Kategorie: Wszystkie | Edukacja | Fizyka | Kryzys | Literatura | Muzyka | Polityka | Rozmaitości
RSS
czwartek, 18 czerwca 2015

Chciałem zażartować, iż dobrym tematem dla postmodernistycznej humanistyki byłaby Lacanowska analiza apokalipsy zombie. Zażartować, dobre sobie. Okazuje się, że już to zrobiono. Wiele razy.

Skąd u mnie nagłe zainteresowanie tym tematem, wyjaśnię może przy innej okazji.

Prokrastynuję. Czytam przypadkowo znaleziony artykuł, którego autor, Gary A. Mullen, amerykański filozof młodego pokolenia, omawia poglądy Slavoja Žižka i Theodora W. Adorno na temat znaczenia symboliki zombie we współczesnej kulturze. Punktem wspólnym jest, że zombie, nieumarły, to coś, co biologicznie żyje, ale życie to straciło swój ludzki sens. To coś, nie ktoś.

The zombie represents the no man's land between the social, symbolic, meaningful life and bare, biological existence.

Dalej obaj filozofowie się różnią i nie będę tego tutaj dyskutował. Wspomnieć muszę, że czy to jedynie Mullen, czy także ci dwaj filozofowie pomijają jeden bardzo istotny aspekt: Zombie są agresywne, atakują ludzi, "chcą" ich zredukować do swojego statusu. To bardzo odróżnia nieumarłych od, powiedzmy, ludzi w ostatniej fazie choroby Alzheimera, którzy także żyją biologicznie, choć życie to straciło swój social, symbolic, meaningful status. Jednak chorzy nie chcą, aby inni popadli w ich stan. Chorzy nie budzą też fascynacji.

Dodam od razu, że jest rzeczą frapującą narastająca obecność duchów, zjaw, upiorów, wampirów, zombie we współczesnej kulturze. W kulturze popularnej, ale nie tylko. Całkiem poważni ludzie piszą o widmach i upiorach. Jeśli, dla przykładu, powiemy, że "nawiedzają nas upiory przeszłości", to czy tylko figuratywnie wyrażamy fakt, że pewne zdarzenia z przeszłości, trwające i przekształcane w naszej pamięci indywidualnej lub zbiorowej, wywierają jakiś niekorzystny wpływ na nasze dzisiejsze decyzje, wybory, działania, czy też owym przeszłym zdarzeniom przydajemy jakiś aktywny modus existendi? Jeśli to pierwsze, to ciekawe jest, dlaczego uciekamy się do takiego języka, co język mówi o nas samych. Jeśli wszakże to drugie, to nieodwołanie opuszczamy obszar nauki, lokując się już to w rozważaniach religijnych, już to w sztuce.

Popatrzmy się także na Kościół: w czasach mojego dzieciństwa uczono, iż grzechem jest wierzyć w duchy, wróżki i przesądy, bo to oznaczałoby uzurpację mocy boskich i wiara w nie byłaby złamaniem pierwszego przykazania. Protestanccy fundamentaliści dalej tak uważają, jednak dzisiejszy Kościół Katolicki całkiem poważnie powiada, że grzechem jest nie wierzyć w to wszystko. Jednocześnie jednak grzechem jest korzystać z ich mocy, którą one, a jakże, posiadają. Trzeba więc w nie wierzyć, ale nie wolno nimi się posługiwać. A więc Kościół naprawdę jest ofiarą postmodernizmu!

Wracam do artykułu. Jak pisze Mullen, Adorno i Žižek porównywali zombie do muzułmanów (patrz Primo Levi czy Tadeusz Borowski) z niemieckich obozów koncentracyjnych: skrajnie wychudzonych, wyczerpanych, odrętwiałych, zdehumanizowanych przez obozowy terror. Biologicznie (jeszcze) istniejących, ale prawie pozbawionych człowieczeństwa. Brak nam języka, aby oddać w nim ogrom tego cierpienia - podobnie jak brak języka, aby poprawnie opisać fenomen nieumarłych.

Coś jest na rzeczy: I obozowa prawie kompletna dehumanizacja, redukcja muzułmanów do czystej biologii, w dodatku dysfunkcjonalnej, i nieadekwatność języka są podobne, jak w przypadku zombie. Myślę wszakże, że gdyby nie fizyczne podobieństwo - zniekształcone ciała przypominające zwłoki, niezborność ruchów, apatia - nikt by na to porównanie nie wpadł. Zauważmy jednak rzecz kluczową: zombie nie cierpią, bo nie są ludźmi. Ofiary obozów koncentracyjnych cierpiały straszliwie, bo nawet jeśli prawie odarto je z człowieczeństwa, nie zrobiono tego do końca. Zombie są wymyślone, obozowi muzułmanie i ich niewysłowione cierpienia były prawdziwe. Adorno i Žižek twierdzą co prawda, że my, ludzkość, wymyśliliśmy sobie zombie nie tyle (nie tylko) dla rozrywki, ile żeby w ten sposób powiedzieć coś o stanie, w którym nasze człowieczeństwo zostaje zaprzeczone, widzę w tym jednak coś wysoce niewłaściwego: lekceważenie, ignorowanie cierpienia, jakiego doświadczali więźniowie obozów koncentracyjnych. Zombie, jak powiadam, nie cierpią - po pierwsze dlatego, że nie są prawdziwe, po drugie, bo są przedstawiane (konstruowane) jako nieumarłe ciała, całkowicie pozbawione ludzkich uczuć. Poza agresją.

I tu dochodzimy do kulminacji. Mullen za Žižkiem, ten zaś za Jorge Semprunem, przytacza szczególnie poruszającą scenę, w której dwoje dzieci, ofiar Holocaustu, ginie, ale ocala swoje człowieczeństwo. (Nawiasem mówiąc, musiało się to dziać raczej w Buchenwaldzie, nie w Auschwitz, wbrew temu, co pisze Mullen.) Podobnych świadectw o ocaleniu człowieczeństwa godzinie śmierci w obozach koncentracyjnych jest zresztą więcej, choćby we wstrząsającym filmie Lanzmana. I w tym miejscu Mullen, niejako na jednym oddechu, przechodzi do analizy epizodu serialu The Walking Dead, gdzie główny bohater pokazuje swoje człowieczeństwo przeżywając chwilę wahania przed zabiciem pewnego partykularnego zombie.

Otóż to wydaje mi się głęboko niestosowne. Zestawianie najstraszniejszych ludzkich cierpień z produktem czysto rozrywkowym, jakim jest serial telewizyjny. Traktowanie ich tak samo, jak botanik traktuje rośliny w swoim zielniku: Tu okaz, tam okaz. Tu strach i cierpienie, tu wymyślona historyjka. Jest to niestosowne niezależnie od tego, co Adorno, Žižek i Bóg wie, kto jeszcze, sądzą na temat tego, po co wymyśliliśmy zombie.

Baśnie, legendy mają podobno pomóc oswoić nasz strach. W porządku. Jeżeli więc figura apokalipsy zombie ma nam pomóc oswoić nasz strach przed tym, co z człowiekiem dzieje się po śmierci - jakaś szczątkowa biologia wciąż jest, ale ludzkiego życia już nie ma; agresja ze strony zombie zapewne symbolizuje nieuchronność śmierci, fakt, że i my się kiedyś w takim stanie znajdziemy - nie protestuję. Nie protestuję tym bardziej, że w wieku masowych mordów ludzie doświadczali masowej obecności świeżo zabitych ciał, a przynajmniej zdawali sobie sprawę, że gdzieś tak się działo i wciąż dzieje. Jeśli tak, to chodzi nie tyle o wspomniany na początku no man's land, ile o oswojenie obecności tysięcy trupów. Czuję jednak przy tym wielki dyskomfort, niesmak, poczucie naruszenia tabu, bowiem zombie są instrumentem służącym opanowaniu naszego strachu. O strach i cierpienie obozowych muzułmanów, ofiar Holocaustu i pozostałych masowych zbrodni nikt w tej baśni nie dba. Liczymy się tylko my, żywi. 

Czy nie o tym pisał Tadeusz Borowski?

A przy okazji postać Theodora W. Adorno przypomniała mi Cortazara, czy też raczej czas, gdy czytałem Cortazara i poczułem się nostalgicznie. Odczuwać nostalgię w takim momencie - brrr...

Gary A. Mullen, "Adorno, Žižek and the Zombie: Representing Mortality in an Age of Mass Killing" in Journal for Cultural and Religious Studies vol. 13 no 2. (Spring 2014), 48-57

czwartek, 11 czerwca 2015

Nie komentuję bieżących wydarzeń. Może jeszcze do nich wrócę. Na razie, gdy obserwuję dynamikę upadku PO, partyjne zaangażowanie nawołującego do skaralnej jedności narodu prezydenta-elekta Dudy, rosnące poparcie dla Pawła Kukiza i jałowe samozadowolenie PiSu, któremu wydaje się, że wszystko kontroluje, przychodzi mi do głowy taki oto scenariusz:

Jesienne wybory, ku niekłamanemu zdumieniu PiSu, wygrają ciasteczkowe potwory. Drugi będzie PiS, a do Sejmu wejdzie jeszcze szczątkowa Platforma, z kilkunastoprocentowym poparciem. No i jeden obligatoryjny poseł mniejszości niemieckiej. Nikt więcej. Kukiz i PiS utworzą rząd, z marszałkiem Kaczyńskim, premier Szydło i wicepremierem Kukizem, bądź na odwrót. Jak się wkrótce okaże, nie będzie to miało większego znaczenia.

Dopóki nowa koalicja będzie zajmować się budowaniem pomników smoleńskich, wsadzaniem do więzienia kolejnych działaczy Platformy i okolic, obietnicami rozdawnictwa finansowego i chóralnym śpiewaniem pieśni patriotycznych, dopóty wszystko będzie jakoś działać. Budżet na 2016, przygotowany w zasadzie przez Platformę, zostanie uchwalony przy wtórze płaczów, że niestety w tak krótkim horyzoncie czasowym nic nie dało się zrobić - ach, gdyby szkodliwa premier Kopacz (aktualnie w więzieniu za łgarstwa w sprawie identyfikacji zwłok) rozwiązała Sejm w czerwcu 2015, byłaby inna rozmowa. Trudno, na razie musimy obiecywać, a sprawiedliwość przyjdzie w 2017.

Potem jednak do głosu dojdzie Realne: PiS uruchomi resztki rozumu i zauważy, że przyobiecanych rzeczy nie da się zrealizować żadnymi siłami. W koalicji dojdzie do tarć, które przerodzą się w dość spektakularne kłótnie. Większość rządowa się rozpadnie. Budżet na 2017 nie zostanie uchwalony. Prezydent Andrzej Duda rozwiąże Sejm. Dojdzie do przedterminowych wyborów, w których Kukiz zyska większość bezwzględną (kosztem PiSu; poobijana Platforma mniej więcej zachowa swój stan posiadania), a może nawet konstytucyjną.

Ale to będzie dopiero początek. Jak dziesięciocentówka z profilem Joego Chipa.