Kategorie: Wszystkie | Edukacja | Fizyka | Kryzys | Literatura | Muzyka | Polityka | Rozmaitości
RSS
czwartek, 16 czerwca 2016

E, tam. Miałem dalej pisać o uchodźcach, imigrantach i ustawie antyterrorystycznej, niech ją piekło pochłonie. Po co? Lepiej obejrzyjmy teledysk.

środa, 15 czerwca 2016

Mój stosunek do problemu przybywających do Europy uchodźców wyraziłem trzy lata temu w notce Lampedusa. I nie zmieniłem w tej sprawie zdania. Kilka miesięcy temu argumentowałem natomiast, że Polska powinna włączyć się w rozwiązywanie kryzysu związanego z olbrzymim napływem uchodźców, jeśli nie ze względów humanitarnych, to z uwagi na solidarność europejską. Także i to zdanie podtrzymuję.

Po ataku w Orlando, gdzie napastnik pochodzenia afgańskiego zabił 50 osób bawiących się w klubie gejowskim, a drugie tyle ranił, napisał do mnie mój prawicowy przyjaciel, jeden z niewielu, którzy wciąż się do mnie odzywają:

nie będziemy mieć dużej mniejszości muzułmańskiej w Polsce, nie będziemy mieć tego typu zamachów co dziś w US

Mój przyjaciel łączy to z problemem przyjmowania uchodźców. Związek ten jest dosyć luźny.

Po pierwsze, napastnik z Orlando nie był uchodźcą: Urodził się w Nowym Jorku i całe życie mieszkał w Ameryce. Uchodźcami, choć może w tym wypadku lepiej powiedzieć, emigrantami politycznymi, byli jego rodzice. Po drugie, ta zbrodnia nie była aktem terroru politycznego (zabijamy przypadkowe osoby żeby wywołać chaos i panikę w znienawidzonym społeczeństwie), ale miała podłoże homofobiczne: Strzelano nie w jakimś dowolnie wybranym klubie nocnym, ale w klubie gejowskim, a sprawca w przeszłości wiele razy wyrażał swą nienawiść do homoseksualistów. Wiele osób zapewne powie, że homofobia jest wbudowana w islam, więc w gruncie rzeczy wszystko jedno. Cóż, gdyby posłuchać głosów wielu prominentnych przedstawicieli polskiego Kościoła z ostatnich lat i poczytać komentarze, jakie po zbrodni w Orlando zalały polski internet, można by dojść do wniosku, że homofobia jest równie mocno wbudowana w katolicyzm i naszą kulturę narodową. I jaki stąd miałby płynąć wniosek? To, że zamachowiec z Orlando w rozmowie telefonicznej tuż przed atakiem złożył przysięgę na wierność Państwu Islamskiemu, nie musi być szczególnie istotne: ludzie, nawet realizując swoje prywatne obsesje, lubią czuć przynależność do jakiejś wielkiej Sprawy, bo to w ich oczach przydaje im znaczenia.

Po trzecie, zamachowiec z Orlando nie zabił 50 osób gołymi rękami. Ani nawet nie z pistoletu, który miał jako pracownik agencji ochrony. Posłużył się półautomatycznym karabinkiem szturmowym, jaki w Ameryce można legalnie w ciągu kilku minut  kupić.

Liberalna (czyli lewicowa) prasa w Ameryce  zwraca przy tym uwagę, że sprawca z Orlando, z uwagi na swoje pochodzenie, natychmiast został nazwany terrorystą, podczas gdy biali sprawcy równie potwornych zbrodni są inaczej traktowani. Zbrodniarz z Charleston sprzed kilku miesięcy nazywany był na przykład "ogłupiałym dzieciakiem" (whacked-out kid), co brzmiałoby nieledwie pieszczotliwie, gdyby nie dotyczyło gościa, który wtargnąwszy do kościoła zabił dziewięć osób tylko dlatego, że były czarne.

Mój przyjaciel pisze, że choć od dawna można było sprawcę z Orlando podejrzewać o złe zamiary, nikt z tym nic nie zrobił z uwagi na polityczną poprawność. Reakcje na sprawy z Orlando i Charleston świadczą raczej o politycznej poprawności à rebours.

Ameryka to dziwny kraj, wróćmy więc do Europy, którą rozumiem o wiele lepiej, niż Stany Zjednoczone.

Zamachowcy z Brukseli, z Paryża czy z Londynu też nie byli uchodźcami, imigrantami. Jedni byli urodzeni w Belgii, drudzy w UK. Posiadali od urodzenia obywatelstwo swoich krajów. (Przy ciele jednego z zamachowców z Paryża znaleziono paszport syryjski, więc ten człowiek mógł być uchodźcą. Jednak równie dobrze paszport mógł być fałszywy - przy innej okazji wykryto całą siatkę na masową skalę handlującą podrabianymi dokumentami syryjskimi - a terrorysta użył go aby wzbudzić nienawiść do uchodźców.) "Duże mniejszości muzułmańskie" pojawiły się dlatego, że po drugiej wojnie światowej kraje europejskie, cierpiące na brak rąk do pracy, wręcz zachęcały ludzi z krajów muzułmańskich do osiedlania się w Europie. Część z przybyszów miała zresztą obywatelstwo swoich krajów metropolitalnych i po prostu mogła tam przyjechać. Tylko w krajach skandynawskich imigranci, a później ich dzieci, pojawili się na skutek polityki humanitarnej; w ostatnich latach, zwłaszcza w 2015, nasilił się też napływ uchodźców do kontynentalnej Europy. Idiotycznie - co trzeba przyznać - prowadzona polityka imigracyjna, łączenie (rzekomych i bardzo szeroko rozumianych) rodzin, doprowadziła do eksplozji. W dodatku ludzie niegdyś zapraszani, stali się zbędni. Ich dzieci i wnuki na każdym kroku spotykały się z dyskryminacją, co nie sprzyjało integracji, a wręcz przeciwnie, wrogość okazywana przez społeczeństwo europejskie rodziła zamknięcie się i wrogość społeczności muzułmańskich. Powstawały dzielnice biedy, zacofania i wykluczenia, z których wycofywały się szkoły, policja i inne instytucje państwowe, a Kościoły chrześcijańskie w ogóle tam nie zaglądały. Zostawali tylko radykalni islamiści, którzy tłumaczyli młodym ludziom, że nie mają pracy, że ich życie jest trudne, bo Europejczycy nienawidzą ich z powodu ich religii. Podawali przykłady, że Johny ukradł samochód i dostał kuratora, a Abdul za to samo trafił do więzienia, gdzie był upokarzany. Wystarczyło, żeby ułamek procenta osób poddanych takiej indoktrynacji w to uwierzyło...

Nawiasem mówiąc, podobny mechanizm został dobrze opisany w odniesieniu do Brzegu nad Odrą, gdzie działała słynąca z radykalizmu "brygada" ONR. Od "trudnej młodzieży" - polskiej, białej młodzieży - odwróciło się państwo, szkoła, Kościół i organizacje społeczne. Policja ich aresztowała, poniżała, a potem wypuszczała, żeby za jakiś czas znowu aresztować. Z młodzieżą zostali tylko narodowcy, którzy dosłownie organizowali im życie, sącząc przy okazji jad swojej propagandy, że Żydzi, kapitaliści i wszelkiego rodzaju lewacy nienawidzą ich za to, że są Polakami i stąd bierze się całe spotykające ich zło.

Cóż więc robić? Uczyć się na błędach, nie powielać chybionych rozwiązań nieskutecznie stosowanych przez naszych europejskich partnerów, ale też nie uchylać się od odpowiedzialności. Polska powinna przyjmować uchodźców, choć na pewno nie wszystkich: samotni mężczyźni z podejrzanymi papierami, podający się za niepełnoletnie sieroty wojenne, nie powinni być mile widziani. Zresztą na razie chętnych do przyjazdu do Polski nie ma i nie będzie zbyt wielu: nie ten klimat, nie ten poziom życia i nie ta atmosfera społeczna, co w krajach Zachodu. Jeśli więc ktoś chce przyjechać do Polski, to widać jest tak zdesperowany, że powinniśmy mu pomóc. A gdy już przyjadą, nie powinni doświadczać wrogości i dyskryminacji ze strony Polaków. Nie należy dopuszczać do powstawania zamkniętych, radykalizujących się gett etnicznych.

No i nie wolno odwracać się od naszej własnej młodzieży i naszych własnych wykluczonych. Praca u podstaw...

Nie będzie łatwo, przeciwnie, będzie bardzo trudno, ale musimy w tym uczestniczyć - tak ze względu na tragedię uchodźców, jak i przez wzgląd na solidarność z naszymi europejskimi partnerami. Nawet jeśli te kraje popełniły liczne błędy i w polityce imigracyjnej, i w reakcji na zeszłoroczny kryzys uchodźczy.

Polska powinna też uczestniczyć w wysiłkach na rzecz zlikwidowania przyczyn masowych migracji. Uczestniczyć finansowo i organizacyjnie. To będzie kosztować, to zapewne będzie dużo kosztować, ale powinniśmy się z tym pogodzić. 

piątek, 10 czerwca 2016

Poseł Jarosław Kaczyński, jak mi się wydaje - ale może wydaje mi się całkiem źle? przepraszam, ale ja już nie mam ani siły, ani ochoty, by podążać za strzelistymi myślami pana Kaczyńskiego i dokonywać ich egzegezy - wpadł na pomysł, jak tu wybrnąć z zamieszania w sprawie Trybunału Konstytucyjnego, a jednocześnie zachować twarz. Temu ma służyć najnowszy PiSowski projekt, rozpatrywany na równi (niezły żart, ha, ha!) z projektami autorstwa KODu (sic!) i PSL. Otóż PiSowski projekt, jak rozumiem - ale patrz wyżej! - odwołuje tak PiSowską "ustawę naprawczą", jak i platformerską nowelizację z czerwca 2015. PiS wprowadza co prawda orzekanie zgodne z kolejnością wpływu spraw i większość kwalifikowaną w sprawach ustrojowych, ale pozwala Trybunałowi na ocenianie tej ustawy na podstawie przepisów sprzed "ustawy naprawczej". PiS - a tak naprawdę nie PiS, ale Jarosław Kaczyński, bo tylko jego wola się w tej partii liczy - godzi się na to, że Trybunał te przepisy obali, jak już to zrobił obalając "ustawę naprawczą". Kaczyński spodziewa się jednak, że Trybunał za niekonstytucyjne uzna tylko te przepisy, nie zaś obecnie procedowaną ustawę jako całość, a to będzie oznaczać, że obie nowelizacje z ostatniego roku stracą moc. To zaś, myśli Kaczyński - ale patrz wyżej, patrz wyżej! - będzie oznaczać, że i osoby prawidłowo wybrane jesienią przez poprzedni Sejm, i osoby nieprawidłowo* wybrane przez obecny Sejm w grudniu, przestaną być sędziami i PiS będzie mógł na nowo przeprowadzić wybory na trzy wakujące miejsca w Trybunale. Przy okazji Kaczyński pozwoli na publikację wyroków TK z 9 marca i następnych, bo będą one miały charakter "historyczny", jak to wielokrotnie powtarzał.

Z jednej strony oznacza to, że PiS się wycofuje z frontalnego ataku na Trybunał, choć broń Boże nie jest gotów tego przyznać! Z drugiej - jest kłopot, którego poseł Kaczyński zdaje się nie dostrzegać. Otóż nawet jeśli teraz okaże się, że nowelizacja z czerwca 2015 nie obowiązuje - a może się tak okazać, bo w samym fakcie przyjmowania i odwoływania przez ustawodawcę ustaw nie ma niczego niekonstytucyjnego - to obowiązywała ona jesienią 2015. Obowiązywała, bo PiS - ani grupa posłów, ani urzędujący już wówczas PiSowski funkcjonariusz, dr Andrzej Duda - nie oprotestował jej, gdy była po temu pora. A skoro obowiązywała, to prawidłowo wybrani sędziowie zostali wybrani prawidłowo i nie można ich odwołać, bo zgodnie z konstytucją są nieusuwalni.

PiS będzie twierdził, że sędziowie wybrani w październiku nie są sędziami, więc można wybierać nowych. Trybunał Konstytucyjny, a wraz z nim środowiska prawnicze i opozycja, że panowie ci są sędziami i prezydent Duda powinien niezwłocznie odebrać od nich przysięgę. Wrócimy więc, w najlepszym wypadku, do stanu z końca listopada 2015

Będzie to jakiś postęp w stosunku do stanu obecnego, ale można go było osiągnąć jednym ruchem, przez publikację wyroku z 9 marca. Oszczędziło by nam to całych miesięcy sporów, ułagodziło Komisję Wenecką i Komisję Europejską, nie zszargało w tak wielkim stopniu opinii o naszym państwie - niestety, wymagałoby to jednego: Jarosław Kaczyński musiałby otwarcie przyznać się do porażki. Gdyby zaś spełniły się jego obecne kalkulacje (nieustannie patrz wyżej!), nie musiałby tego robić. A Kaczyński jest organicznie niezdolny do przyznania się do błędu.

*Nawiasem mówiąc, jak ktoś zauważył, uchwały o wyborze trzech osób, których prezes Andrzej Rzepliński nie dopuszcza do orzekania, mają wadę prawną, mianowicie nie określają początku kadencji sędziego. Proszę porównać nieprawidłową uchwałę o wyborze Henryka Ciocha i prawidłową uchwałę o wyborze sędziego Pszczółkowskiego.

wtorek, 07 czerwca 2016

W Polsce panuje powszechne oczekiwanie, że jeśli popierasz jakąś partię, to popierasz ją we wszystkim. A jeśli krytykujesz, to także we wszystkim. A tymczasem to tak nie działa. Głosowałem na Platformę, ale dalece nie wszystko, co ta partia robiła, mi się podobało. W działaniach PiSu z kolei nie podoba mi się większość tego, co robią, ale jakby to ująć, nie podoba mi się na różnych poziomach.

Mamy oto ustawy godzące w fundamenty państwa i praw obywatelskich: kolejne warianty ustawy o Trybunale Konstytucyjnym, ustawę inwigilacyjną, ustawę antyterrorystyczną, owoce zatrutego drzewa czy znaczne części ustawy o prokuraturze. Teraz pan Zbyszek szykuje zamach na sądownictwo powszechne (ustawa o KRS już jest w Sejmie), a do tego wszyscy spodziewają się manipulacji przy ordynacji wyborczej. PiS nie ma większości konstytucyjnej, przeprowadza więc te zmiany uniemożliwiając kontrolę ich konstytucyjności, a przy okazji łamiąc regulamin Sejmu, zasady przyzwoitości i dobre obyczaje.

Jednak inne projekty i ustawy obecny rząd przeprowadza w ramach legalnie posiadanych uprawnień. Można się z tymi projektami zgadzać, a można i nie zgadzać, ale ewentualna krytyka nie ma w tym wypadku charakteru fundamentalnego, ale pragmatyczny: ile będą kosztować, czy przyniosą zakładane skutki i czy ich faktyczne skutki będą korzystne. Mam tu na myśli takie kwestie, jak podniesienie wieku szkolnego (jestem przeciw), program 500+ (jestem umiarkowanie przeciw, bo choć program ten jest ekonomicznie nieefektywny, doceniam jego znaczenie symboliczne), podatek bankowy i podatek od handlu (umiarkowanie przeciw z uwagi na nieefektywność pierwszego i szkodliwe skutki drugiego), zmuszenie energetyki do finansowania górnictwa węgla kamiennego (przeciw), atak na OZE, zwłaszcza na wiatraki (raczej przeciw), groźby obniżenia wieku emerytalnego (zdecydowanie przeciw) czy zapowiedzi podniesienia godzinowej stawki minimalnej (byłbym entuzjastycznie za, ale rząd na razie zapowiada, zapowiada, ale niewiele z tego wynika).

Ustawy o przekształceniu mediów publicznych w media partyjne, o zastąpieniu służby cywilnej krewnymi i znajomymi Królika i o poddaniu obrotu ziemią pod arbitralną, niczym nie ograniczoną kontrolę urzędników Agencji Własności Rolnej, leżą gdzieś pomiędzy biegunami ustaw szkodliwych z powodów zasadniczych, powstałych w wyniku uzurpowania sobie przez PiS uprawnień, których nie posiada, a dopuszczalnych, choć raczej szkodliwych.

Piszę to wszystko po ogłoszeniu przez premier Beatę Szydło programu mieszkaniowego, zakładającego budowę przez państwo tanich mieszkań na wynajem. Program miałby być adresowany do osób, których nie stać na kredyt hipoteczny, ale są zbyt zamożne, aby móc liczyć na mieszkania komunalne. Niewątpliwie wdrożenie takiego programu należy do uprawnień rządu. Trudno jednak napisać coś więcej, bo jego szczegóły, zwłaszcza finansowe, są jeszcze nieznane, dlatego dość gwałtowna krytyka, z jaką ten program się spotyka, wydaje mi się przedwczesna.

Istotne jest co innego: Oto rząd stara się przekonać ludzi, że wynajmowanie mieszkania jest czymś normalnym, że mieszkanie wynajęte także może być "swoje", że niekoniecznie każdy musi mieć dom czy mieszkanie będące jego własnością. Oczywiście, jeśli kogoś na to stać, to proszę bardzo! Ale dotąd banki, doradcy finansowi i deweloperzy przekonywali, że tylko własne się liczy, a jeśli trzeba do tego wziąć kredyt, to nie ma problemu, wszak rata kredytu jest niewiele większa od miesięcznego czynszu, a będzie się miało to własne! Wszystko pięknie, dopóki kredytobiorca zarabia tyle, że nie ma problemów ze spłatą. Gdy pojawią się kłopoty losowe lub spowodowane zmianą zewnętrznych warunków ekonomicznych, nieszczęśni kredytobiorcy, związani wieloletnią umową z bankiem, z której nie mogą się wycofać, mają potężny problem. Nie tylko finansowy, ale także psychologiczny. Prowadzący do niewolniczej wręcz zależności od toksycznej pracy. Albo uniemożliwiający rozstanie z małżonkiem, niegdyś ukochanym, a dziś już nie do zniesienia. A gdy kredytobiorca znajdzie się under water, to znaczy gdy wartość rynkowa kredytowanej nieruchomości spadnie poniżej pozostałego do spłaty kredytu, jest już bardzo źle. Dotyczy to zwłaszcza frankowiczów, ale potencjalnie może dotknąć każdego. Tymczasem najemca, jeśli pojawią się kłopoty, może z mieszkania zrezygnować, przeprowadzić się do mniejszego, przeprowadzić się do mniejszej miejscowości albo gdzieś na drugi koniec Polski czy za granicę, gdzie akurat będzie odpowiednia praca.

Tak więc to dobrze, że rząd zapowiada, iż będzie się starał zachęcić ludzi do wynajmowania mieszkań, nie tylko do kupowania ich na kredyt. Już poprzedni rząd coś takiego próbował, ale cichcem i półgębkiem, nie kwestionując zasadniczego paradygmatu, że tylko własne się liczy. Teraz powiedziano, że nie tylko. Brawo, PiS!