Kategorie: Wszystkie | Edukacja | Fizyka | Kryzys | Literatura | Muzyka | Polityka | Rozmaitości
RSS
wtorek, 29 maja 2012

W dyskusjach nad szkolnictwem wszystkich szczebli, edukacją, nieustannie powraca teza, że nie trzeba zmuszać uczniów do zapamiętywania faktów, dat, autorów, tekstów, bo przecież wszystko można znaleźć w Internecie i jeśli komuś coś będzie potrzebne, bez trudu to sobie wyszuka. Erudycyjny model wykształcenia stał się obiektem kpin, najważniejsze są bowiem umiejętności. Tym niemniej fajnie jest czasem błysnąć erudycją, o czym będzie za chwilę. Nie neguję, że oczekiwanie, iż ludzie mają zapamiętywać wszystko, jak sawanci, jest nierozsądne; sam swego czasu pomstowałem na wymaganie, abym pamiętał rozmaite dane z tabel Małego Rocznika Statystycznego. Coś jednak trzeba wiedzieć, bo jeśli się tego nie wie, to nie wie się nawet, że coś innego można (lub trzeba) wyszukać, że dana informacja jest potrzebna. Brakuje kontekstu i niezbędnej podbudowy wszelkiej dalszej wiedzy. Bardzo trudno jest zdefiniować co wobec tego wiedzieć trzeba - i ja się nie podejmę próby określenia takiego minimum - ale sytuacja, w której można nie wiedzieć prawie nic, oznacza, że informacja co prawda jest potencjalnie dostępna, ale nikt nie będzie wiedział jak z niej skorzystać. I po co. I że w ogóle warto.

Piszę o tym po lekturze wywiadu Piotra Najsztuba z Robertem Gwiazdowskim w najnowszym Wprost (tekst nie jest jeszcze dostępny w sieci). Otóż Gwiazdowski mówi tak:

Sektor finansowy stał się synonimem rynku. Nie interesuje nas, co się dzieje na rynku kartofli [...] natomiast sektorem finansowym maję się interesować wszyscy. A jak mówił pan Papkin, "zważ proporcjum, mocium panie" [podkreślenie moje - pfg], niestety, na te proporcje nie zważaliśmy i z symbiozy doszliśmy do stanu, niestety, pasożytnictwa.

Gwiazdowski najwyraźniej chce się pokazać jako człowiek kulturalny, znający literaturę, nie jakiś zimny technokrata. Odwołuje się do Zemsty, a więc do kanonu lektur szkolnych, który znać powinni wszyscy absolwenci liceów (obecnie gimnazjów). Cóż, dobre i to. Gwiazdowski pamięta, że trzeba zachowywać odpowiednie proporcje, że zgrabny cytat jest u Fredry, a jak u Fredry, to chyba Papkin (to jedyna osoba, którą się "z imienia" z Zemsty pamięta?), a "proporcja" miała dziwną końcówkę. Kłopot w tym, że i cytat, i atrybucja są błędne.

Oto Akt I, Scena 1 Zemsty. Cześnik zastanawia się, czy starać się o rękę Klary, czy Podstoliny i skłania się ku tej drugiej, tym bardziej, że sam już jest niemłody:

Jeszczeć młoda jest i ona,
Ależ wdowa - doświadczona,
Zna proporcją, mocium panie,
I nie każe fircykować,
Po kulikach balansować.

Gwiazdowski nie sprawdził cytatu. Najsztub nie sprawdził cytatu. Redakcja Wprost nie sprawdziła cytatu. Po co, skoro wszyscy wiedzą, o co chodzi? A kto powiedział, że cytat ma być poprawny? Cóż to za dziwaczne wymaganie?! Ale teraz, gdy "zważ proporcjum" juz się pojawiło w druku, a wkrótce pojawi się w internecie, stanie się źródłem wiedzy dla wielu następców.

Brak wiedzy, niewiedza o tym braku i brak poczucia, że wiedzę, fakty należy weryfikować, rodzi pseudo-wiedzę, wiedzę pozorną, nieprawdziwą. Tak, jak pozorna i nieprawdziwa jest erudycja, która w ten sposób odnosi się do cytatów.

Wszystkim adwokatom podejścia "nie trzeba nic zapamiętywać, skoro wszystko można sprawdzić", dedykuję następującą parafrazę Parmenidesa, Jose Ortegi y Gasseta, Stanisława Lema i pewnie wielu innych:

  • Po pierwsze, nikt niczego nie sprawdza.
  • Po drugie, jeśli sprawdza, to nie weryfikuje źródeł.
  • Po trzecie, jeśli sprawdza i weryfikuje, to i tak nie umie tego wykorzystać. 

Mieczysław Grydzewski, ha, ten to wszystko sprawdzał! A nie miał internetu. 

sobota, 26 maja 2012

Robert Krasowski w swojej najnowszej książce Po południu pisze tak:

[...]upadek komunizmu był zjawiskiem dziwnym. Upadł on wcześniej, niż to zauważono, długo przed 4 czerwca; upadł nie tylko w Polsce, ale w całym imperium. Tyle że nikt o tym nie wiedział.

I dalej:

[Komunizm] trwał więc, słabł powoli, a życie uchodziło z niego niepostrzeżenie. Jego śmierć przesłoniły codzienna krzątanina i kilkuletni zastój, który sprawił, że komunizm nigdzie nie musiał stanowczo reagować. Nie było zatem okazji, aby dostrzec, że stracił on zdolność zarówno do ataku, jak i do obrony. Dlatego nie wiedziały o tym ani opozycja, ani społeczeństwo, ani sami rządzący, z Gorbaczowem włącznie.

Narzuca mi się skojarzenie ze znakomitą książką Jana Sowy, Fantomowe ciało króla. Sowa powiada, że I Rzeczpospolita tak naprawdę nie istniała od śmierci Zygmunta Augusta - była urojeniem, konstrukcją symboliczną, bytem fantomowym, nieledwie upiorem, który musiał w końcu zniknąć. Jeśli posłużymy się tym językiem, zobaczymy, że Krasowski twierdzi, iż pod koniec lat '80 mieliśmy w Polsce fantomowy komunizm. Z tej perspektywy wybory 4 czerwca były dla komunizmu manifestacją Lacanowskiego Realnego, tak jak dla I Rzeczpospolitej manifestacją Realnego były rozbiory.

Mamy więc jakąś narodową skłonność do bytów fantomowych. Ciekawe.

Uzupełnienie, 27 maja: Żeby nie było wątpliwości, książkę Sowy uważam za znakomitą, a książkę Krasowskiego za bez wątpienia wartą przeczytania, ale nie znakomitą.