Kategorie: Wszystkie | Edukacja | Fizyka | Kryzys | Literatura | Muzyka | Polityka | Rozmaitości
RSS
sobota, 22 maja 2010

Zacząć muszę od dłuższego cytatu z felietonu Witolda Gadomskiego, który nie po raz pierwszy zabiera się za krytykę polskiej nauki. Tym razem nawiązuje on do spotkania Bronisława Komorowskiego na Uniwersytecie Wroclawskim. Marszałek Sejmu mówił tam, że

problemem Polski jest niska innowacyjność gospodarki i marny poziom szkół wyższych.

To dobrze, że marszałek to zauważa, pytanie tylko, jak opisanemu stnowi rzeczy zaradzić. Nad tym samym zastanawia się Gadomski. Zaczyna od dość typowej "diagnozy" stanu szkolnictwa wyższego:

Znajomy pracujący w szkole wyższej twierdzi, że z polskimi uczelniami nie da się nic zrobić, gdyż rządzą się one według praw feudalnych, a w dodatku są one autonomiczne, więc nie ma mowy o interwencji z zewnątrz. Awans młodych i zdobywanie przez nich tytułów [raczej stopni] naukowych zależą od "mistrzów", którzy, jak większość ludzi, nie lubią konkurencji. Publikują wyłącznie w Polsce, wzajemnie recenzują swoje prace i wyznaczają ścieżki awansu młodszym, pilnując, by nie szli za szybko. [...] Polskie uczelnie można byłoby rozruszać, gdyby powstał mechanizm konkurencji, ale na razie go nie ma. Chyba że mamy na myśli konkurowanie o studentów, których najsłabsze uczelnie przyciągają niską ceną i niskimi wymaganiami.

Do kanonu wyrzutów czynionych polskim uczelniom brakuje tylko narzekania na wieloetatowość. Gadomski dodaje:

Wydatki na badania i rozwój w polskich firmach są bardzo niskie, uczelnie nie czują presji ze strony przemysłu, więc najchętniej oddają się "czystej nauce" - teoriom mającym niewielkie aspekty praktyczne.

Słyszę w tym starą, dobrą niechęć do nauki: Nauka i szkolnictwo wyższe powinny być "praktyczne", bo tylko wtedy zapewnią "innowacyjność". Guzik prawda. Innowacyjność pojawi się jako pochodna dwu czynników: nakładów na badania i zapotrzebowania na badania ze strony gospodarki. Potrzebne są oba te czynniki, a jednak Gadomski, a wraz z nim grupa wpływowych polityków i publicystów, oczekuje, że nauka w cudowny sposób "zapewni innowacyjność" ot tak, sama z siebie, bez pieniędzy i bez zapotrzebowania ze strony gospodarki. Wiadomo także, iż w dłuższej perspektywie nie może być żadnej innowacyjności bez wyprzedzającego ją rozwoju badań podstawowych.

Powiedzmy przy tym jasno i wyraźnie, że ową innowacyjność mogą zapewnić nauki ścisłe, inżynierskie i przyrodnicze, tymczasem patologie, o których wspomina rozmówca Gadomskiego, toczą głównie wydziały społeczne, pedagogiczne i "humanistyczne" (cudzysłów świadomie, gdyż prawdziwym humanistom nie mam nic do zarzucenia), gdzie zresztą studiuje większość polskiej młodzieży. Nie twierdzę, że wydziały ścisłe, przyrodnicze i inżynierskie są od patologii wolne, ale występują tam one w znacznie mniejszym stopniu. Powiedzmy również, że to głównie dzięki naukom ścisłym i przyrodniczym polska nauka zachowuje jeszcze jaki-taki kontakt z nauką światową (zobacz na przykład to zestawienie), a uniwersytety Warszawski i Jagielloński w ogóle mieszczą się w rankingu szanghajskim. Złości mnie bardzo, gdy jednym tchem wypomina się patologie typowe dla "humanistyki" (feudalizm, wieloetatowość, blokowanie karier, brak kontaktu z nauką światową) i oskarża matematyków i fizyków o zajmowanie się teoriami mającymi niewielkie aspekty praktyczne.

Państwo powinno wspierać badania i kształcenie na kierunkach ściśłych, przyrodniczych i technicznych, nie zaś traktować wszystkie równo, z preferencją dla tych wydziałów, które po prostu mają więcej studentów (dzieje się to nie tylko na poziomie państwa, ale także na poziomie uczelni). Jakąś próbą wspierania kierunków perspektywicznie ważnych dla rozwoju gospodarki jest program kierunków zamawianych. Choć sam jestem w ten program zaangażowany, wydaje mi się, że nie spełni on pokładanych w nim nadziei. Owszem, przyjęliśmy na nasz wydział wyraźnie więcej studentów, niż w latach ubiegłych, byli to jednak studenci słabsi. Rok akademicki jeszcze się nie skończył, ale wszelkie znaki na niebie i na ziemi wskazują, że odsiew będzie w tym roku większy, niż w latach ubiegłych. Na rok drugi trafi niewiele więcej studentów, niż poprzenio.

Ratunkiem może być tylko odbudowa poziomu nauczania matematyki i przedmiotów ścisłych w gimnazjach i szkołach średnich, przy czym samo zwiększenie liczby godzin i zakresu materiału nie wystarczy; przeciwnie, chętnie zgodziłbym się nawet na dalszą redukcję materiału, byleby tylko uczniowie - jak to pisałem rok temu -

zrozumieli podstawy fizyki, biologii, chemii oraz nauczyli się myśleć matematycznie.

Jest to jednak zadanie na wiele lat. Nie przyniesie szybkiego sukcesu medialnego, któż więc się nim zajmie?

***

Tymczasem pewien członek Rady Nauki, zdegradowanej do roli organu doradczego ministra, spodziewa się, że, wbrew zapowiedziom, będzie mniej pieniędzy dla nauki. Niezależnie od tych ukrytych cięć, sądzę, że obecna katastrofalna powódź zmusi rząd do nowelizacji budżetu, czemu nie należy się dziwić. Pieniądze na badania naukowe obciąć będzie stosunkowo łatwo i - lokalnie - bezboleśnie...

niedziela, 16 maja 2010

Zbliża się koniec roku akademickiego, obrony prac magisterskich. Wiele osób zastanawia się co dalej i rozważa przy tym podjęcie studiów doktoranckich, pardon, "studiów trzeciego stopnia". Pisałem już, że niektórzy decydują się na te studia konstatując, że poziom studiów magisterskich obniżył się tak bardzo, że studia te niewiele im dały, a oni chcą się dowiedzieć czegoś więcej, chcą lepiej poznać swoją dziedzinę. W porządku, rozumiem to, jednak ostatecznym celem studiów doktoranckich jest zrobienie doktoratu. Zastanówmy się więc - po co robić doktorat?

  • Jeżeli ktoś się interesuje daną dyscypliną naukową, chce się zajmować nauką, chce wnieść do niej swój wkład, niech robi doktorat. Należy wszakże pamiętać, że o dobrą pracę po doktoracie w instytucjach akademickich jest obecnie bardzo trudno.
  • Jeżeli ktoś chce się w przyszłości zajmować prowadzeniem specjalistycznych kursów, szkoleń, może okazać się, że bez doktoratu nie ma na to szans. Niech więc taka osoba zastanowi się jeszcze raz i, starannie wszystko rozważywszy, robi doktorat. 
  • Jeśli ktoś marzy o pracy w specjalistycznych laboratoriach, robiących pomiary, analizy na zlecenie podmiotów rynkowych lub instytucji rządowych, także może się okazać, że bez doktoratu ani rusz. To, co do zasady, jest bardzo dobra ścieżka kariery zawodowej dla posiadaczy doktoratów z nauk ścisłych, przyrodniczych, biomedycznych i technicznych. Zatem podobnie jak poprzednio, niech osoby tym zainteresowane robią doktorat, mając wszakże na uwadze, że o taką pracę także jest bardzo trudno.
  • W niektórych, bardzo nielicznych dyscyplinach - dyscyplinami takimi są prawo i medycyna; nie jestem pewien, czy coś jeszcze - doktorat uznawany jest za podniesienie kwalifikacji zawodowych. Ktoś z doktoratem uważany jest za lepszego profesjonalistę niż ktoś bez doktoratu, może więc liczyć na wyższe zarobki, szybsze pokonywanie szczebli kariery, choć, z drugiej strony, brak doktoratu nie stanowi tu formalnej przeszkody. Więc znów, rozważywszy wszystkie za i przeciw, można się zdecydować na robienie doktoratu, nie zaniedbując wszakże formalnych etapów rozwoju zawodowego (specjalizacje, aplikacje, uprawnienia, specjalistyczne kursy branżowe itp). 
  • Jeżeli ktoś myśli o robieniu doktoratu po to, aby zaimponować mężowi, żonie, dziewczynie, chłopakowi, mamie, tacie i sąsiadowi zza płota, niech NIE robi doktoratu.
  • Jeżeli, poza dyscyplinami wymienionymi wyżej, ktoś myśli, że doktorat poprawi jego pozycję zawodową, jest w błędzie, więc niech NIE robi doktoratu. Podobnie, niech NIE robi doktoratu ten, kto chce opóźnić swoje wejście na rynek pracy czy szerzej, w dorosłość. We wszystkich tych przypadkach (chęć zaimponowania innym, błędne przeświadczenie o rynkowej wartości doktoratu, chęć opóźnienia wejścia na rynek pracy) traci się cenne lata, w ciągu których mogło się zdobyć doświadczenie, a w dodatku na osobach z doktoratem ciąży odium akademickości, niepraktyczności, oderwania od życia, co może utrudnić znalezienie pracy poza instytucjami akademickimi. Oczywiście może się zdarzyć, że młody doktor trafi na ofertę pracy idealnie pasującą do profilu jego dysertacji, a wówczas będzie miał przewagę nad konkurentami do tego stanowiska - nie jest to niemożliwe, ale zdarza się raczej rzadko.
  • Jeżeli ktoś chce zaimponować samemu sobie lub po prostu jego głównym celem jest pogłębienie własnej wiedzy, niech robi doktorat, biorąc wszakże pod uwagę wszystkie zastrzeżenia z poprzednich punktów. 

Okoliczności natury "socjalnej" - względne bezpieczeństwo pracy na uczelni, wygoda, ale kiepskie zarobki i, jak słyszę, gdzieniegdzie zła atmosfera - są ważne, ale mniej ważne od generalnych okoliczności wymienionych powyżej. Osoby planujące połączenie studiów doktoranckich z pracą zawodową poza instytucjami akademickimi, muszą ponadto wziąć pod uwagę, że połączenie takie jest możliwe, ale bardzo trudne. Wymaga ponadprzeciętnych zdolności organizacyjnych, a i tak rzetelna praca nad doktoratem na ogół będzie się odbywać kosztem czasu zabieranego rodzinie. Wiele osób tego próbowało, niewielu się to udało.

Ja nie chcę nikogo zniechęcać, jedynie ostrzegam, że podejmowanie studiów doktoranckich z braku lepszego pomysłu na życie lub w błędnym przekonaniu, że doktorat w każdym wypadku poprawia pozycję zawodową zainteresowanego, jest bardzo kiepskim pomysłem. Dodatkowo, podjęcie studiów doktoranckich i niezakończenie ich obroną pracy, oznaczać może czystą stratę kilku lat życia zawodowego.

Poprawione 11.06.11.

niedziela, 09 maja 2010

Powiada się, że Jarosław Kaczyński jest politykiem wyrazistym, mającym sprecyzowane poglądy i wizję polityczną. Jarosław Kaczyński miałby się w ten sposób pozytywnie odróżniać od innych polityków, którzy są miałcy, nieokreśleni, nijacy.

Jeśli się jednak przyjrzeć poglądom Kaczyńskiego bliżej, są one wyraziste i określone tylko na poziomie ogólnym. I cóż tam widzimy? Skrajny etatyzm i centralizm, wolności obywatelskie podporządkowane interesom państwa, przekonanie, że państwo wie lepiej, co służy obywatelom i że ma prawo to im narzucać. Nieufność wobec wszystkich, którzy tej wizji nie podzielają, tylko chcą zrobić cokolwiek na własny rachunek (stąd "układ"). Komuniści wielkim złem, ale renegaci z własnego obozu złem największym (stąd "agenci"). W polityce zagranicznej nieufność wobec wszystkich krajów europejskich - za wyjątkiem Czech, Gruzji i Litwy, a więc krajów mniejszych, które można traktować paternalistycznie - połączona z bardzo niejasną wizją budowania jakiejś wspólnoty regionalnej, oczywiście pod przewodnictwem Polski i z lekceważeniem dla istniejących inicjatyw regionalnych. Nieufność wobec instytucji europejskich, przekonanie, że w są one narzędziami w rękach innych krajów, chcących Polskę oszukać i wykorzystać, a niewykluczone, że wprost wynarodowić. Oczekiwanie, że Polsce się coś "należy" z racji przeszłych zasług i ofiary krwi, jako że nasze narodowe ofiary, dawane świadectwo i tragiczni bohaterowie są naszym największym skarbem, połączone z przeświadczeniem, że świat tych zasług i tej ofiary nie docenia. Ślepe zaufanie do Stanów Zjednoczonych, a ściślej, do Stanów Zjednoczonych rządzonych przez Republikanów. Całkowita obojętność wobec wszystkich innych spraw międzynarodowych i ponadnarodowych.

Jeśli jednak przejść na poziom konkretów, wszystko staje się daleko mniej jasne. Jarosław Kaczyński jest w stanie wykonać dowolną woltę i zaprezentować bezgraniczny cynizm polityczny, jeśli tylko uzna, że posłuży to jego doraźnym interesom. Przykładami na to niech będą sojusz z Lepperem - choć wcześniej Kaczyński mówił o Samoobronie, że założyli ją agenci NKWD - i sojusz z LPR - choć o ZChN, partii, po której LPR odziedziczył oblicze ideowe, elektorat i część działaczy, Kaczyński mówił, że jest "najlepszą drogą do laicyzacji Polski" - a także sposób zrywania i odnawiania tych sojuszy. Kupczenie stanowiskami, na co wskazywała sprawa taśm Beger. Wreszcie sojusz z Rydzykiem, mimo iż ten we wszystkich najważniejszych dla Polski sprawach - akcesja do NATO, akcesja do Unii Europejskiej, udział w misjach zagranicznych, budowa elektrowni jądrowych - konsekwentnie reprezentował interesy post-sowieckie. Jeśli połączyć to z całkowitą niekompetencją Jarosława Kaczyńskiego w sprawach gospodarczych, małostkowością, nadzwyczajną zdolnością do kreowania podziałów, obrażania ludzi i kierowaniem się urażonymi ambicjami, uważam, że powrót Jarosława Kaczyńskiego do władzy byłby niebezpieczny dla Polski.

Najbliższe wybory będą miały charakter plebiscytowy, przy czym przedmiotem plebiscytu będzie sposób rozumienia patriotyzmu. Czy Polska ma być krajem zapatrzonym w przeszłość, celebrującym swoje klęski i ofiary, nieufnym i podejrzliwym wobec świata, oczekując przy tym, iż świat stanie w zadziwieniu przed naszą dumą i moralną wielkością, czy też, niezapominając o przeszłości i o tragicznych ofiarach, ma się rozwijać, budować wzajemne zaufanie z innymi i opierając się na tym, co w naszej kulturze i w naszych talentach jest dobre, przyczyniać się do tego, że świat będzie się stawał bardziej znośny. W tej sytuacji nie ma sensu głosowanie na kandydata innego niż Jarosław Kaczyński lub Bronisław Komorowski. I dlatego, pomimo wszystkich wad Platformy, Donalda Tuska i całego tamtego obozu, które dostrzegam i nad którymi boleję, będę głosował na Bronisława Komorowskiego.

czwartek, 06 maja 2010

Miałem napisać notkę o tym, że kampania trwa, Jarosław Kaczyński kandyduje, ale milczy nadal. O tym jednak pisali już liczni komentatorzy, w tym Waldemar Kuczyński. Rekapitulując Kuczyńskiego, nieobecność i milczenie Jarosława Kaczyńskiego są oszukańcze i nieuczciwe. Mają bowiem udawać ból po śmierci brata, gdy tymczasem, nie negując samego bólu, są wynikiem strategii. Trzeba podtrzymać atmosferę żałoby, bo to zyskuje Jarosławowi Kaczyńskiemu sympathy vote, a także nie dawać Kaczyńskiemu okazji do kolejnych antagonizujących wypowiedzi, to bowiem demobilizuje umiarkowanie anty-pisowski elektorat.

Jarosław Kaczyński - to są moje już moje obserwacje - już od dłuższego czasu, co najmniej od ostatniej kampanii do europarlamentu, nie zabiegał o nowe głosy, a tylko konsolidował swój stały elektorat. Chyba zdawał sobie sprawę, że wyczerpał swój potencjał pozytywny, że ci, którzy potencjalnie mogli na PiS głosować, już się na to zdecydowali i tylko trzeba ich było utwierdzić w tym zamiarze. Kreowanie ostrych podziałów dobrze temu służy. Teraz żałoba "sama" daje mu nowe głosy, demobilizacja zaś elektoratu anty-kaczyńskiego zwiększa relatywną wagę głosów oddanych na Jarosława Kaczyńskiego.

Mówią natomiast pomniejsi zwolennicy Kaczyńskiego. Ale jak mówią! W zeszłym tygodniu lejtmotywem było to, że wszystkiemu winien jest Klich, gdyż dopuścił, iż wszyscy dowódcy lecieli jednym samolotem. Teraz PiS powiada, że rząd nie radzi sobie ze śledztwem i że trzeba zażądać od Rosjan, aby nam je przekazali. PiS doskonale wie, że to, merytorycznie, są bzdury: śledztwo powadzi niezależna od rządu prokuratura, z mianowanym przez Lecha Kaczyńskiego prokuratorem Seremetem na czele, śledztwa w sprawach katastrof lotniczych trwają wiele miesięcy, Rosjanie zaś, na nasze formalne żądanie oddania śledztwa, co najwyżej by się obrazili. PiSowi nie chodzi jednak o rzeczywistość, a o sprawienie wrażenia, że rząd postępuje co najmniej nieudolnie, a może nawet uwłacza pamięci ofiar. To jest czysta gra wyborcza. Przykro patrzeć, jak ludzie uchodzący dotąd za umiarkowaną frakcję PiSu - Joanna Kluzik-Rostkowska, Paweł Poncyliusz, Paweł Kowal - powtarzają to wszystko bez zmrużenia oka.

Do annałów polskiej publicystyki zapisze się także głos Jadwigi Staniszkis, która przebiła nawet Marcina Wolskiego, Jana Pospieszalskiego i Jarosława Rymkiewicza (poetę, którego za młodu bardzo lubiłem), insynuując, że jacyś przodkowie, lub choćby tylko znajomi redaktorów Gazety Wyborczej, uczestniczyli po stronie NKWD, jako tłumacze i "selekcjonerzy", w mordzie katyńskim. Tym z 1940.

Wszystko to pasuje do scenariusza "demonicznego Jarosława", o jakim pisałem poprzednio. Ja jednak cały czas myślę, że istnieje też inna możliwość. Oto Kaczyński naprawdę jest zdruzgotany, naprawdę oderwany od bieżącej działalności politycznej, stał się za to marionetką w rękach swoich poruczników, którzy walcząc o Kaczyńskiego, walczą o swoje własne polityczne przetrwanie. Bez Jarosława Kaczyńskiego są bowiem niczym. Udają, że PiS się cywilizuje, a sam pan prezes jest po prostu balsamem na polskie rany, ale od czasu do czasu pojawia się ich paskudna gęba. Sam Kaczyński się temu dość biernie poddaje, gdyż on też wie, że bez jego obecności PiSowi grozi błyskawiczna dezintegracja.

Czas pokaże jak jest naprawdę. Ale niezależnie od tego, z jakiej strategii wypływa bieżąca taktyka PiSu, może się ona okazać skuteczna i Jarosław Kaczyński zostanie prezydentem Polski. A jeśli nawet przegra, to przegra o włos. A wówczas drżyj, Platformo, w najbliższych wyborach parlamentarnych. A wówczas drżyj, Polsko...

***

Czerwcowo-lipcowe wybory prezydenckie będą mieć charakter plebiscytu: czy jesteś za Jarosławem Kaczyńskim, a więc za wizją Polski nieufnej, zapatrzonej w przeszłość, podejrzliwie patrzącej na wszystkich, za największą - i jedyną - świętość mającą nasze narodowe przegrane i naszych tragicznych bohaterów, czy też chciałbyś Polski niezapominającej o swojej przeszłości i swoich tragicznych bohaterach, ale zarazem patrzącej w przyszłość, starającej się ufać innym i zdobyć ufność innych, stającej się krajem cywilizowanym, nie zaś środkowoeuropejskim.

***

Tomasz Lis natomiast zwraca uwagę na rolę Kościoła w tej kampanii. Kościół, rzeczywiście, i to poczynając od decyzji kardynała Dziwisza, dość jednoznacznie opowiedział się po stronie PiSu i Jarosława Kaczyńskiego. Dziwi mnie to z dwóch powodów.

Po pierwsze, Kościół strzela sobie w stopę. Sojusz ołtarza z tronem, zaangażowanie w bieżącą politykę, szkodzi Kościołowi. Co z tego, że lokalnie coś zyska, jeśli w ten sposób jeszcze bardziej zniechęci do siebie kolejnych ludzi, zwłaszcza młodych. Zaangażowanie polityczne musi przyspieszyć proces laicyzacji Polski, nad czym resztą, jak wiadomo, ubolewam.

Po drugie, aż dziw bierze, że Kościół opowiada się po stronie Kaczyńskiego. On nigdy nie był ani politykiem, ani człowiekiem religijnym, opieranie się na Rydzyku i tamtej mutacji katolicyzmu w Polsce było ze strony Jarosława zabiegiem czysto koniunkturalnym. Ba, Jarosław Kaczyński dość twardo - i bodaj najbardziej skutecznie ze wszystkich polityków po 1989! - opowiadał się przeciwko Kościołowi w sprawach dla Kościoła instytucjonalnego ważnych. Po pierwsze, popierał tropienie agentów i jak to się całkiem głośno mówiło, bracia Kaczyńscy osobiście doprowadzili do tego, że abp. Wielgus nie objął diecezji warszawskiej. Po drugie, gdy należący do PiS ultrakatolicy chcieli zmienić konstytucję tak, aby aborcje były w Polsce bezwzględnie zakazane, Kaczyński się temu sprzeciwił, ryzykując wściekłość hierarchii i Rydzyka. Biskupom wydaje się, że jeśli poprą Kaczyńskiego, będą mogli nim sterować i go wykorzystywać. Wręcz przeciwnie, to Jarosław Kaczyński zawsze wykorzystywał Kościół.