Kategorie: Wszystkie | Edukacja | Fizyka | Kryzys | Literatura | Muzyka | Polityka | Rozmaitości
RSS
niedziela, 28 czerwca 2009

Przeczytałem wywiad, jakiego GW udzielił George Soros (internetowa Gazeta daje w tej chwili tylko skrót), a także rozważania nad zgubnymi skutkami matematycznego analfabetyzmu. Soros straszy i zaleca dodatkowe regulacje rynku, co w ustach niegdysiejszego czołowego spekulanta brzmi nieco zabawnie (czyżby Szaweł stał się Pawlem?), artykuł o matematycznym analfabetyzmie powiela pewne fałszywe schematy, w obu miejscach zwraca się jednak uwagę na bardzo ważną rzecz: ślepą, niczym niuzasadnioną wiarę w to, że trendy rynkowe będą trwałe. Trend is your friend, ale przecież wzrost nie może być nieograniczony, każdy trend musi się kiedyś załamać. Powinno to było być jasne dla każdego, i kredytobiorcy, i kredytodawcy, no, ale nie było.

Zauważyłem, że źródłem kryzysu finansowego, na które chyba nikt jeszcze nie zwrócił uwagi, jest rozbieżność skal czasowych, w jakich operują banki, giełda i inne instytucje finansowe z jednej strony, realna zaś gospodarka z drugiej. Gdy bierzesz kredyt hipoteczny, twoją charakterystyczną skalą czasową jest 20-30 lat. Gdy przedsiębiorstwo podejmuje dużą decyzję inwestycyjną, myśli w skali kilku-kilkunastu lat, w zależności od rozmiaru inwestycji. Ale dla banku charakterystyczną skalę czasową wyznacza data najbliższego sprawozdania kwartalnego, dlatego też bank nie dba o to, czy ty lub twoja firma będzie w stanie spłacać kredyt za lat dziesięć, ale czy teraz, natychmiast zarobi na marży i czy teraz, natychmiast da się zły kredyt wyegzekwować lub czy teraz, natychmiast nie trzeba będzie utworzyć rezerwy na pokrycie złych kredytów, co obniży zysk. Zarządy firm giełdowych są w sytuacji zgoła schizofrenicznej: Z jednej strony muszą podejmować decyzje w perspektywie wielu lat, z drugiej są pod presją aktualnego kursu firmy, bo tylko to się liczy dla akcjonariuszy, którymi zresztą bardzo często są instytucje finansowe, prowadzące "agresywną politykę finansową", czytaj, spekulujące na akcjach i innych papierach wartościowych. Ponadto CEO doskonale wie, że za kilkanaście lat najprawdopodobniej nie będzie już w tej firmie pracował, liczy się dla niego pensja, którą straci, jeśli akcjonariusze go zwolnią, sam zaś jest wynagradzany akcjami, a więc i jemu samem zależy na krótkoterminowej zwyżce kursu. W tej sytuacji CEO podejmuje dycyzje wpływające na los firmy za wiele lat, ale naprawdę ważna dla niego jest perspektywa co najwyżej kilku miesięcy. Na domiar złego nieumiejętnie stosowane produkty inżynierii finansowej dają złudne poczucie bezpieczeństwa. Nieumiejętnie stosowane: inżynieria finansowa jest bardzo trudna i większość menedżerów i bankowców jej po prostu nie rozumie. W tej formie inżynieria finansowa staje się kolejnym narzędziem spekulacji.

Opis ten dotyczy sytuacji sprzed kryzysu, ale teraz, gdy kryzys już trwa, nikt bodajże nie wie, jak działają rynki finansowe i gospodarka. Ba, one same zdają się tego nie wiedzieć. Dotychczasowy modus operandi załamał się, nowy się jeszcze nie pojawił. Jest też jasne, że krótka skala czasowa, charakterystyczna dla rynków i instytucji finansowych, z jednej sgtrony wynika z krótkowzrocznej chciwości, z drugiej ma swoją teoretyczną podbudowę w jednoczesnej wierze w trend (zaróbmy na trendzie!) i na wpół uświadomionej obawie, że trend kiedyś się załamie (zaróbmy teraz!).

Z fizyki wiadomo, że jeżeli w układzie zachodzą procesy o różnych skalach, to jeżeli skale te są ze sobą - w jakimś sensie - zgodne, procesy mogą się do siebie dostosować. Jeżeli skale są wyraźnie rozseparowane, procesy w jednej z nich efektywnie przebiegają w warunkach ustalonych wartości procesów w drugiej skali, same będąc tylko źródłem zaburzenia dla tych drugich. W przypadku styku rynków finansowych i rzeczywistej gospodarki, sytuacja jest bodajże najgorsza z możliwych. Skale czasowe są rozseparowane, więc procesy nie mogą się do siebie dostosować, ale nie są na tyle rozseparowane, żeby przestać się "widzieć". Wiadomo, że w układach dynamicznych sytuacja taka może prowadzić do różnorakich niestabilności.

Ciekawe, czy dałoby się sformułować jakiś formalny model w tym duchu.

 

środa, 24 czerwca 2009

Konsorcjum trzech wydziałów UJ - Matematyki i Informatyki, Chemii oraz Fizyki, Astronomii i Informatyki Stosowanej - znalazło się wśród zwycięzców konkursu na "kierunki zamawiane". Super, rewelacja, cieszmy się i weselmy, ale program ruszy tylko pod warunkiem zapisania odpowiednio dużej liczby studentów na I rok. Fizyka ma kłopot, bo rokiem bazowym, od którego liczy się "odpowiednio dużo", jest rok 2007/08, tymczasem w roku 2008/09 studia fizyki na UJ podzieliły się na fizykę i biofizykę. Całkowita liczba studentów pozostała bez zmian, ale to oznacza, że liczbę sudentów fizyki na UJ trzeba podwoić w stosunku do roku 2008/09. Cóż, cuda się zdarzają. Jedyną nie-cudowną możliwoscią byoby to, gdyby wszyscy ludzie, którzy wybierali się studiować fizyke na AGH lub Uniwersytecie Pedagogicznym (brzmi dumnie, nieprawdaż?) poszli na UJ, bo na UJ najlepsi mogą liczyć na wysokie stypendia (1000 PLN), a na tamtych uczelniach, które "kierunków zamawianych" nie zdobyły, nie.

Informatyka też ma kłopot, bo na UJ informatyki są dwie - na FAIS i na MII - obie mają status "zamawianych", obie niezależnie muszą zwiększyć liczbę studentów, więc będą ze sobą konkurować. Znów, jedyną szansą jest odpływ kandydatów z uczelni, które uczą informatyki, ale nie zdobyły statusu "zamawianego". W ogóle sama idea przekupywania kandydatów wysokimi stypendiami, żeby studiowali na kierunkach ścisłych i technicznych, jest chybiona w założeniu. Wysokie stypendia mogą co najwyżej powodować przepływy pomiędzy pokrewnymi kierunkami, natomiast nie zwiększą globalnej ilości studentów tych kierunków, a taki cel rzekomo miał ten program osiągnąć.

Przy tym prasa, jak to prasa, rozwodzi się głównie nad tym, kto kierunków zamawianych nie zdobył (AGH nie zdobyła, Politechnika Warszawska nie zdobyła, inne wielkie uczelnie nie zdobyły - czarna rozpacz). Uczelnie wygrane wymieniane są gdzieś pod koniec, drobnym drukiem. Najczęściej zresztą wymieniae są uczelnie na tyle dziwne - bo wśród wygranych są i takie - że poziom wykładanych przedmiotów budzi wątpliwości. Ale wśród wygranych jest i UJ, i UW, i UAM, i Politechnika Wrocławska - e, po co o nich pisać. To nieciekawe. News jest wtedy, gdy człowiek pogryzie psa, albo gdy konkursu o nauczanie informatyki nie wygra AGH, ale Wyższa Szkoła Czegoś Dziwnego.

Ja tymczasem zapraszam na stronę naszego Wydziału:

www.fais.uj.edu.pl

Pijcie mleko! Bevete piu' latte! Studiujcie kierunki zamawiane!

sobota, 20 czerwca 2009

Janusz Palikot na swoim blogu ujawnia dokument, z którego wynika,  że cała aktywność naukowa Lecha Kaczyńskiego, pomiędzy habilitacją w roku '90 i uzyskaniem stanowiska profesora Uniwersytetu Gdańskiego w roku '96, ograniczyła się do wygłoszenia jednego referatu na jakiejś krajowej konferencji - poza tym zero publikacji, zero napisanych recenzji, zero wypromowanych doktorantów, po prostu nic. Zgroza, zgroza. Komentatorzy albo biadają nad upadkiem statusu profesora w Polsce (można "zostać profesorem" za jeden referat w ciągu sześciu lat), albo wyśmiewają dokonania naukowe Kaczyńskiego (jeden referat w ciągu sześciu lat), albo jedno i drugie.

Wypada jednak przypomnieć sobie, co Lech Kaczyński w pierwszej połowie lat '90 robił. Był senatorem, szefem BBN u Wałęsy, posłem, w latach 92-95 prezesem NIK. Owszem, żadnej działalności naukowej w tym czasie nie prowadził, ale nie miał na to czasu - zajmował się polityką. Można być politycznym przeciwnikiem Kaczyńskich, nie powinno się jednak rżnąć głupa i udawać, że Lech Kaczyński przez sześć lat nie robił nic, a to właśnie czyni teraz poseł Palikot. Można ówczesną działalność polityczną obecnego prezydenta źle oceniać, ale ci, którzy się z nim wówczas zetknęli, zgodnie świadczą, że był on wówczas niesłychanie pracowity - wypijając codziennie wiadro kawy i wypalając worek papierosów, pracował, pracował, pracował od rana do późnego wieczora. (A potem najwyraźniej coś mu się stało, ale to już jest zupełnie inna historia.)

Gdy Lechowi Kaczyńskiemu skończyła się kadencja w NIK, wrócił na UG, ten zaś postanowił go mianować profesorem uczelnianym - tak, jakby Kaczyński był tuż po habilitacji. Nie wiem rzecz jasna, czy dr hab. Lech Kaczyński zapowiadał się wówczas jako dobry kandydat na profesora prawa, czy też była to ze strony UG decyzja "polityczna" (dobrze jest mieć wśród profesorów byłego wysokiego urzędnika państwowego, który formalny warunek uzyskania stanowiska - habilitację - spełnia), ale naśmiewanie się z nieistniejącej aktywności naukowej Lecha Kaczyńskiego w pierwszej połowie lat '90 jest niesprawiedliwe.

Nigdy by mi do głowy nie przyszło, że będę publicznie bronił Lecha Kaczyńskiego. Amicus Plato, sed magis amica veritas

piątek, 19 czerwca 2009

Wygląda na to, że Jerzy Buzek zostanie przewoniczącym Europarlamentu. Wygląda wobec tego na to, że Buzek nie będzie kandydował na prezydenta Polski - rezygnacja z wywalczonej dzięki poparciu Niemiec i Francji przeciwko Włochom funkcji byłaby niepoważna, zgoła skandaliczna. Na długie lata zmniejszyłaby szanse Polaków na zajmowanie prestiżowych stanowisk w Europie. Jerzy Buzek, jeśli przewodniczącym zostanie, będzie musiał swoje dwa i pół roku odsłużyć. Niech mu się darzy, niech się okryje szacunkiem, ale na prezydenta kandydować nie będzie. No, trudno.

Cały czas marzę jednak, żeby znalazł się ktoś, na rzecz kogo Tusk mógłby z ubiegania się o prezydenturę zrezygnować. Pisałem już - i w całości tę opinię podtrzymuję - że lepiej dla Polski i lepiej dla samego Tuska byłoby, gdyby nie ubiegał się o prezydenturę, ale pozostał premierem przez drugą kadencję Sejmu.  Więc jeśli nie Jerzy Buzek, to kto? Andrzej Olechowski?! Olechowski prezydentem zostać chciałby, teraz popiera go SD, które stara się reaktywować stłuściały Paweł Piskorski, jednak Olechowski jest formalnie wciąż członkiem Platformy. I jej ojcem-założycielem. Potencjalnie mógłby być wspólnym kandydatem Platformy, SD, a nawet tworów w rodzaju Polski XXI. Owszem, Tuskowi by zagroził, ale panowie mogliby zawrzeć jakiś rodzaj gentlemen's agreement, że nie będą sobie wchodzić w drogę. Tak więc Tusk może by i kandydaturę Olechowskiego przełknął. Gorzej z Piskorskim, który chciałby wrócić do polityki przy okazji niezależnej od Platformy kampanii Olechowskiego. Ale może mimo wszystko się uda? Zresztą, mnie tak bardzo nie zależy na kandydaturze nikogo konkretnego, zależy mi na tym, aby Donald Tusk pozostał premierem przez drugą kadencję. 

poniedziałek, 15 czerwca 2009

Jak donosi prasa, minister Barbara Kudrycka planuje zmiany w ustawie o szkolnictwie wyższym, a tam

Ten drugi punkt jest tak głupi, że aż nie warto z nim dyskutować. Toż to jest czysty socjalizm. Minister wie lepiej, wszak jest ministrem. Słusznie, jak sądzę, krytycy zarzucają minister Kudryckiej, że jest eksponentem interesów uczelni prywatnych i wobec niżu demograficznego, chce w ten sposób walczyć o interesy uczelni prywatnych kosztem publicznych. Mam nadzieję, że Tusk - który oby nie kandydował na prezydenta - ma na tyle rozsądnych doradców, że wytłumaczą mu, iż to rozwiązanie nie ma nic wspólnego z liberalizmem i wolnym rynkiem, nawet w dobie kryzysu.

Punkt pierwszy wymaga większej uwagi. Co do zasady, jestem za częściową odpłatnością za studia, obojętne, czy jest to pierwszy, czy piąty kierunek. Z racji pełnionej na uczelni funkcji sam przy tym stykam się z najdziwniejszymi kombinacjami podejmowanymi przez studentów. Jestem jednak fizykiem, fizyka zaś uczy szacunku do warunków brzegowych. Warunkiem brzegowym jest to, iż w Polsce wyjątkowo mało osób podejmuje studia ścisłe i techniczne. Uważam, że w tej sytuacji ludzi należy zachęcać do studiowania takich kierunków. Zwolnienie z opłaty za studia - w tym wypadku z opłaty za drugi kierunek - byłoby formą takiej zachęty. Problem jest najprawdopodobniej marginalny z finansowego punktu widzenia - trochę, ale tylko trochę osób studiuje po dwa z trójki kierunków matematyka-informatyka-fizyka, sporadycznie zdarzają się przypadki łączenia innych kierunków ścisłych, osób, które po studiach humanistycznych lub w ich trakcie podejmują studia ścisłe jest jeszcze mniej, nie wiem jednak, jak to jest z podejmowaniem drugiego kierunku technicznego w ramach tej samej uczelni - chodzi jednak o to, żeby państwo polskie wysłało jasny sygnał: tak, zachęcamy ludzi do studiowania kierunków technicznych i ścisłych.

P.s. Tutaj znajdują się ministerialne założenia do reformy systemu edukacji wyższej w Polsce. Jest tam trochę ciekawych danych statystycznych.

Uważam, że kandydatem Platformy Obywatelskiej w najbliższych wyborach prezydenckich powinien być Jerzy Buzek. Buzek budzi szacunek i sympatię, posłując w Europarlamencie - a jeśli szczęście dopisze, także mu szefując - zdobył międzynarodowe poważanie, w polityce wewnętrznej potrafiłby, jak sądzę, wznieść się ponad podziały partyjne, raczej łączyć, niż dzielić, za to z racji wieku i temperamentu nie mieszałby się w codzienne rządzenie państwem, nie jest obwieszony tłumem politycznych klientów, którym koniecznie musiałby załatwić ważne stanowiska, ma wreszcie "prezydencką" prezencję, co też nie jest bez znaczenia. Jerzy Buzek jest postacią na tyle znaną i obdarzoną własnym znaczeniem politycznym, że jego kandydatura nie będzie wyglądać jak królik wyciągnięty z kapelusza. Jerzy Buzek nie będzie też protestował przeciwko zmianie konstytucji, redukującej uprawnienia prezydenta, jednoznacznie pozostawiając realną władzę wykonawczą w rękach rządu i premiera.

Nie ukrywam jednak, iż głównym motywem na rzecz lansowania kandydatury Jerzego Buzka jest zniechęcenie Donalda Tuska do kandydowania. Tusku, nie kandyduj! Zamiast tego, jako pierwszy premier po odzyskaniu wolności, wygraj drugą kadencję parlamentarną! To byłby wyczyn zapewniający Tuskowi trwałe miejsce w historii. Przede wszystkim byłby to sukces dla Polski, uniknęlibyśmy bowiem koniecznego miotania się kadrowego, organizacyjnego i programowego, bałaganu i raptownej zmiany priorytetów politycznych, nieuchronnych po każdej zmianie na stanowisku premiera. W ten sposób, mając perspektywę stabilnych rządów przez kolejną kadencję, a z wyklarowanymi strukturami i ich obsadą personalną, ze sprzyjającym rządowi prezydentem, ale nie z prezydentem-polityczną kukiełką, Polska mogłaby naprawdę dużo zyskać, uczynić znaczny krok na drodze rozwoju cywilizacyjnego.

Tusk, kandydując na prezydenta, wystawiłby siebie i Platformę na bardzo łatwy atak: Jak to, Donald Tusk jako premier dążył do osłabienia relanej władzy prezydenta, a teraz sam na ten urząd kandyduje? Przecież to albo oznacza, że Tusk-prezydent będzie prowadził inną politykę, niż Tusk-premier, albo jest dowodem na to, iż Donek faktycznie jest leniwy i chce zająć stanowisko, na którym nie będzie się musiał wysilać. Jest to, moim zdaniem, kolejny poważny argument przeciwko kandydaturze Tuska. Platforma powinna wystawić kogoś innego. Jedynym problemem był brak dostatecznie wyrazistego i godnego kandydata, który mógłby pokonać Kaczyńskich w wyborach prezydenckich, nie umniejszając zarazem roli Tuska w państwie (premier Tusk zapewne nie zgodziłby się na popieranie kandydata, który go będzie umniejszał). Ale oto jest - Jerzy Buzek.

Buzek ma oczywiście wady, z których największą są złe wspomnienia związane z rządami AWS i z czterema wielkimi reformami, głównie z reformą szkolnictwa. Cóż, trzebaby nad poprawą wizerunku Buzka popracować, trzebaby popracować nad nad wskazaniem pozytywnych skutków reform, a jest ich niemało (w szkolnictwie, niestety, najmniej), trzebaby wskazać, że Jerzy Buzek to nie to samo, co warcholski AWS, którego zresztą najbardziej warcholska część wylądowała w PiS. To się da zrobić. Tak więc - Jerzy Buzek moim kandydatem.

A Donald Tusk niech także zostanie prezydentem. W roku 2015.

wtorek, 09 czerwca 2009

Prezes Kaczyński wraca do formy. Oświadczył dzisiaj, że on jest z AK, a inni - tu konkretnie pracownicy Radia Zet - "z innych środowisk". Przy całej mojej niechęci do Kaczyńskiego nie uważam, że prezes oszalał i roi sobie, że walczył w szeregach AK. Nie, on zaledwie przypisuje sobie reprezentowanie tradycji AKowskiej, przeciwnikom zaś tradycji tej odmawia. To jest ten sam styl, ten sam duch, ta sama uzurpacja, co w kanonicznym już "my jesteśmy tu, gdzie wtedy, oni tam, gdzie stało ZOMO".

W dzisiejszej Polityce Adam Szostkiewicz pisze tak:

...kościół pisowski jawi się jako kontrreformacja, siła próbująca cofnąć Polskę  do epoki masowych wykluczeń innowierców i każąca wierzyć, że prawdziwymi Polakami są tylko wyznawcy prezesa Kaczyńskiego. Obywatele III RP nienależący do kościoła PiS są dysydentami, heretykami lub poganami, niezasługującymi na zaufanie i współpracę. Tylko w PiS jest prawda o narodzie i historii, tylko tam przechowuje się arkę polskości i patriotyzmu.

Trafna diagnoza. Szkoda, że Szostkiewicz nie wskazuje na źródło tych przekonań. Przypomnijmy sobie słynny wywiad Jarosława Kaczyńskiego z jego stwierdzeniem, że "w nim jest czyste dobro". Wtedy myślałem, że Kaczyński żartuje, że to tylko taka figura retoryczna. Po kilku miesiącach zacząłem rozumieć, że on wcale nie żartował, on naprawdę tak uważa. "We mnie jest czyste dobro". Jeśli w kimś jest czyste dobro, dobro absolutne, bez najmniejszej domieszki zła, to, po pierwsze, ci, którzy się z nosicielem dobra nie zgadzają, robią to albo ze złych pobudek, albo na skutek przyrodzonego braku zdolności umysłowych i moralnych do rozpoznawania dobra. Tak czy siak, są oni niewarci dyskusji, nie mogą też mieć żadnej racji, nawet cząstkowej, bo czyste dobro musi być doskonałe - w przeciwnym razie nie byłoby czyste. Po drugie, bycie depozytariuszem czystego dobra daje rację moralną, władzę iście nadprzyrodzoną, do orzekania kto jest prawdziwym Polakiem, prawdziwym patriotą, spadkobiercą tradycji AKowskiej, kto zaś jest z KPP, z ZOMO, z grona wspólników mordercy Popiełuszki i z wszelkiego zaprzaństwa. Dalej, daje to też prawo do orzekania komu pochodzenie i przeszłe grzechy przestają ciążyć (sędzia Kryże, minister Jasiński etc), kto zaś nimi jest nadal skażony, zapewne wiekuiście. "Komu grzechy odpuścicie, są im odpuszczone, komu zatrzymacie, są im zatrzymane", panie prezesie?

Jarosław Kaczyński nie żartuje. On naprawdę uważa, że ma taką moralną władzę. I dlatego Jarosław Kaczyński jest taki groźny.

poniedziałek, 08 czerwca 2009

Wszystkie media obwieszczają, że "Ziobro wygrał w Krakowie". Jaki wstyd! Na szczęście ktoś podał link do strony PKW, z którego wynika, iż w Krakowie wygrała Platforma (50% głosów), PiS był drugi (32%). W Krakowie była też dość przyzwoita, jak na te wybory, frekwencja (39%). Natomiast w całym okręgu świętokrzysko-małopolskim wygrał PiS i osobiście Zbigniew Ziobro.

Ziobro, postać wyjątkowo antypatyczna i szkodliwa, będzie się i tak pysznił i puszył, ale trudno, przynajmniej Kraków nie zawiódł. Kamień spadł mi z serca.

środa, 03 czerwca 2009

Wczoraj drogą służbową (sic!) otrzymalem drukowaną wersję tego oto komunikatu Działu Socjalnego UJ. Czytam i oczom nie wierzę: Uniwersytet Jagielloński zakupił jakiś trenażer wibracyjny, który nas wszystkich wyleczy z bólów stawów, zgagi i padaczki, a do tego odchudzi, ujędrni i zapewni odpowiedni poziom szczęścia poprzez kontrolowany wyrzut endorfin, wszystko jak u radzieckich kosmonautów? I skąd Uniwersytet Jagielloński miał na to pieniądze? A, rozumiem, z funduszy na naukę. Jasne.

Formalnie wszystko jest zapewne w porządku: Uniwersytet Jagielloński jest dużym pracodawcą, jako taki musi tworzyć fundusz socjalny, a zakup "sprzętu rehabilitacyjnego" niewątpliwie mieści się w celach funduszu socjalnego. Mogę sobie co prawda wyobrazić bardziej sensowne sposoby wydawania tych środków, drażni mnie też fakt, iż administracja centralna UJ tworzy dla siebie (de facto dla siebie, bo kto z odległych budynków będzie tam jeździł?) fitness club w Collegium Novum, ale najbardziej złości mnie co innego:

Tekst z komunikatu UJ brzmi jak reklama z Top Shopa, został chyba żywcem przepisany z ulotki dołączonej do zakupionego urządzenia. Whole body vibration, przedstawiane tu jako metoda terapeutyczna, jest tak naprawdę techniką - i to dość drogą techniką! - stosowaną w klubach fitness. Zapewne odpowiednio stosowana nie powoduje większych szkód, ale nie udowodniono też żadnej przydatności terapeutycznej tej metody, poza dość ekstremalną sytuacją kosmonautów, którym grozi zanik mięśni i rzeszotowienie kości w warunkach mikrograwitacji. Tymczasem Uniwersytet Jagielloński, wydając oficjalny komunikat i umieszczając go na swoich oficjalnych stronach, niejako legitymizuje tę metodę. Ktoś może pomyśleć - no, skoro UJ kupił takie urządzenie dla swoich pracowników, to ja wydam X złotych na sesję z tym-czymś w moim klubie fitness. A Uniwersytet Jagielloński wychodzi na durnia, który marnuje pieniądze i, pośrednio, wciska ludziom ciemnotę.

Magnificencjo, Panowie Dziekani, Panie i Panowie!

Dziekuję Uniwersytetowi Jagiellońskiemu za to, że jest - od bez mała sześciuset pięćdziesięciu lat. Dziekuję naszym opiekunom naukowym, naszym współpracownikom starszym i młodszym, z Polski i zza granicy, bez których nie byłoby nas tu dzisiaj. Dziękuję naszym rodzinom za wyrozumiałość i cierpliwość. Dziekuję naszym studentom.

Proszę Państwa, nauka jest piękna, jest trudna, jest ciekawa, bywa także pożyteczna. W tym sensie nauka jest narzędziem do czynienia sobie ziemi poddaną. Ale nauka jest także częścią cywilizacji i kultury, kultura zaś, o czym się często zapomina, jest jednym z czynników decydujących o znaczeniu i bogactwie narodów. Tak więc czyńmy sobie ziemię poddaną, ale twórzmy także kulturę - kulturę polską, będącą częścią kultury europejskiej, będącej częścią kultury światowej. I wszystko, co robimy, starajmy się robić doskonale.

Podziękowanie, jakie wygłosiłem wczoraj na laudacji habilitacyjnej w imieniu naszego Wydziału. Po dwu latach zmuszono mnie do uczestnictwa w tej uroczystości, mało tego, kazano mi przemawiać.

P.s Tak to wyglądało :-)