Kategorie: Wszystkie | Edukacja | Fizyka | Kryzys | Literatura | Muzyka | Polityka | Rozmaitości
RSS
niedziela, 29 maja 2011

Właśnie dowiedziałem się, że kongresmen Jesse Jackson Jr, syn znanego pastora, twierdzi, iż iPod odpowiada za utratę tysięcy miejsc pracy, zwłaszcza wśród wydawców, księgarzy, bibliotekarzy i sprzedawców muzyki. Po co kupować lub wypożyczać książkę czy płytę, powiada Jackson, skoro zawartość można sobie nagrać na iPoda? A w dodatku - cóż za zgroza! - iPody produkowane są w Chinach. Z przemówienia Jacksona i jego neoluddyzmu można się śmiać, ale szerszy problem, którego iPod jest zaledwie egzemplifikacją, jest całkiem poważny.

Dwa tygodnie temu The Guardian straszył (dziś historię tę powtarza Onet), że na skutek postępu technicznego, zwłaszcza informatycznego, e-handel stanowi poważną konkurencję dla tradycyjnych sklepów, z których wiele bankrutuje. Mało tego, wiele miejsc pracy dla ludzi wykształconych może zniknąć:

an increasing number of technology analysts believe recent developments in computing may mean that some white-collar jobs are more vulnerable to technological change than those of manual workers. Even highly skilled professions, such as law, may not be immune.

Można rzec, że to nic nowego. Sam pisałem o tym już kilka miesięcy temu. Na skutek polaryzacji rynku pracy najmniej zagrożone są zawody albo wymagające bardzo wysokich kwalifikacji, albo nierutynowe i trudno algorytmizowalne. Wszystko, co jest pośrodku, może zniknąć.

A co z programistami? Posłużę się analogią. Dawno temu każdy musiał umieć sam sobie zrobić łapcie. Później buty robili szewce a but dziurawy, uszkodzony, zanosiło się do naprawy. Dziś obuwie produkowane jest masowo w wielkich, zautomatyzowanych fabrykach. Naprawiać się butów nie opłaca, łatwiej i taniej jest kupić nowe. Oczywiście, bardzo bogaci i bardzo wymagający ludzie wciąż zamawiają buty na miarę.

To tylko analogia, z której nie należy wyciągać zbyt daleko idących wniosków. Wydaje się jednak, że w przewidywalnej przyszłości większość aplikacji biznesowych i biurowych będzie składana z wytworzonych "maszynowo" klocków. Popyt na usługi programistów spadnie.

Inna rzecz, że pierwszy raz takie przepowiednie słyszałem już ponad dziesięć lat temu. Można w tym upatrywać pewnej pociechy.

wtorek, 17 maja 2011

W najnowszym Newsweeku prof. Jan Winiecki rozwija Teorię dwóch ciemnogrodów. Ciemnogród pierwszy, tradycyjny, zwany przez Winieckiego przednaukowym, bierze się z niewiedzy. Ale nie tylko.

Jest jeszcze hofferowska diagnoza ludzi niespełnionych, sfrustrowanych nieudaczników, którzy nigdy się nie przyznają, że zajmują się życiem innych ludzi, bo ich własne nie obfituje w osiągnięcia (mówiąc bardzo dyplomatycznie).

Polskim liderem tego ciemnogrodu jest, wedle Winieckiego, Jarosław Kaczyński, a ważną cechą tego ruchu umysłowego jest jego antyrynkowe nastawienie. Ale jest i drugi ciemnogród, ponaukowy, a jego uosobieniami są Al Gore i zwolennicy teorii antropogennego globalnego ocieplenia. Oba ciemnogrody łączy

ten sam strach przed współczesną cywilizacją, czyli liberalną demokracją i kapitalistycznym rynkiem.

[...] usprawiedliwienia niewiedzą nie mogą użyć reprezentanci środowisk ciemnogrodu ponaukowego, ponieważ z tą wiedzą już się zetknęli! Dlatego ocena tych środowisk musi być surowsza niż ocena ciemnogrodu przednaukowego. Sprzeczne z nauką twierdzenia czy zwykłe fałszerstwa znajdujemy w wielu silnie promowanych bibliach ekofundamentalizmu.

I tak dalej. Według Winieckiego "ciemnogród ponaukowy", który

ma wiele cech wspólnych z religijnym fundamentalizmem

zajmuje się straszeniem ludzkości globalnym ociepleniem i jego skutkami.

Wiara w potrzebę ocalenia [...] jest ważniejsza niż rygoryzm analizy i rezultaty badań naukowych.

Choć w znacznej części zgadzam się z tym, co Winiecki pisze na temat Kaczyńskiego, nijak nie mogę się zgodzić z jego poglądami na ekologię. Winiecki - czy kogoś to dziwi? - nie przytacza żadnych danych naukowych przeczących globalnemu ociepleniu. Nawet nie kieruje czytelnika do stosownych źródeł. Uważa istnienie takich danych za, proszę wybaczyć, oczywistą oczywistość. Tymczasem rzecz wcale oczywista nie jest. Przeciwnie, wiele publikacji naukowych i serwisów sieciowych rzetelnie wyjaśnia błędy (a nawet fałszerstwa) w danych mających świadczyć o tym, że globalne ocieplenie nie ma miejsca. W Polsce rolę taką gra blog Doskonale szare. Z jego autorem kilkakrotnie starłem się, bo nie podoba mi się jego ideologiczne zadęcie, jednak trzeba mu oddać, co cesarskie, i docenieć kompetencje, wiedzę i zaangażowanie. Jest prawdą, że niektóre działania proponentów koncepcji globalnego ocieplenia były intelektualnie wątpliwe lub zwyczajnie nieuczciwe, niemniej jednak ja sam dałem się przekonać specjalistom, do których mam zaufanie, i uważam, że globalne ocieplenie ma miejsce. Być może jest ono wywołane przez człowieka, być może działania ludzi tylko wzmacniają pewien naturalny trend (zobacz mój niegdysiejszy wpis o węglu), ale zasadnym jest rozważać co ludzkość powinna z tym fantem zrobić. To jest taki zakład pascalowski, bo jeśli okaże się, że coś się zrobić dało, a myśmy to zaniedbali, będziemy - jako globalna cywilizacja - w gorszym położeniu, niż gdybyśmy niepotrzebnie podjęli działania, a raczej pewne kategorie działań, mające zapobiec ociepleniu. Tu zresztą jest problem, bo skuteczność niektórych proponowanych "działań mitygacyjnych" jest wątpliwa, inne budzą grozę, jeszcze inne będą niesłychanie kosztowne.

Machnąłbym jednak na to wszystko ręką, gdyby nie to, iż Jan Winiecki dość osobliwie wybrał sobie negatywnego bohatera swojego felietonu:

[...] w 2008 [...] główny doradca naukowy ówczesnego premiera Gordona Browna dokonał niezwykłego odkrycia. Otóż prof. John Beddington stwierdził, że to klasa średnia tego kraju jest odpowiedzialna za szkody czynione naszej planecie, ponieważ... konsumuje mięso i nabiał, czyli produkty nieefektywne z punktu zużycia energii. W domyśle: należy jeść produkty pochodzenia roślinnego, a wtedy będzie więcej żywności.

Na profesorskie aberracje można zareagować w sposób uproszczony. To znaczy ocenić, że prof. Beddington wypowiada się jak ciemniak, który nie wie, że od 8-10 tys. lat ludzie nauczyli się wykorzystywać żyźniejsze ziemie pod uprawy, a mniej żyzne jako tereny hodowlane. A mięso jest dlatego droższe od chleba, że wymaga większych nakładów.

Niestety, jak ciemniak wypowiada się właśnie Jan Winiecki - mentalnie tkwi w czasach Żyznego Półksiężyca i jest z tego niesłychanie dumny. Po pierwsze, mięso jest droższe od chleba dlatego, że jest dla człowieka pokarmem bardziej wartościowym. Po drugie, drób i świnie - a w mniejszym zakresie także krowy i owce - w przemysłowych hodowlach nie są wypasane, ale są karmione paszami produkowanymi ze zboża. Do wyprodukowania jednego kilograma mięsa trzeba zużyć kilka kilogramów zboża. Po trzecie, żeby mieć pastwiska oraz pola, na których uprawia się zboże przeznaczone na pasze, wycina się lasy i osusza torfowiska, uwalniając zgromadzony w nich węgiel. Po czwarte, mieszkańcy bogatej Północy jedzą za dużo, o wiele więcej, niż wynikałoby to z biologicznych potrzeb, czego ja sam jestem smutnym exemplum.

To zresztą dziwne, że przeciwnik "ekofundamentalistów", jakim jest Winiecki, za swój cel obrał właśnie Beddingtona. Sir John Beddington, profesor londyńskiego Imperial College, jest Chief Scientific Adviser także dla obecnego, konserwatywno-liberalnego rządu. Obsesją Beddingtona jest zagrażająca ponoć światu klęska głodu (echa doktryny Malthusa?), zobacz tutaj, natomiast w publicznej debacie na temat globalnego ocieplenia, a raczej błędów popełnionych przez IPCC, przyjął stanowisko, które powinno zadowolić może nie tyle sceptyków, ile krytyków ideologicznego zacietrzewienia po stronie "ekofundamentalistów". W tym artykule czytamy:

He said that public confidence in climate science would be improved if there were more openness about its uncertainties, even if that meant admitting that sceptics had been right on some hotly-disputed issues.

He said: “I don’t think it’s healthy to dismiss proper scepticism. Science grows and improves in the light of criticism. There is a fundamental uncertainty about climate change prediction that can’t be changed.”

Jan Winiecki najwyraźniej nie odrobił lekcji i nie sprawdził, kogo krytykuje. Kończy swój felieton tak:

Zachodnia cywilizacja podlega [...] erozji w wyniku działań, które motywowane są [...] poglądami ekoreligijnej czy moralizatorskiej natury.

Cóż, Winiecki sam uderza w tony moralizatorskie i nieledwie religijne: jego religią jest wojujący ateizm ekologiczny. Pisze bzdury rzekomo umocowane naukowo i w ten sposób sam tworzy trzeci ciemnogród, pseudonaukowy, przyczyniając się do intelektualnej erozji naszej cywilizacji.