Kategorie: Wszystkie | Edukacja | Fizyka | Kryzys | Literatura | Muzyka | Polityka | Rozmaitości
RSS
poniedziałek, 27 maja 2013

Tygodnik Wprost w najnowszym numerze pisze, że gen. Błasik być może jednak był w kokpicie Tupolewa 10 kwietnia 2010, ale miał prawo tam być, gdyż wykonywał "lot inspektorski". Dla mnie to nic nowego. Już w czerwcu 2010, tuż po ogłoszeniu pierwszego transkryptu rozmów w kabinie, spekulowałem (Gdzie był generał), że gen. Błasik formalnie był dowódcą załogi i nie poszedł do kokpitu aby wywierać presję na załogę, ale by załodze pomóc. Później wyjaśniło się, że nie był dowódcą, ale najprawdopodobniej był "inspektorem" tego lotu (patrz komentarze do wpisu Trawienie raportu). Czyżby Wprost czytał mojego bloga?

Dla porządku przypomnę, co pisałem poprzednio i co się wyjaśniło:

  • Znaczną częścią wynagrodzenia pilota wojskowego jest dodatek lotniczy, który pilot uzyskuje zgromadziwszy odpowiedni "nalot". Sztabowcy mają niewiele możliwości latania, więc wykorzystują każdą nadarzającą się okazję.
  • Jednym ze sposobów "nalatania", choć nie jest się członkiem załogi, są loty inspektorskie. Jak twierdzi ten bloger, gen. Błasik, jako Dowódca Sił Powietrznych, wydał przepis, na podstawie którego oficer mający uprawnienia instruktorskie na jakiś typ samolotu, mógł być inspektorem na dowolnym innym samolocie. Gen. Błasik był instruktorem na SU-22 oraz na Iskrze, a zatem, na podstawie własnego rozporządzenia, mógł zostać inspektorem lotu Tupolewa.
  • Mógł, ale czy naprawdę był? Tego nie wiadomo. Niewątpliwie mianowanie się inspektorem w locie do Smoleńska było dla gen. Błasika bardzo łatwym sposobem nabicia kilku godzin do nalotu. Gdyby był inspektorem, powinno to być uwzględnione w dokumentacji. Nie ma jednak śladu takiego dokumentu. Albo dokumentacja została zniszczona (nb, ten komentarz do artykułu w Polityce jest chyba przedrukiem materiału z Nie), albo, skoro skądinąd wiadomo, jak w Pułku Specjalnym podchodzono do procedur, Błasik postanowił być inspektorem (nikt nie mógł zaprzeczyć, że tym samolotem leciał!), a papiery miano uzupełnić później. Albo wreszcie gen. Błasik nie był inspektorem tego lotu.

Ja przypuszczam, że gen. Andrzej Błasik był inspektorem prezydenckiego lotu do Smoleńska. Nie wywierał bezpośredniej presji na załogę, choć obecność inspektora, i to w osobie najwyższego dowódcy Sił Powietrznych, musiała załogę usztywnić. Gen. Błasik chciał nawet załodze pomóc. Co jednak oznacza, że w kokpicie był - był, gdyż jako inspektor, powinien był tam być.

czwartek, 23 maja 2013

Czy ja krytykowałem kiedyś Ann Hallenberg? No tak, niezbyt podobała mi się w Alcinie u Minkowskiego ani w Przepowiedni messeńskiej u Biondiego, ale na tegorocznych Misteriach podobała mi się bardzo, gdy wystąpiła z Les Talens Lyriques Christophe'a Rousseta. Wczoraj w nocy, prokrastynując, na Mezzo trafiłem na koncert Ann Hallenberg z Berlina z 2011, znów z Les Talens Lyriques. Tytuł bodajże malo oryginalny, Farinelli il castrato. W programie arie różnych kompozytorów, głównie Porpory, nieznane mi i muzycznie nie nadzwyczajne, ale Hallenberg śpiewała je świetnie. To jest kunszt, znakomicie zaśpiewać coś, co nie jest samograjem, którego tylko nie należy zepsuć.

A na koniec Hallenberg naprawdę znakomicie zaśpiewała dwie arie Haendla: Lascia ch'io pianga z Rinalda i, przede wszystkim, myśliwską arię Ruggiera z AlcinySta nell'ircana.  

To jest inne wykonanie tej arii - też Ann Hallenberg, ale inna orkiestra. Na You Tube jest jakieś pirackie nagranie z berlińskiego koncertu, ale kiepskiej jakości, więc go tu nie umieszczam. Zupełnie siebie nie rozumiem, czemu Hallenberg nie spodobała mi się, gdy śpiewała w Krakowie całą rolę. Swoją drogą, to jest od strony technicznej piekielnie trudna aria. Haendel pisał pod konkretnych śpiewaków i ich specyficzne warunki głosowe - w tym wypadku pierwszym wykonawcą był Giovanni Carestini - a współcześni wykonawcy muszą się okrutnie męczyć, żeby to wyśpiewać. Ann Hallenberg się to znakomicie udało.

niedziela, 12 maja 2013

Bodaj najczęściej odwiedzanym wpisem na tym blogu jest Po co doktorat. Argumentuję tam, że celem studiów doktoranckich jest zrobienie doktoratu i prowadzenie badań naukowych. Doktorat, poza bardzo nielicznymi przypadkami, nie poprawia pozycji na pozaakademickim rynku pracy. Jeśli więc ktoś nie zamierza się zajmować nauką, nie powinien się na studia doktoranckie wybierać.

Nie wycofuję się z tamtych słów. Pisałem je jednak do osób stojących przed wyborem: normalna praca czy studia doktoranckie. Teraz jednak o normalną pracę jest trudno. Jednocześnie wyraźnie rośnie popularność studiów doktoranckich, choć szanse na znalezienie pracy w instytucjach naukowych i akademickich są jeszcze mniejsze, niż dawniej. Zjawisko zauważyła już i prasa (także tutaj), i bardziej specjalistyczne opracowania. Jednak popularność studiów doktoranckich może wydawać się dziwna, skoro oznaczają one dodatkowe, niekiedy znaczne, obowiązki, zaledwie 20% doktorantów otrzymuje jakiekolwiek, zazwyczaj niskie, stypendia (choć z rzadka pojawiają się programy, które płacą doktorantom całkiem wysokie stypendia, na ogół z grantów zewnętrznych lub funduszy europejskich), a doktorat w niewielkim tylko stopniu zwiększa szanse posiadacza na znalezienie pracy adekwatnej do kwalifikacji. Czymże więc można ową popularność wytłumaczyć?

Zacznijmy od wykresu przedstawiającego wzrost liczby doktorantów w Polsce:

Liczba doktorantów i doktoratów w Polsce

Rysunek ten, opracowany w oparciu o dane GUS, świadczy, iż zainteresowanie studiami doktoranckimi jest mocno związane z sytuacją gospodarczą, a co za tym idzie, z sytuacją na rynku pracy. Liczba doktorantów szybko rosła, ale wzrost ten wyhamował w pierwszej połowie lat 2000, gdy panowała dobra koniunktura gospodarcza, wzmocniona dodatkowo absorpcją funduszy unijnych. Liczba doktorantów zaczęła nawet spadać, osiągając lokalne minimum w roku 2007. Jednak po wybuchu światowego kryzysu finansowego, gdy firmy zaczęły mniej chętnie zatrudniać nowych pracowników, zwłaszcza na normalnych umowach o pracę, liczba doktorantów zaczęła jeszcze szybciej wzrastać. W roku 2011/12 było już w Polsce ponad 40 tysięcy doktorantów. 

Rekapitulując, jeśli łatwo można znaleźć normalną pracę, liczba doktorantów nie rośnie. Jeśli o pracę jest trudno, liczba doktorantów rośnie.

Czym jednak przyciągają studia doktoranckie, jeśli nie stypendiami?

Po pierwsze, będąc doktorantem, zachowuje się większość uprawnień studenckich: prawo do zniżek, prawo do ubiegania się o pomoc materialną i wreszcie rzecz niesłychanie ważną, choć często niedocenianą: ubezpieczenie zdrowotne. Trzeba jednak pamiętać, że z punktu widzenia ZUS doktoranci różnią się pod jednym ważnym względem od zwykłych studentów. Mianowicie, pracodawca zatrudniający doktoranta na podstawie umowy-zlecenia, musi za niego odprowadzać składki ZUSowskie - zdrowotne i na ubezpieczenie społeczne. Zatrudniając w ten sposób studenta, nie musi. W każdym bądź razie doktorant (uczestnik studiów doktoranckich) nie musi obawiać się, że choroba będzie oznaczać finansową katastrofę. 

Po drugie, bycie doktorantem oznacza posiadanie dość wysokiego statusu społecznego, co z tego, że zupełnie nieadekwatnego i do statusu materialnego, i do pozycji w hierarchii akademickiej. Znacznie milej jest powiedzieć "robię doktorat z komunikacji społecznej" niż "jestem recepcjonistką na umowie śmieciowej", nawet jeśli oba te zdania są jednocześnie prawdziwe.

Po trzecie, cóż, część absolwentów studiów magisterskich wciąż żywi całkowicie błędne przekonanie, że doktorat wzmocni ich pozycję na rynku pracy. Nie, nie wzmocni. Uczelnie ze swej strony zachęcają absolwentów do podejmowania studiów doktoranckich, gdyż na każdego doktoranta otrzymują dotację z Ministerstwa, a znacznie tańsi od asystentów doktoranci i załatwiają część dydaktyki, i podejmują liczne czynności administracyjno-organizacyjne, i wreszcie prowadzą badania naukowe, przyczyniające się do wzrostu prestiżu i zatrudniających ich wydziałów, i ich bezpośrednich opiekunów naukowych. Co w tym wszystkim najgorsze, niektóre uczelnie wprost oszukują osoby rozważające podjęcie studiów doktoranckich, mamiąc ich fałszywymi obietnicami stałego zatrudnienia na uczelni lub w instytucie naukowym po uzyskaniu doktoratu. Owszem, jeden na kilku (kilkunastu?) młodych doktorów taką pracę w końcu dostaje, ale większość może się tylko obejść smakiem.

Po czwarte, tym nielicznym, którzy naprawdę chcieliby zająć się pracą naukową, studia doktoranckie dają świetną po temu okazję. Umożliwiają one także udział w konkursach grantowych, a więc zdobywanie pieniędzy na badania, co może także obejmować dodatkowe wynagrodzenie dla doktoranta.

Studia doktoranckie są zatem kotwicą, zabezpieczeniem przed niepewnością kolejnych umów śmieciowych: choć (na ogół) nie płacą i (na ogół) wymagają, jeśli wszystko inne zawiedzie, zostanę przynajmniej z ubezpieczeniem zdrowotnym, robiąc dobrą minę do złej gry. I to, plus błędne przekonanie o wartości doktoratu na rynku pracy, stanowi o popularności studiów doktoranckich.

Zauważmy na koniec, że tylko niewielka część doktorantów zostaje w końcu doktorami. Ponieważ studia doktoranckie trwają zazwyczaj cztery lata, w Polsce co roku powinno być nadawane mniej więcej dwa razy więcej doktoratów, niż faktycznie jest. Biorąc pod uwagę, że część doktoratów wciąż powstaje "z wolnej stopy", oraz że według GUS ponad jedna czwarta doktoratów nadawana jest w naukach medycznych - a w medycynie, w przeciwieństwie do większości innych dziedzin, doktorat uważany jest za podniesienie kwalifikacji zawodowych, ponadto szczególnie wielu lekarzy doktoryzuje się poza formalnymi strukturami studiów doktoranckich - mniej niż połowa doktorantów kończy swoje studia obroną doktoratu. Z innych szacunków wynika, że tylko 30% uczestników studiów doktoranckich uzyskuje stopień naukowy. Przypuszczam, że większość owych "niedokończonych doktorantów" to osoby, które w końcu zdobyły normalną pracę i zabezpieczenie w postaci studiów doktoranckich przestało im być potrzebne.