Kategorie: Wszystkie | Edukacja | Fizyka | Kryzys | Literatura | Muzyka | Polityka | Rozmaitości
RSS
środa, 10 maja 2017

Grzegorz Schetyna próbował dziś odpowiedzieć na pytania, jakie w zeszłym tygodniu zadał Platformie PiS. Część odpowiedzi była niezła, ale w sprawach najgorętszych Platforma znów spróbowała starej taktyki: uniknąć odpowiedzi, nie powiedzieć nic konkretnego, udawać, że problemu nie ma. Kiepsko to wyszło. W ten sposób Platforma głosów nie zyska, już raczej straci, bo dużo osób dojdzie do wniosku, że w ważnych sprawach niczym właściwie nie różni się od PiSu. Grzegorzu Schetyno, nie idź tą drogą!

Ale po kolei.

1. CBA i IPN - Platforma zapowiada ich likwidację. Słusznie. CBA stało się policją polityczną PiS, a sprawami korupcyjnymi może zajmować się policja. Jeśli chodzi o IPN, to zapewne powinien istnieć instytut naukowy gromadzący dokumenty i zajmujący się tym fragmentem najnowszej historii Polski, niechby nawet nazywał się IPN, ale należy mu odebrać wszelkie funkcje prokuratorskie i lustracyjne. 

2. 500+ Platforma zachowa ten program, ale zmieni jego zasady. Nadal uważam, że programu 500+ nie należało wprowadzać, przeznaczone na niego środki można było wydać w sposób znacznie bardziej efektywny, ale skoro już jest i skoro ma pewne pozytywne krótkoterminowe skutki (dla ludzi, nie dla władzy), to zlikwidować go nie sposób, choć można go poprawić. Może przy innej okazji napiszę jak ja bym to widział.

3. Emerytury. Tu Platforma zaczyna się plątać. Zapowiada, że nie podniesie wieku emerytalnego, ale wprowadzi zachęty ("trzynasta emerytura"?!), aby ludzie jak najpóźniej przechodzili na emeryturę. Uważam, Platforma niesłusznie przestraszyła się problemu wieku emerytalnego. Należy przywrócić wiek emerytalny 67 lat dla kobiet i mężczyzn, jest to nieuniknione, co najwyżej należy rozszerzyć możliwość wcześniejszego przechodzenia na emeryturę (ale z trwale obniżonym świadczeniem), utrudnić łączenie pracy i wcześniejszej emerytury i znacznie ograniczyć możliwość występowania o rentę, gdy się już jest na emeryturze. Jednocześnie trzeba przygotować rynek pracy dla osób 60+.

4. Uchodźcy - problem najważniejszy, z którym Schetyna zupełnie sobie nie poradził. Wczoraj przewodniczący Platformy na pytanie, czy Polska powinna przyjmowac uchodźców, krótko i jano powiedział "nie". Dziś usiłował zatrzeć fatalne wrażenie, ale niezbyt dobrze mu to wyszło.

Grzegorz Schetyna najpierw przekonywał, że "nie ma problemu uchodźców", mając na myśli, że struktury europejskie obecnie nie dyskutują sposobu jego rozwiązania, nie narzucają kwot poszczególnym krajom, wszystko załatwia porozumienie UE-Turcja, a to nieprawda. Potem mówił, że Polska nie będzie przyjmować "nielegalnych migrantów", powinna natomiast mocniej angażować się w pomoc humanitarną ofiarom wojen. Powstało wrażenie, że Platforma nie ma w sprawie uchodźców jasnego stanowiska, ale jest mocno niechętna ich przyjmowaniu.

Lekki wstyd, Platformo, nieprawdaż?

Mój stosunek do przyjmowania uchodźców wyrażałem już na tym blogu kilkakrotnie (po raz pierwszy, drugi, trzeci i czwarty) i zdania nie zmieniam: Polska powinna przyjmować uchodźców. Jeśli nawet nie ze względu na ogólnoludzką solidarność z cierpiącymi ludźmi, to ze względu na solidarność europejską, czyli ze względu na nasz własny interes. Przecież uchodźcy w Europie są, ba, wciąż do niej przybywają. Głównie do Grecji i Włoch, które z wielką liczbą migrantów sobie nie radzą i oczekują, że europejscy partnerzy im pomogą. Niewiele osób chyba zrozumiało gest Angeli Merkel z 2015, gdy zdecydowała ona o przyjęciu miliona (sic!) uchodźców nie z jakiejś szczególnej do nich sympatii ani nie na zgubę Niemiec, ale by ulżyć Grecji, Włochom, Węgrom, Chorwacji i Austrii, które fala uchodźców wówczas zalała. Polska jest w Europie mocno krytykowana jako kraj, który chce brać, ale odrzuca wszelkie zobowiązania. Nie chcemy uchodźców, nie chcemy rządów prawa, nie chcemy gwarantowanych praw dla rozmaitych mniejszości, nie chcemy chronić środowiska i walczyć ze zmianami klimatu, ale przywileje wynikające z przynależności do Unii chcemy. Róbmy tak dalej, a w końcu - i to raczej szybciej, niż później - ktoś tupnie nogą i powie nam, że jeśli nie chcemy pomagać innym, możemy się wynosić na peryferie.

Oczywiście Polska powinna określić jakąś liczbę uchodźców, których moglibyśmy przyjąć - powiedzmy dziesięć tysięcy rocznie, może nawet mniej - powinna zapewnić sobie możliwość w miarę dokładnego prześwietlania tych osób, być może odmawiać przyjmowania samotnych mężczyzn o bardzo niepewnych papierach, a także zaliczać do kwoty uchodźców osoby przybywające do nas z niebezpiecznych części byłego ZSRR, głównie z Czeczenii i terenów Ukrainy objętych wojną, które uzyskają status uchodźcy, ale udawanie, że możemy z Europy brać i jednocześnie twierdzić, że problem uchodźców nas nie dotyczy, jest i nieludzkie, i całkiem doraźnie głupie.

Być może trzeba będzie zmienić europejskie prawo, tak aby uchodźcy relokowani z jednego kraju do drugiego nie mogli się swobodnie przenieść gdzie indziej: jeśli dostaną status uchodźcy w Polsce, nie powinni mieć prawa do natychmiastowego przeniesienia się do Holandii czy Niemiec i pobierania tam świadczeń socjalnych większych, niż w Polsce.

Dobrze wiem, że integracja uchodźców nie będzie łatwa. Trzeba starać się unikać błędów krajów zachodnich, nie dopuścić do powstawania gett, a przede wszystkim przełamać nasze własne negatywne stereotypy. Zauważmy: ci nie-Europejczycy, którzy już u nas mieszkają i a to studiują, a to prowadzą jakieś bary, a to pracują gdzie indziej, w większości nie przybyli do nas jako uchodźcy, ale w innym charakterze. I spotykają się z niechęcią, rasistowskimi obelgami, niekiedy z przemocą. Nasz obrzydliwy rząd na to nie reaguje, ba, wyraża dla tych postaw zrozumienie, sam nakręca niechęć do obcych i straszy terrorystami. Władze usuwają z Polski osoby, które mieszkają tu od lat i całkiem dobrze się zintegrowały: pracują, studiują, dzieci chodzą do szkoły i mają tam przyjaciół. Lokalne władze robią wszystko, żeby ośrodek dla uchodźców nie powstał na terenie ich gminy czy powiatu. Prawicowi publicyści nie dostrzegają problemu rasizmu, sami rozpowszechniają stereotypy antyislamskie i, szerzej, antymigranckie. Kościół hierarchiczny coś tam mówi o konieczności pomocy uchodźcom, ale lokalni księża nie tłumaczą wiernym, że zwyzywanie pracownika kebabu od kozojebców jest grzechem. O księżach, którzy samozwańczo mianują się kapelanami ksenofobicznych "patriotów", lepiej nawet nie wspominać...

Jest jeszcze problem rozróżnienia uchodźcy od nielegalnego migranta. Otóż precyzyjnie nie da się tego zrobić. Można wszkaże przyjąć, że ludzie, którzy ryzykują wielomiesięczną, niebezpieczną, kosztowną podróż w upokarzających warunkach, aby dostać się na wybrzeże Morza Sródziemnego tylko po to, aby podjąć jeszcze większe ryzyko przeprawy jakąś rozpadającą się, przeładowaną łódką do Europy, zasługują na nasze współczucie i wsparcie. Zapewne Europa mogłaby podjąć jakieś działania, aby tych ludzi z morza wyławiać i odstawiać do jakiegoś bezpiecznego portu na wybrzeżu północnoafrykańskim zamiast do Europy, ale na razie nie ma pomysłu jak się za to zabrać. I oczywiście wszystkie kraje europejskie, w tym Polska, powinny znacznie mocniej zaangażować się w pomoc dla cierpiących ludzi w ich własnych krajach i krajach sąsiednich, zwłaszcza zaś w zażegnanie konfliktów i skutków katastrof humanitarnych, które zmuszają ludzi do migracji. Jednak od przyjmowania uchodźców się nie wymigamy. Nawet nie powinniśmy próbować.

A na zakończenie

biała róża

Róża dla Jarosława Kaczyńskiego

poniedziałek, 08 maja 2017

Rozwija się afera śmigłowcowa, o której wspomniałem w jednym z poprzednich wpisów. Przypomnę: Dr Wacław Berczyński chwalił się publicznie, że to on "wykończył Caracale" i że Antoni Macierewicz uczynił go swoim "pełnomocnikiem w sprawie śmigłowców". Tymczasem dr Berczyński oficjanie nie uczestniczył w żadnym etapie postępowania przetargowego, a oficjalnym powodem zerwania przez Polskę rozmów było to, iż Airbus rzekomo nie chciał spełnić wymagań offsetowych.

Wybuchł skandal, w wyniku którego Berczyński zrezygnował z szefowania podkomisji smoleńskiej i radzie nadzorczej Wojskowych Zakładów Lotniczych w Łodzi i pospiesznie opuścił Polskę.

Ale to nie wszystko.

Platforma Obywatelska zmusiła MON do przyznania, że Wacław Berczyński, mimo iż nie został dopuszczony do informacji niejawnych, uzyskał dostęp do dokumentacji przetargowej na śmigłowce wielozadaniowe. MON broni się, że dokumenty, do których wgląd (prawem kaduka - na skutek osobistego polecenia Macierewicza) miał Berczyński, "miały charakter archiwalny", Berczyński w żadnym zakresie nie uczestniczył w negocjacjach offsetowych (tylko te toczyły się pod rządami PiSu - techniczno-wojskowo-finansowy etap przetargu zakończono jeszcze przed wyborami), a wreszcie że Berczyński uzyskał dopuszczenie do informacji niejawnych.

No cóż, dr Wacław Berczyński dopuszczenie do informacji niejawnych uzyskał zapewne w ramach działań damage control, dopiero w marcu tego roku, podczas gdy negocjacje offsetowe załamały się pół roku wcześniej. Nikt też nie twierdzi, że Berczyński w tych negocjacjach uczestniczył. Chodzi o coś innego: z przechwałek Berczyńskiego mogłoby wynikać, że Polska negocjowała z Airbusem w złej wierze, nigdy nie planując zawarcia kontraktu, bo o tym, że do tego nie dojdzie, zdecydowano już wcześniej.

Najbardzie frapująca jest sprawa materiałów "archiwalnych". Co to mogło być? Zapewne dokumentacja pierwszej części przetargu, ze specyfikacją i wszystkimi danymi oferowanych przez Airbus Helicopters śmigłowców, a także wynikami przeprowadzonych w Polsce testów. Możliwe, że dotyczyło to także pozostałych dwóch oferentów, Sikorsky'ego i Agusty, w zakresie, w jakim uczestniczyli oni w przetargu (odpadli wcześnie, bo oferowane konstrukcje nie spełniały wymogów wojska).

Specyfikacja, szczegółowe dane techniczne i wyniki testów to informacje, które każdy producent uznaje za poufne - za takie zresztą uznał je MON - i których raczej nie udostępnia swoim konkurentom.

Wacław Berczyński przez wiele lat pracował dla Boeinga, głównego konkurenta Airbusa. Zawdzięcza Boeingowi nie tylko emeryturę, ale także - podobno - bardzo korzystną pożyczkę, która odpowiednio zainwestowana, przyniosła Berczyńskiemu duże zyski. Pamiętajmy również, że Polska miesiąc temu, z wolnej ręki (bez przetargu), zdecydowała się na kupno trzech samolotów VIP za 2,5 mld złotych właśnie od Boeinga. Choć Krajowa Izba Obrachunkowa uznała, że MON, stosując tryb z wolnej ręki, naruszył prawo, tranzakcji nie można było już odwołać.

Pamiętajmy też o niejasnych powiązaniach ministra Macierewicza z amerykańskimi lobbystami pracującymi na rzecz przemysłu lotniczego.

Wacław Berczyński poznał szczegóły oferty Airbusa. Czy wobec tego poznał je Boeing? Założymy się?

Gdyby to się miało potwierdzić - ale spokojnie, nie potwierdzi się, przynajmniej nie w formie, którą można by przedstawić sądowi - ocierałoby się to o szpiegostwo przemysłowe i pachniało kryminałem. Gdyby zaś miało się potwierdzić, że Polska negocjowała z Airbusem w złej wierze, mogłoby to stanowić podstawę do żądania od Polski bardzo dużego odszkodowania.

Samo podejrzenie, nawet bez procesowego potwierdzenia, jest dla Polski bardzo szkodliwe. W przyszłości każdy liczący się producent trzy razy zastanowi się, czy warto Polsce oferować jakiś sprzęt, skoro Polska, za pośrednictwem swoich oficjalnych przedstawicieli, może przekazać wszystkie szczegóły oferty konkurencji. Jest to więc także element osłabiania możliwości obronnych Polski.

A śmigłowców wielozadaniowych jak nie było, tak nie ma.

Sprawa ta ma jeszcze jeden apekt etyczny. Wacław Berczyński szefował podkomisji smoleńskiej, która przez rok nie zrobiła dosłownie nic. Jasne, nie mogli udowodnić zamachu, gdyż żadnego zamachu nie było, ale oni nawet nie próbowali! A gdy w rocznicę katastrofy musieli coś pokazać, wystąpili z tezami zdumiewająco wprost głupimi. Wygląda na to, iż podkomisja smoleńska jest jedynie formą synekury dla semper fideles ekspertów smoleńskich, dla samego Berczyńskiego zaś przykrywką do prowadzenia podejrzanej działalności lobbystycznej - lub gorzej. Spójrzmy też na prawicowe media, które przez lata z ogłaszania kolejnych rewelacji smoleńskich, z zapowiadania, że prawda jest prawie udowodniona - jeszcze tylko źli ludzie, którzy nie mogą się pogodzić z wynikiem wyborów, dopuścili się zdrady dyplomatycznej i mają krew na rękach, wciąż przeszkadzają - uczyniły sobie znaczne źródło dochodów: ze sprzedaży książek, płyt, gadżetów, ale przede wszystkim dzięki wzrostowi czytalności, oglądalności i klikalności, co się przekłada na wzrost dochodów z reklam.

Wiele osób w Polsce szczerze sądzi, że w dochodzeniach smoleńskich chodzi o zamordowanego prezydenta, o zdradzonych o świcie, a tymczasem chodzi wyłącznie o pieniądze. O duże pieniądze. Nothing personal, it's just business.