Kategorie: Wszystkie | Edukacja | Fizyka | Kryzys | Literatura | Muzyka | Polityka | Rozmaitości
RSS
niedziela, 31 maja 2009

Media od jakichś dwu lub trzech dni ekscytują się milionowymi "pożyczkami", jakie rzekomo miały płynąć dziwnymi kanałami od tajemniczych spółek w karaibskich rajach podatkowych do posła Janusza Palikota. PiS i okolice zacierają ręce, że oto nadszedł koniec najbardziej znienawidzonego posła Platformy.

Rozumiem, iż nikt Palikota nie oskarża o to, że on te pieniądze ukradł lub że są to łapówki od członków "układu" lub przedstawicieli wrażych mocarstw. Rzekomo są to pieniądze samego Palikota, które ten ukrył przed swoją byłą żoną w ramach toczącego się postępowania o podział majątku. I choć państwo polskie mogło ponieść na tej operacji jakieś straty na skutek uprzedniego wyprowadzenia pieniędzy do raju podatkowego, nie sądzę, aby Palikotowi stała się z tego powodu krzywda - do więzienia nie pójdzie, z Platformy nikt go raczej nie wyrzuci, może nawet zostanie wybrany na następną kadencję (sam bym na niego głosował). Tym niemniej jest to kres marzeń Janusza Palikota o wielkiej karierze politycznej.

Powiada się bowiem, że w Platformie toczy się ostra rywalizacja pomiędzy Schetyną a Palikotem o schedę po Tusku. Mianowicie, należy się spodziewać, że Tusk wygra najbliższe wybory prezydenckie (nawiasem mówiąc, lepiej dla Tuska byłoby, gdyby nie kandydował, tylko gdyby Platforma wygrała kolejne wybory parlamentarne i Tusk przez drugą kadencję był premierem), a zatem, Tusk wygra wybory prezydenckie, a ktoś będzie musiał zostać przywódcą partii i premierem. Naturalnym kandydatem jest Grzegorz Schetyna, ale powiada się, że Janusz Palikot także miał na to stanowisko chrapkę. I kto wie, przy swojej inteligencji, medialności i popularności, mógłby z dość bezbarwnym Schetyną wygrać. Czy udałoby mu się potem poprowadzić Platformę do zwycięstwa w wyborach parlamentarnych, to już inna sprawa, ale oto wszelkie ambitne plany Palikota wzięły w łeb. Nie może być bowiem poważnym kandydatem na premiera facet, którego oskarżono o unikanie podatków. No, chyba że stanie się cud, prawdziwy cud, i Palikot całkowicie, bezdyskusyjnie i bez cienia wątpliwości oczyści się ze stawianych mu teraz zarzutów. A w to chyba nikt nie uwierzy. Nie w Polsce.

A tak przy okazji, zauważam, że popularne określenie raj podatkowy jest zapewne wynikiem błędnego tłumaczenia. W świecie anglojęzycznym bardzo popularne jest określenie tax haven; haven oznacza port, zatokę, ale także, w sensie przenośnym, bezpieczne schronienie. Tax haven to miejsce, w którym można ochronić swoje pieniądze przed podatkowym mieczem. I oto komuś najwyraźniej pomyliło się haven z heaven, czyli z niebem, rajem. A że "raj podatkowy" dobrze brzmi, z całą pewnością lepiej, niż jakaś "podatkowa przystań", "podatkowe schronienie", tak już zostało.

środa, 27 maja 2009

Dzisiejsza Gazeta Wyborcza pisze w tonie alarmistycznym:

Afgańscy talibowie rozpracowują polskich żołnierzy [...]. MON prosi o pomoc Amerykanów.

Dalej czytamy, że

do końca czerwca [polscy] żołnierze dostaną 13 nowych Rosomaków. Więcej nie mamy i nie stać nas

mówi "wysoki urzędnik MON". Żałosne! Czyżbym miał zmienić zdanie o wzroście wartości polskiej armii, wyrażone w przedostatniej notce? Co więcej, Polacy proszą Amerykanów o wypozyczenie 80 nowoczesnych wozów opancerzonych, jednak

Amerykanie rozumieją nasze potrzeby, ale mają własne priorytety.

Czyli wciąż nas lekceważą, wciąż jesteśmy dla nich co najwyżej sojusznikiem drugiej kategorii. Ja jednak wciąż wierzę, że w perspektywie najbliższych kilkudziesięciu lat, tylko Ameryka będzie nam w stanie pomóc. Credo, quia absurdum.

wtorek, 26 maja 2009

Jak wiadomo (albo i nie), w Wielkiej Brytanii szaleje właśnie skandal związany z refundowaniem wydatków paramentarzystów. Ofiarą kryzysu padł między innymi speaker Izby Gmin, Michael Martin, pierwszy speaker od 314 lat, który został zmuszony do ustąpienia. Pośród innych kuriozów, którymi ekscytuje się prasa, typu dom dla kaczek, miska dla psa czy marmurowe stoły - wszystko refundowane z pieniędzy publicznych! - przypadkiem trafiłem na szczególnie zabawną informację. Oto brytyjski minister finansów, Alistair Darling, zażądał zwrotu wydatków poniesionych na księgowego, który wypełniał formularz podatkowy ministra, ichni PIT. Zgdodnie z brytyjskim prawem o zwrot tego typu wydatków posłom ubiegać się nie wolno, to jednak zostawmy brytyjskiej prasie. Ale pomyślmy: minister finansów potrzebuje pomocy księgowego, żeby wypelnić PITa? Jasne, jasne, minister jest od ustalania ogólnych zasad i od planowania budżetu państwa, nie od szczegółowej znajomości wszystkich ulg i odliczeń, tym niemniej jest to zabawne.

Muszę jednak napisać, co skłoniło mnie do tych poszukiwań. O skandalu wiedziałem, a ponieważ najbardziej podobają nam się te piosenki, które znamy, zacząłem czytać  artykuł w najnowszym numerze Newsweeka. Zaczyna się tak:

"Right and honorable" (Prawy i honorowy) – tak zwracają się do siebie posłowie w Izbie Gmin.

Ech... Pomijam już to, że nie "honorowy", ale "czcigodny" (honorowy może być patronat prezydenta), ale brytyjscy posłowie na pewno nie zwracają się do siebie "honorable", ale "honourable". Podobnie, prawidłowy adres specjalnej strony poświęconej piętnowaniu nadużyć brytyjskich parlamentarzystów, powinien brzmieć http://www.dishonourable.org.uk/. O różnicach pomiędzy brytyjskim a amerykańskim angielskim uczą przecież w szkołach.

Uzupełnienie, 27 maja: Przypomniałem sobie (a nastepnie sprawdziłem), że tytuł Right Honourable nie przysługuje wszystkim poslom do brytyjskiego parlamentu, a tylko niektórym, mianowicie obecnym i byłym premierom oraz ministrom. Zwykli MPs są zaledwie Honourable. Prawi być nie muszą :-)

poniedziałek, 25 maja 2009

Andrzej Brzeziecki, w przywoływanym już tutaj artykule, cytuje Bartka Sienkiewicza, który w Dzienniku pisał tak:

Łatwość, z jaką Polacy włączyli się w międzynarodowe działania bez wyraźnie zdefiniowanego interesu (albo z jego błędną definicją), każe przypuszczać, że nasz kraj nie jest sterowną maszynerią, zdolną do obrony swego stanu posiadania (nawet jeśli ten stan posiadania nie dotyczy terytorium, lecz splotu interesów na mapie Europy). 

To, że polskie zaangażowanie  w misje międzynarodowe obnażyło szereg naszych słabości, nie podlega dyskusji. To, że Polska nie jest "sterowną maszynerią", niestety też. Sienkiewicz sugeruje jednak, że sam nasz udział w misjach był błędem.

Nie zgadzam się z tym. Rzecz rozbija się się o pojmowanie naszego interesu narodowego.

Po pierwsze, wiele osób nasz "interes narodowy" rozumie w tym kontekscie jako sumę kontraktów, jakie polskie firmy mogłyby otrzymać, plus mierzalną pomoc wojskową. Sam Sienkiewicz częściowo - podkreślam, częściowo - podziela ten pogląd, pisze bowiem o misji w Iraku:

Mimo rozbudzonych przez Amerykanów oczekiwań nie przyniosła ona Polsce właściwie żadnych gospodarczych korzyści

chociaż

rysowała się szansa na [...] uzyskanie znacznych profitów gospodarczych (kontrakty zbrojeniowe, dostęp do złóż ropy naftowej).

Następnie Sienkiewicz pisze, że Polska u boku Francji zaangażowała się w Czadzie

nie zyskując w zamian nic, nawet zwy kłych w takich wypadkach bilateralnych profitów.

Proponenci takiego pojmowania interesu narodowego zdają się kalkulować: Kontrakty i dostawy sprzętu wojskowego za tyle a tyle setek milionów dolarów - polski interes narodowy jest obroniony; kontrakty i dostawy z mniejsze sumy - nie, w związku z tym polski rząd, przed powzięciem decyzji o udziale w inwazji, powinien był Polsce zagwarantować odpowiednie wpływy. Takie rozumienie interesu narodowego jest po prostu haniebne. Stawia polskie wojsko w roli najemników, walczących za pieniądze. Naraża Polskę na uzasadnione ataki ze strony rodzimych i międzynarodowych organizacji pacyfistycznych tudzież pogrobowców endecji, takich jak LPR i rydzykowcy (Roman Dmowski na myśl o nich w grobie się przewraca), świadomie bądź nie realizującyh interesy Rosji.

Otóż może ja jestem strasznie naiwny, ale wydaje mi się, że decyzja o udziale Polaków w interwencji w Iraku miała przede wszystkim charakter strategiczny (o czym niżej) i moralny, nie biznesowy. Tak przynajmniej ja, w swojej naiwności, chcę ją interpretować. Z jednej strony mieliśmy trudną decyzję o udziale w wojnie, z wszystkimi potwornościami, jakie wojna niesie, z drugiej - zgodę na trwanie władzy Saddama, który nawet jeśli nie miał broni masowego rażenia, to był okrutnikiem i tyranem, mającym na sumieniu śmierć tysięcy ludzi, drwił sobie ze społeczności międzynarodowej i stwarzał zagrożenie międzynarodowe, choć zapewne nie na taką skalę, jak to administracja Busha wówczas światu wmawiala, z trzeciej - bo jest i trzecia strona - Polska mogła obłudnie krytykować barbarzyństwo Amerykanów, a zarazem cieszyć się, że Amerykanie problem Saddama rozwiązali. Nie! Jeśli uważamy, że był problem, powinniśmy za jego rozwiązanie wziąć współodpowiedzialność. Wiem, że wiele osób twierdzi, że w Iraku chodziło wyłącznie o ropę. Oskarżenie to nie jest zresztą bezzasadne, biorąc pod uwagę późniejsze interesy i zyski Halliburtona i jego powiązania z administracją amerykańską poprzez osobę wiceprezydenta Dicka Cheney'a. Może więc polskie władze - a rządzili wówczas Kwaśniewski z Millerem, do których ani osobiście, ani do ichniej formacji, nie odczuwam najmniejszej sympatii - faktycznie wyszły na naiwnych druniów. Lepiej być jednak durniem niż cynicznym przywódcą najemników, kondotierem.

Nie chcę przy tym Polaków wybielać. Wiadomo, że w Iraku była co najmniej jedna wielka afera łapówkarska z udziałem polskich oficerów. Wiadomo, że wojsko polskie było oskarżane o bezmyślne zniszczenie stanowisk archeologicznych w Babilonie (Polacy dość niemrawo bronili się, że prawdziwe zniszczenia spowodowała podjęta za Saddama "rekonstrukcja"). W Afganistanie mieliśmy wciąż niewyjaśnioną i dosyć zagmatwaną afereą Nangar Khel, gdzie oprócz uwarunkowań lokalnych, najprawdopodobniej doszło do zamieszania spowodowanego walką ludzi dawnych WSI z nowymi ludźmi Macierewicza. Polscy żołnierze to nie sami idealistyczni bojownicy, co to nie zważając na trud i znoje, bić się będą za wolność waszą i naszą. Na pewno wśród polskich żołnierzy na misjach było całkiem sporo zabijaków, którzy chcieli przeżyć męską przygodę, a przede wszystkim takich, którzy pojechali tam wyłącznie za żołd. Nie chcę jednak nikogo obrażać. Każda indywidualna decyzja o udziale w misji wojskowej wymagała odwagi. Nie piszę jednak o motywacjach indywidualnych, ale o motywach, jakimi kierowało się państwo polskie. 

Wróćmy jednak do owego interesu narodowego i załóżmy, że pytanie o to, czy Polska coś na udziale w misjach zyskała, jest zasadne, a przynajmniej uznajmy, że rządzący powinni sobie to pytanie zadawać. Czy więc Polska coś zyskała? Bezpośrednio - być może nie, albo niewiele. Ale deklarując się w czynach jako sojusznik Stanów, może - kiedyś, w przyszłości, która oby w takiej formie nigdy nie nadeszła! - liczyć na wzajemność. Nie chodzi mi o korzyści handlowe, ale o strategiczne korzyści dla bezpieczeństwa naszego państwa. Teraz Polsce nikt nie zagraża, ale kto wie, co będzie za dwadzieścia, za pięćdziesiąt lat. Och, jasne, gdyby Polsce wówczas zagroził jakiś wróg, cały świat powinien nam przyjść z pomocą, bo to byłoby moralnie słuszne, niezależnie od tego, co myśmy wcześniej uczylili. Guzik prawda. W naszym interesie narodowym jest być bardziej amerykańscy niż Amerykanie, licząc na to, że gdyby kiedyś, Boże uchowaj, zaszła taka konieczność, oni pomogą nam. Pewności, że tak się stanie, nigdy mieć nie będziemy, ale jeśli my Amerykanom nie będziemy pomagać, nasze szanse na ich pomoc straszliwie maleją. 

Sienkiewicz w cytowanym tu artykule biada, że

Dla nas Sojusz [Północnoatlantycki] ma znaczenie tylko wtedy, gdy jest w naszym regionie faktyczną przeciwwagą dla Rosji, utrzymując równocześnie swój militarny charakter, lub gdy jest elementem wciągania w obręb Zachodu krajów leżących między Rosją a Polską. Tymczasem oba te elementy stają się coraz bardziej wątpliwe.

Sienkiewicz może, niestety, mieć rację, ale być może zadziałały tu procesy silniejsze od nas. Moim zdaniem Polska mimo to słusznie zrobiła angażując się u boku Stanów w misje zagraniczne. Nawet jeżeli chwilowa korzyść z tego jest niewielka, nawet jeśli nie ma gwarancji korzyści długoterminowych w postaci realnych gwarancji NATO dla Polski, gdyby Polska nie uczestniczyła w misjach, tym samym zrezygnowałaby z próby wywarcia wpływu na przyszłość NATO.

Po drugie armia, która siedzi wyłącznie w koszarach i na poligonach, po kilku latach przestaje być armią. Większość komentatorów w Polsce zgadza się, że powinniśmy mieć sprawną armię. Otóż to, że dzięki udziałom w misjach zaczynamy mieć zaczątki prawdziwej armii, nie zaś tylko niewiele warte koszarowe wojsko, jest bodaj jedyną korzyścią bezpośrednią, jaką Polska na udziale w misjach międzynarodowych odniosła. Wydaje mi się to zupełnie jasne i nadziwić się nie mogę, że nikt z poważnych publicystów dotąd tego nie napisał. Implicite przyznaje to sam Bartek Sienkiewicz, pisząc, że w Iraku

okazało się, że polskie wojsko nie jest zdolne do efektywnego współdziałania w operacjach ofensywnych [...]. Każdy poważny kryzys na naszym terenie kończył się wezwaniem pomocy wojsk amerykańskich.

No tak, bo do Iraku pojechało polskie "wojsko koszarowe", nie prawdziwa armia. (Nawiasem mówiąc, kiepska przydatność polskiego wojska w Iraku była zapewne powodem umiarkowanej "wdzięczności" Amerykanów.) Znamienne, że Sienkiewicz, krytykując polskie zaangażowanie w Afganistanie, argumentu o nieprzydatności polskiego wojska w akcjach bojowych nie podnosi. Jak sądzę, polska armia czegoś się w międzyczasie - czyli w Iraku - nauczyła.

środa, 20 maja 2009

Anuszka na jednym ze swoich blogów cytuje artykuł Andrzeja Brzezieckiego, a w nim drwiny jakiegoś Austriaka, dziwującego się, że Polska

zamierza wybudować nowoczesną szkołę w jakimś dalekim kraju dotkniętym konfliktem zbrojnym

podczas gdy szkół takich, a nawet porządnych dróg, nie potrafi zbudować u siebie. To, że nie jesteśmy w stanie zbudować porządnych dróg, to rzeczywiście jakaś klątwa, rzecz zupełnie magiczna (czarno-magiczna), niezrozumiała. Przecież to nie wynika z braku pieniędzy, nie z braku "mocy przerobowych", nawet nie z braku odpowiednio wykwalifikowanych ludzi, ale z jakieś niemożności. O polskiej niemożności pisali i Wyspiański, i Mrożek, i wielu innych - skąd się ona bierze? Nie wiadomo. To musi być coś paskudnego, co bardzo głeboko tkwi w naszej kulturze, w naszej zbiorowej podświadomości. Ja myślę - coraz poważniej tak myślę! - że to naprawdę są skutki owej tysiącletniej traumy, o której Maria Janion pisała w Niesamowitej Słowiańszczyźnie. Świadomość, że mało, mniej niż inni, mniej, niżbyśmy chcieli, wnieśliśmy do kultury europejskiej, zatruwa nas i uniemożliwia zrobienie czegokolwiek.

To wszystko prawda, ale nie uważam, że z Polski, budującej szkołe w Afganistanie czy w Czadzie, trzeba się śmiać. W końcu Polska, w porównaniu z "dalekim krajem dotkniętym konfliktem zbrojnym", jest bardzo bogata i bardzo stabilna. Skoro już Polska do tego kraju wlazła - po co tam wlazła, to inna sprawa; nie w pełni zgadzam się z cytowanym przez Brzezieckiego zdaniem Bartka Sienkiewicza, ale to temat na osobny wpis - no więc, skoro już tam wlazła, to niech coś pożytecznego po Polakach tam zostanie. Skoro nas stać na wybudowanie szkoły w Afganistanie, to powinniśmy to zrobić. Czemu budowa szkoły ma być obiektem drwin, a wiercenie studni w Darfurze, czym swoją fundację reklamowały Janka Ochojska i Agata Buzek, już nie? Owszem, tam, gdzie jest susza, studnia może być bardziej potrzebna, niż szkoła, primum edere, deinde philosophari, ale skoro tamci ludzie nie mogli sobie zbudować szkoły - bo nie mieli pieniędzy, bo nie widzieli takiej potrzeby, bo byli wewnętrznie skłóceni - a Polacy tam są, niechże zbudują. W dodatku "w dalekim kraju" może się to Polakom udać, tam polska niemożność nie obowiązuje. Szkoła, studnia, może pomogą kilkudziesięciu osobom lepiej żyć, może powstrzymają kilka osób przed emigracją na bogatą Północ. A z ichniego punku widzeni Polska to jak najbardziej jest bogata Północ, choć są znacznie bogatsze miejsca na tej Północy. 

Owszem, to jak najbardziej brzmi jak the white man's burden, ze wszystkimi już to rasistowskimi, już to naiwnie filantropijnymi konotacjami. Ale ryzykując polityczną niepoprawność, powtórzę, że skorośmy już tam wleźli, powinniśmy tamtym ludziom pomóc, widząc, że oni nie mogą pomóc sobie sami. Czy taka "misja cywilizacyjna" będzie skuteczna, o "misji wojskowej" nawet nie wspominając, nie wiem.

poniedziałek, 18 maja 2009

We wczorajszej Wyborczej Witold Gadomski przypomniał niedawny artykuł Andrzeja Lubowskiego. Lubowski pisał tak:

[...] to właśnie innowacyjne produkty finansowe przyczyniły się do gigantycznych strat. [...] W ostatnim półroczu słyszałem z ust bankowców USA, Europy i Azji taką wersję wydarzeń: "Mało kto z nas, powyżej 35. roku życia i bez doktoratu z fizyki, rozumiał te instrumenty."

Bez doktoratu z fizyki. Ha, można to interpretować co najmniej na dwa sposoby. Po pierwsze, to fizycy winni są całemu złu, bo wymyślili piekielne instrumenty finansowe i skłonili nieświadomych ryzyka ludzi do ich stosowania. Nawet jeśli nie złej woli, to dlatego, że fizyka tak bardzo oderwała się od rzeczywistości i zajmuje się rzeczami, których "zwyki ludzie" nie rozumieją i które okazują się dla nich groźne. Fizycy przez kilka ostatnich lat byli dumni z tego, że wnieśli naprawdę duży wkład intelektualny w inżynierię finansową. Dziś, w czasie kryzysu, zapewne nie należy o tym zbyt głośno mówić. Piotrek Białas powiada, że już widzi te tłumy wzburzonych obywateli, idących z pochodniami aby podpalać instytuty naukowe. Ale można się na to popatrzeć także z innej strony: Oto doktorat z fizyki stanowi świadectwo kwalifikacji intelektualnych, potrzebnych do zrozumienia skomplikowanych narzędzi. Nie masz odpowiednich kwalifikacji intelektualnych - stosujesz je bezrozumnie i przegrywasz. Przytaczane przez Lubowskiego zdanie mimo wszystko jest pochwałą: doktorat z fizyki świadectwem wysokich kwalifikacji intelektualnych.

A mnie się przypomina baba widziana jakieś dwa miesiące temu w telewizorze, w szczycie zamieszania wywołanego opcjami walutowymi, a raczej spekulacjami na opcjach walutowych (spekulacjami - kto zawierał "normalne" transakcje opcyjne, ten może i poniósł jakieś straty, ale bankructwo mu nie grozi). Otóż baba, dobrze ubrana, zadbana, dyrektor finansowy jakiejś polskiej firmy, właśnie upadającej na skutek strat na opcjach, mówi: "A kto by te wszystkie opcje zrozumiał?" Babo! Skoro nie rozumiałaś, dlaczego zaangażowałaś w to kupę forsy? Czy jest dla baby usprawiedliwieniem to, że wysoko postawieni rozmówcy Lubowskiego też nie rozumieli? Nie, ale baba może się zawsze pocieszać, że jest w dobrym towarzystwie. Zresztą, dyrektorzy finansowi z torbami nie poszli, a pracownicy - who cares?

środa, 13 maja 2009

Pisałem recenzję, a Elżbieta, prasując, robiła channel surfing. Słyszę, Hamlet, patrzę, faktycznie, Hamlet Franco Zefirellego. No i zostałem przy telewizorze, nie mogłem się oderwać. Nie dlatego, że ta akurat realizacja jest taka dobra - przeciwnie, raczej przeciętna, modulo niesamowita, genialna Helena Bohnam Carter - ale sam tekst jest genialny. Drugi raz mi się to zdarzyło. Dawno temu, w Oxfordzie, oglądałem klasyczną realizację Hamleta Lawrence'a Oliviera. Telewizor stał w "kuchni" i na początku było nas tam dwoje lub troje. Różne osoby wchodziły, żeby sobie zrobić coś do jedzenia lub picia, i zostawały, nie mogąc się oderwać, tak że pod koniec cała "kuchnia" była pełna. A przecież w większości byli to Anglicy, którzy i Hamleta w ogóle, i realizację Oliviera w szczególności, znają na pamięć.

(W jakiej kategorii to zapisać? Hamlet? Kryzys, rzecz jasna.)

niedziela, 10 maja 2009

Kontynuuję mój poprzedni wpis. Jednym z moich wielkich nauczycieli był profesor Andrzej Staruszkiewicz. Otóż profesor Staruszkiewicz twierdził, że każda wielka teoria fizyczna odpowiadała na koniecznośc wyjaśnienia jakichś ważnych faktów doświadczalnych. Staruszkiewicz kontynuował, że teoria strun jest wobec tego bez sensu, jako że na nic nie odpowiada, jest koncepcją całkowicie wymyśloną - dodatek mój - jak kiedyś eter. Nauczony przez Staruszkiweicza pisałem więc wielokrotnie, iż obecnie nie ma żadnych powodów do kwantowania grawitacji, gdyż nie ma żadnych znanych faktów obserwacyjnych, które taka teoria miałaby wyjaśnić. A jednak...

Staruszkiewicz mówił, że powodem powstanie Ogólnej Teorii Względności była konieczność wyjaśnienia równości masy ciężkiej i masy bezwładnej (w czasach Einsteina z doświadczenia wiedziano, że są one sobie równe zaledwie z dokładnością 1:108; dzisiaj wiemy, że różnice nie przekraczają 1:1012). Otóż jeżeli przyjmiemy, że masa bezwładna jest nadawana cząstkom na skutek oddziaływań kwantowych, mianowicie poprzez mechanizm Higgsa, ten sam mechanizm powinien nadawać cząstkom masę ciężką. Skoro zatem masa-źródło pola grawitacyjnego, czyli, według OTW, źródło zakrzywnienia przestrzeni, nadawana jest w mechanizmie kwantowym, grawitacja, u samych swoich podstaw, też ma charakter kwantowy. Ten charakter trzeba zrozumieć, czyli opracować kwantową teorię grawitacji; wcale nie musi to być jednak teoria strun.

Zatem faktem doświadczalnym, który hipotetyczna/przyszła kwantowa teoria grawitacji powinna wyjaśnić, jest to samo, co było powodem opracowania OTW: równość masy bezwładnej i masy ciężkiej. Nie sądzę, żebym oto dokonał jakiegoś przełomu naukowego, ludzie na pewno to wiedzą (choć Smolin o tym nie pisze!) - po prostu ja coś, na własny użytek, zrozumiałem.

Czytam Lee Smolina Kłopoty z fizyką. Napiszę o tej książce osobno. Tego, co poniżej, nie  wyczytałem u Smolina, ale Smolin każe mi mysleć o zagadnieniach fundamentalnych.

Cząstki uzyskują masę przez oddziaływanie z polem Higgsa. Pole Higgsa jest wszędzie, wypełnia czasoprzestrzeń, stanowi osnowę świata. Cząstki, przedzierając się przez nie, oddziałują z nim i to je "spowalnia": siła działająca na cząstkę nie może zadziałać natychmiast - manifestuje się to jako bezwładność. Jak się to ma do grawitacji, do związku między masą ciężką a bezwładną? Skoro cząstki oddziałują z polem Higgsa, to także pole Higgsa ulega pobudzeniu i to właśnie manifestuje się jako zakrzywienie czasoprzestrzeni.

To oczywiście nie jest fizyka, tylko machanie rękami. Ale to machanie rękami pozwala mi samemu poczuć, że coś - być może - zrozumiałem. W każdym bądź razie po raz pierwszy pojąłem, że kwantowanie grawitacji może mieć jakikolwiek sens, jakiekolwiek podstawy.

czwartek, 07 maja 2009

Chyba zmienię wyrażone wczoraj zdanie o Jacku Kurskim. Oto bowiem w dzisiejszej "Kropce nad i" Monika Olejnik powiedziała, że Kurski jest "znawcą biografii Donalda Tuska, łącznie z dziadami", na co Kurski się obruszył, że ona mu znowu z tym dziadkiem, a przecież była to "wielka nieudana operacja socjotechniczna Platformy Obywatelskiej, która kosztowała Donalda Tuska fotel prezydencki". Cytuję z pamięci, ale z bardzo świeżej pamięci - "Kropka" nawet jeszcze się nie skończyła.

Kurski to albo żyjący w świecie urojeń idiota, albo cynik. Idiotą chyba nie jest, zostaje cynik. Cynik, który teraz z kamienną twarzą usiłuje wmówić wszystkim, że "dziadek z Werhmachtu" był "socjotechniczną operacją Platformy". No, ładnie.

A chwilę wcześniej TVN24 pokazało Gwiazdę, niby to w rozmowie z Lityńskim - Andrzeju, Jasiu, tak sobie mówili - ale w gruncie rzeczy w monologu. 4 czerwca to było oszustwo, wszystklo było ukartowane, Gwiazda to wie, bo w Rumunii przewodnik opowiadał mu o dokumentach, z których jasno wynika, że Securitate szczegółowo zaplanowało przejęcie władzy, rzecz jasna w Rumunii. A dosłownie dwie minuty później Gwiazda zabrał się do krytykowania rządu za spacyfikowanie zeszłotygodniowej manifestacji w Warszawie. I oto podekscytowany Gwiazda oświadczył, że nie wyobrażał sobie, że "w dwadzieścia lat po odzyskaniu wolności" władza będzie gazem atakować robotników. Lityński to zauważył, chciał podkreślić, co Gwiazda naprawdę powiedział, ale Kajdanowicz im przerwał, bo chciał zadać jakieś swoje nudne pytanie ("Czy to dobrze, że Tusk przeniósł obchody 4 czerwca do Krakowa"). Ci dziennikarze nie mają wyczucia. Gwiazda jest wariat, ale wariat z wielką klasą, Lityński też swoją klasę ma. Kiedyś znali się świetnie i współpracowali, dzić są politycznymi przeciwnikami. Trzeba było po prostu pozwolić im mówić...

A Kurski w "Kropce" kontunuuje: w 2007 roku bardzo wielu ludziom zrobiono wodę z mózgu i zagłosowali na Platformę, wbrew swoim interesom, i dalej głosuje na nich w sondażach.

[8 maja 09] Link do tej "Kropki": http://www.tvn24.pl/6252,1,kropka_nad_i.html

 
1 , 2