczyną obecnego upadku była arogancja Komitetu i wszystkich osób próbujących narzucić nam igrzyska. Ich plan nie zakładał konieczności przekonywania mieszkańców, którzy mieli bezwolnie przyjąć to, co zaplanowała przemyślna i dobrotliwa władza. Gdy jednak okazało się, że będzie referendum i że do igrzysk trzeba przekonać szeroką publiczność, Komitet ogarnęła panika i zaczęła się improwizacja. Ja z synowcem na przedzie i jakoś to będzie. Mąż pani Marczułajtis chciał dobrze, ale wyszło jak zawsze. Naprawdę, wolałbym, aby Komitet wspiął się na wyżyny profesjonalizmu i krystalicznej uczciwości, a mimo to przegrał w referendum. Nie byłoby tego wstydliwego wrażenia okropnej, polskiej prowizorki.

Okrutne internety piszą, że Jagna Marczułajtis jest pierwszą sportsmenką, która odpadła z igrzysk 2022. This is the way the world ends, not with a bang but a whimper.

P.s. Polecam też List do prezydenta Majchrowskiego autorstwa Michała Olszewskiego w dzisiejszej Gazecie Wyborczej.

czwartek, 10 kwietnia 2014

Kraków przeciw igrzyskomZnany wykładowca akademicki dorabiający sobie jako prezydent Krakowa, prof. Jacek Majchrowski, oświadczył, że irytują go naciski, by nie wydawać na igrzyska, ale budować przedszkola. Nie widzę w tym niczego niezwykłego. Zamożnych, starszych panów na stanowiskach zazwyczaj irytują przedszkola, młode matki i w ogóle problemy zwykłych ludzi. Wolą cygara, whisky, rauty i publiczne widowiska, zwłaszcza jeśli ktoś inny za nie płaci.

Majchrowski musi być wściekły. Ten wielki oportunista zaangażował się w pomysł organizacji Zimowych Igrzysk Olimpijskich w Krakowie, gdy ten wydawał się bardzo popularny. Zaangażował się chyba nie po to, aby się na nim dorobić, ale dlatego, żeby zapewnić sobie "miejsce w historii". Tymczasem okazało się, że projekt nie jest aż tak bardzo popularny, ba, raczej zgoła niepopularny. W tej sytuacji Majchrowski zaproponował przeprowadzenie referendum lokalnego z jednym pytaniem: Czy jesteś za tym, aby Kraków ubiegał się o prawo do organizacji Zimowych Igrzysk Olimpijskich 2022? Prezydent chciał, aby referendum odbyło się w czerwcu. To bardzo sprytne: W czerwcu raczej nie osiągnięto by progu ważności referendum, wynik nie byłby wiążący, więc dalsze zabiegi wokół igrzysk mogłyby się toczyć, a sam Majchrowski zyskałby nimb obrońcy demokracji lokalnej i zarazem adwokata imprezy "podnoszącej prestiż Krakowa", co byłoby świetnym punktem wyjścia do kampanii wyborczej. Ale radni Platformy przechytrzyli Majchrowskiego i przesunęli referendum na 25 maja, równolegle z wyborami europejskimi, co daje spore szanse na osiągnięcie wiążącej frekwencji.

Radni Platformy też muszą być wściekli. Przez długie miesiące zwalczali pomysł referendum jak krzyżacką zawieruchę, aż tu raptem prezydent postawił ich w sytuacji pozornie bez wyjścia: Zgodzą się na referendum - Majchrowski już ma wygraną kampanię w Krakowie, nie zgodzą się - oni już przegrali. Dość sprytnie wymyślili, żeby zaproponować inny termin referendum, tak aby wynik był wiążący, wóz albo przewóz. Ale ogarnięci jakimś szałem, dopisali do referendum trzy własne pytania, na które chyba pies z kulawą nogą nie zwraca uwagi. W każdym bądź  razie, o ile do ogłoszenia pomysłu o referendum krakowscy radni Platformy dość głośno i otwarcie chwalili pomysł organizacji ZIO - czego nie mogę zrozumieć, ale o tym już pisałem - o tyle teraz nabrali wody w usta. Ani pomysłu organizacji igrzysk nie chwalą, ani go nie krytykują. Czekają.

W ogóle w Platformie widać nastrój niepewnego wyczekiwania. Premier początkowo jednoznacznie poparł pomysł ubiegania się o ZIO, licząc na korzyści polityczne z tego wielkiego projektu tak na szczeblu lokalnym, jak i ogólnopolskim. Gdy jednak stało się jasne, że projekt może być dla swoich propagatorów szkodliwy, premier zamilkł, za to pani wicepremier Bieńkowska głośno powiedziała, że żadnych dodatkowych pieniędzy na organizację ZIO i olimpijskie inwestycje nie będzie. Teraz minister sportu Andrzej Biernat, przecież nie z własnej inicjatywy, najpierw zarządził kontrolę w pół-niejawnym Komitecie Organizacyjnym kierowanym przez posłankę Marczułajtis, wczoraj zaś bardzo arogancko ogłosił, że jeżeli Kraków się z ubiegania o organizację igrzysk wycofa, miasto będzie musiało zwrócić środki, jakie otrzymało z ministerstwa na przygotowanie wniosku. Wszystko to - milczenie premiera, nerwowe ruchy Biernata, milczenie krakowskich radnych Platformy - odbieram jako przygotowywanie gruntu pod możliwe wycofanie się rakiem z pomysłu organizacji igrzysk. Damage control. Tylko biedna pani poseł Marczułajtis i jej mąż nadal nic z tego nie rozumieją.

Jacek Majchrowski tymczasem nie ustępuje i wciąż próbuje przekonać mieszkańców, że igrzyska będą dla Krakowa błogosławieństwem. Ale niekiedy robi to kuriozalnie. W cytowanym powyżej wywiadzie powiedział, że przedszkola

to za mało, by zapewnić miastu rozwój, za coś te przedszkola potem trzeba utrzymać.

Internet odpowiedział po swojemu, drwiną.

Jacek Majchrowski liczy zapewne na to, że w referendum 25 maja nie uda się jednak osiągnąć 30% frekwencji i, niezależnie od wyniku głosowania, nadal będzie mógł zabiegać o swoje miejsce w historii. Ewentualne katastrofalne skutki nieszczęścia, jakim dla Krakowa byłaby konieczność zorganizowania za osiem lat igrzysk, ponosić już będzie kto inny. Mnie Majchrowski i inni proponenci igrzysk, mamiący nas wizją skoku cywilizacyjnego w wyniku ulokowania tu inwestycji olimpijskich, wydają się podobni - żeby użyć porównania wykorzystanego w opisie sytuacji we Władywostoku - do budowniczych idoli na Wyspie Wielkanocnej: Wielkim wysiłkiem, zużywając niemal wszystkie dostępne zasoby, zbudowali je, licząc, że te magicznym sposobem zapewnią im pomyślność. Czy Krakowowi pomyślność ma zapewnić tor lodowy, hala Wisły i tor bobslejowy w Myślenicach, które trzeba będzie utrzymywać, tak jak już utrzymujemy stadion Wisły, wciąż zresztą spłacając kredyt zaciągnięty na jego budowę?

Mam głęboką nadzieję, że 25 maja osiągniemy jednak próg 30% frekwencji i że krakowianie igrzyskom powiedzą w referendum gromkie NIE.

P.s. Jacek Majchrowski dorabia sobie jako prezydent Krakowa, gdyż jak wynika z jego ujawnionego PITu (za rok 2009, późniejszych już nie ujawniał), znacznie więcej, niż jako prezydent, zarabia jako wykładowca dwóch uczelni: Krakowskiej Akademii im. Frycza Modrzewskiego oraz Uniwersytetu Jagiellońskiego. Pomijam nawet samo zdziwienie wysokością akademickich dochodów pana profesora. Co innego jest ważne: Drugim co do wielkości miastem w Polsce daje się zarządzać w chwilach wolnych od innych zajęć. Czy zatem można się dziwić, że w Krakowie jest, jak jest?

czwartek, 03 kwietnia 2014

Kraków przeciw igrzyskomNajważniejszym argumentem zwolenników organizacji Zimowych Igrzysk Olimpijskich w Krakowie jest skok cywilizacyjny, jakiego Kraków i Małopolska miałyby dokonać w wyniku ulokowania tu inwestycji olimpijskich. Chodzi przede wszystkim o inwestycje w infrastrukturę transportową, bo trzeba przyznać, że kolejne rządy mocno Kraków i Małopolskę pod tym względem zaniedbywały.

Jakie więc inwestycje pozasportowe planowane są w związku z igrzyskami? Można o tym poczytać w oficjalnym wniosku Krakowa do MKOl, do pobrania stąd; Radio Kraków na swojej stronie zamieszcza wygodne podsumowanie. Mamy zatem:

  • zakopianka z Krakowa do Myślenic (modernizacja)
  • zakopianka z Lubnia do Rabki (budowa nowego odcinka z tunelem, równolegle do istniejącej drogi)
  • zakopianka z Rabki do Nowego Targu (modernizacja)
  • zakopianka z Nowego Targu do Zakopanego (modernizacja)
  • drogi wojewódzkie na Podhalu (modernizacja)
  • linia kolejowa z Krakowa do Zakopanego (modernizacja)
  • linia kolejowa z Krakowa do lotniska w Balicach (modernizacja)
  • obwodnica Krakowa od węzła Rybitwy do węzła Igołomska (krakowski odcinek S7, budowa)
  • 13,5 kilometra torów tramwajowych w Krakowie (remont)
  • trzy nowe linie tramwajowe (Lipska-Wielicka, Krowodrza Górka-Górka Narodowa, Meissnera-Mistrzejowice) (budowa)

Wschodnia obwodnica Krakowa (krakowski odcinek S7) jest już uwzględniona w planach i jest na nią finansowanie. Kosztowny, z uwagi na kilkukilometrowy tunel, odcinek zakopianki z Lubnia do Rabki też jest w planie, finansowanie na niego było, ale - jak głosi plotka - chwilowo znikło, gdyż rząd przeznaczył te środki na budowę fragmentu południowej obwodnicy Warszawy w ramach ratowania HGW i całej Platformy w referendum. W ogóle wszystkie te "olimpijskie" inwestycje już są w planach.  Jak podkreślają autorzy wniosku aplikacyjnego,

Infrastruktura komunikacyjna i usprawnienia, o których mowa powyżej [...] stanowią nieodłączną część udokumentowanej strategii rozwoju miasta i regionu. Na potrzeby Igrzysk nie potrzeba dokonywać żadnych dodatkowych inwestycji w infrastrukturę komunikacyjną poza tymi, która zostały uwzględnione w istniejących planach dla Małopolski na okres do roku 2020.

Innymi słowy, w ramach przygotowań do igrzysk nie planuje się zbudować niczego, czego już nie ma w planach, co miano zbudować i bez igrzysk. Politycy Platformy półgębkiem dają do zrozumienia, że jeśli Kraków nie zostanie zmuszony do organizacji igrzysk, bo MKOl odrzuci jego kandydaturę lub sami krakowianie odrzucą ten obłąkany pomysł w referendum 25 maja - na co bardzo liczę! - to władza się na nas obrazi i obiecanych inwestycji nie zrealizuje. Cóż, mogę powiedzieć tylko, że gdyby w istocie tak się miało stać, to i Platforma jako partia, i jej indywidualni politycy powinni spodziewać się jedynie katastrofalnych klęsk wyborczych w Małopolsce.

Nawiasem mówiąc, moim zdaniem modernizacja odcinka Nowy Targ-Zakopane jest niepotrzebna: Zakopane jest małe, ciasne, bardzo drogie i potwornie zanieczyszczone. Przyroda tylko zyska, jeśli mniej ludzi będzie jeździć na Podhale i do Zakopanego. Zyska też budżet, unikając płacenia horrendalnych sum za wykup działek od Podhalan i długotrwałych, uciążliwych procesów o zaniżone odszkodowania, gdy dojdzie do wykupu przymusowego.

Napiszę jeszcze, czego we wniosku nie ma, choć nam to w związku z igrzyskami obiecywano:

  • nie ma północnej obwodnicy Krakowa
  • nie ma przedłużenia S7 do granicy województwa Świętokrzyskiego
  • nie ma Trasy Zwierzynieckiej z tunelem pod Wzgórzem Św. Bronisławy i mostem na Wiśle
  • nie ma Tras Łagiewnickiej i Pychowickiej (nie wnikając tu w otaczające je kontrowersje)
  • nie ma Trasy Balickiej
  • nie ma modernizacji samego lotniska
  • nie ma kolei aglomeracyjnej
  • nie ma innych linii kolejowych, na co bardzo liczyły samorządy
  • nie ma środków na walkę z niską emisją.

Rekapitulując, szumnie zapowiadany skok cywilizacyjny sprowadza się do budowy fragmentu obwodnicy, modernizacji zakopianki i budowy kilku linii tramwajowych. Co nam zresztą obiecano i bez igrzysk. Więc po co mamy jeść tę olimpijską żabę?!