Kategorie: Wszystkie | Edukacja | Fizyka | Kryzys | Literatura | Muzyka | Polityka | Rozmaitości
RSS
niedziela, 29 czerwca 2014

5 czerwca Trybunał Konstytucyjny, na wniosek PiSu, zniósł jeden z elementów "reformy Kudryckiej": opłaty za drugi kierunek studiów stacjonarnych i za nadliczbowe ECTSy. Wyrok Trybunału będzie co prawda obowiązywać dopiero od roku akademickiego 2015/16, ale kolejne uczelnie znoszą opłaty ze skutkiem natychmiastowym. W tym tygodniu zrobił to Senat UJ (§ 6. cytowanej uchwały). 

Muszę powiedzieć, że witam to rozwiązanie z mieszanymi uczuciami.

Po pierwsze, między bajki wkładam argument, że młodzież jest tak żądna wiedzy, że chce studiować drugi, a nawet trzeci kierunek, żeby poszerzyć swoje horyzonty. Owszem, są tacy ludzie, sam takich znam, ale to są jednostki, na ogół bardzo utalentowane, które z łatwością zmieściłyby się w limicie 10% najlepszych, jaki wprowadziła nowelizacja autorstwa minister Barbary Kudryckiej. Najczęściej motywacja do studiowania drugiego kierunku jest inna: niepewność losu połączona z ucieczką przed koniecznością wejścia w dorosłość, coś w rodzaju syndromu Piotrusia Pana, często podbudowywana fałszywym przekonaniem, że mnogość dyplomów zwiększa szanse na rynku pracy, gdy w końcu kiedyś, po wielu latach, osoba zdecyduje się na ten rynek pracy wejść. Drugą grupą są ci, którzy studiowali jedno, bo w wieku 19 lat dokonali niewłaściwego wyboru (z nieświadomości, pod presją rodziców itd), męczyli się okropnie, ale uzyskali dyplom, aby w końcu przyznać, że popełnili błąd, a ich powołaniem jest coś innego, więc zaczynają studiować drugie. Takich ludzi po części podziwiam za odwagę, po części jest mi ich żal. Trzecią - i, jestem przekonany, najliczniejszą - grupę drugokierunkowców stanowią ci, którzy jak najdłużej chcą zachować status studenta w związku z licznymi przywilejami socjalnymi, jaki w Polsce ten status niesie.

Z drugiej strony, za całkowicie chybione uważam porównywanie sytuacji studentów polskich i amerykańskich. W Stanach Zjednoczonych studiowanie drugiego kierunku jest zjawiskiem niesłychanie rzadkim, o marginalnym znaczeniu. Bierze się to stąd, że w Stanach studia są płatne. Niektóre ceny, zwłaszcza na kierunkach prowadzących do professional degrees, są kolosalne. W dodatku koszt studiowania rośnie wyraźnie szybciej, niż inflacja. Choć jest tam cała masa programów stypendialnych - ten system jest znacznie bardziej rozbudowany, niż w Polsce - większość studentów za studia płaci. Znaczna część zaciąga na to specjalne pożyczki, które bywają koszmarnym obciążeniem finansowym. Nie można ich zlikwidować nawet ogłaszając personal bankruptcy. W tej sytuacji branie na siebie dodatkowych obciążeń finansowych jest wielce nieroztropne i niewiele osób się na to decyduje/może sobie na studiowanie drugiego kierunku pozwolić. W Polsce natomiast studia stacjonarne na uczelniach państwowych są "bezpłatne" - to znaczy, finansuje je budżet państwa - a nawet, jak pisałem, pociągają cały szereg przywilejów, także finansowanych z budżetu. Skoro państwo finansuje edukację, może, co do zasady - której Trybunał nie zakwestionował - wprowadzać jakieś ograniczenia. 

Po trzecie jednak, jeden z elementów rozwiązania wprowadzonego przez Barbarę Kudrycką, był piramidalnie głupi i szkodliwy. Chodzi mi mianowicie o opłatę za nadliczbowe ECTSy. Powiedzmy, że ktoś studiuje na kierunku licencjackim. Ustawa wymaga, aby w ciągu trzech lat uzyskał co najmniej 180 ECTS za zaliczone przedmioty. Wolno zaliczyć jeszcze dodatkowe 30 ECTS. Za wszystko ponad to trzeba było płacić, a zatem osoba zainteresowana większą liczbą kursów do wyboru - co jest klasyczną sytuacją chęci poszerzania wiedzy! - nie mogła ich robić. Ba, zgodnie z doktryną trzeba było płacić za wszystko, co nie należało do oficjalnego planu studiów, nawet jeśli limit 30 dodatkowych ECTS nie zostałby przekroczony! Gdyby więc student fizyki chciał zaliczyć dodatkowy przedmiot na matematyce, informatyce czy chemii, a wszystko to się od czasu do czasu zdarzało, musiałby za to płacić. Podobnie musiałby płacić ktoś, komu powinęła się noga na trzecim roku studiów licencjackich i chciałby "awansem" robić przedmioty z pierwszego roku studiów II stopnia (dawny czwarty rok), a coś takiego zdarza się naprawdę często.

Opłata za nadliczbowe ECTSy karze także tych, którzy bona fide zrezygnowali z pierwotnie wybranego kierunku: okazało się, że nie dla nich, za trudny, nieciekawy. Rezygnują bez uzyskania dyplomu, podejmują inne studia, ale coś na tym pierwszym zaliczyli, więc być może musieliby płacić za możliwość ukończenia studiów na tym kierunku, który ostatecznie wybrali. Nonsens.

Trybunał Konstytucyjny zgodził się, że wielokierunkowość może rodzić pewne patologie, ale zarazem przyjęte przez ustawodawcę rozwiązanie - opłaty za drugi i dalsze kierunki studiów - uznał za niekonstytucyjne. Ustawodawca będzie musiał przepisy zmienić. Napiszę, co ja na ten temat sądzę, aczkolwiek w świetle orzeczenia Trybunału rozwiązanie pewnie będzie musiało być inne. 

Przede wszystkim trzeba rozróżnić pomiędzy wiedzą zdobywaną w czasie kolejnych kursów, a uprawnieniami zawodowymi, które uzyskuje się w wyniku zdobycia dyplomu. To pierwsze jest godne pochwały, a przy okazji eliminuje absurdy "nadliczbowych ECTSów". To drugie jest pewnym ekscesem, fanaberią. Państwo gwarantuje możliwość zdobycia bezpłatnego wykształcenia i uprawnień zawodowych potwierdzonych dyplomem, ale gdy ktoś raz z tej możliwości skorzystał i dyplom (na danym poziomie studiów) uzyskał, nie ma powodu, aby możliwość tę zwielokrotniać.

Zatem:

  • nie powinno być opłat za nadmiarowe ECTSy; branie dodatkowych kursów - czy to na swoim kierunku, czy na jakimś innym - w zasadzie nie przedłuża studiów
  • powinno się płacić za możliwość uzyskania drugiego dyplomu na tym samym poziomie studiów
  • osoby studiujące na drugim kierunku, a także równolegle na kilku kierunkach, mogą korzystać z pomocy materialnej tylko na jednym z nich/tylko do uzyskania pierwszego dyplomu.

Tak uważam. Spodziewam się przy tym, że ustawodawca nie zrobi nic, to znaczy przepisy w tym zakresie pozostaną takie same, jakie były przed 2011.

piątek, 20 czerwca 2014

Afera taśmowa była właściwie nie-aferą. Publiczność na hasła "taśmy" i "politycy" zareagowała jak pies Pawłowa i krzyknęła "afera", choć upieram się, że w rozmowie Bartłomieja Sienkiewicza z Markiem Belką nie było niczego skandalicznego. Może jeszcze do tego wrócę. Niestety, afera taśmowa miała swoją drugą odsłonę: Prokuratura wkroczyła do redakcji "Wprost", żeby zabrać stamtąd nagrania, stanowiące dowód w sprawie nielegalnych podsłuchów. Sylwester Latkowski, redaktor naczelny "Wprost", nagrań nie wydał, powołując się na tajemnicę dziennikarską i na to, że wydanie wszystkich nagrań, także tych nieopublikowanych, uniemożliwi ich publikację przez tygodnik, to zaś godziłoby w wolność słowa. Zrobiło się straszne zamieszanie, prokuratorzy i towarzyszący im agenci ABW nie bardzo wiedzieli, co mają robić, szamotanina w redakcji była transmitowana na żywo przez wszystkie media w Polsce. Wiarygodność rządu spadała z każdą sekundą transmisji - władza chce przemocą, bezprawnie zakneblować niezależne media!

Po wszystkim okazało się, że prokuratura, choć zachowała się wybitnie nieprofesjonalnie, jednak nie naruszyła prawa. To, co prokuratura może, czego zaś nie może w związku z tajemnicą dziennikarską, klarownie wyjaśnia ten bloger: Tajemnica dziennikarska a przeszukanie. To samo zresztą tłumaczył prokurator generalny Andrzej Seremet w czasie swojej konferencji prasowej. 

Pojąć przy tym nie mogę, czemu właściwie prokuratura żądała wydania nośników, skoro, jeśli można było na ich podstawie zidentyfikować źródło, prokuratura nie mogłaby z nich skorzystać (przytaczany Art. 180 § 3 kpk). A jeśli źródła nie można zidentyfikować, to po co prokuraturze ten dowód, w dodatku we wszystkich istniejących egzemplarzach? Jeśli ktoś wątpi, że nagrań faktycznie dokonano, może je sobie ściągnąć z internetu. Prokuratura chyba tego rozumowania nie przeprowadziła. Zadziałała rutynowo.

Najważniejszą jednak sprawą jest zarzut próby uniemożliwienia publikacji treści następnych podsłuchów, które były w posiadaniu redakcji. Redakcja i inne media rozumowały, że jeśli jakieś materiały wejdą w posiadanie prokuratury, zostają objęte tajemnicą śledztwa i ich opublikowanie byłoby zagrożone bardzo wysoką grzywną, a nawet karą więzienia. Prokurator Seremet tłumaczył później, że to nieprawda: Kruczek polega na tym, że nie wolno publikować informacji, które uzyskało się w trakcie prokuratorskiego śledztwa, ponieważ jednak redakcja poznała je zanim śledztwo się rozpoczęło, nie byłyby one chronione tajemnicą śledztwa. Może to i prawda, ale takiego wyjaśnienia ewidentnie zabrakło ze strony prokuratorów prowadzących akcję w redakcji "Wprost". Przekonanie, że wydanie materiałów prokuraturze uniemożliwi ich publikację, spowodowało oskarżenia, że władza godzi w wolność słowa. Albo więc prokurator Seremet się myli, a wówczas atak na wolność słowa był, albo prokuratorzy uczestniczący w akcji sami nie znają prawa, albo nie obchodzą ich konsekwencje ich własnych działań: niech zginie cały świat, byle było tak, jak chce prokuratura.

Prokuratura wyraźnie ma problem.

Prokuratura przyzwyczaiła się do sytuacji, w której, gdy wkracza z ABW, wszyscy trzęsą portkami i zaczynają rozglądać się za szczoteczką do zębów i zmianą bielizny. A tu trafili na redaktora, który nie dość, że portkami nie zatrząsł, to jeszcze postanowił rzecz wykorzystać do darmowej reklamy, ubrania się w kostium obrońcy wolności słowa i przydania sobie znaczenia, którego nie posiada. I dlaczego właściwie prokuratura wkroczyła, nawet abstrahując od tego, czy te materiały były jej faktycznie potrzebne? Nie wystarczyło wezwać Sylwestra Latkowskiego do wydania dowodów? Pani prokurator z Prokuratury Rejonowej arogancko tłumaczyła, że prokuratura nie ma zwyczaju wysyłania uprzejmych pism. Później to samo - w sposób o wiele bardziej taktowny, ale treść była taka sama - powtórzył prokurator Seremet. Prokuratura nie wysyła uprzejmych pism? Być może tu właśnie leży część problemu: Prokuratura traktuje obywateli z góry, zastrasza, pokazuje im, że jest Władzą, nie zaś państwową instytucją służącą wszystkim obywatelom i wszystkich obywateli traktującą z należnym szacunkiem. Prokuratura ma to we krwi: Tak została stworzona, ukształtowana, do takiego funkcjonowania przyzwyczajona. Moim zdaniem jest to, przynajmniej w jakiejś części, pochodną bezkarności prokuratury (i bezkarności, a także pozostawienia praktycznie poza wszelką kontrolą, służb specjalnych). I nie mam tu na myśli nawet spraw "politycznych", ale zwykłe sprawy kryminalne, w których prokuratura oskarża nie tego, co trzeba, ale którego oskarżyć jest łatwo, trzyma się tego oskarżenia wbrew faktom, po jakimś czasie (niekiedy po latach) okazuje się, że facet był niewinny, no, ale życie ma rozwalone, a prokuratorzy nie mają sobie nic do zarzucenia i awansują. Nie ma co się dziwić, że prokuratura jest kompletnie bezradna, gdy trafi na człowieka, który się jej nie boi, ma obok siebie adwokata i całą masę mediów. 

Bartłomiej Sienkiewicz może mieć ponurą satysfakcję, że jego słowa

Państwo polskie istnieje teoretycznie, praktycznie nie istnieje, dlatego że działa poszczególnymi swoimi fragmentami, nie rozumiejąc, że państwo jest całością

znalazły taką nieoczekiwaną ilustrację. Prokuratura działa zgodnie ze swoim interesem - obojętne, uzasadnionym czy nie - nie zważając, jak wielkie szkody wyrządza nie tylko rządowi, ale państwu jako takiemu. 

Donald Tusk powinien błogosławić dzień, w którym prokuratura stała się niezależna od rządu (w 2010, za pierwszej kadencji Platformy). Choć bowiem za aferę w redakcji "Wprost" największe cięgi zbiera rząd, tym razem odpowiedzialność spada na prokuraturę: Premier ani rewizji w redakcji "Wprost" nie nakazał, ale też nie mógł jej powstrzymać, gdy mleko zaczęło się rozlewać na oczach zdumionej publiczności - choć próbował, na co wskazują rozpaczliwe telefony do prokuratora generalnego i szefostwa ABW. I choć teraz większość dziennikarzy - i publiczności - nie jest w stanie pojąć, że prokuratura nie jest w dyspozycji Tuska, wytłumaczenie tego choć części opinii, mianowicie tej, która mogłaby na Platformę głosować, ale teraz bardzo się do niej zniechęciła, jest jedyną nadzieją premiera na wyjście z tej opresji.

Pozorną radą na "fragmentaryczność" państwa jest oświecona dyktatura, monarchia absolutna, w której całe państwo realizują wolę przywódcy. Jarosław Kaczyński, arcyetatysta, chyba autentycznie nie może zrozumieć, że ktoś działa nie na polecenie przywódcy. Wydaje się jednak, że ludzkość miała kilka dobrych powodów, aby z tej formy rządów zrezygnować. I żadnych, aby do niej wracać.

niedziela, 15 czerwca 2014

Media donoszą, iż "Wprost" donosi, że ma kompromitujące dla rządu taśmy: minister Bartłomiej Sienkiewicz dogaduje się z prezesem NBP Markiem Belką, że NBP pomoże zwalczać deficyt budżetowy, gdyż

Zwycięstwo PiS oznacza ucieczkę inwestorów, pogorszenie się warunków finansowych i parę innych kłopocików wewnątrz Polski.

Widać też, że rząd, a w każdym razie minister Sienkiewicz, nie jest ani tak oderwany od rzeczywistości, jak to się często mówi, ani tak dogmatyczny, jak twierdzą jeszcze inni. Sienkiewicz stwierdza mianowicie, że

Polacy mają w dupie orliki i autostrady

a więc rzeczy, którymi rząd najchętniej się chwali i o którym donoszą media. Deficyt budżetowy to co innego. Nie dlatego, że jest on dla Polaków ważny jako abstrakcyjna kategoria ekonomiczna, ale dlatego, że procedura ograniczania deficytu, do czego, po przekroczeniu pewnych progów, zobowiązuje nas i Konstytucja, i zobowiązania europejskie, byłyby bardzo bolesne dla obywateli, gdyż oznaczałyby ostre cięcia w gospodarce i programach rządowych. Można powiedzieć, że Sienkiewicz dba o szanse wyborcze Platformy - zgoda, ale jednocześnie trzeba powiedzieć, że dba on o realne, odczuwalne jako najistotniejsze, potrzeby obywateli.

Na to wszystko Belka mówi OK, ale odwołajcie ministra Rostowskiego, bo on się proponowanym zmianom sprzeciwi, z czym zresztą zgadza się Sienkiewicz. I tak się w końcu dzieje; inna rzecz, że Rostowski - choć bez wątpienia niezwykle kompetentny - był dość powszechnie nielubiany, a wobec tego był dla rządu obciążeniem, którego premier chętnie się pozbył.

Pozostałe "wstrząsające" nagrania dotyczą ex-ministra, ex-modela Nowaka, który prosi o ograniczenie kontroli finansowych, jakim podlegała jego żona. W trzecim nagraniu platformerski szef NIK pięknie spuszcza po brzytwie super-biznesmena Jana Kulczyka. Nowak kompromituje sam siebie - nie pierwszy raz - ale wiceminister finansów, zdaje się, żadnej pomocy Nowakowi nie obiecał. W tym, co słyszymy o Kwiatkowskim, nie ma niczego niestosownego. Największy krzyk dotyczy rozmowy Sienkiewicza z Belką. Otóż ja w niej też nie widzę niczego nagannego. Panowie się targują: chcesz, żebym zrobił tak, to ty mi zrób siak. Ne ma mowy o żadnych łapówkach czy korzyściach osobistych, przeciwnie, argumenty, jakie padają, odnoszą się do kondycji państwa - gospodarczej i nie tylko. Sienkiewicz, cały rząd i Platforma nie chcą zwycięstwa PiSu? No nie chcą, ale nie dlatego, że straciliby posady i apanaże, tylko dlatego, że - uważają - to zaszkodziłoby Polsce. Tak mówi przedstawiciel siły politycznej, która jest przekonana, że jej pomysł na rządzenie jest o wiele lepszy dla kraju, niż pomysły konkurencji.

No i wreszcie wypowiedź Sienkiewicza, od której prawicowe media aż się zachłystują (źródło):

Państwo polskie istnieje teoretycznie, praktycznie nie istnieje, dlatego że działa poszczególnymi swoimi fragmentami, nie rozumiejąc, że państwo jest całością.

Przecież to jest wypowiedź propaństwowca, z której minister powinien być dumny! Jedną z polskich zmór jest "Polska resortowa", w której każdy urząd, każda agenda realizuje swoje własne cele - a jeszcze częściej dba tylko o to, żeby w danym urzędzie, w danej instytucji wszystko było formalnie w porządku -  nie patrząc się na dobro państwa jako całości: Różne służby rywalizują ze sobą, wojewoda nie współpracuje ze starostą, minister środowiska nie współpracuje z ministrem infrastruktury i tak dalej. Wszyscy widzimy to na codzień i doświadczamy tego skutków. Minister Sienkiewicz ma rację: poszczególne fragmenty państwa jakoś tam działają, państwo jako całość - nie. I ten stan rzeczy na pewno nie jest dobry.

Prawica powiada, że rozmowa Sienkiewicza z Belką to dowód na spisek. E, jaki tam spisek. Normalna rozmowa polityczna, jakie poza protokołem toczyły się i toczyć się będą jak świat długi i szeroki. Trochę szkoda, że panowie (ale raczej Marek Belka, niż Bartłomiej Sienkiewicz) bywają wulgarni. Cóż, nobody's perfect.

Owszem, jak wiem z filmu i literatury, w krajach skandynawskich wszystkie rozmowy polityków są oficjalne - są protokołowane, a przynajmniej odnotowywany jest fakt przeprowadzenia takiego spotkania, rozmowy. Nasi tymczasem rozmawiają w jakiejś warszawskiej restauracji. Zapewne należy dążyć do standardów skandynawskich również i w Polsce. Skądinąd filmy i literatura, z których to wiem, dotyczą korupcji i straszliwych zbrodni popełnianych w kręgach władzy. Nobody's perfect, Skandynawowie także nie? Obowiązek protokołowania etc nie eliminuje całkowicie ludzkiej nieuczciwości, a ostatecznie to najbardziej się liczy. W rozmowie Bartłomieja Sienkiewicza z Markiem Belką żadnej nieuczciwości nie dostrzegam.

Jedno mnie w tym frapuje: Bartłomiej Sienkiewicz był w służbach specjalnych, zakładał UOP, a mówi się, że nie ma byłych pracowników służb. Sienkiewicz na pewno zdaje sobie sprawę z tego, że tego typu rozmowy mogą potencjalnie być podsłuchiwane i że nie powinno ich się prowadzić byle gdzie. Skoro więc mówił, co mówił, to znaczy, że czuł się całkowicie bezpiecznie. Niestety, realia postsnowdenowskie (abstrahując od tego, kto dokonal tych nagrań) najwyraźniej dotarły i do Polski. Teraz to dopiero zacznie się konspiracja!

Pomijając jednak wszystko inne, usłyszeć, że minister mówi o jakimś rządowym planie inwestycyjnym, że to jest

chuj, dupa i kamieni kupa

- bezcenne!

poniedziałek, 02 czerwca 2014

Zmarł Wojciech Jaruzelski. W piątek odbył się jego pogrzeb. Na Powązkach, z honorami państwowymi i wojskowymi. Jak należało się spodziewać, zrobiło się straszne zamieszanie. Byłoby mniejsze, gdyby atmosfery na samym początku nie podgrzały dwa wybitnie głupie oświadczenia polityczne.

Najpierw Leszek Miller zażądał wprowadzenia żałoby narodowej. Chwilę później prezes IPN zaprotestował przeciwko samemu pogrzebowi Jaruzelskiego na wojskowych Powązkach (w późniejszym oświadczeniu nieco złagodził ton i protestował tylko przeciwko państwowemu charakterowi pogrzebu). Oba te oświadczenia były adresowane do własnych wyznawców i politycznych plenipotentów, z pełną świadomością, iż rozjuszą przedstawicieli drugiej strony. Leszek Miller doskonale przecież wie, że gen. Wojciech Jaruzelski ma na koncie wiele rzeczy niepięknych, od walk z WiNowcami w 1946, poprzez antysemickie czystki i najazd na Czechosłowację w 1968, aż po wprowadzenie stanu wojennego w 1981 i ponurą beznadzieję lat '80. I wszystko to, co pomiędzy. Prezes IPN, dr Łukasz Kamiński, ze swej strony ma pełną świadomość, że Jaruzelski był żołnierzem I Armii (Berlinga), brał udział w walkach z Niemcami, był nagradzany odznaczeniami bojowymi, w tym dwukrotnie Krzyżem Walecznych, więc miejsce w kwaterze I Armii należy mu się bezdyskusyjnie. Miller jednak powiedział swoją bzdurę, Łukasz Kamiński swoją, żeby przypodobać się swoim politycznym poplecznikom, nie zważając na prawdę historyczną. Ohydne.

Nie ma wątpliwości, że, jak pisze Roman Graczyk,

ludzie, którzy protestowali przed katedrą polową i na cmentarzu [...] z pewnością przekroczyli granicę dobrego obyczaju

pozostaje jednak kwestia, czy Wojciechowi Jaruzelskiemu należał się pogrzeb państwowy, z pełnym ceremoniałem.

Uważam, że tak. Z trzech powodów.

Po pierwsze, Jaruzelski był generałem i byłym prezydentem Polski - nie tylko PRL, ale także Rzeczpospolitej Polskiej, od 31 grudnia 1989 aż do zaprzysiężenia Wałęsy w grudniu 1990. Nie osądzono go - nie wnikam tu, dlaczego, zresztą tego nie wiem; rację, przynajmniej cząstkową, może wszakże mieć cytowany wyżej Roman Graczyk, że chodziło o zademonstrowanie ciągłości pomiędzy PRL a RP (Graczyk nie ma za to racji nazywając III RP hybrydą: trochę wolnej Polski, trochę postkomunizmu) - nikt Wojciechowi Jaruzelskiemu stopni i tytułów nie odebrał, więc w chwili śmierci był generałem i byłym prezydentem, któremu pogrzeb państwowy się należał. Rzeczpospolita podkreśla swój własny majestat okazując szacunek swoim byłym prezydentom, nawet jeśli politycznie są przegrani. Tego właśnie nie może zrozumieć PiS i okolice, dla których każdy prezydent nie-Kaczyński jest zdrajcą, konfidentem, uzurpatorem, w najlepszym razie komunistycznym aparatczykiem.

Po drugie, wiele osób wyrzuca Jaruzelskiemu jego winy, niezaprzeczalne winy, ale wiele go najwyraźniej szanowało. Badania opinii publicznej przeprowadzone w 30 rocznicę stanu wojennego pokazały, że 51%, ponad połowa, współczesnych Polaków decyzję o wprowadzeniu stanu wojennego uważa za słuszną. Wiele osób z nostalgią wspomina PRL i uważa ją za państwo lepsze od dzisiejszej RP. Nie rozumiem powodów, nie chcę ich analizować, jedynie konstatuję fakt, iż dla - ostrożnie licząc - około połowy Polaków Jaruzelski miał co najmniej tyle samo zasług, co win. Także u sporej część tych, którzy Jaruzelskiego raczej obwiniają niż doceniają, złość, wściekłość na Jaruzelskiego z czasem wyparowała, a przynajmniej straciła niegdysiejszą ostrość. Czas leczy rany, a poza tym skoro modlimy się ...jako i my odpuszczamy naszym winowajcom, może faktycznie trzeba odpuścić? Odpuszczenie win nie oznacza ani pochwały niegdysiejszych czynów winowajcy, ani sprzeniewierzenia się pamięci pokrzywdzonych.

Tak czy siak, protestujący przed katedrą, na cmentarzu czy w internetach wcale nie reprezentowali większości, ale mniejszość obywateli naszego kraju. Mniejszość może wyrażać swoje poglądy, może domagać się szacunku dla swojego prawa do wyrażania poglądów, ale nie powinna udawać, że jest większością. Pośmiertne uhonorowanie Jaruzelskiego, z jednoczesnym nieustannym podkreślaniem, że będzie on przedmiotem ocen i zaciekłych sporów pokoleń historyków, do czego niektórzy dodają, iż on sam stoi teraz wobec oceny Boga, a zatem, pośmiertne uhonorowanie Jaruzelskiego jest oznaką szacunku dla tych, którzy sami go szanowali.

Po trzecie, chcę przypomnieć moją notkę sprzed prawie czterech lat: Dwie tradycje. Tam powiedziałem już wszystko, co jeszcze mógłbym tu dodać.