Kategorie: Wszystkie | Edukacja | Fizyka | Kryzys | Literatura | Muzyka | Polityka | Rozmaitości
RSS
niedziela, 12 czerwca 2011

Kilka dni temu Gazeta Wyborcza zamieściła wywiad z prof. Czesławem Jędrzejkiem, zatytułowany Komputer wygrał w teleturnieju. Co to znaczy dla świata? Chodzi o Watsona, który kilka miesięcy temu wygrał Jeopardy, deklasując swoich ludzkich przeciwników. CJ porównuje Watsona z Deep Blue, który co prawda ograł Garri Kasparowa, ale tylko dzięki temu, że bardzo szybko liczył, to znaczy bardzo szybko stosował przygotowane przez ludzi algorytmy szachowe. Według CJ, Watson rozwiązał problem

z punktu widzenia komputerów, znacznie trudniejszy. Maszyna musi odpowiadać na bardzo złożone zapytania wyrażone w języku naturalnym. [...] W Watsonie 20-osobowy zespół IBM, wspierany przez grupę uniwersytetów, głównie amerykańskich, połączył około stu technologii analizy języka naturalnego, wnioskowania, generowania i weryfikowania hipotez itd. Pierwsze przymiarki dały 15-proc. trafność odpowiedzi. Ostatecznie Watson, trenowany na zbiorze 200 tys. pytań w formacie Jeopardy, był w stanie udzielić poprawnej odpowiedzi w 70 proc. przypadków.

I choć ani Watson, ani żaden inny komputer nie przechodzi jeszcze testu Turinga, pojawienie się wydajnych komputerów umiejących analizować język naturalny, wnioskować, generować i weryfikować hipotezy, oznacza, że komputery są gotowe przejąć kolejne zadania zarezerwowane dotąd dla ludzi. A to oznacza utratę miejsc pracy. To jest ważne. Postęp technologiczny oznacza nie tylko utratę pracy fizycznej, którą wykonują maszyny, lub prostej pracy umysłowej, typu dodawanie długich kolumn liczb w księgowości, co robią kalkulatory i zwykłe komputery osobiste, ale także utratę pracy uważanej dotąd za "inteligencką".

Jest to zbieżne z tym, co sam swego czasu pisałem w Amerykańskim bezrobociu i całkiem niedawno w Przekleństwie iPoda, a także z tym, co swego czasu pisał Economist.

CJ podaje przykład prawników i sugeruje, że w niedługim czasie komputery będą mogły prowadzić część diagnostyki medycznej. Opowieść o prawnikach wymaga pewnego komentarza. CJ:

Czwartego marca 2011 r. w dzienniku „The New York Times” ukazał się artykuł „Armies of Expensive Lawyers, Replaced by Cheaper Software”. Podano tam dwa przykłady czegoś, co nazywa się e-discovery. Pod tym pojęciem kryje się wyszukanie i przygotowanie stosownych materiałów niezbędnych do wykonanie określonych zadań potrzebnych w przygotowania dokumentów procesowych. Kiedy w 1978 r. sześć stacji telewizyjnych przygotowywało się do wytoczonego im procesu, sprawdzono 6 milionów dokumentów. Ta analiza kosztowała stacje 2,2 mln dol., głównie na opłacenie pracy ludzi. Dziś firma Blackstone Discovery z Palo Alto analizuje 1,5 mln dokumentów w cenie 100 tys. dol.

Natomiast w Polsce

przepisy są interpretowane tak, że w zależności od prawnika możemy z jednego przepisu dojść do tez często ze sobą sprzecznych.

Myślę, że nie o to chodzi. W Ameryce obowiązuje prawo precedensowe, trzeba więc sprawdzić, czy jakiś sędzia kilkadziesiat lat temu, w miasteczku na drugim końcu stanu, nie wydał orzeczenia, które mogłoby byc wiążące w bieżącej sprawie. Trzeba więc przejrzeć sterty dokumentów, przeanalizowac je i dostrzec ewentualne związki z aktualną sprawą. Dotąd robili to ludzie, prawnicy (choć nie ci najlepiej opłaci, raczej, nazwijmy ich umownie, aplikanci), teraz, jak czytamy, robią to komputery. W Polsce i w ogóle w Europie kontynentalnej obowiązuje wyłacznie prawo stanowione, nie ma więc potrzeby przeglądania takiego morza dokumentów.

Cóż, prawników nikt nie lubi...

Niedawny transfer Bartosza Arłukowicza do Platformy Obywatelskiej, zapowiadane poparcie, jakiego Platforma ma udzielić Markowi Borowskiemu, Włodzimierzowi Cimoszewiczowi i Józefowi Piniorowi w wyborach do Senatu (Platforma nie wystawi swoich kandydatów w okręgach, w których tamci kandydują), a wreszcie ogłoszone na dzisiejszej konwencji Platformy przejście Dariusza Rosatiego, zdają się sugerować, iż Platforma przesuwa się w lewo. To dobrze, jeśli przesunięcie to miałoby dotyczyć spraw społecznych, nie gospodarczych. (Złośliwi mówią, że z Rosatiego jest taki sam lewicowiec, jak z Dominique Strauss-Khana - nie chodzi tu o ekscesy seksualne, ale o stosunek do pieniędzy.) O takim przesunięciu świadczy też dzisiejsze przemówienie Donalda Tuska. Premier mówił, że

ten rząd dziś - i jeśli wygramy - nasz przyszły rząd - nie będzie się nisko kłaniał ani bankierom, ani związkowcom. Nie będziemy klęczeli przed księdzem.

No i bardzo dobrze.

Także ogłoszone dzisiaj przejście do Platformy Joanny Kluzik-Rostkowskiej świadczy o wzmacnianiu skrzydła lewicowego. Może sie to wydać dziwne, gdyż Kluzik-Rostkowska przychodzi do Platformy "z prawej", z PiSu via PJN. Jednak Kluzik-Rostkowska jest specjalistką od spraw społecznych i zawsze miała w tej sprawie poglądy znacznie bardziej na lewo od PiSowskiego mainstreamu.

O ile jednak nie mam nic przeciwko transferowi Arłukowicza czy Rosatiego, o tyle przejście do Platformy Kluzik-Rostkowskiej raczej mi się nie podoba. Doceniam jej kompetencje, ale ważniejsze jest dla mnie to, że rok temu była szefową i twarzą kampanii prezydenckiej Kaczyńskiego, później zakładała PJN i długo unikała otwartej krytyki PiSu, atakowała za to Tuska, potem przepraszała za swój udział w kampanii prezesa, wreszcie ogłosiła, że w tej chwili

musimy zbudowac obywatelski kordon sanitarny wokół PiSu.

Z tym ostatnim ma rację, ale co z tego? Przecież ta osoba jest kompletnie niewiarygodna! Raczej nie przysporzy głosów Platformie, przeciwnie, Platforma dając Kluzik-Rostkowskiej eksponowane miejsce na swoich listach, może głosy stracić. Za przyjęciem Kluzik-Rostkowskiej przemawia głównie  zasada "wróg mojego wroga jest moim przyjacielem". Coś może być na rzeczy. Może Tusk przyjął Kluzik-Rostkowską na złość Jarosławowi Kaczyńskiemu? No, ale to może kosztować Platformę sporo cennych głosów. Myślę, że wystawienie Kluzik-Rostkowskiej do Senatu, bez platformianego kontrkandydata, byłoby rozsądnym rozwiązaniem.

Szkoda, że w Platformie nie ma już Janusza Palikota. Niestety, ten uczynił się osobistym wrogiem Lecha Kaczyńskiego, więc gdy jego zabrakło, Palikot i jego modus operandi stracili rację bytu. Palikot próbowal potem promować się radykalnym antyklerykalizmem, ale to było za mało. Jak powiadam, szkoda.

środa, 01 czerwca 2011

Dzisiaj sąd wojskowy uniewinnił wszystkich siedmiu żołnierzy i oficerów oskarżonych w sprawie Nangar Khel. To bardzo dobra wiadomość. To bardzo zła wiadomość.

Wiadomość jest dobra, bo zgodnie z zasadą in dubio pro reo wszelkie wątpliwości należy rozstrzygać na korzyść oskarżonych. Sąd nie był w stanie odtworzyć wszystkich okoliczności zdarzenia - nie był w stanie, bo proces toczył się w Warszawie, a Nangar Khel jest w Afganistanie, wielu dowodów nie dało się zdobyć, a niektóre, utajnione, być może są w posiadaniu Amerykanów. Amerykanie nie chcą ich udostępnić. Nie wiadomo nawet, czy je mają.

Wydaje mi się jednak, że w orzeczeniu sądu brakuje istotnych elementów. Czy był słynny rozkaz "przepierdolić trzy wioski", czy go nie było? Zapewne sąd uważa, że nie było, gdyż uniewinnił majora, który miał go wydać. W takim jednak razie dlaczego oskarżony chorąży powoływał się na taki rozkaz? Kto faktycznie wydał rozkaz strzelania? A skoro miały być "trzy wioski", to która miała być druga i trzecia?  To wszystko przyczynia się do tego, że wiadomość o wyroku jest zła. Być może trzeba poczekać na uzasadnienie.

Jednak wiadomość jest zła głównie dlatego, że sprawa Nangar Khel jest paskudna. Skojarzenia z My Lai narzucają się same i może powstać wrażenie, że Polska, jak tyle innych państw i armii przed nią, tuszuje swoje zbrodnie wojenne i chroni ich sprawców.

Nasi ministrowie już publicznie i radośnie komentują wyrok sądu. Dziś został obroniony honor żołnierza polskiego, mówi minister Bogdan Klich. Ach, no przecież, to nie do pomyślenia, aby polski żołnierz, w przeciwieństwie do żołnierzy amerykańskich, francuskich, chińskich, kongijskich i tylu innych, świadomie strzelał do bezbronnych cywilów. Włożenie polskiego munduru tak uszlachetnia. Sądzę, że ministrowie nie powinni komentować wyroków, nawet tych, z których są zadowoleni. A już zwłaszcza komentować głupio.

Nie mam za to nic przeciwko innym rzeczom, o których mówi Klich: objęcie żołnierzy pomocą prawną, zmiany zasad użycia broni.

Z porównaniami Nangar Khel do My Lai nie należy przy tym przesadzać. O ile można przyjąć, że Amerykanie w My Lai w pierwszej chwili myśleli, iż atakują kryjówkę Vietkongu, o tyle później widzieli wyraźnie, że w wiosce są tylko starcy, kobiety i dzieci, a jednak strzelali do tych ludzi z bliskiej odległości, przez wiele godzin, zabijając kilkaset osób. Polacy ostrzelali wioskę z dużej odległości i tylko kilkoma pociskami - twierdzą, że omyłkowo, gdyż rzekomo celowali w okoliczne wzgórza, gdzie wybuchła większość pocisków - ostrzał dość szybko przerwali. Zabili sześcioro cywilów. Także z sądowego punktu widzenia sprawy są inne - w My Lai byli świadkowie, inni Amerykanie, którzy chronili resztki mieszkańców. Jednak bez względu na liczbę ofiar, jeżeli Polacy celowali w wioskę wiedząc, że nie ma w niej talibów, którzy mogliby ich zaatakować, byłaby to zbrodnia wojenna.

Dla porządku przypomnę, że Polska wypłaciła odszkodowanie rodzinom ofiar, a ranni Afgańczycy byli leczeni w Polsce.

Wiadomość jest zła także i z tego względu, że niewyjaśniona pozostaje rola Służby Kontrywiadu Wojskowego, kierowanej wówczas przez Antoniego Macierewicza. Możliwe, że chłopcy z SKW chcieli się wykazać rewolucyjną czujnością i pokazać, o ile są lepsi od rozwiązanych niedługo przedtem WSI, robiąc wielką sprawę z tragicznego, lecz przypadkowego incydentu; możliwe dodatkowo, że zrobili to w ramach konfliktu z innymi służbami wojskowymi. Możliwe jednak, iż to właśnie SKW, być może przekraczając swoje uprawnienia, zapobiegło próbom tuszowania zbrodni wojennej przez polską Żandarmerię Wojskową. A teraz przyszła mi do głowy jeszcze jedna możliwość: Ktoś w kierownictwie SKW także miał skojarzenia z My Lai, postanowił więc kosztem żołnierzy uchronić Polskę przed skandalem wynikającym z pomówień o tuszowanie zbrodni wojennej, nawet jeżeli zbrodni wojennej w ostatecznym rozrachunku nie było.

Przypuszczam, że prokuratura złoży apelację, sprawa trafi do wyższej instancji i będzie się ciągnąć przez kolejnych kilka lat. Niezależnie od tego, jakim wyrokiem się zakończy, nie sądzę, abyśmy dowiedzieli się wiele więcej o tym, co naprawdę zaszło w Nangar Khel. Może po latach, gdy odtajnione zostaną akta i archiwa.