Kategorie: Wszystkie | Edukacja | Fizyka | Kryzys | Literatura | Muzyka | Polityka | Rozmaitości
RSS
sobota, 15 czerwca 2013

Opera Rara, 13 czerwca. Rodelinda Haendla, grała Capella Cracoviensis, dyrygował Jan Tomasz Adamus, śpiewali Karina Gauvin, Franco Fagioli i inni.

Rodelinda to opera o wyjątkowo prostym, jak na opery barokowe, libretcie: Zły książę napadł na dobrego króla, wszyscy myślą, że go zabił, ale król żyje i przygląda się całej historii zza krzaka. Zły książę zakochał się w żonie króla, tytułowej Rodelindzie, ona jednak wciąż kocha męża i podstępnie zwodzi złego księcia. Wszyscy knują przeciw wszystkim, ale na końcu dobry król zachowuje się szlachetnie, ratując złego księcia przed zamachem ze strony jeszcze gorszego księcia i wszystko kończy się dobrze. Nie ma w tej operze żadnych fajerwerków muzycznych, słynnych, przebojowych arii, ale całość jest przyjemna i na równym, wysokim poziomie.

Śpiewająca partię tytułową sopranistka Karina Gauvin, choć jest już śpiewaczką bardzo dojrzałą, wciąż dysponuje przepięknym, donośnym głosem i dobrą techniką. Pozostali soliści różnie: tenor Carlo Vincenzo Allemano nieco zawiódł, śpiewał obok orkiestry, w dodatku jakby nieco niechlujnie, zwłaszcza w pierwszym akcie. Alcistka Marina de Liso też nie miała dobrego dnia. Bas Ugo Guagliardo mi się nie podobał, za to kontratenor Filippo Mineccia wypadł zaskakująco dobrze - miał tylko trzy arie, w tym jedyną znaną mi dotąd arię z Rodelindy, Fra tempeste funeste, ale zaśpiewał je wybornie.

Słowa uznania należą się orkiestrze. Capella Cracoviensis, wciąż uzupełniona kilkoma muzykami z zewnątrz, grała bardzo dobrze. I nie mam tu na myśli tylko strony technicznej, ale także artystyczną. Kilkuletnie wysiłki Jana Tomasza Adamusa, który walcząc z rozmaitymi środowiskami postanowił przekształcić Capellę w zespół klasy światowej, zaczynają przynosić owoce.

Z kronikarskiego obowiązku zaznaczę, że tym razem w sprzedawanym programie były błędy, trzeci akt był źle opisany, jedną arię i końcowy chór pominięto, inne arie poprzestawiano. To jednak drobiazg, wieczór był całkiem udany.

Tyle napisał bym, gdyby nie ten solista, którego dotąd pominąłem: argentyńsko-włosko-hiszpański kontratenor Franco Fagioli. To głównie dla niego kupiłem bilety. I nie zawiodłem się. Fagioli ma wszystko: dużą skalę głosu, piękne brzmienie, głos donośny, talent aktorski, wyczucie muzyczne i niesamowitą mimikę. Nie śpiewa jak Jaroussky, który tylko otwiera usta i "samo" mu się śpiewa. Fagioli pracuje mięśniami całej twarzy, co robi duże wrażenie. Trochę przypomina Cecylię Bartoli z jej najlepszych lat: gdy już skończy śpiewać, a orkiestra jeszcze gra, on wciąż stoi, przeżywa i robi miny. Nie wiem, czy publiczność wiedziała, kto to Fagioli (ja wiedziałem), czy była totalnie zaskoczona, ale po każdej arii nagradzała go niesamowitymi brawami, zupełnie nieudawanymi, znacznie głośniejszymi i dłuższymi, niż pozostałych solistów. Franco Fagioli ukradł show pozostałym! Chyba kulminacją całej opery jest duet Bertarido (Fagioli) i Rodelindy (Gauvin) kończący drugi akt. Świetny duet, a głosy śpiewaków niemal idealnie zestrojone. Czy wspominałem już, że Haendel był arcymistrzem duetów? No więc był. Ale na mnie największe bodaj wrażenie zrobiła pierwsza aria Fagiolego. Niebywała koloratura na dove sei, śpiewana a capella, zaczynająca się prawie od szeptu, kończąca wręcz krzykiem, przy absolutnie cichej, zahipnotyzowanej sali, wciąż brzmi mi w uszach. 

Dobra muzyka, wybitny artysta, bardzo piękny koncert.