Kategorie: Wszystkie | Edukacja | Fizyka | Kryzys | Literatura | Muzyka | Polityka | Rozmaitości
RSS
sobota, 30 lipca 2011

Po publikacji raportu Millera przyczyny wpadku pod Smoleńskiem są jasne. Oczywiście przeprowadzony wczoraj, ledwie kilka godzin po publikacji raportu, sondaż opinii publicznej wskazuje, że 49% respondentów ("pań z Gdańska") uważa, że raport nie wszystko wyjaśnia. To, że zdecydowana wiekszość badanych raportu nie czytała, to drobiazg, na który nikt nie zwraca uwagi. Część ludzi oglądała transmisję z prezentacji raportu, część wybrane fragmenty w serwisach informacyjnych, część tylko czytała omówienia. Teraz raport trzeba przetrawić, przełożyć z języka techniczno-prawnego na język zrozumiały dla szerokiej publiczności. W sposób nieunikniony będzie to oznaczać uproszczenia, ale nie ma na to rady.

1. Katastrofa pod Smoleńskiem była wypadkiem typu CFIT, Controlled Flight Into Terrain. Samolot nie zawiódł, był w pełni sprawny, załoga kontrolowała go do pierwszego zderzenia z przeszkodą terenową. Piloci nie byli idiotami ani samobójcami, nie popisywali się brawurą, starali się lecieć najlepiej, jak umieli. Tylko, że nie umieli. Raport nie zostawia suchej nitki na systemie szkoleń w 36 splt i szerzej, w całych Siłach Powietrznych. Załoga była bardzo źle wyszkolona, źle dobrana - i chyba nawet nie zdawała sobie z tego sprawy. Być może - podkreślam: być może - zgoła przeceniali swoje umiejętnosci, uwierzywszy w nieszczęsną maksymę Bronisława Komorowskiego, iż polski pilot poleci nawet na drzwiach od stodoły.

W rezultacie lądowali kierując się wskazaniami radiowysokościomierza, nie zaś wysokościomierza barometrycznego, ignorowali ostrzeżenia TAWS, na końcu zaś próbowali wykonać odejście "w automacie". Na tamtym lotnisku nie było to możliwe, a oni ten właśnie manewr ćwiczyli dzień wcześniej! Ba, już w powietrzu umawiali się, że jeśli będą musieli odejść na drugi krąg, zrobią to "w automacie". 

2. Osobną, szczegółową sprawą, na którą warto zwrócić uwagę, jest system TAWS i ustawienia wysokościomierza. Raport (str. 15-16) stwierdza, że "chwilę" po pierwszym ostrzeżeniu TERRAIN AHEAD,

dowódca statku powietrznego przestawił swój wysokościomierz WBE-SWS na ciśnienie standardowe 1013 hPa. Spowodowało to wprowadzenie do systemu TAWS nieprawidłowej informacji, w wyniku której system przerwał generowanie ostrzeżeń, przyjmując,  że samolot znajduje się wyżej niż w rzeczywistości. 

Raport nie rozstrzyga, czy kpt. Protasiuk przestawił wysokościomierz celowo, czy też, jak to się przyjmuje w środowisku lotniczym, przypadkowo. Dalej jednak, analizując system szkoleń, raport stwierdza (str. 150), iż

załogi nie znały zasad prawidłowej eksploatacji urządzenia TAWS. Doprowadziło to do wyrobienia nieprawidłowego nawyku ignorowania generowanych przez system TAWS ostrzeżeń.

Skoro załogi ostrzeżenia TAWS i tak ignorowały, załodze sygnały TAWS mogły tylko przeszkadzać w wykonaniu trudnego manewru. Podtrzymuję więc to, co pisałem po publikacji raportu MAK:  Moim zdaniem załoga świadomie zdecydowała o oszukaniu systemu TAWS przez ustawienie nieprawidlowego ciśnienia na wysokościomierzu barycznym dowódcy. Znajduje to potwierdzenie w transkrypcie rozmów z kokpitu:

10:31:11, 2P: Wychodzi, że aaa... TAWS, wystarczy, żeby Ziętas wprowadził.

Za taką interpretacją przemawia także fakt, iż kpt. Protasiuk leciał tym samym samolotem na to samo lotnisko trzy dni wcześniej, z premierem, jako drugi pilot. Z doświadczenia "wiedział" (wydawało mu się, że wie), iż ostrzeżenia systemu TAWS na tym lotnisku są nic nie warte. O ile jednak w dobrych warunkach atmosferycznych można je było zignorować, o tyle w warunkach fatalnych tylko przeszkadzały, więc trzeba je było "wyciszyć". Z drugiej strony gdyby dowódca przestawił swój wysokościomierz przypadkowo, powinien go zaniepokoić brak ostrzeżeń TAWS, które w podobnej sytuacji słyszał trzy dni wcześniej. Nic go nie jednak nie zaniepokoiło, tak, jakby wiedział, iż ostrzeżeń nie powinno być.

3. Część winy spoczywa na stronie rosyjskiej. Na lotnisku niesprawna była część świateł, drzewa i krzaki, których nikomu nie chciało się wyciąć, mogły zasłaniać pozostałe światła i zakłócać pracę radiolatarnii, przede wszystkim jednak kontroler nieprawidłowo informował załogę, iż są "na kursie i ścieżce", podczas gdy nie byli. Kontroler, dysponując przestarzałym sprzętem, najprawdopodobniej nie był w stanie samodzielnie określić wysokości samolotu, ale też nie domagał się, aby załoga "kwitowała" informacje o odległości od progu pasa przez podanie swojej wysokości, czego wymagała procedura.

Raport, o ile mogłem się zorientować, nie wskazuje na to, iż samolot JAK-40, który wylądował jakiś czas przed planowanym przylotem Tupolewa, mógł odegrać rolę konia trojańskiego. Pilot JAKa wylądował w bardzo trudnych warunkach, wbrew komendzie kontrolera, co ten zresztą skwitował określeniem "zuch". Kontrolerzy mogli pomyśleć, że polscy piloci są fantastycznie wyszkoleni i dysponują jakimś super sprzętem. Mogło to uśpić czujność kontrolerów. Dowódca JAKa zresztą drugi raz zachował się jak koń trojański, zachęcając dowódcę Tupolewa do podjęcia próby lądowania, mimo iż w Smoleńsku "pizda jest".

4. Na załogę nie wywierano bezpośrednich nacisków, nie zmuszano ich do lądowania. Nie mam wątpliwości, iż załoga odczuwała presję spowodowaną obecnością prezydenta na pokładzie i Dowódcy Sił Powietrznych w kokpicie. Wykonanie trudnego lądowania oznaczałoby uznanie w oczach generała. Zerwanie programu wyprawy do Katynia na pewno wywołałoby niezadowolenie prezydenta ("wścieknie się, gdy...") i jego protegowanego, generała Błasika, ale nikt załodze nie kazał lądować za wszelką cenę. To kapitan decydował. Owszem, można przypuszczać, że gdyby ktoś (dyrektor Kazana?) wcześniej przekazał załodze informację, że jeśli nie uda się wylądować w Smoleńsku, lecimy tu a tu, zdjęłoby to z niej część presji. Są to jednak tylko przypuszczenia. 

Trzeba pamiętać, że dla pilota wojskowego priorytetem jest wykonanie zadania, inaczej niż dla pilota cywilnego, dla którego najważniesze są bezpieczeństwo ludzi i samolotu.

5. Ciekawa jest rola generała Błasika. Pomijam kwestię czy generał zaliczał sobie lot do Smoleńska jako "wylatany" w charakterze członka załogi. Jest to sprawa drugorzędna. Na pewno generała nie powinno było być w kokpicie. Po co tam jednak poszedł? Myślę, że chciał sprawdzić czy wszystko jest w porządku. Chciał także pomóc załodze: on jeden, najbardziej doświadczony lotnik na pokładzie, odczytywał prawidłowe wskazania wysokościomierza barometrycznego. Niestety, pracująca w słuchawkach załoga, ogłuszona ostrzeżeniami TAWS, które w międzeczasie znów się pojawiły, mogła go nie słyszeć. Zastanawiałem się też dlaczego generał w tak dramatycznej sytuacji tłumaczył komuś co to jest mechanizacja skrzydeł. Wydaje się, że generał po prostu nie dostrzegał żadnego zagrożenia, też myślał, że wszystko jest pod kontrolą.

W każdym razie wyzierająca z raportu MAK wizja pijanego generała zmuszającego załogę do lądowania zupełnie nie znajduje potwierdzenia.

6. Polityczną odpowiedzialność za wszelkie błędy w szkoleniu, nieprzestrzeganie procedur i bałagan w wojsku wziął na siebie minister Klich. Trudno się temu dziwić. Klich tłumaczy, że nie wiedział o nieprawidłowościach w 36 splt. Zapewne tak było, ale powinien był wiedzieć. 

Inna rzecz, że raport implicite obciąża i Dowódcę Sił Powietrznych, i poprzedniego ministra obrony, bardziej niż ministra Klicha. To Dowództwo Sił Powietrznych prowadzi bezpośredni nadzór nad szkoleniami lotniczymi i przestrzeganiem procedur w wojsku, minister Szczygło zaś zlikwidował szkolenia na symulatorach.

7. Osobną sprawą są zarzuty PiSu wobec raportu. Pomniejsi działacze PiSu raport Millera dezawuują. Dla nich do przyjęcia byłaby albo wresja zamachu, albo wniosek o postawienie Tuska przed Trybunałem Stanu. Nic innego ich nie zadowoli. Jest to całkiem oczywiste i nie ma co się nad tym rozwodzić. Można się nawet z tego cieszyć: Jeśli PiS uczyni Smoleńsk jednym z głównych tematów kampanii wyborczej, sam przyczyni się do swojej - miejmy nadzieję - przegranej.

Nieszczęsne wdowy smoleńskie, głównie pani Gosiewska i pani Merta, wciąż nie mogą uwierzyć, wciąż snują jakieś dywagacje na temat bomby próżniowej. Jest to dla mnie zrozumiałe. Gdyby ich mężowie zginęli w wyniku zamachu, ich śmierć nabrałaby sensu. Śmierć w przypadkowym, niezawinionym świadomie wypadku, jest całkowicie bezsensowna.

Natomiast sam Jarosław Kaczyński postawił dwa zarzuty: Pierwszy:

Zabrakło [Tuskowi] honoru, by bronić gen. Błasika i polskich oficerów, nie reagował na pomówienia ze strony MAK.

Ależ nic podobnego, panie prezesie! Tym razem nie mówimy co zrobił lub czego zaniechał premier, ale co ogłosiła Komisja Badania Wypadków Lotnictwa Państwowego. Tylko w wizjach autokratów, w tym pana prezesa, organa państwa czynią to, co im nakaże przywódca. W demokratycznym państwie prawa organa państwa, które są od premiera ustawowo niezależne, są od niego niezależne. Jarosław Kaczyński nie może tego jednak zrozumieć.

Odnośnie zaś do obrony generała Błasika i polskich oficerów, raport ani nie zwala całej winy na pilotów, ani tym bardziej nie obciąża generała Błasika, choć jedno i drugie byłoby takie proste i politycznie wygodne. Owszem, piloci popełnili liczne błędy, ale zawinił system szkolenia. Owszem, Błasik był w kokpicie, ale to nieprawda, że po pijaku chciał wymusić lądowanie; przeciwnie, starał się załodze pomóc.

Drugi zarzut Kaczyńskiego brzmi:

Premier Donald Tusk [...] odpowiada przecież za podjęcie gry z Rosjanami, która doprowadziła do rozdzielenia wizyt [premiera i prezydenta] i tego następstw.

No tak, to jest prawda. Ale:

Po pierwsze, gdy przygotowywano obchody katyńskie, prezydent dobrowolnie podjął tę grę. Nie spodziewał się żadnej katastrofy, nikt się przecież nie spodziewał, przeciwnie, żeby przyćmić wizytę Tuska, zorganizował sobie bizantyński orszak, przez co lista ofiar była tak długa.

Po drugie, premier Donald Tusk i prezydent Lech Kaczyński byli przeciwnikami politycznymi, a reprezentowanie Polski na arenie międzynarodowej było jednym z obszarów sporu. To Lech Kaczyński od początku rządów Platformy pchał się tam, gdzie go nie proszono, a wiosną 2010 do kampanii prezydenckiej pozostawało zaledwie kilka miesięcy. Dlaczego Tusk miałby Kaczyńskiemu ustępować? Ja, wyborca, uważam, że Polskę za granicą lepiej i godniej reprezentował premier Tusk niż prezydent Kaczyński. Z całą pewnością wiele osob uważa inaczej. Szanuję ich zdanie, ale nie widzę, dlaczego premier Tusk miałby go usłuchać.

Po trzecie, premier Putin zaprosił premiera Tuska, nie prezydenta Kaczyńskiego, którego nie zaprosił nikt. PiSowcy oczekiwali zapewne, że Tusk, uznając prymat Kaczyńskiego, powinien był  zaproszenie Putina odrzucić, obrażając go i pogarszając stosunki z Rosją. To jest takie typowe dla PiSu i dla tego rozumienia godności narodowej: nieważne, co się osiągnie, ważne, czy się odpowiednio godnie nadmiemy.

Po czwarte, czy Rosjanie chcieli rozegrać wewnętrzne polskie spory polityczne na swoją korzyść? Putin, zapraszając Tuska, chciał może nawet nie tyle wzmocnić polskiego premiera, ile osłabić polskiego prezydenta, uważanego za skrajnie nieprzychylnego Rosji. Skoro zmniejszenie szans na reelekcję tego konkretnego prezydenta było, w moim odczuciu, korzystne dla Polski, nie widzę w tym niczego złego. Nawiasem mówiąc, hipotetyczna gra na osłabienie Lecha Kaczyńskiego czyni wszelkie koncepcje spisku na życie Kaczyńskiego całkowicie absurdalnymi: Po cóż Rosja miałaby kreować antyrosyjskiego męczennika z osoby, która za kilka miesięcy miała odejść na polityczną emeryturę?

Poprzednio na ten temat:
Gdzie był generał?
Ciąg przyczyn
Wysokościomierz


czwartek, 28 lipca 2011

Wczoraj gdzieś w Polsce zdarzył się wypadek kolejowy: Siedem wagonów towarowych, w tym trzy załadowane kruszywem, stoczyło się z górki, wykoleiło, uderzyło w dom, zburzyło go i zabiło trzy osoby. Okazuje się, że trzech młodzieńców pracujących przy rozładunku wagonów zwolniło hamulce, żeby sobie ułatwić pracę. Najprawdopodobniej przesuwali wagony łyżką koparki, a że było z górki, wozy odbiegły, jak to przepięknie pisał Stefan Grabiński, i stało się nieszczęście. Cóż, młodzieńcy chyba nie uważali na lekcjach fizyki. Gdyby zabili samych siebie, zasłużyliby na Nagrodę Darwina, lecz, niestety, zabili troje Bogu ducha winnych ludzi.

Komentator tanczacy.z.myslami pisze pod artykułem tak:

taki całkiem załadowany wagon może ważyć ze 70 ton, to kilka połączonych, nawet pustych, razy szybkość, stanowi straszliwą niszczącą masę.

Ten komentator ma słuszną intuicję, że masywne, rozpędzone wagony mogą wykonać znaczną pracę, obawiam się wszkaże, że on też niezbyt uważał na lekcjach fizyki. Ek=½ mv2.

czwartek, 21 lipca 2011

Prawo i Sprawiedliwość zaczęło swoją "kampanię informacyjną". W radio usłyszałem ekspertów od mediów, którzy ekscytowali się, że PiS swojemu twardemu elektroratowi pokazuje prezesa Kaczyńskiego z panem Rydzykiem na Jasnej Górze, a wyborcom centrowym daje "słowa prawdy". Eksperci nazwali to segmentowaniem przekazu względem targetu, a mnie natychmiast przypomnieli się kanoniczni czterej znawcy od nawozów i od świata. Uwielbiam medialnych ekspertów od mediów :-) Ale ja nie o tym.

Telewizyjny spot "słowa prawdy" był już krytykowany za to, że sztuczny, że aktorzy, że skopiowane ze spotów Republikanów (do tego stopnia, że niektóre fragmenty są zupełnie niezrozumiałe), że spot obarcza Platformę winą za wszystko, także i za to, czemu Platforma nie zawiniła lub co robi lepiej od PiSu. Mnie uderza, iż przekazem jest to, że Platforma robi źle: spot nie stara się nawet uzasadnić, że PiS zrobi lepiej.

W drugim spocie Jarosław Kaczyński otwiera młodzieży drzwi do kariery. Główne przesłanie także jest negatywne: teraz, pod rządami Platformy, drzwi są zamknięte. Nikt nie mówi, ani zresztą nikt nie pyta, jak mianowicie Jarosław miałby te drzwi otworzyć, może za pomocą magii? Co ciekawe, PiS podjął już dwie takie próby. Pierwszą była ustawa nazywana lex Gosiewski, skutecznie poszerzająca dostęp do aplikacji prawniczych. Jej rezultatem jest bezrobocie wśród młodych adwokatów. Drugą miała być powszechna lustracja, która - choć nie powiedziano tego wprost - miała zwolnić dla młodych stanowiska zajmowane przez skażonych komuną starych profesorów, prawników i redaktorów. Strach pomyśleć co teraz zrobi Jarosław, aby otworzyć młodym drzwi?

Ciekawe są radiowe spoty PiSu. Powtarza w nich się skierowana do Tuska inwokacja "proszę mi nie mówić, że nie mam prawa pana krytykować". Najwyraźniej sztabowcy PiSu założyli, że Platforma będzie się zasłaniać sprawowaną przez Polskę prezydencją i wzywać do zaniechania krytyki rządu, która mogłaby prezydencji zaszkodzić - stąd PiSowskie "mam prawo [krytykować]". Taki też był tenor przemówienia europosła Legutki. Rzecz w tym, że Platforma tego argumentu nie użyła, a więc PiSowski protest przeciwko kneblowaniu ust prezydencją jest zupełnie chybiony.

Spoty radiowe też koncentrują się na tym, że jest źle, ale w żaden sposób nie uzasadniają tezy, iż po ewentualnej wygranej PiSu będzie lepiej. Można się zresztą nad tymi spotami łatwo i przyjemnie pastwić: w pierwszym absolwentka prawa skarży się, że nie stać jej "na opłacenie aplikacji". Co to ma znaczyć? Przecież za aplikację się nie płaci, kandydat dostaje się na nią po zdaniu egzaminu, w trakcie aplikacji otrzymuje jakąś marną pensję, aplikantów zaś (patrz czytowany wyżej materiał Rzeczpospolitej) jest obecnie o wiele więcej, niż kilka lat temu. Największą zasługę miał w tym Przemysław Edgar Gosiewski. W drugim spocie kobieta skarży się, że jest szykanowana w pracy, gdyż zaszła w ciążę, a poza tym nie wiadomo, czy jej córeczka zostanie przyjęta do przedszkola. No jasne, pod rządami PiSu, którego radiomaryjne skrzydło chce zamknąć kobiety w domach - zgodnie z zasadą 3xK, czyżby znów jakieś nieuświadomione inspiracje? - kobiety takich problemów nie będą miały, a ustawę żłobkową uchwalono pod rządami Platformy, nie PiSu. I tak dalej.

W najnowszej Polityce Mariusz Janicki i Wiesław Władyka w ten sposób podsumowują ostatnie działania PiSu:

Z jednej strony partia ta wyraźnie umacnia najtwardszy, rydzykowy elektorat, z drugiej strony, niejako podprogowo, zniechęca potencjalnych wyborców do głosowania na PO

gdyż

PiS rozpoczął intensywną kampanie antyfrekwencyją w przekonaniu, że obniżenie frekwencji to klucz do wyborczego sukcesu.

Sam coś podobnego niedawno pisałem. Obraz ten byłby spójny, gdyby nie wielkie billboardy z "premierem Jarosławem Kaczyńskim", straszące na co drugiej ulicy. Bloger Azrael stwierdził nawet, że

Prawo i Sprawiedliwość zrobiło swoją twarzą w kampanii Jarosława Kaczyńskiego. Swoją najsilniejszą markę, która jednocześnie [jest] jego największym obciążeniem.

Ba, gdy zajrzałem dziś na stronę PiSu, miałem uczucie deja vú, jakbym czytał znany wiersz Majakowskiego. Kłucie w oczy wizerunkiem Jarosława, grożenie, że znów może zostać premierem, mobilizuje przeciwników PiSu, nawet tych umiarkowanych, którzy w tej sytuacji pójdą do wyborów i z zaciśniętymi zębami zagłosują nie-PiS - zapewne większość na Platformę, część na SLD - i wszystkie wysiłki antyfrekwencyjne diabli wezmą.

Przekaz PiSu jest więc niespójny, chybiony, negatywny. Koncentruje się na złej Platformie, nie mówi nic ani o Polsce, ani o planach PiSu na sprawowanie władzy. I, jak wieszcz, znowu sobie zadaję pytanie, czy Jarosław jest tak cyniczny, czy tak oderwany od rzeczywistości? Myślę, że cyniczny Jarosław oddał kampanię młodym - Porębie, Hofmanowi, młodemu Kamińskiemu - z myślą, że jeśli wygrają lub przynajmniej doprowadzą do koalicji z SLD, to dobrze, a jeśli przegrają, to prezes ich wyrzuci. Wtedy jednak prezesa wyrzuci Zbigniew Ziobro.

Zbigniew Ziobro nie musi sabotować kampanii PiSu. Pod wodzą Jarosława, jak przypuszczam, PiS przegra kampanię całkiem samodzielnie. Dla pewności wystarczy przypilnować, żeby do kampanii nie włączył się Jacek Kurski, gdyż ten mógłby rzucić jakiś chwytliwy pomysł, a na co to Ziobrze?

środa, 13 lipca 2011

TNS OBOP przedstawił swój najnowszy sondaż wyborczy: PO 45% (-1 w stosunku do czerwca), PiS 28% (+3), SLD 13% (-3), PSL 6% (+1). Pozostali poniżej progu.

Takie są wyniki sondażu. Teraz trzeba je jeszcze zinterpretować, a wiele osób czyta lub zapamiętuje tylko nagłówki. Zobaczmy więc jak te wyniki prezentują różne media elektroniczne.

Gazeta Wyborcza (tytuł na stronie głównej): PO może rządzić samodzielnie
Telewizja Polska: Prawie połowa Polaków popiera PO
Polskie Radio: Platforma coraz bliżej 50-proc. poparcia
Interia.pl: PO - 45 proc. poparcia, PiS - 28 proc.
Onet: "Bezpieczna" przewaga PO nad PiS
Wirtualna Polska: PiS rośnie w siłę
Rzeczpospolita: PO spada, PiS rośnie


Przypominam, że chodzi ten sam sondaż. Sympatie polityczne różnych mediów biją po oczach.

wtorek, 12 lipca 2011

W Gazecie Świątecznej ukazał się wywiad, którego Ken Wilson udzielił Alicji i Piotrowi Pacewiczom. Wilson otrzymał Nagrodę Nobla za odkrycie grupy renormalizacji, obecnie jednego z najważniejszych narzędzi fizyki teoretycznej, po czym zajął się czymś, co sam uważa za rzecz trudniejszą: reformowaniem edukacji. W listopadzie byłem na spotkaniu z Wilsonem w PAU i nawet planowałem coś na temat jego poglądów napisać, ale nie znalazłem czasu. Teraz jest dobra okazja, żeby do tego powrócić.

Wilson powiada, że kształt współczesnej szkoły zawdzięczamy Janowi Komeniuszowi, który (cytaty za wywiadem z Gazety)

stworzył model szkoły, jaki obowiązuje do dziś. Podstawowa edukacja dla wszystkich, szkoły utrzymywane przez państwo, podręczniki dla każdego dziecka, programy nauczania takie same dla każdego. Przedmioty. Lekcje. Przerwy.

Było to możliwe dzięki temu, iż na początku XVII wieku wynalazek druku tak bardzo się upowszechnił, iż książki stały się łatwo dostępne. Każda klasa, później każde dziecko mogło mieć własny podręcznik, taki sam, jak wszystkie inne dzieci, mogło więc przystępować do takich samych sprawdzianów, egzaminów, testów. Ten system, który, co do zasady, nie zmienił się od czasów Komeniusza, 

przypomina taśmę produkcyjną: uczniowie jadą po niej jeden za drugim, w tym samym tempie, a szkoła wkłada im do głowy kolejne porcje wiedzy, każdemu to samo.

Wilson powiada, że

To trzeba zmienić. [...] Szkoła jeszcze nie wie, że nie wystarczą drobne naprawy.

Powołując się na idee Petera Druckera, Wilson mówi dalej, iż

nie można zakładać, że będzie się szło w tym samym kierunku przez długi czas. Dobra organizacja skupia się nie tylko na tym, jak lepiej robić to, co robi, ale także na tym, co trzeba przestać robić.

Ma się to odnosić także do szkoły. I znów w duchu Druckera, Wilson mówi, że szkoła ma wykorzystywać silne strony każdego ucznia, wydobywać to, co w nim najlepsze. Tak, jak narzędziem dla reformy Komeniusza był druk, narzędziem dla reform Wilsona ma być Internet i inne media elektroniczne, dzięki którym każdemu uczniowi będzie można dać inne materiały, postawić inne zadania. W długiej perspektywie, powiada Wilson, w ten sposób ludzkość być może "porzuci szkołę".

Nie umiem ocenić poglądów Kena Wilsona. Boję się wszakże, że Wilson myśli o tych, którzy chcą się uczyć lub których łatwo przekonać, że nauka (zdobywanie wiedzy) jest wartościowa. Myślę tak dlatego, że innymi ideami, na które Wilson się powołuje, nieobecnymi w wywiadzie dla Gazety, są deliberate practice, opisana przez Ericssona, Krampego i Tesch-Romera w kanonicznej publikacji z 1993, oraz pojęcie flow, wprowadzone przez Mihaly Csikszentmihalyi'ego w 1990. No dobrze, a co z tymi, którzy nie mają tak silnej wewnętrznej motywacji do nauki?

Poglądy Wilsona na edukację są warte zapamiętania i rozważenia. Boję się wszakże, iż Piotr Pacewicz (patrz mój niedawny wpis, a także kolejny komentarz Pacewicza i wątpliwej autentyczności list maturzystki, który znalazł się nawet na stronie głównej portalu Gazety) będzie chciał je wykorzystać instrumentalnie, do zakwestionowania obowiązkowej matury z matematyki, czy też szerzej, do zakwestionowania tego, iż od ludzi aspirujących do studiów wyższych można wymagać pewnej wspólnej wiedzy ogólnej. Teraz modnie i politycznie poprawnie jest twierdzić, że nie ma żadnego wspólnego kodu kulturowego, a obowiązkowa matura z matematyki to opresja i arbitralne narzucanie uczniom jakichś wydumanych standardów przez szkołę - ale akurat u erudyty Wilsona tego nie można wyczytać. Tym, którzy Kena Wilsona chcieliby użyć do wyeliminowania obowiązkowej matematyki, przypominam, iż dla niego punktem wyjścia była

walka z analfabetyzmem naukowym.

piątek, 08 lipca 2011

Wczoraj w europarlamencie Zbigniew Ziobro bardzo ostro zaatakował Donalda Tuska. Czy wolno mu było to zrobić? Jasne, że tak. Czy atak był w dobrym guście? Nie. Czy był uzasadniony? Jasne, że nie. Gdy demokratycznie wybrany poseł, któremu nikt nie przeszkadza w sprawowaniu mandatu, w wystąpieniu, o którym wie, że będą je powtarzać wszystkie media, oskarża rząd zamach na demokrację, czyniąc to w dodatku w czasie kampanii wyborczej, w której jego partia zapowiada odzyskanie władzy, sytuacja jest schizofreniczna. Teraz z mediów publicznych zwalnia się "opozycyjnych" dziennikarzy, ale gdy to samo robił PiS, Ziobro nie protestował. Akcja ABW przeciwko nieszczęśnikowi, który prowadził stronę antykomor.pl, była wyjątkowo głupia, ale odbyła się na podstawie tego samego idiotycznego przepisu, który nakazywał wystawienie listu gończego przeciwko bezdomnemu, który obraził Lecha Kaczyńskiego. A policja szczególnie gorliwie wkraczała do mieszkań o 6 rano w czasach, gdy ministrem sprawiedliwości był Zbigniew Ziobro.

Czy wystąpienie Ziobry pomoże PiSowi w kampanii? Raczej nie. Przeciwnie, Tusk powinien Bogu dziękować i za Ziobrę, i za pana Rydzyka i jego enuncjacje na temat totalitaryzmu, i za "ukrytą opcję niemiecką", i za Macierewicza i jego "białą księgę" w sprawie Smoleńska. PiS sam przypomina jaki naprawdę jest i mobilizuje swoich przeciwników. Oby skutecznie.

Media zastanawiają się więc po co Ziobrze to było. Ma chodzić o władzę w PiSie. Gazeta Wyborcza pisze nawet, że

Celem Zbyszka jest klęska PiS w najbliższych wyborach. Tylko ona może podważyć pozycję Kaczyńskiego i wywindować Ziobrę. Dlatego Zbyszek robi wszystko, żeby uniemożliwić PiS-owi walkę o centrowych wyborców - Mówi anonimowo "Gazecie Wyborczej" były polityk PiS. Równolegle Ziobro umacnia własną pozycję w elektoracie radiomaryjnym - pokazuje pryncypialność w ataku na rząd PO.

Jest to interpretacja dość popularna. Otóż o ile zgadzam się z jej drugą częścią - Ziobro kreuje się na tego, który najmocniej "dowalił Tuskowi" - z pierwszą nie. Przyjęcie, że Ziobro świadomie gra na przegraną PiSu, musi zakładać, że PiS ma szanse wybory wygrać, a przynajmniej, że wierzy w to Jarosław Kaczyński. Otóż uważam, że nawet Kaczyński w to nie wierzy. Robi to, co robił w kampanii do europarlamentu w 2009: stara się skonsolidować i zmobilizowac swój twardy elektorat. Wszystkie te Kongresy Kobiet, spotkania z młodzieżą i tak dalej są nieszczere i tylko na pokaz, choć oczywiście PiS nie pogardzi głosami, które może - jeśli może - w ten sposób zyskać. Osób, które moglyby przeprowadzić otwarcie PiS w stronę centrum - Kluzik-Rostkowskiej, Poncyliusza, Migalskiego - Kaczyński pozbył się po wyborach prezydenckich. Teraz liczy co najwyżej na to, że jego przeciwnicy, zniechęceni do Platformy, nie pójdą zbyt licznie głosować, co przy mobilizacji twardego elektoratu PiSu da tej partii relatywnie lepszy wynik. Do samodzielnego rządzenia to nie wystarczy, ale może dać przynajmniej teoretyczne szanse na koalicję z SLD, co pozwoliłoby Kaczyńskiemu zemścić się za Smoleńsk. Jeśli koalicja PiS-SLD będzie możliwa, to albo do niej dojdzie, albo Platforma będzie musiała pójść na tak duże ustępstwa wobec SLD, że rząd będzie słaby i wiele nie dokona. A to powiększa szanse PiSu w kolejnych wyborach, w 2015.

Zgadzam się, że w ostatecznym rozrachunku chodzi więc o wybory w 2015. Z przegraną w 2011 kierownictwo PiS już się pogodziło i Ziobro nie musi się do tej przegranej przykładać. Obecne działania Ziobry z jednej strony konsolidują elektorat PiSu, co się prezesowi podoba, ale też mobilizują elektorat Platformy, co się nie podoba. Głównie jednak prezesowi nie podoba się to, że Ziobro podjął akcję nie uzgodniwszy jej z prezesem, a także to, że w chórze Ziobry nie śpiewa już jeden Jacek Kurski, ale też Ryszard Czarnecki i kilku innych europosłów, a nawet Mariusz Błaszczak. Zbigniew Ziobro liczy zaś, że tak czy inaczej przejmie partię przed następnymi wyborami.

Już chyba kiedyś pisałem, że Zbigniew Ziobro jest dla mnie postacią po stokroć bardziej antypatyczną i groźniejszą niż Jarosław Kaczyński. Kaczyńskiemu przynajmniej o coś chodzi: dawniej o realizację swojej wizji Polski - była to wizja szkodliwa, ale przynajmniej jakaś - teraz o zemstę. Ziobrze chodzi tylko o władzę, która ma zaspokoic jego rozdęte do nieprzytomności ego.

poniedziałek, 04 lipca 2011

W tym roku co czwarty uczeń oblał maturę. "Zdać maturę" oznaczało przy tym otrzymanie przynajmniej 30% z każdego z trzech przedmiotów obowiązkowych: języka polskiego, matematyki i języka obcego. Do zdania matury z polskiego wystarczała umiejetność przeczytania ze zrozumieniem tekstu z popularnego tygodnika, na matematyce wystarczyło rozwiązać 18 prościutkich zadań za jeden punkt, do czego naprawdę wystarcza wiedza na poziomie gimnazjum. Jeżeli ktoś nie osiągnął tego poziomu, to wstyd. Taka osoba nie ma dostatecznych kwalifikacji, aby podjąć studia.

Czołowy komentator Gazety Wyborczej, Piotr Pacewicz, jest innego zdania. Pacewicz, ni mniej, ni więcej, postuluje, aby 

wyeliminować próg, wykluczyć szekspirowskie "zdać albo nie zdać".

Pacewicz nie twierdzi, że skoro aż 25% arbiturientów oblało (zresztą nierówno - w liceach zdało 86%, rzeź była w liceach zawodowych i w szkołach dla dorosłych), coś trzeba zrobić z nauczaniem na poziomie średnim. Pacewicz po prostu nie uważa za słuszne, aby każdy maturzysta legitymował się minimalną wiedzą z języka polskiego, języka obcego i matematyki. Pacewicz sądzi, że wystarcza odpowiednio dobry wynik z przedmiotów wymaganych na studiach. Cała reszta nie powinna się liczyć.

Jest to propozycja straszna. Wyeliminowanie matematyki jako przedmiotu obowiązkowego na maturze spowodowało w ciągu jednego pokolenia spustoszenia w edukacji matematycznej i przyrodniczej. Matematyki uczyli się tylko ci nieliczni, którzy wybierali się na studia ścisłe lub techniczne. Gdybyśmy posłuchali Pacewicza, usankcjonowalibyśmy także i to, że młodzież nie czyta. Po co czytać, skoro wynik matury z polskiego się nie liczy? Wykreowalibyśmy wielką grupę uczniów, ktorzy ani nie czytają, ani nie uczą się matematyki, gdyż na różnych pedagogikach i zarządzaniach w turystyce wystarcza WOS i geografia (najczęściej wybierane przedmioty maturalne). Wobec znanych trendów demograficznych, różne prywatne szkoły wyższe, przysłowiowe WSPCz, aby utrzymać się na rynku będą brały każdego, kto się rusza. Tych z zerem z polskiego i z zerem z matematyki też.

Jest ponurą ironią losu, iż Gazeta, piórem swojego znanego publicysty, wzywa do tego samego, co kiedyś chciał wprowadzić minister Giertych i co tak bardzo zostało oprotestowane, także przez Gazetę. Ach, nie, przepraszam pana Romana Giertycha, on był bardziej wymagający: Giertych żądał, aby średni wynik z przedmiotów obowiązkowych wynosił co najmniej 30%. Piotr Pacewicz nie oczekuje nawet tego. 10% z polskiego, 8% z matematyki, 7% z angielskiego i 25% z WOS, a na pewno znajdzie się szkoła wyższa, która z otwartymi ramionami przyjmie takiego kandydata, a później, za stosowną opłatą, wystawi mu dyplom licencjata, a może nawet magistra.

Piotrowi Pacewiczowi nie chodzi o to, żeby polskie szkoły lepiej uczyły. Piotrowi Pacewiczowi zależy na tym, aby więcej polskich uczniów miało dyplom. Tylko po co komu taki dyplom? Powiedzmy uczciwie: Nie każdy musi zdać maturę. Nie każdy powinien zdawać maturę. Nie każdy powinien iść na studia. Ale tym, którzy maturę chcą zdawać i chcą iść na studia, polska szkoła powinna to ułatwiać - ucząc ich dobrze i na wysokim poziomie. To jest bez wątpienia trudne. Łatwiej zadekretować, iż dyplom należy się każdemu.