Kategorie: Wszystkie | Edukacja | Fizyka | Kryzys | Literatura | Muzyka | Polityka | Rozmaitości
RSS
wtorek, 30 lipca 2013

London Bridge is falling down. Tegoroczny budżet trzeba znowelizować - obciąć wydatki i powiększyć deficyt; żeby to ostatnie było prawnie możliwe, trzeba zlikwidować, pardon, zawiesić jeden z progów ostrożnościowych zapisanych w Ustawie o finansach publicznych.

To nie jest radosna perspektywa, ale też, samo w sobie, nie jest to katastrofa. Skoro dochody są zdecydowanie niższe od planowanych, trzeba to uwzględnić w budżecie, a zarazem, aby nie ciąć zbyt drastycznie wydatków, trzeba zwiększyć deficyt. 2/3 wpływów budżetowych pochodzi z podatków pośrednich, istnieje tu więc wyraźne sprzężenie zwrotne: Mniejsze wydatki państwa oznaczają mniej pieniędzy u obywateli, co dusi popyt i sprawia, że do budżetu trafia z powrotem jeszcze mniej pieniędzy. Co prawda sytuacja Polski jest o wiele lepsza, niż Grecji czy Portugalii, ale przykłady tych krajów pokazują, że zbyt radykalne obcinanie wydatków rządowych raczej pogłębia recesję, przynajmniej krótkoterminowo. Długotrwałe życie ponad stan prowadzi do jeszcze większych problemów, ale to jest inna opowieść.

Tak więc gdyby stan budżetu był spadkiem po nieudolnych poprzednikach, wynikiem jakiejś tragicznej katastrofy naturalnej, konsekwencją niepodziewanego i głębokiego światowego kryzysu lub działaniem siły nieczystej, obecnym planom rządowym wypadałoby przyklasnąć. Problem polega na tym, że to obecny rząd sam na ten kryzys budżetowy zapracował, nie robiąc nic - no dobrze: robiąc bardzo niewiele - żeby stan finansów państwa naprawić.

PiSowska opozycja nowelizację budżetu, a już zwłaszcza naruszenie progu ostrożnościowego, krytykuje, co jest z ich strony pewną hipokryzją - po wybuchu kryzysu Jarosław Kaczyński wzywał do praktycznie nieograniczonej emisji obligacji w celu "ratowania gospodarki". Gdyby rząd go wówczas posłuchał, nasza sytuacja mogłaby być podobna do greckiej. Dzisiaj Jarosław Kaczyński wzywa do powołania komisji śledczej i krzyczy "gdzie są pieniądze?!", zgodnie ze swoim rozumieniem gospodarki: jeżeli czegoś brakuje, to znaczy, że ktoś to ukradł. Tymczasem tych pieniędzy nikt nie ukradł, po prostu nigdy ich nie było. Minister Rostowski, konstruując budżet, założył, że wpływy podatkowe będą o wiele wyższe, niż w istocie są.

Niektórzy twierdzą, że był to swego rodzaju gambit Rostowskiego: Świadomie przeszacował dochody, żeby skonstruować "optymistyczny" budżet, zachęcający ludzi do wydawania pieniędzy. Budżet oszczędny przestraszyłby konsumentów, co, zgodnie z opisanym wyżej mechanizmem sprzężenia zwrotnego, jeszcze bardziej zmniejszyłoby wpływy budżetowe i zdusiło gospodarkę. Poza tym mniejszy deficyt oznaczał mniejsze potrzeby pożyczkowe rządu, a zatem niższą rentowność obligacji, a więc niższe koszta obsługi długu publicznego - państwo polskie, okazuje się, zarobiło na oszustwie Rostowskiego. Zarazem sektor finansowy z góry oczekiwał, że budżet będzie jednak nowelizowany, a więc nowelizacja, gdy już stała się faktem, nie zachwiała ratingiem Polski. Być może rzeczywiście była to sprytna "inżynieria budżetowa", ale jednocześnie dowód na to, iż jedynym planem obecnego rządu jest przeczekanie światowego kryzysu, jak już poprzednio pisałem.

Deficyt budżetu w wielkiej części spowodowany jest dotacjami do ubezpieczeń społecznych: Państwo znacznie więcej wydaje w postaci emerytur i rent niż zbiera w postaci składek. Wiele osób krzyczy więc, żeby państwo wzięło pieniądze z OFE. I tak się zapewne stanie, może nie wszystkie, ale część pieniędzy zostanie z OFE zabrana, ja jednak powiadam: Proszę zostawić OFE w spokoju!

OFE mają wiele wad, z których największą są bardzo wysokie prowizje pobierane przez instytucje zarządzające OFE. Wysokość tych prowizji nie jest uzasadniona ani ponoszonym ryzykiem (jest niemal żadne), ani wspaniałymi wynikami inwestycyjnymi (są raczej niewielkie - jest to zresztą kolejna wada systemu OFE). Zapomina się przy tym, że wysokość prowizji już została ustawowo zmniejszona (i słusznie). Natomiast większość pozostałych zarzutów, jakie stawia się OFE w obecnej dyskusji, jest zwyczajnie nieprawdziwa. Przede wszystkim to nie składka do OFE jest głównym źródłem deficytu systemu ubezpieczeń społecznych, który musi być pokrywany dotacją budżetową. Dopłaty do emerytur mundurowych, górniczych, sędziowsko-prokuratorskich, do KRUS i do zupełnie niezreformowanego systemu rentowego pochłaniają o wiele więcej. Dalej, nie jest prawdą, że pieniądze w OFE, a więc przyszłe emerytury, są szczególnie zagrożone wahaniami koniunktury. OFE, z mocy prawa (sic!), za większość swoich środków kupowały obligacje rządowe - jeśli państwo nie zbankrutuje i nie odmówi wykupu obligacji, te pieniądze są bezpieczne. A jeśli państwo zbankrutuje, odczuje to także ZUS. Dalej, gdy widzę pałace, jakie buduje sobie ZUS, gdy czytam, ile kosztowała informatyzacja ZUS, wciąż niefunkcjonalna i niedokończona, myślę sobie, że OFE, wraz z ich prowizjami i wydatkami na własne utrzymanie, mogłyby być wzorem powściągliwości. Wreszcie trzeba pamiętać, że reforma, w wyniku której powołano OFE, nigdy nie została dokończona: System emerytalny miał być uzupełniany wpływami z prywatyzacji - nigdy nie był - miał być stworzony fundusz rezerwy demograficznej - obecny rząd go przejada (to znaczy beneficjenci systemu ubezpieczeń społecznych go, za rządowym przyzwoleniem, przejadają) - KRUS i specjalne systemy emerytalne miały zostać zlikwidowane - nie zostały - system rentowy miał być zreformowany - nie został. Ba, reforma emerytalna była świadomie psuta prze tworzenie wyjątków: najpierw z powszechnego systemu wyjęto służby mundurowe, potem górników. Stało się tak ze względów czysto politycznych - rządy, którym groziła klęska wyborcza, chciały sobie kupić trochę głosów. I tak zresztą przegrały.

Kolejne rządy mają wyraźną skłonność do rujnowania systemu emerytalnego w zamian za bieżące korzyści polityczne, w dodatku iluzoryczne. Dlatego jestem całym sercem za zachowaniem OFE, to znaczy za prawnym zagwarantowaniem, że chociaż część pieniędzy na przyszłe emerytury jest zabezpieczona przed zakusami aktualnej - każdej aktualnej - władzy. I nie, solenne zapewnienia, że pieniądze "w ZUSie" będą bezpieczne, w żadnym razie mi nie wystarczają. Tym bardziej, że "w ZUSie" nie ma żadnych pieniędzy - system ZUSowski jest całkowicie repartycyjny. A jeśli - gdy?! - za kilkanaście lub niewiele więcej lat system emerytalny załamie się na skutek dzisiejszych machinacji rządowych, będzie płacz i zgrzytanie zębów. A tego, jako kraj, zdecydowanie powinniśmy starać się uniknąć.

Twierdzę nawet, że OFE już odegrały pozytywną rolę. Otóż tylko dlatego, że "zabrakło" pieniędzy przekazanych do OFE, rząd Platformy podjął jakieś kroki w celu poprawy systemu emerytalnego, mianowicie w znacznej części zlikwidował wcześniejsze emerytury oraz podwyższył i wyrównał pomiędzy płciami wiek emerytalny, a także przeprowadził cząstkową - zdecydowanie zbyt płytką i niewystarczającą, ale lepszą, niż żadną - reformę emerytur mundurowych. Utrzymujący się "brak" pieniędzy przekazywanych do OFE być może skłoni rząd do podejmowania dalszych kroków naprawczych: reformy systemu rentowego, głębokiej reformy emerytur mundurowych, może nawet likwidacji KRUS czy emerytur górniczych. Cóż, może ktoś powiedzieć, że są to z mojej strony marzenia ściętej głowy - może i tak, ale jednego jestem pewien: jeśli rząd (budżet państwa) zagarnie pieniądze z OFE, żadnych reform systemu ubezpieczeń społecznych w przewidywalnej przyszłości nie będzie. A potem będzie już za późno.

Build it up with stone so strong...

poniedziałek, 29 lipca 2013

Wczoraj byliśmy na koncercie Ala Jarreau w Operze Krakowskiej. Al Jarreau wciąż świetny, cieszący się muzyką, żartujący z publicznością. Korzystał ze wsparcia chórków - ludzie na ogół nie młodnieją. Wystąpił z zespołem, z którym stale ostatnio występuje - też bardzo sprawnym, profesjonalnym i świetnie przygotowanym. Zagrali i zaśpiewali trochę nowych, trochę starych numerów, w tym największe przeboje Ala Jarreau, Spain Chicka Corei i Take Five Dave'a Brubecka, a właściwie Paula Desmonda. Dobry, radosny, starannie zrealizowany koncert gwiazdy światowego formatu - dobry, ale nie porywający.

Na zakończenie koncertu, po starannie wyreżyserowanych bisach, Al Jarreau wrócił na scenę prowadząc pod pachę Adzika Sendeckiego. He's my friend, powiedział i razem zagrali-zaśpiewali-zaimprowizowali Summertime. I to było porywające.

wtorek, 09 lipca 2013

Niebawem w Polsce rozpocznie się seria wyborów różnego szczebla. Najważniejsze wybory, prezydenckie i parlamentarne, odbędą się za dwa lata. Na skutek skrócenia kadencji Sejmu w 2007, wybory te zbiegną się już po dziesięciu, nie po dwudziestu latach. Jednak na skutek kilkumiesięcznego przyspieszenia wyborów prezydenckich po tragicznej śmierci Lecha Kaczyńskiego, tym razem wybory prezydenckie odbędą się przed parlamentarnymi. Ta odwrócona sekwencja może mieć istotny wpływ na ostateczny wynik wyborów.

Wybory prezydenckie wygra obecny prezydent, Bronisław Komorowski. Jarosław Kaczyński nie wystartuje. Z dwóch powodów. Po pierwsze, w bardzo spersonalizowanych wyborach prezydenckich, musiałyby ujawnić się wszystkie złe cechy Kaczyńskiego, co skazałoby go na porażkę, a porażka Kaczyńskiego osłabiłaby szanse PiS w wyborach parlamentarnych. Po drugie, Jarosław Kaczyński wie, że w Polsce to premier, nie prezydent, dysponuje znacznie większą władzą. PiS oczywiście nie będzie sobie mógł pozwolić na niewystawienie kandydata, wysunie więc jakiegoś "prezydenta technicznego", na przykład profesora Piotra Glińskiego. Gliński jest porządnym człowiekiem, ale czy to on, czy ktokolwiek inny na jego miejscu, będzie całkowicie niesamodzielną marionetką w rękach Kaczyńskiego, świecącą wyłącznie światłem odbitym. Ktoś taki w wyborach prezydenckich nie ma szans. PiSowi zresztą wcale nie będzie zależeć na wygraniu tych wyborów (byleby nie oznaczało to osobistej porażki Jarosława Kaczyńskiego), o czym za chwilę.

Bronisława Komorowskiego natomiast nie dotykają kłopoty Platformy. Komorowski cieszy się sporym osobistym szacunkiem i zaufaniem. Prezydent, moim zdaniem skutecznie, od Platformy się dystansuje, nie chcąc być - w przeciwieństwie do swojego poprzednika - jedynie funkcjonariuszem partyjnym. Spodziewam się nawet, że dystans dzielący Komorowskiego od Platformy będzie podkreślany. Powiedzmy, Donald Tusk oświadczy, że wcale nie jest oczywiste, że Komorowski miałby zostać kandydatem Platformy, że przydałyby się platformiane prawybory. Tusk się z tego szybko wycofa i Platforma poprze Komorowskiego, ale działające na korzyść Komorowskiego wrażenie dystansu pozostanie. Ostatecznie Bronisław Komorowski wygra, choć nie będę się upierał, że nie dojdzie do drugiej tury.

Na marginesie dodam, że w wyborach prezydenckich wystartuje i sromotnie przegra w pierwszej turze Zbigniew Ziobro, który rok wcześniej przegra wybory do europarlamentu. Ziobrze nie pozostanie nic poza skamleniem o przyjęcie go na powrót do PiSu - nie wiem, czy skuteczne. Mam nadzieję, że będzie to ostateczny koniec kariery politycznej Zbigniewa Ziobry, wyjątkowo antypatycznego egocentryka.

Z wyborami parlamentarnymi będzie inaczej. Może się co prawda zdarzyć, że Platformie uda się tak bardzo odbudować poparcie, że będzie mogła liczyć na wygraną - jest to możliwe, ale raczej niezbyt prawdopodobne. W takim wypadku o wyniku zadecyduje frekwencja. Nie sądzę, aby PiS zyskał wielu nowych zwolenników, ale jego żelazny elektorat, zwarty i zmobilizowany, na pewno pójdzie zagłosować na PiS. Tymczasem wśród wyborców Platformy wielu (choćby i ja w 2011) głosowało na tę partię nie z sympatii do jej przywódców i programu, ale po to, aby powstrzymać PiS. Niestety, Platforma zrobiła bardzo wiele, aby część swoich wyborców do siebie zrazić (pisałem o tym wiele razy), a że pamięć ludzka jest krótka, PiS zaś wyraźnie poprawiło swoje PR, strach przed powrotem PiS do władzy już nie działa. Zniechęceni wyborcy Platformy częściowo przerzucą swoje głosy na jakieś formacje lewicowe, ale głównie zostaną w domu. Twardych zwolenników Platformy jest, jak się wydaje, mniej, niż twardych zwolenników PiS. Mobilizacja tych ostatnich może, przy niskiej frekwencji, sprawić, że względna pozycja PiS wśród osób, które zdecydują się na udział w wyborach, będzie wysoka i PiS te wybory wygra.

Gdyby PiS nie był w stanie samodzielnie utworzyć rządu, SLD nie będzie miało wielkich obiekcji przed wejściem z nim w koalicję. Kaczyński przestanie tak ostentacyjnie popierać Rydzyka, za to znowu pochwali Gierka i SLD to kupi. Kupi, bo działacze są głodni posad i władzy, a z drugiej strony Leszek Miller wie, że kolejnej szansy ze względu na wiek już może nie dostać.

Wróćmy na koniec do wyborów prezydenckich. Otóż wygrana Bronisława Komorowskiego zadziała demobilizująco na wielu przeciwników PiS, którzy dotąd głosowali na Platformę. Pomyślą oni, że dysponujący prawem weta prezydent będzie stanowił barierę przed najbardziej aberracyjnymi pomysłami PiS. Oni więc "nie będą musieli" głosować na mniejsze zło, jakim byłaby Platforma. Ta sama Platforma, która już ich boleśnie zawiodła i która, w ich mniemaniu, nie będzie zasługiwać na kolejny głos. Niech rządzi PiS, pomyślą, bo gdyby przyszło co do czego, prezydent wybawi nas z opresji. Nie jest to rozumowanie pozbawione podstaw - pod warunkiem, że frekwencja nie spadnie tak nisko, że PiS zdobędzie samodzielną zdolność przełamywania prezydenckiego weta. Tym bardziej zaś - horribile dictu - samodzielną większość konstytucyjną.

Bo wtedy wszystkie te rachuby wezmą w łeb.

piątek, 05 lipca 2013

PiS w sondażach ma już dziewięciopunktową przewagę nad Platformą. PiS pławi się w samozachwycie. Platforma bezradnie spogląda na Tuska. Tusk nie wie, co robić.

Komentatorzy podkreślają, że to nie tyle PiSowi rośnie, ile Platformie spada. Wskazują też na liczne, mniejsze i większe, błędy Tuska i Platformy: niespełnione obietnice, zaniechanie reform, "filozofię ciepłej wody w kranie", unikanie ważnych tematów, kunktatorstwo w sprawach światopoglądowych, majstrowanie przy OFE, arogancję i hipokryzję, wyczerpanie się potencjału strachu przez powrotem PiSu, odpychanie od siebie "naturalnych" zwolenników, ogólne wrażenie, że państwo kiepsko działa, a jednocześnie jest nieprzychylne obywatelom.

A mnie się wydaje, że zrozumiałem, na czym polegał podstawowy błąd Donalda Tuska.

Zacznijmy od diagnozy problemu. Najważniejszymi problemami, z jakimi boryka się Polska, a zatem rząd, a zatem Platforma, są groźba załamania się budżetu i rosnące bezrobocie. Gdyby one znikły, znacząco poprawiłyby się nastroje społeczne i z wszystkimi innymi problemami, większymi i mniejszymi, można byłoby próbować sobie radzić. Załamaniu się budżetu można było zapobiegać radykalnie reformując finanse państwa, przede wszystkim system emerytalny: tnąc wszelkie przywileje emerytalne i zmieniając system rentowy. Tego jednak Tusk nie zrobił, gdyż chciał uniknąć "bolesnych reform". Bolesne reformy mają bowiem to do siebie, że bolą od razu, a ich pozytywne skutki dają się odczuć dopiero po jakimś czasie, zawsze też pozostaje grupa, która więcej traci, niż zyskuje. Jednak gdyby system świadczeń społecznych zreformowano tak, aby nie były potrzebne gigantyczne dotacje z budżetu państwa (które teraz próbuje się zastąpić częściową nacjonalizacją OFE), obecnie nie groziłoby załamanie się budżetu. Pośrednio mogłoby to też pozytywnie wpłynąć na rynek pracy: możliwość poluzowania śruby fiskalnej, zmniejszenie kosztów pracy, zachęciłyby do tworzenia miejsc pracy. Nic takiego jednak się nie stało.

Nawiasem mówiąc, chęć unikania "bolesnych reform" tłumaczy, przynajmniej częściowo, także i kunktatorstwo w sprawach światopoglądowych. Takie lub inne rozwiązanie sprawy in vitro, związków partnerskich, funduszu kościelnego etc jednym by się spodobało (przy czym na pewno byliby tacy, którzy chcieliby jeszcze dalej idących zmian, a więc oni też nie byliby w pełni zadowoleni), innym nie. A Tusk chciałby się podobać wszystkim, nikogo nie chciałby do siebie zrażać - a tak się rządzić nie da. Tym bardziej, że Tusk i tak liczne grupy do siebie zraża, w dodatku całkiem głupio i niepotrzebnie, mianowicie wtedy, gdy albo zachowuje się jak autokrata, albo gdy mówi językiem PiS, albo jedno i drugie.

Wracając do głównego nurtu, widzimy, że Tusk prawie żadnych reform systemowych nie przeprowadził. Dlaczego? Otóż premier Tusk liczył na koniec kryzysu, na poprawę koniunktury gospodarczej. Gdyby kryzys się skończył, wzrósłby eksport i inwestycje bezpośrednie, bezrobocie by spadło a wpływy budżetowe by wzrosły. Podstawowe problemy rozwiązałyby się "same", bez specjalnego wysiłku ze strony rządu, "bolesne reformy" okazałby się niepotrzebne - przynajmniej na krótką metę, w kilkuletniej perspektywie dokończenia tej i odbycia następnej kadencji. Trzeba bowiem pamiętać, że systemowi emerytalnemu i tak groziłoby załamanie, a znaczna część bezrobocia jest skutkiem okoliczności zewnętrznych, na które już uprzednio wskazywałem: globalizacji i postępu technicznego, także dominacji rynków finansowych nad realną gospodarką.

Ale kryzys się nie skończył. Trwa sobie w najlepsze, nawet jeżeli wydaje się, że obecnie nie przeżywamy jakiejś ostrej fazy. Gdyby nawet, cudownym zrządzeniem losu, miał się skończyć teraz, Polska przed wyborami raczej nie zdążyłaby odczuć pozytywnych skutków pobudzenia gospodarczego: tu zawsze jest pewne opóźnienie czasowe. Skoro więc na czas nie przeprowadzono reform, kryzys zaś się nie skończył, potrzebny byłby plan B. A Donald Tusk go nie ma. Nigdy nie miał.

P.s. PiS najprawdopodobniej wygra przyszłe wybory parlamentarne. Miejmy nadzieję, że kryzys jednak się skończy i w Polsce nastąpi wyraźny wzrost gospodarczy. Złagodzi on gospodarcze skutki groźnych anty-reform, jakie już zapowiada PiS. W przeciwnym wypadku - niech nas Ręka Boska broni...