Kategorie: Wszystkie | Edukacja | Fizyka | Kryzys | Literatura | Muzyka | Polityka | Rozmaitości
RSS
niedziela, 31 maja 2015

Wybory prezydenckie tydzień temu nie tyle Andrzej Duda wygrał, ile Bronisław Komorowski przegrał.

To był majstersztyk polityczny: Jak, bez żadnej klęski czy spektakularnej wpadki, z popularnego, skutecznego, lubianego prezydenta w kilka miesięcy zrobić przegranego kandydata. Powody na pewno będą analizowane długie lata; część już wskazano, ale, moim zdaniem, jeszcze nie wszystkie.

Na początek mamy grupę przyczyn związanych z samą kampanią:

  • Sztab Komorowskiego działał bardzo kiepsko, chaotycznie.
  • Przez większą część kampanii prezydent zachowywał się tak, jakby kampania go nudziła i drażniła, bo re-elekcja mu się należała, i tyle.
  • W kampanię bardzo słabo, o ile w ogóle, włączała się pani premier, prominentni działacze i posłowie Platformy, a także jej struktury terenowe.
  • Źle się stało, że Komorowski nie miał poparcia PSL, który z dziwnych powodów wystawił własnego kandydata. Zebrał on zresztą bardzo niewiele głosów, odcinając się przy tym od Platformy i urzędującego prezydenta. W tej sytuacji nikt nie kontrował przekazu PiSu, który głównie ustami Janusza Wojciechowskiego rysował - kompletnie nieprawdziwy! - obraz apokaliptycznego upadku wsi polskiej. Ostatecznie to Andrzej Duda zdobył zdecydowaną większość głosów wiejskich, które mogły przeważyć o wyniku wyborów. (Konsekwencje braku poparcia PSLu nie są dość mocno podkreślane w dotychczasowych analizach.)
  • Zupełnie nie wypaliły jedyne dwa pomysły, jakie sztabowcy Bronisława Komorowskiego mieli na pierwszą część kampanii: próba sprowokowania PiSu do reakcji smoleńskiej (chodzi o nowe odczyty stenogramów z kokpitu Tupolewa - tak, tak, prokuratura działa wedle kalendarza ściennego, ale w kalendarzu znalazły się dni kampanii); bardzo skuteczne schowanie na czas kampanii Kaczyńskiego, Macierewicza i reszty towarzystwa było genialnym chwytem PiSu. Drugim niewypałem były państwowe uroczystości na Westerplatte z okazji rocznicy zakończenia WWII, o których chyba nikt nie słyszał.
  • Ogłoszony dzień po pierwszej turze pomysł referendum w sprawie JOWów był całkowicie chybionym objawem paniki w sztabie Komorowskiego. Raczej odebrał on prezydentowi głosy niż mu ich przysporzył.
  • Jedyny w miarę celny cios, jaki Bronisław Komorowski zadał Andrzejowi Dudzie, dotyczył blokowania etatu na UJ, ale i ta kwestia nie została przez Komorowskiego skutecznie rozegrana.

Wskazane wyżej błędy "techniczne" nie tłumaczą wyniku Komorowskiego, ale ostateczna różnica między nim a Andrzejem Dudą nie była bardzo duża: 8,1 do 8,5 mln. Dobrze poprowadzona kampania mogła była, mimo wszystko, zniwelować przewagę Andrzeja Dudy i przynieść zwycięstwo ustępującemu prezydentowi. O wyniku wyborów - bo nawet gdyby nie była to porażka, zwycięstwo byłoby minimalne - przesądziły dwa inne czynniki. 

Bronisław Komorowski został bezlitośnie zaatakowany przez nowe media elektroniczne. Przez internety, a raczej przez internautów. I nieważne, czy były to "pisowskie trolle", czy reakcja spontaniczna (zapewne było i jedno, i drugie). Nikt w Paltformie czy w sztabie Komorowskiego nie umiał na to zareagować, ba, nikt nie zrozumiał wagi tego ataku. Komorowski był atakowany za dwie rzeczy: Po pierwsze, za politykę rządu, za niespełnione obietnice i zawiedzone nadzieje związane z Platformą, za arogancję władzy, w tym ośmiorniczki Sienkiewicza, zegarek Nowaka i pozwolenie na broń Grabarczyka, za szaleństwa komorników, za deficyty w służbie zdrowia, za unikanie dyskusji z wyborcami. Platforma miała rację i w sprawie emerytur, i w sprawie sześciolatków, i w sprawie górników, miała cząstkowe racje w sprawie OFE, ale niemalże nie próbowała tych racji tłumaczyć. Zachowywała się tak, jakby mówiła "my jesteśmy władzą, my wiemy lepiej, a kto się z nami nie zgadza, ten jest głupi". Powtarzała zatem to, co robił PiS w okresie swoich rządów. Treść była inna, ale forma ta sama. Oberwał za to wszystko Bronisław Komorowski, bo był pierwszy na linii strzału.

Po wtóre, Komorowski był atakowany, ośmieszany i wyszydzany jako anachroniczny dziadek, nierozgarnięty, popełniający gafy na każdym kroku. I co z tego, że oskarżenia te były wyssane z palca? Popularne wśród młodzieży serwisy, takie jak Demotywatory czy Wiedza Bezużyteczna, wprost ociekały niechęcią do Komorowskiego. Głosowanie na Komorowskiego było tam przedstawiane jak coś obciachowego, nieskończenie głupiego. Ta niechęć w końcu zaczęła oddziaływać na media tradycyjne. Doszło do tego, że ludzie całkiem dorośli i poważni w ostatniej fazie kampanii wręcz wstydzili się napisać czy powiedzieć coś korzystnego o Bronisławie Komorowskim, nawet jeśli zamierzali na niego głosować.

No i wreszcie rzecz ostatnia, najważniejsza: Całkowicie zawiodła narracja Platformy i Bronisława Komorowskiego o Polsce jako o kraju sukcesu, który w kolejnych latach powinien pracowicie i systematycznie poprawiać swoje wskaźniki statystyczne, za co jesteśmy tak bardzo chwaleni w świecie. Tu nawet nie chodzi o to, że zwyciężyła PiSowska narracja spalonej ziemi - wcale nie zwyciężyła, może poza terenami wiejskimi, jak wyżej wspomniałem - ale narracja sukcesu przestała do ludzi przemawiać. Dlatego próba pokonania Andrzeja Dudy za pomocą argumentów merytorycznych i statystycznych okazała się nieskuteczna. Dlaczego tak się stało będzie zapewne przedmiotem wnikliwych badań socjologicznych. Do mnie przemawia diagnoza Andrzeja Rycharda, który między innymi wskazuje, że system się zamknął, że dotychczasowa obietnica rozwoju (nie sam rozwój!) wyczerpała swój potencjał, okazało się bowiem, że pewne aspiracje pozostają niezaspokojone, a dotychczasowy model awansu, przez wykształcenie, przestał działać. (Nawiasem mówiąc, z tego powodu praca dr. Andrzeja Dudy w jakiejś bardzo podłej szkole zasługuje na szczególne potępienie. Jeszcze do tego wrócę.)

W pierwszej turze głosy niechęci do Bronisława Komorowskiego poszły do Pawła Kukiza - nie dlatego, że proponował coś sensownego, ale że mówił Platformie i Komorowskiemu "wyp...", a zarazem nie był PiSem. W drugiej turze większość tych głosów przejął Duda. Kampania Andrzeja Dudy też się nie rozwijała, jego argumenty (na przykład o tym, że Komorowski chce wprowadzić euro) nie trafiały, jego zwolenicy ograniczali się do twardego jądra wyborców PiSu - do czasu, gdy okazało się, jak silna jest niechęć do Bronisława Komorowskiego, do niego jako do niego i do niego jako do eksponenta dotychczasowej władzy. Ostatecznie Andrzej Duda wygrał nie dlatego, że był Dudą, ale że był nie-Komorowskim. To ciekawe odwrócenie sytuacji, w której dotąd to Platforma wygrywała, bo była nie-PiSem. A co z tego wyniknie, na razie nie wiadomo.

Ja nie jestem dobrej myśli.

środa, 20 maja 2015

Straszenie PiSem nie działa, powiadacie.

Gdzie więc są Mariusz Błaszczak, Joachim Brudziński, Anna Fotyga, Mariusz Kamiński, Beata Kempa, Antoni Macierewicz, Krystyna Pawłowicz, Anna Sobecka, Janusz Wojciechowski, Marzena Wróbel, Zbigniew Ziobro, a przede wszystkim sam Jarosław Kaczyński? Czemu nie promują swojego kandydata, Andrzeja Dudy? Czemu publicznie nie zabiegają dla niego o głosy wyborców? Czyżby im na tej kandydaturze nie zależało?

Wręcz przeciwnie, zależy im bardzo i dlatego schowali się. Sami wiedzą, iż mają negatywny potencjał wyborczy, że mogą wyborców od tej kandydatury odstraszyć. Proszę więc pamiętać, że jeśli Andrzej Duda wygra, zwłasza zaś jeśli w wyborach parlamentarnych także wygra PiS z aktualnymi przystawkami, wszystkie te osoby wyjdą z ukrycia, pojawią się publicznie, aby zmieniać Polskę na swój obraz i podobieństwo. I nie będzie żadnej ludzkiej siły, aby je schować przez najbliższe pięć lat.

sobota, 16 maja 2015

Bronisław Komorowski jest przyzwoitym, uczciwym, odpowiedzialnym człowiekiem. Nie jest niczyim popychadłem. Trudno co prawda postrzegać go jako charyzmatycznego przywódcę, zdolnego porwać tłumy, a jego poczucie humoru dość daleko odbiega od moich gustów, ale przecież nie wybieramy prezydenta po to, aby śmiać się z jego dowcipów. 

Bronisław Komorowski lepiej od pozostałych kandydatów, a w szczeólności od swojego kontrkandydata w drugiej turze wyborów, Andrzeja Dudy, wie, co prezydent powinien robić, co może, czego nie powinien i czego nie może. Dlatego Komorowski nie składa pustych obietnic, nie głosi rewolucji, nie zapowiada zajęcia się wszystkimi szczegółowymi sprawami, nie obiecuje gruszek na wierzbie.

W normalnych czasach prezydent w polskim systemie politycznym powinien być niemalże niewidoczny. Pilnować żyrandola, podpisywać, co trzeba, mianować, kogo trzeba, przecinać wstęgi, reprezentować Polskę i roztaczać swój majestat. Prezydent powinien też dbać o zgodę wokół najważniejszych dla Polski spraw i Bronisław Komorowski starał się to robić, ale przez ostatnie pięć lat był ostentacyjnie ignorowany i wyśmiewany przez PiS, które nigdy nie pogodziło się z jego wyborem.

Ludzie mówią: "Komorowski podniósł podatki", "Komorowski podwyższył wiek emerytalny", "Komorowski znacjonalizował OFE" i tak dalej. Nieprawda. To rząd i Sejm to zrobili (a ja po raz nie wiedzieć który dodaję, że podwyższenie i zrównanie wieku emerytalnego dla kobiet i mężczyzn uważam za bardzo słuszne posunięcie). Prezydent jedynie tych ustaw nie zawetował. Mógł, ale nie zawetował. Zgodnie z konstytucją, Polską rządzi rząd i to rząd odpowiada za bieżącą politykę. Prezydent nie powinien wetować ustaw bez ważnej potrzeby, bo to utrudnia rządzenie Polską. Jeżeli rząd ma odpowiednią większość w Sejmie, może prezydenckie weto obalić, a jeśli nie ma, przygotowuje ustawy połowiczne, niepełne, tak, aby można było znaleźć sojuszników do przełamania weta. Albo trwa, akceptując stan, który skądinąd uważa za niepożądany. Podobnie, prezydent, choć ma inicjatywę ustawodawczą, zazwyczaj nie zgłasza projektów ustaw w sprawach bieżących, rutynowych, może bowiem stać się choćby to, co stało się ostatnio z ustawą krajobrazową: Prezydent Komorowski powołał zespół ekspertów, który przygotował dobrą ustawę, mającą opanować chaos reklamowy w przestrzeni publicznej. Przesłał ją do Sejmu, który wybił tej ustawie zęby (solidarnie zrobiła to i Platforma, i PiS). Zrobiło się wielkie zamieszanie, akcja medialna, pisanie petycji, w efekcie czego Senat przywrócił ustawie jej ostrze. Posłowie opamiętali się i poprawki Senatu przyjęli, wobec czego prezydent Bronisław Komorowski 15 maja podpisał ustawę.

Prezydent powinien przestać być niewidoczny, gdy coś zagraża naszej wolności. Chodzi tak o zagrożenia zewnętrzne -  nie wiemy, jak prezydent Komorowski szczegółowo reagował na kryzys ukraiński, ale zapewne nie powinniśmy tego wiedzieć; senator Bogdan Klich, były minister obrony i ekspert w sprawach bezpieczeństwa międzynarodowego, zapewnia, że prezydent Komorowski reagował wręcz wzorowo; wiemy wszakże, że nie było żadnych histerycznych oświadczeń, podbijania bębenka ani pełnego godności obrażania się na cały świat - jak i o zagrożenia wewnętrzne. Prezydent powinien wetować - lub kierować do Trybunału Konstytucyjnego - ustawy, za pomocą których rząd i aktualna większość sejmowa chcą ograniczać prawa obywatelskie. Dzięki Bogu, w mijającej kadencji nie było takiej konieczności - a może była jedna, dotycząca "poprawki Rockiego", którą prezydent skierował do TK. W żadnym razie nie twierdzę, że Polska taka, jaka jest, jest dla całego świata wzorem wolności obywatelskich: tak, niestety, nie jest. Mówię tylko, że poza "poprawką Rockiego", w sprawie której prezydent Komorowski zachował się tak, jak powinien był, nie było konieczności prezydenckiej kontry wobec antywolnościowych zakusów rządu.

A jak będzie w przyszłości?

Dla Jarosława Kaczyńskiego możliwe zwycięstwo Andrzeja Dudy byłoby jak gwiazdka z nieba, na którą chyba nawet nie liczył. Mając Dudę za prezydenta, Kaczyński nie będzie musiał zabiegać o większość konstytucyjną w jesiennych wyborach do Sejmu, co byłoby dość trudne. Kaczyńskiemu wystarczyłaby w tej sytuacji zwykła większość, nawet w jakiejś koalicji, co z kolei jest całkiem możliwe. Aby pokonać "impossybilizm prawny", Kaczyńskiemu nie będzie już potrzebna zmiana konstytucji. Wystarczą mu zwykłe ustawy, których posłuszny prezydent nie zawetuje. Zwykłe ustawy, które zrobią nam Budapeszt w Warszawie. Które krok po kroczku, okruszek po okruszku, plaseterk po plasterku odbiorą nam naszą wolność, zostawiając instytucje demokratyczne fasadowe, ale puste, czyli bez gwarancji dla praw mniejszości i bez realnej możliwości przeciwstawienia się władzy.

Może okazać się, że o to w wyborach 24 maja ostatecznie będzie chodzić: o naszą wolność.

poniedziałek, 11 maja 2015

Ruch jest wszystkim, cel niczym.
Eduard Bernstein

Bardzo nudna kampania wyborcza przyniosła bardzo ciekawe wyniki. Pierwszą turę wyborów prezydenckich wygrał Andrzej Duda. Urzędujący prezydent Bronisław Komorowski, który, jak się jeszcze kilka tygodni temu wydawało, wygraną miał w kieszeni, jest dopiero drugi. Największym zaskoczeniem jest wynik "antysystemowego" rockmana Pawła Kukiza, który zdobył 20,5% głosów. Okazało się więc, że polska scena polityczna wcale nie jest zabetonowana, że możliwa jest nowa jakość, choć z ostateczną oceną trzeba będzie poczekać do wyniku wyborów parlamentarnych. W każdym razie dobrze się stało, że sprzeciw wobec jałowości polskiej polityki, wobec rytualizacji sporów, wobec arogancji władzy (w tym także prawie-władzy, czyli PiSowskiej opozycji), znalazł swoje ujście. Do czego to doprowadzi? A, tego nie wiadomo. Sam Kukiz i jego wyborcy tego nie wiedzą. Ale może dobrze, że pojawiła się choć potencja jakiejś zmiany, mimo iż ja po sojuszu Pawła Kukiza z PiSem spodziewam się wszystkiego najgorszego.

Tymczasem jednak trzeba wybrać prezydenta w drugiej turze 24 maja. Dlatego zwracam się do wyborców Pawła Kukiza:

Drodzy Antysystemowcy!

W drugiej turze macie trzy wyjścia:

  1. Zostać w domu,
  2. Zagłosować na Bronisława Komorowskiego,
  3. Zagłosować na Andrzeja Dudę.

Wbrew temu, co rozmaici usiłują Wam wmówić, jesteście wolnymi obywatelami wolnego kraju i macie prawo zrobić, co chcecie. Nie jest to jednak tylko Wasza sprawa, bo Wasza decyzja wpłynie na losy innych, w tym moje.

Jeśli zostaniecie w domu, czyli powiecie, że jest Wam wszystko jedno, stracicie prawo do narzekania, jeśli coś będzie szło nie po waszej myśli.

Głosowaliście antysystemowo. Bronisław Komorowski, z racji pełnionego urzędu, z racji swoich poglądów, swojej historii politycznej a nawet wyglądu, jest ucieleśnieniem systemowości. Jego wady, ale także zalety, są wszystkim znane. Chcę wszakże zwrócić uwagę, że pan Andrzej Duda, człowiek bez właściwości, też jest systemowy aż do bólu.

Nie wiadomo, czy Andrzej Duda ma jakieś poglądy polityczne, głosi bowiem takie, jakie mają jego aktualni przełożeni. Andrzej Duda był kiedyś członkiem Unii Wolności (z mojego punktu widzenia to nie jest obciążeniem, wręcz przeciwnie), którą błyskawicznie porzucił, gdy tylko zorientował się, że konfitury są gdzie indziej. Najpierw został urzędnikiem w Ministerstwie Sprawiedliwości za czasów Zbigniewa Ziobry, potem ministrem w kancelarii Lecha Kaczyńskiego, później  posłem PiS, obecnie jest europosłem tej partii. Nawiasem mówiąc, od wielu tygodni pan eurodeputowany Duda nie zajmuje się pracą w Parlamencie Europejskim, tylko kampanią wyborczą w Polsce. Ale pieniądze z europarlamentu bierze.

Publicznie znane są tylko dwa osiągnięcia pana Andrzeja Dudy jako prezydenckiego eksperta do spraw prawnych:

  • Przygotowywał dokumenty do ułaskawienia (w trybie prezydenckim) wspólnika biznesowego zięcia Lecha Kaczyńskiego, skazanego za wyłudzenia. Tu ciekawa rzecz, ostateczny dokument, na podstawie którego Lech Kaczyński podpisał akt łaski, zaginął. Ówcześni pracownicy Kancelarii Prezydenta powiadają, że dokument ten przygotował i podpisał Andrzej Duda. On sam tego nie pamięta, ale powiada, że byłby podpisał, bo takie były "wytyczne prezydenta Lecha Kaczyńskiego".
  • Pan Andrzej Duda przygotowywał ekspertyzy, na podstawie których prezydent Lech Kaczyński odmówił podpisania i skierował do Trybunału Konstytucyjnego ustawę oddającą SKOKi pod nadzór bankowy. W ostatecznej ekspertyzie podpisanej przez Dudę, znalazły się bardzo obszerne fragmenty ekspertyzy anonimowej, ale dostarczonej Dudzie przez przedstawicieli SKOKów. Andrzej Duda uprawiał więc nielegalny lobbying na rzecz bardzo bogatego przedsiębiorcy, który na skutek opóźnienia wejścia w życie tej ustawy, uwłaszczył się na wielomilionowym majątku SKOKów, część wyprowadzając za granicę. Przedłużający się brak nadzoru bankowego nad SKOKami umożliwił także gigantyczne oszustwa w SKOK Wołomin, za które płacić teraz musi Bankowy Fundusz Gwarancyjny, czyli ostatecznie wszyscy klienci banków. Oczywiście SKOKi cały czas popierały Lecha i Jarosława Kaczyńskich, a teraz Andrzeja Dudę.

Obecnie jednym z najpoważniejszych sporów toczących się w Polsce jest ten o rolę Kościoła Katolickiego w polskiej polityce. Prezydent Bronisław Komorowski, choć sam jest katolikiem, podpisał konwencję o zwalczaniu przemocy domowej i popiera prace nad ustawą o zapłodnieniu in vitro, wszystko wobec strasznych ataków Kościoła, z groźbą ekskomuniki włącznie. Natomiast Andrzej Duda podpisanie konwencji krytykował, dopatrując się w niej treści ideologicznych obcych polskiej tradycji i kulturze. Jeśli chodzi o zapłodnienie in vitro, to kandydat Duda, wówczas poseł PiSu, podpisał się pod projektem ustawy karzącej zastosowanie tej metody więzieniem. Później, już jako kandydat na prezydenta, podkreślał, że jego poglądy są zgodne z poglądami Episkopatu, by wreszcie pod wpływem zmiany nastrojów publicznych ogłosić, że jest "za in vitro, ale bez zamrażania zarodków". Swoje przemówienia wyborcze wygłasza stojąc u stóp ołtarzy, ale nie przeszkadza mu to w korzystaniu z komórki w kościele. 

Teraz więc Andrzej Duda łagodnieje, bo musi starać się o poparcie wyborców o umiarkowanych poglądach, ale po ewentualnej wygranej jego poglądy znów staną się zgodne z poglądami Episkopatu. No, chyba żeby okazało się, że radykalni antyklerykałowie dostarczają mocniejszego poparcia politycznego: Wtedy Andrzej Duda, idealny oportunista, przerzuci się na nich bez mrugnięcia okiem.

Drodzy Antysystemowcy, 24 maja zrobicie to, co uznacie za słuszne. Ale dobrze się nad tym zastanówcie!