Kategorie: Wszystkie | Edukacja | Fizyka | Kryzys | Literatura | Muzyka | Polityka | Rozmaitości
RSS
piątek, 30 lipca 2010

Ostatni tydzień z okładem spędziliśmy w Kamionkach, malutkiej mazurskiej wsi. Krajobrazy piękne, jezioro Dejguny puste, pogoda - najpierw upał, potem pochłodniało i popadało, ale na pewno nie tak, jak na południu Polski. Mieszkaliśmy w profesjonalnym, zadbanym, dobrze urządzonym gospodarstwie agroturystycznym - szczerze polecam. Muszę powiedzieć, że i po tym wyjeździe wakacyjnym, i po naszym wiosennym pobycie w Wiśle wnoszę, że Polska staje się zamożna: Jest już na tyle duża grupa ludzi, która chce wypoczywać w pewnym standardzie, że warto o nią zadbać.

W środku Kamionek stoi kamienna płyta poświęcona mieszkańcom wsi poległym w czasie I Wojny Światowej:

Kamionki - płyta ku czci ofiar Wojny Światowej Kamionki - płyta ku czci ofiar Wojny Światowej, zbliżenie
Kliknij żeby powiększyć

Dwie rzeczy mi przyszły do głowy: Po pierwsze, jak wiele nazwisk jest polskich (także polskich w niemieckiej pisowni - np. Wessoleck, Schnarewski). Czyżby ci ludzie byli Polakami? Na pewno nie. Byli Mazurami, a niektórzy może czuli się Niemcami i tylko nazwiska ujawniały pochodzenie ich przodków. Po drugie, skoro tylu mężczyzn z tej wsi poległo - zapewne głównie w czasie ofensywy rosyjskiej z 1914, gdy walki toczyły się w samych Kamionkach, ale też, sądząc po datach, także w czasie innych walk, na innych frontach - to musiała być wówczas duża wieś. Na pewno większa, niż obecnie.

Mój ojciec twierdził, że to, co Polska Ludowa zrobiła z Mazurami, powinno być powodem do wstydu. Ci ludzie przez wieki walczyli o zachowanie własnej odrębności, a Polska potraktowała ich jak obcych - bo byli ewangelikami, bo mówili gwarą, bo nie uważali się za Polaków, ale za Mazurów. W końcu wyjechali do Niemiec - tak, w poszukiwaniu lepszego życia, ale też dlatego, że w Polsce czuli się źle. Gorzej niż za Niemca. A Polsce do dzisiaj odbija się to czkawką, choćby w postaci znanej historii z Nart.

Klekoczące bociany

Za to bociany nie są ani historyczne, ani polityczne, ale są urocze. Klekot bociana wcale nie jest suchy, przeciwnie, jest dźwięczny, jakby ktoś gral na ksylofonie. Wiele razy widzieliśmy, jak jeden bocian lub dwa siadały na dachu, na którym przygotowane jest miejsce na nowe gniazdo. Zaczynały klekotać, odchylając głowę do tyłu i kładąc ją na plecach, potem prostowały szyje, rozkładały skrzydła i stroszyły ogon. Ciekawe, co to znaczy - ja tu zamieszkam, a ty zamieszkaj razem ze mną?

sobota, 17 lipca 2010

Szukając materiałów do mojego poważnego wpisu na temat dyskusji wokół globalnego ocieplenia, trafiłem na ciekawy artykuł w Nature. Otóż klimatolodzy wyobrażają sobie, że Szeroka Publiczność czerpie przekonania na temat zmian klimatycznych z prac i dyskusji naukowych. Guzik prawda. Szeroka Publiczność korzysta z przekazów medialnych (które na ogół same korzystają z wcześniejszych przekazów medialnych), przede wszystkim zaś z obserwacji pogody za oknem. Tegoroczna zima była bardzo ostra - o czym sam z trudem przypominam sobie podczas obecnej fali upałów - a już na Wyspach Brytyjskich była ostra wyjątkowo. Brytyjska prasa popularna kpiła wówczas z hipotezy globalnego ocieplenia, wieszcząc raczej początek nowej "małej epoki lodowcowej". W rezultacie, jak pokazały badania opinii publicznej przeprowadzone przez BBC, podczas gdy w listopadzie 2009 41% Brytyjczyków wierzyło, że globalne ocieplenie jest spowodowane przez ludzi, odsetek ten spadł do 26% w lutym 2010.

Klimatolodzy załamują ręce. Lokalna pogoda, to, czy jest ciepło czy zimno, sucho czy mokro, nie musi być związana ze zmianami klimatu. Mogą to być odchylenia od wieloletniego trendu. Fluktuacje, jak powiedzieliby fizycy. Liczy się trend oraz zjawiska w skali planetarnej: tak, zima w Europie była ciężka, ale mniej więcej w tym samym czasie na olimpiadzie w Vancouver śnieg na trasy narciarskie trzeba było dowozić ciężarówkami, zawodnicy zaś startowali niekiedy przy +10°C. Ba, z pewnych modeli atmosfery wynika, iż globalne ocieplenie skutkować może większą liczbą dni o temperaturach ekstremalnych, bardzo gorących, ale i bardzo zimnych, tak, że średnia będzie przesuwać się w górę. Tegoroczne anomalie pogodowe w Europie w żaden sposób nie przeczą hipotezie globalnego ocieplenia, chociaż konstatacja ta kłóci się z podejściem zdroworozsądkowym. Klimatolodzy wkładają więc wiele wysiłku aby przekonać Szeroką Publiczność, że związek pomiędzy pogodą a zmianami klimatu nie jest tak bezpośredni, jak by to się mogło wydawać.

Tymczasem wszkaże okazało się, że ludzie coraz mniej chętnie wierzą w hipotezę globalnego ocieplenia - wciąż wierzy w to większość mieszkańców strefy euroatlantyckiej, jednak wyraźnie mniej, niż jeszcze kilka lat temu. Jedną z przyczyn jest spadek zaufania do klimatologów, wywołany serią skandali, o której wspominam na blogu Tygodnika. Klimatolodzy planują więc odzyskać zaufanie poprzez szereg akcji PR, ocieplanie (nomen omen) wizerunku nauki, planują także wykorzystać... prezenterów pogody. Ludzie wierzą bowiem swoim ulubionym prezenterom  i, zapewne, wydawać im się będzie naturalne, iż ci, mówiąc o pogodzie,  będą im też tłumaczyć zmiany klimatu.

Czy to nie zabawne? Z jednej strony kilmatolodzy protestują przeciwko wiązaniu pogody z klimatem, z drugiej jednak sami chcą to powiązanie wykorzystać.

Z napięciem czekam czy Doskonaleszary na mnie za to napadnie, tu albo na blogu Tygodnika ☺.

środa, 07 lipca 2010

W najnowszym Newsweeku dobry artykuł Cezarego Michalskiego Kampania w cieniu małej apokalipsy. Michalski nazywa Jarosława Kaczyńskiego kandydatem wszystkich poranionych, nazwiązując do znanej wypowiedzi Anny Fotygi.

Szczególny ton nadały tej kampanii autentyczny tragizm, frustracja i resentyment Jarosława Kaczyńskiego współgrające z tragizmem, frustracją i resentymentem jego elektoratu. [...] Zraniony Kaczyński przyciągnął do siebie wszystkich innych zranionych przez ustrojową transformację, przez własne przegrane wojny z „inteligenckim salonem”, przez zablokowane awanse na uniwersytetach, w inteligenckich korporacjach zawodowych czy mediach.

Zdaje się, że wspominałem już, że zdumiewa mnie ewolucja ideowa Cezarego Michalskiego, który od "pampersów" Walendziaka doszedł do Krytyki Politycznej, gdzie chyba najczęściej teraz publikuje. Michalski zresztą nie stracił podziwu dla Jarosława Kaczyńskiego, tyle tylko, że teraz jest to podziw połączony z lękiem. Nawiasem mówiąc, w tym miejscu

Marek Migalski mało subtelnie mścił się za – istotnie, niezbyt sprawiedliwe – zablokowanie mu uniwersyteckiej kariery przez starą peerelowską gwardię z Uniwersytetu Śląskiego

Michalski się myli. Owszem, Marek Migalski wojował ze starą peerelowską gwardią z UŚ, ale jego habilitacja padła nie tam, ale najpierw we Wrocławiu, a potem w Krakowie. Żeby się nie powtarzać, o Migalskim pisałem na przykład tutaj.

W każdym razie artykuł Cezarego Michalskiego polecam. Czytając go zrozumiałem mesjanistyczną interpretację katastrofy pod Smoleńskiem. Michalski:

Katastrofa lotnicza nie jest niczym podniecającym dla ludzi, którym się w życiu powiodło. Oni zajęci są uprawianiem swojego ogródka i raczej chcieliby z katastrofy wyciągnąć praktyczne wnioski, ustalić odpowiedzialnych, poprawić procedury, po czym o tragedii jak najszybciej zapomnieć. Jednak dla ludzi sfrustrowanych każda katastrofa ma posmak apokalipsy, sądu ostatecznego nad tymi bliźnimi, którzy cieszą się niezasłużonym życiowym sukcesem.

"Sfrustrowani", aby zanegować bolesną absurdalność katastrofy, chcieli nadać jej jakiś głębszy sens. Szybko okazało się, że media, także te bardzo krytyczne wobec prezydentury Lecha Kaczyńskiego, zgodnie z polską, sentymentalną tradycją, zaczęły o nim pisać dobrze jako o człowieku, przemilczając aspekty polityczne. Śmierć uwzniośla, śmierć urzędującego prezydenta skupia wszystkie oczy na majestacie państwa. "Sfrustrowani" uznali jednak, że śmierć Kaczyńskiego zdarła łuski z oczu jego krytykom, którzy dotąd go "opluwali" i "poniżali", a teraz nagle w zgrozie pojęli jego prawdziwą wielkość, co zostało przypieczętowane przez wawelski pogrzeb. Mesjanistyczny sens "ofiary" Kaczyńskiego byłby więc taki, że przywróciła ona należną cześć "prawym Polakom" i zanegowała język agresji. No pięknie, tyle tylko, że Chrystus i wszelkie jego literackie figury, od Rolanda aż po Aslana z Opowieści z Narnii i Harry'ego Pottera, wybrali śmierć świadomie, mając możliwość dokonania innego wyboru. Kaczyński zginął przypadkowo i skoro decyzja o lądowaniu została podjęta, nie mógł swojego losu odwrócić. Nie ma więc mowy ani o ofierze, ani o mesjanizmie.

W tym samym numerze Newsweeka prof. Grzegorz Gorzelak broni swojej koncepcji rozwoju metropolitalnego, o której wspominała anuszka (w tej chwili w sieci dostępny jest tylko malutki skrót artykułu). Na szczęście Gorzelak nie idzie tak daleko, jak Janusz Majcherek, który w swoim kuriozalnym tekscie zalecał wieś wygłodzić i powiadał, że rozwijanie szkół na wsi nie ma sensu. Gorzelak twierdzi co prawda, że to metropolie (i lokalne ośrodki typu metropolitalnego) mogą być jedynymi lokomotywami rozwoju, tak, jak kiedyś okręgi przemysłowe, zwraca jednak uwagę na konieczność rozwijania oświaty w regionach zacofanych, "bo jedynie nauka może wyrównać braki w kapitale kulturowym". Jeszcze do tego wrócę.

Gorzelak pisze przy tym rzecz arcyciekawą:

Owe różnice strukturalne mają wielowiekową tradycję. W późnym średniowieczu Wisła stała się granicą modernizacji postępującej z zachodu. Nie przekroczyły jej klasztory cysterskie, zatrzymał się na niej styl romański, na wschód od Wisły na prawie magdeburskim i lubeckim lokowano pojedyncze miasta, a plony zbóż w zachodniej części ówczesnej Polski były 2-3 razy wyższe niż we wschodniej [...]. Zabory z XIX wieku różnice te pogłębiły.

Cokolwiek by o koncepcjach Gorzelaka sądzić, jego artykuł także polecam.

czwartek, 01 lipca 2010

W dzisiejszej Kropce nad i Jarosław Kaczyński twórczo rozwinął to, co powiedział już wcześniej: Edward Gierek był polskim patriotą i dobrym przywódcą, bo chciał, żeby Polska była 10 gospodarką na świecie i miał takie mocarstwowe ambicje w stosunku do Polski. Co prawda był komunistą, i to należy potępić, ale należy rozumieć różne uwarunkowania, w jakich ludzie wówczas działali. I nawet opozycję traktował łagodnie, nie zamykał do więzień (cytuję z pamięci). Po czym przerwał program i uciekł przed niewygodnymi pytaniami Moniki Olejnik.

Domyślam się, że Kaczyński chciał zaapelować do ludzi starszych, którzy czasy gierkowskie wspominają z pewnym sentymentem, a także do pewnej części wyborców Grzegorza Napieralskiego, jednak aż takiego cynizmu nawet ja się po Jarosławie Kaczyńskim nie spodziewałem. Dziś bowiem Jarosław Kaczyński zanegował sens istnienia opozycji demokratycznej w latach '70, sens Sierpnia i Solidarności. Gdy koniunktura polityczna była inna, Jarosław Kaczyński był ze swojego udziału w opozycji lat '70 i Solidarności dumny. Dzisiaj Jarosław Kaczyński stanął tam, gdzie stało ZOMO.

Najnowszy sondaż przewiduje zwycięstwo Kaczyńskiego. Drżyj, Polsko.