Kategorie: Wszystkie | Edukacja | Fizyka | Kryzys | Literatura | Muzyka | Polityka | Rozmaitości
RSS
sobota, 22 kwietnia 2017

Cóż za nowina! Działacze PiS zauważyli wreszcie, że przed Pałacem Namiestnikowskim, zwanym także Prezydenckim, nie ma miejsca na pomnik Lecha Kaczyńskiego. Nic to! Przecież można usunąć pomnik księcia Józefa Poniatowskiego, jak to najpierw zasugerował Jacek Sasin, działacz samorządowy z Wołomina, któremu marzy się zostać prezydentem Warszawy, co zaraz poparła posłanka Gosiewska (Małgorzata, ta mniej jadowita z dwu wdów Gosiewskich).

Czemu właściwie Lech Kaczyński miałby mieć pomnik przed Pałacem Namiestnikowskim? Chodzi, rzecz jasna, o zawłaszczenie przestrzeni symbolicznej, o pokazanie, kto nad Polską dominuje, o ustanowienie centralnego miejsca kultu nowej religii państwowej, w szczególności zaś o uświadomienie wszystkim, że tylko jakiś godny następca, czyli osoba wyznaczona przez PiS - najlepiej sam Jarosław Kaczyński, któremu śni się po nocach Recep Tayyip Erdoğan - może być prezydentem Polski. Oficjalnie PiS tych argumentów nie podnosi i mówi, że Lech Kaczyński na pomnik przy Krakowskim Przedmieściu zasłużył, gdyż był prezyentem Polski (no i co z tego? Gabriel Narutowicz, Stanisław Wojciechowski i Ignacy Mościcki, a nawet Bolesław Bierut i Wojciech Jaruzelski, też byli prezydentami, a pomników na Krakowskim Przedmieściu nie mają), poczynił wielkie zasługi (szczerze - nie takie znów wielkie), zginął tragicznie - poległ, jak mówią PiSowcy, a nawet poległ w obronie Rzeczpospolitej, jak ośmielił się powiedzieć Antoni Macierewicz - i został pochowany na Wawelu.

Usunąć Poniatowskiego, postawić Kaczyńskiego. To nie jest pierwszy przypadek, gdy PiS chce usunąć dotychczasowego patrona, by wstawić na to miejsce brata Człowieczka Wolności. Niedawno w Małopolsce głośna była próba zastąpienia Stanisławy Groblewskiej - porucznika AK, osoby zasłużonej dla przedwojennego sportu i powojennej nauki - Lechem Kaczyńskim w charakterze patrona szkoły rolniczej w Bystrej koło Gorlic; zrobił się skandal i teraz nikt nie chce się przyznać do autorstwa tego pomysłu. Podobnych przypadków było w Polsce kilka - z najsłynniejszym "mój brat był faktycznym przywódcą Solidarności".

Wracając do Księcia Józefa, to o jego pomniku znakomicie pisze drakaina. Sam Książę Pepi był, jaki był - od trunków i innych uciech cielesnych nie stronił, po polsku mówił gorzej niż po niemiecku czy po francusku - ale był zdolnym generałem, w XIX wieku uznawano go za jednego z naszych największych bohaterów narodowych. Naprawdę poległ w bitwie i jest pochowany na Wawelu.

Pomysł, aby usunąć jego pomnik z Krakowskiego Przedmieścia, by zrobić miejsce dla pomnika Lecha Kaczyńskiego, wpisuje się w odrażającą, naprawdę wstrętną PiSowską uzurpację by zastępować naszych prawdziwych bohaterów PiSowskim bohaterem mniemanym.

Niedoczekanie.

By Franciszek Paderewski (1760s-1819) - Andrzej Nieuważny, My z Napoleonem, Wrocław 1999, Domena publiczna, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=12015615

Książę Józef Poniatowski

środa, 19 kwietnia 2017

Jak donosi Gazeta Wyborcza, Polska ujawniła dane swoich agentów wywiadu, mianowicie tych, którzy współpracowali jeszcze ze służbami PRLu, w tym także tych, którzy po 1989 pracowali na rzecz wolnej już Polski. Ponieważ współpracowali ze slużbami PRLu, ich dane były w IPN, w tak zwanym zbiorze zastrzeżonym, ale od końca 2016 decyzją szefów służb - obecnych szefów służb, kontrolowanych przez PiS - zbiór ten został ujawniony. Można się dowiedzieć, jak nazywali się polscy agenci wywiadu, jakich nazwisk używali za granicą i wielu innych rzeczy.

To już druga taka koszmarna wpadka w wykonaniu polskich władz. Pierwsza zdarzyła się w 2007, gdy Antoni Macierewicz, w swoim raporcie z likwidacji WSI, ujawnił dane osobowe agentów tej formacji, także zagranicznych, a przy okazji stosowane metody operacyjne. Był to wielki prezent dla obcych, nieprzychylnych nam służb. Teraz służby te dostały drugi prezent, w postaci danych kolejnej dużej grupy agentów.

Państwo, które nie potrafi chronić danych własnych agentów, nie powinno oczekiwać, że ktokolwiek zechce z nim współpracować w przyszłości. 

Antoni Macierewicz ponosi osobistą odpowiedzialność za skandal i straty spowodowane przez raport z likwidacji WSI. W przypadku ujawnienia zasobu zastrzeżonego IPN odpowiedzialność Macierewicza nie jest co prawda bezpośrednia, ale o tym niezwykle szkodliwym dla interesów Polski kroku zdecydowały osoby mianowane przez Macierewicza na szefów wojskowych służb specjalnych. Nominaci Macierewicza nie odważyliby się podjąć takiej decyzji nie mając absolutnej pewności, że mają na to jego zgodę.

Zastanawiam się czy ujawnienie danych polskich agentów, i tych z raportu o likwidacji WSI, i tych z zasobu zastrzeżonego IPN, to tylko skrajna głupota, czy też działanie w interesie obcych służb. Obcych, ale w szczególności wiadomo, których.

Nie przesądzając, jak było w przypadku raportu z likwidacji WSI - a trzeba pamiętać, że Macierewicz natychmiast (według niektórych źródeł jeszcze przed oficjalną publikacją) zlecił przetłumaczenie go na język... rosyjski - myślę, że w kwestii zbioru zastrzeżonego IPN wina spada na ideologiczne zaślepienie, głupotę i karygodną niekompetencję PiS, jego przywódców i nominatów. "Uwalimy komuchów", pomyśleli, a że dla nich komuchem jest każdy, kto choć przez moment współpracował z PRLem i jego służbami (o ile nie otrzymał osobistego rozgrzeszenia od Jarosława Kaczyńskiego), nie zważali na to, że ujawniają ludzi, którzy niekiedy z narażeniem życia, a na ogół w dobrej wierze i z pożytkiem dla Polski służyli właśnie Polsce już po odzyskaniu przez nią niezależności.

PiSowcom, w ich bolszewickiej gorliwości, nawet nie przyszło do głowy, że po raz wtóry i kto wie, czy nie ostateczny, zniechęcają wszystkich do podejmowania jakiejkolwiek współpracy z państwem polskim. Jaką bowiem wiarygodność ma państwo, które po zmianie wewnętrznej sytuacji politycznej ujawnia swoich agentów, którzy nie służyli przecież tej czy innej partii będącej u władzy, ale właśnie państwu? Ano, żadną. PiSowcy okazali się przy tym głupsi od prawdziwych bolszewików, którzy przejąwszy akta carskiej Ochrany, wcale ich nie ujawnili: przeciwnie, strzegli ich jak oka w głowie i sami z tej agentury korzystali. 

Polska ma zresztą fatalną tradycję niechronienia danych: Okazuje się, że we wrześniu 1939, na skutek niekompetencji polskich władz, w ręce Niemców wpadły niemal kompletne archiwa polskiego wywiadu, z łatwymi do przewidzenia konsekwencjami dla osób pracujących na terenie III Rzeszy na rzecz Polski.

***

Nad Antonim Macierewiczem zbierają się chmury. Coraz więcej osób krytykuje go za to, co wyczynia w polskiej armii - kilka przykładów w komantarzach do wpisu Hucpa - coraz więcej osób publicznie mówi, że Macierewicz zachowuje się jak agent obcego państwa (wiadomo, którego). Ważne, że w samym PiSie narasta krytyka Macierewicza: najpierw zdano sobie sprawę, że "pozawojskowe" działania Macierewicza przynoszą duże szkody wizerunkowe, później powołana przez Jarosława Kaczyńskiego komisja wyrzuciła Bartłomieja Misiewicza, młodego faworyta Macierewicza, z PiS i zakazała mu pełnienia wszelkich funkcji w firmach nadzorowanych przez MON, a wreszcie okazało się, że prezydent Duda zaczął wysyłać do Macierewicza gniewne listy. Oczywiście dr Duda nie ośmieliłby się na taki krok, gdyby nie wiedział, że mu wolno (por. J 19:11). Jednocześnie w PiS ujawiła się walka frakcyjna, mianowicie podnoszą się mocne głosy w obronie ministra. To jednak musi nie podobać się Człowieczkowi Wolności, który chce całkowicie i jednoosobowo kontrolować swoją partię. Z drugiej strony za Macierewiczem stoi pan dyrektor Rydzyk i jego wpływowa organizacja medialna. Utrata głosów, które pan Rydzyk może zmobilizować, mogłaby być sporą stratą dla PiSu. Jak sądzę, decydujące będzie to, że Macierewicz zaczął wyrastać na drugą osobę w PiS, co nie podoba się jego partyjnym kolegom, w dodatku zaczęło się wydawać, że uzyskuje pozycję polityczną niezależną od autorytetu Jarosława Kaczyńskiego, a to z pewnością nie podoba się temu ostatniemu.

Na froncie smoleńskim też Macierewiczowi ostatnio się nie wiedzie. Jego ulubiona podkomisja smoleńska, kierowana przez dr. Wacława Berczyńskiego, zamiast na siódmą rocznicę katastrofy przedstawić jakiekolwiek dowody na zamach czy spisek, pokazała tylko żałosny filmik z wysadzenia blaszanego garażu z domalowanymi (sic!) oknami, mającego udawać kadłub Tupolewa. Dr Berczyński powiedział, że katastrofa prawie na pewno została spowodowana przez wybuch bomby termobarycznej, którą polski lud internetowy natychmiast przechrzcił na bombę eskobaryczną. Choć Jarosław Kaczyński nazwał ten film "naukowym dowodem" na hipotezę zamachu, przekonało to chyba tylko tych już niezachwianie przekonanych. Dużo osób, które dotąd skłonne były uznać, że w Smoleńsku doszło do zamachu, teraz zaczyna w to wątpić.

Mało tego! Dr Berczyński udzielił wywiadu, w którym przypisał sobie zaslugi w zerwaniu przez Polskę negocjacji na zakup francuskich śmigłowców Caracal:

Nie wiem, czy pani wie, ale to ja wykończyłem caracale. Znam się na tym, znam się na śmigłowcach, znam się na lotnictwie. Pamiętam, jak przeczytałem o tych caracalach, o tym, że polski rząd zamierza je kupić, to mi włosy stanęły dęba. Markowi Pyzie w piśmie „wSieci” powiedziałem, że to jest przekręt, że Polska nie może tak strasznie przepłacać – i się zaczęło. To był kwiecień 2015 r., jeszcze rządziła PO. Potem wybory wygrał PiS, ministrem obrony został Antoni Macierewicz, który powiedział: „Bądź moim pełnomocnikiem w sprawie śmigłowców”.

Stoi to w jaskrawej sprzeczności z oficjalnym stanowiskiem Polski, iż do zerwania negocjacji doszło, gdyż Airbus, producent Caracali (nb, Berczyński wiele lat pracował dla Boeinga, głównego konkurenta Airbusa), nie wywiązywał się z umowy offsetowej. MON natychmiast wydał oświadczenie, cytowane tutaj, iż Berczyński nie miał nic z Caracalami wspólnego. Albo więc zaufany ekspert Antoniego Macierewicza, dr Wacław Berczyński, ujawnił, że PiSowski rząd Polski publicznie łgał w sprawie kontraktu i w ogóle negocjował z Airbusem w złej wierze (skądinąd wiele wskazuje, że tak właśnie było), albo też Berczyński jest kłamcą i mitomanem, a MON mimo to toleruje go na stanowisku szefa ważnej podkomisji. Tak czy siak, skandal.

Po tym wszystkim widzę dwie możliwości: Albo Macierewicz zostanie odwołany z funkcji ministra, a przynajmniej jego faktyczna władza i pozycja zostaną poważnie ograniczone a część jego decyzji cofnięta, albo też Macierewicz otrzyma jedynie jakąś karę symboliczną i Kaczyński nakaże mu przez kilka tygodni czy miesięcy siedzieć cicho, jednak żadne faktyczne działania Macierewicza, jak na przykład budowa Obrony Terytorialnej jako formacji podlegającej bezpośrednio ministrowi, nie Sztabowi Generalnemu, nie zostaną zatrzymane. 

To pierwsze byłoby znakiem, że Jarosław Kaczyński odzyskał kontrolę nad swoją partią. To drugie utwierdziłoby mnie w przekonaniu, że Antoni Macierewicz ma jakieś mocne haki na Kaczyńskiego, a wobec tego jest nie do ruszenia.

Stawiam na tę drugą możliwość.

Edit, 20 kwietnia: Dr Wacław Berczyński podał się do dymisji.

czwartek, 06 kwietnia 2017

Napiszę rzecz, jak mi się wydaje, oczywistą, a jednak nikt chyba jeszcze nie zwrócił na to uwagi. 

Andrzej Przyłębski, ambasador Polski w Niemczech, jest niewątpliwie osobą wykształconą - jest profesorem filozofii, przebywając na stypendium w Niemczech pracował pod kierunkiem Gadamera - a przy tym podobno bardzo inteligentną i ambitną. Jest chyba dobrze przygotowany do swojej funkcji, ma nawet doświadczenie dyplomatyczne: w latach 1996-2001 był polskim attaché kulturalnym i naukowym w Niemczech. Poglądy ma, jakie ma, no trudno, a to, że pełnienie swojej obecnej funkcji zaczął od publicznych połajanek pod adresem gospodarzy i organizowania pokazu filmu "Smoleńsk", w żadnym razie nie budzi mojego zachwytu, ale jest w jakiejś mierze zrozumiałe. W koncu ambasador, choć formalnie reprezentuje Polskę, faktycznie reprezentuje swój rząd, a rząd mamy, niestety, jaki mamy.

Andrzej Przyłębski ma jednak potężną wizerunkową plamę w życiorysie: W latach 1979-80 był zarajestrowany jako współpracownik SB o pseudonimie Wolfgang. Przyłębski twierdzi teraz, że SB wymusiła na nim współpracę szantażem (mogli mu odmówić paszportu), a poza tym nie pamięta, czy przyznał się do niej składając jako kandydat na ambasadora oświadczenie lustracyjne. SBeckie papiery Przyłębskiego zachowały się w formie szczątkowej, wiadomo jednak, że zobowiązanie do współpracy podpisał i jakieś donosy składał.

PiS nie za takie rzeczy niszczył ludziom kariery. Wystarczy przypomnieć sobie postać Andrzeja Krawczyka: był ministrem w Kancelarii Lecha Kaczyńskiego, zrezygnował, gdy wyszło na jaw, że w stanie wojennym, szantażowany, podpisał zobowiązanie do współpracy ze służbami, choć faktycznie współpracy tej nigdy nie podjął. A potem Lech Kaczyński długo blokował jego nominację na ambasadora w Słowacji. Albo abp. Wielgusa, który nie objął metropolii warszawskiej (i dobrze! to strasznie radiomaryjny biskup), gdy okazało się, że lata całe współpracował z SB, też szantażowany odmową paszportu.

PiS ochoczo wykorzystuje choć cień podejrzenia o kontakty z SB do niszczenia osób, które mu nie odpowiadają. Z drugiej strony Człowieczek Wolności, Jarosław Kaczyński, uzurpując sobie moce boskie przyznał sobie prawo do odpuszczania grzechu współpracy z PRLem i jego służbami. Człowieczek Wolności rozciąga jednak ten przywilej tylko na osoby, które w obecnej dobie to jemu zaprzedały duszę.

Andrzej Przyłębski, domniemany TW Wolfgang, tkwi tymczasem w zawieszeniu: Jego postępowanie lustracyjne niby-to się toczy, za samo złożenie fałszywego oświadczenia lustracyjnego grozi kara, ale toczy się bardzo wolno, Człowieczek Wolności zaś nie udzielił mu publicznego rozgrzeszenia. Jeśli sprawy potoczą się po myśli Przyłębskiego, postępowanie lustracyjne nie zakończy się przed uplywem kadencji, jednocześnie jednak rząd w dowolnej chwili może uznać Przyłębskiego za okropnego ubeka i odwołać go z funkcji w mgnieniu oka.

O co tutaj chodzi?

O jego żonę, Julię Przyłębską.

Julia Przyłębska jest sędzią Trybynału Konstytucyjnego. Wybrana została wraz z PiSowskimi dublerami, ale akurat ona i sędzia Pszczółkowski zostali wybrani prawidłowo. Potem PiS siódmą czy ósmą wersję swojej "ustawy naprawczej" skonstruował tak, aby tylko Przyłębska mogła zostać następnym prezesem TK. Ustawa weszła w życie dosłownie niecałą godzinę po zakończeniu kadencji Andrzeja Rzeplińskiego, ale PiSowscy sędziowie i dublerzy nie dopełnili własnych (!) przepisów - sędzia Pszczółkowski się zbuntował - i to, czy pani Przyłębska została prawomocnie powołana na funkcję prezesa TK, jest wielce wątpliwe. Faktycznie to jednak Przyłębska rządzi w Trybunale i robi to, co jej partia każe: wsyłała wiceprezesa Biernata na przymusowy urlop, odsuwając go od orzekania, odsuwa od orzekania trzech "starych" sędziów Trybunału pod pretekstem, iż pan Zbyszek zakwestionował prawidłowość ich wyboru (pan Zbyszek stanie za to przed Trybunałem Stanu, co się odwlecze, to nie uciecze), zmienia składy orzekające, słowem, dba o to, aby Trybunal Konstytucyjny stał się własną atrapą, która broń Boże nie zakwestionuje PiSowskich uzurpacji prawnych. Zachowuje się przy tym jak wulgarna przekupka. Przypadek sędziego Pszczółkowskiego pokazuje, że raz wybrany sędzia Trybunału, mając świadomość swojej nieusuwalności, chąc zachować twarz i poczucie przynależności do elity prawników polskich, może się zbuntować i odmówić bezwolnego wykonywania partyjnych dyrektyw. Co by to było, gdyby i osoba kierująca Trybunałem Konstytucyjnym poczuła się niezależna?! Nie można do tego dopuścić. Pani Julia Przyłębska dobrze rozumie, że gdyby w najmniejszym stopniu sprzeciwiła się PiSowi, PiS w istocie może w mgnieniu oka uznać jej męża za ubeka i odwołać go z funkcji ambasadora. A jeśli będzie posłuszna, to go nie odwoła. No i tyle.

Jestem przekonany, że PiS wiedział o domniemanej agenturalnej przeszłości Andrzeja Przyłębskiego. Wiedział, a mimo to powołał go na ambasadora po to, aby w ten sposób zyskać możliwość nacisku na Julię Przyłębską, którą z kilkmiesięcznym wyprzedzeniem widział w fotelu prezesa TK.

Piotr Pszczółkowski

Piotr Pszczółkowski, sędzia Trybunału Konstytucyjnego

niedziela, 02 kwietnia 2017

Kilka dni temu rozmawiałem z filmowcami planującymi zrobić program o Marianie Smoluchowskim. Ci filmowcy wiedzą wszystko o Europie przełomu stuleci, o Wiedniu, Lwowie i Krakowie, o rodzinie Smoluchowskiego, o jego wyczynach alpinistycznych i narciarskich, o podróżach i zainteresowaniach artystycznych, wiedzą to i umieją opowiedzieć. Nie widzą tylko jednego: dlaczego Marian Smoluchowski uważany jest za najwybitniejszego polskiego fizyka. To właśnie usiłowaliśmy im wytłumaczyć.

Smoluchowski zrobił w fizyce wiele wspaniałych rzeczy, z których najbardziej znane jest wyjaśnienie ruchów Browna (zobacz także artykuł w Fotonie). Cząsteczki Brownowskie, na przykład pyłki roślinne czy inne drobinki w zawiesinie wodnej, nam wydają się malutkie, ale są bardzo duże w porównaniu z cząsteczkami wody, których za to jest bardzo wiele. Cząsteczki Brownowskie zderzają się z nimi, a skumulowany, uśredniony efekt tych zderzeń widzimy jako chaotyczne, bardzo nieregularne ruchy elementów zawiesiny. Albert Einstein i Marian Smoluchowski, pracując niezależnie, podali nie tylko to wyjaśnienie, ale także teorię matematyczną pozwalającą opisać to zjawisko. Dziś tę teorię uznajemy za początki teorii procesów stochastycznych i stochastycznych równań różniczkowych (w tym momencie filmowcy odmówili współpracy).

Rzecz w tym, że cząsteczek wody jest naprawdę kolosalnie wiele i nie sposób śledzić ich wszystkich. Widać tylko uśredniony efekt wielu takich zderzeń. Istota podejścia Smoluchowskiego sprowadza się do tego, że mamy bardzo, bardzo wiele obiektów "małych", których nie sposób śledzić indywidualnie, które wpływają na na coś "dużego", co nas interesuje i co możemy obserwować. Teoria zapoczątkowana przez Smoluchowskiego pozwala przewidzieć (przynajmniej w sensie statystycznym) zachowania obiektu "dużego", zwłaszcza jeśli oprócz przypadkowych impulsów pochodzących od obiektów "małych", działa jeszcze jakiś mechanizm deterministyczny - fizyk zainteresuje się przede wszystkim oddziaływaniami, ekonomista trendami i sezonowością, a statystyk korelacjami. Wszystko to stanowi podstawę modelowania stochastycznego (Monte Carlo), jednego z najważniejszcy narzędzi badawczych nie tylko w fizyce, ale także w ekonomii, naukach przyrodniczych i w technice.

Zmieńmy temat. Ludzie przewidujący rozwój informatyki i jej zastosowań zapowiadają rychłe nadejście Internetu rzeczy, IoT. Sztandarowym przykładem jest "inteligentna lodówka", która sama stwierdzi, że kończy nam się mleko, sok i jajka, sama złoży zamówienie, a inteligentny dron sam dostarczy nam zakupy wprost do domu. Inny przykład to ekspres do kawy, który uruchomimy za pomocą aplikacji w telefonie, tak aby po wejściu do domu czekała na nas gorąca, świeżutka, pachnąca kawa. Albo inteligentny piec w łazience, który uruchomimy inną aplikacją, abyśmy mieli wodę nagrzaną na czas (zagrzana za wcześnie będzie stygnąć, czyli albo będzie zbyt zimna, jak na nasz gust, albo trzeba ją będzie podgrzewać, czyli marnować energię; zagrzana zbyt późno sprawi, że będziemy musieli czekać). Oczywiście inteligentny ekspres i inteligentny piec same zamówią serwisanta do swojego przeglądu, a gdy uznają, że są już zużyte, zasugerują nam zakup swoich następców. Inteligentne sprzęty domowe nie będą bać się śmierci. HAL 9000 jest oczywistym wyjątkiem.

Ale to nie wszystko. Dziś większość z nas ma smartfony, niektórzy smartwatche, a będzie tego więcej. Inteligentne okulary, które będą nam coś wyświetlać, inteligentne klucze, które będzie można zaprogramować tak, aby otwierały kolejne drzwi, inteligentny portfel, inteligentne urządzenia monitorujące nasz stan zdrowia, inteligentna obroża psa, żeby nie zgubił się na spacerze, inteligentne Bóg wie co jeszcze. Celem, jak mówią wizjonerzy IoT, ma być, abyśmy byli "bez przerwy zanurzeni w przestrzeni Internetu, bez potrzeby logowania". Szczerze powiedziawszy nie wiem, co dobrego mogłoby z tego wyniknąć, ale obawiam się, że ludzkość może spróbować to zrealizować.

Problemem - a może właśnie nadzieją?! - mogą okazać się wymagania sieciowe. Wszystkie te inteligentne urządzenia będą musiały bardzo często łączyć się z siecią, choćby po to, aby powiedzieć "Hej, jestem, czekam!". Zapewne nie będą robić tego tak często, jak dzisiejsze połączone z siecią komputery, ale ponieważ ma być ich naprawdę dużo, i tak wygenerują gigantyczny ruch. Duże i całkiem małe urządzenia podłączone do IoT będą się ze sobą komunikować także bez żadnej świadomej akcji z naszej strony, aby zapewnić nam to "zanurzenie w przestrzeni Internetu". Aby całego IoT szlag nie trafił, potrzebne będą nie tylko bardzo wydajne serwery, ale także inteligentne - no jakże by inaczej - algorytmy obsługi ruchu. I tu wracamy do paradygmatu ruchów Browna: mnóstwo "małych", czyli impulsów pochodzących od tych wszystkich inteligentnych gadżetów, a imię ich Legion, może zauważalnie wpływać na coś "dużego", czyli na sieć łączącą te wszystkie "małe" i na zarządzające nią serwery, choć wpływ każdego "małego" z osobna jest pomijalny. Co więcej, stany urządzeń IoT nie będą w pełni niezależne: nasza inteligentna lodówka raczej nie wyjdzie z kuchni, ale inteligentne okulary będą się wraz z nami przemieszczać naszymi inteligentnymi samochodami, a wraz z inteligentnymi okularami zazwyczaj będą to robić nasze inteligentne klucze i portfel. Aby to wszystko inteligentnie obsłużyć, sięgnąć trzeba będzie do zaawansowanych modeli matematycznych, wyrosłych z teorii, którą Marian Smoluchowski wymyślił nieco ponad sto lat temu aby wyjaśnić ruchy Browna.

Uzupełnienie: Obecny stan internetu rzeczy dobrze ilustruje smutna historia programisty, który przez 11 godzin usiłował uruchomić swój nowy czajnik podłączony do WiFi.

Marian Smoluchowski, 1872-1917

Marian Smoluchowski, 1872-1917

sobota, 01 kwietnia 2017

Temat w sam raz na dziś. Oglądam TVNowski serial Belle Epoque. Oglądam, bo zacząłem, a zacząłem, bo po wielkiej akcji reklamowej ciekaw byłem, jak będzie wyglądać kostiumowy serial kryminalny w wydaniu polskim. Serial nie dorasta do zapowiedzi. Drakaina na swoim blogu pisze celne recenzje kolejnych odcinków, a ja dodaję u niej swoje komentarze. Oto jednak wyobraziłem sobie jak rozwiną się romansowe wątki główne, a to zasługuje na oddzielny wpis.

Konstancja okaże się kobietą złą. To ona, wraz z Facetem Bez Kapelusza, spiskowała przeciwko swemu bratu, Lucjanowi, wrabiając w jego śmierć Jana, aby pozbyć się obu za jednym zamachem. Po nieoczekiwanym powrocie Jana do Krakowa udawała z nim romans. Była w związku z Misią - to wiadomo - ale w tej parze to Konstancja byłą tą złą i bardziej zepsutą. Konstancja i Facet Bez Kapelusza zamordowali Misię pozorując jej samobójstwo, a w końcowych odcinkach serialu Konstancja będzie próbowała zniszczyć Jana. To jej się jednak nie uda, a jej przewrotność wyjdzie na jaw. Jeśli jednak serial ma mieć drugi sezon, nie wykluczam, że w ostatnim odcinku pierwszego sezonu Jan zostanie wtrącony do lochu za jakieś zbrodnie nie popełnione. W pierwszym odcinku drugiego sezonu Weronika i dr Skarżyński, ku uciesze komisarza Jellinka, udowodnią, że Jan jest niewinny.

W drugim sezonie Konstancja będzie się pojawiać sporadycznie, knując przeciwko pozostaym bohaterom. Jan zaręczy się z Weroniką (o ile wcześniej, zgodnie z życzeniami drakainy, ktoś jej nie odstrzeli), a przeczysta prostytutka Mila z dr. Sakrżyńskim.

Jeśli drugiego sezonu nie będzie, wszystkie wątki romansowe rozstrzygną się jak wyżej w ostatnim odcinku.