Kategorie: Wszystkie | Edukacja | Fizyka | Kryzys | Literatura | Muzyka | Polityka | Rozmaitości
RSS
poniedziałek, 24 lipca 2017

Andrzej Duda zawetował ustawy o Sądzie Najwyższym i Krajowej Radzie Sądownictwa. Szkoda, że nie zawetował ustawy o sądach powszechnych, dającej panu Zbyszkowi prawo swobodnego mianowania i odwoływania prezesów sądów, ale dorze, że choć te dwie zawetował.

Umarł Adrian, narodził się Andrzej? No, powiedzmy, Andrzejek...

Duda przypomniał też, że minister sprawiedliwości, będący także prokuratorem generalnym, w polskiej tradycji nigdy nie miał wpływu na obsadę i organizację Sądu Najwyższego.

Już nie prztyczek, ale fanga w nos pana Zbyszka, jak pisałem, jednego z najbardziej niebezpiecznych polityków PiSu. Gdyby dr Duda ustawy podpisał, stałby się bezwolną marionetką już nawet nie Kaczyńskiego, ale pana Zbyszka. 

A co będzie dalej? Przypuszczam, ze jakoś tak, jak przewidywałem w poprzedniej notce. Polska - jeszcze - nie stanie się na powrót demokracją liberalną, ale autorytaryzm będzie miększy, a będzie też mniej paranoi.

To ostatnie - daj Boże.

środa, 19 lipca 2017

Wczoraj stała się rzecz nieoczekiwana: Prezydent Andrzej Duda sprzeciwił się PiSowi. Najwyraźniej wkurzył się, że PiS do tego stopnia go lekceważy, że nawet nie poinformował go o treści ustaw podporządkowujących wymiar sprawiedliwości rządowi, a nawet odebrał prezydentowi pewne uprawnienia (kto powołuje I Prezesa Sądu Najwyższego). Duda zgłosił więc pewne poprawki i w ostrych, jak na niego, słowach zapowiedział, że nie podpisze ustawy o SN, jeżeli jego poprawki nie zostaną uwzględnione.

Poprawki Dudy nadal są niekonstytucyjne, a bliższa analiza pokazuje, że niewiele one zmieniają - poza pstryknięciem w nos pana Zbyszka, który przygotował sobie takie piękne narzędzia, a chyba będzie musiał oddać je Dudzie. Jedyny pożytek z prezydenckich poprawek może być taki, że co najwyżej opóźnią podporządkowanie sądów PiSowi o jakiś czas; może nawet SN zdąży skierować sprawę Kamińskiego do drugiej instancji. No i tyle.

Niemniej jednak stało się coś ważnego: po raz pierwszy od jesieni 2015 Jarosław Kaczyński przestał sprawować absolutną kontrolę.

Co prawda niektórzy - na przykład Ziemowit Szczerek - przypuszczają, że było to uzgodnione z PiSem: taka gra, aby Duda wyszedł na dobrego policjanta. Nie sądzę. PiS był zaskoczony, czego najlepszym dowodem jest irracjonalna decyzja, aby wobec jednoznacznej zapowiedzi prezydenckiego weta, przyspieszyć prace nad ustawą o SN. A w nocy Jarosław Kaczyński kompletnie się zdekompensował i zwyzywał opozycję od zdradzieckich mord, kanalii, a wreszcie morderców, gdyż mieli czelność wziąć imię ś.p. Lecha Kaczyńskiego nadaremno (to takie nowe przykazanie w kościele PiS).

Myślę więc, że Andrzej Duda zagrał na serio - co zresztą wcale nie musi być dobrą wiadomością. Ale o co on gra?

Mówi się, że pierwsza kadencja służy do tego, aby zapewnić sobie drugą (Bronisław Komorowski o tym zapomniał, no i masz babo placek). Andrzej Duda wie, że PiS nie może go nie wystawić w wyborach 2020, bo byłoby to zupełnie niezrozumiałe dla znacznej części twardego elektoratu. Gdyby PiS wystawił nie-Dudę, choćby samego prezesa, a Duda wystartował z własnego komitetu, głosy by się rozbiły i prezydentem, kto wie, mógłby zostać znienawidzony Tusk. Jeśli więc Duda nie przedzierzgnie się nagle w liberała czy choćby w europejskiego chadeka, na co się zresztą nie zanosi, ale jednak zacznie się PiSowi stawiać, PiS i tak go wystawi, nawet jeśli zrobi to z kwaśną miną. Jednocześnie Duda wie, że Jarosław Kaczyński, Antoni Macierewicz i grupa ich najwierniejszych pretorianów budzi wśród wielu ludzi głęboką niechęć, obsesje Kaczyńskiego i niejasne powiązania Macierewicza szkodzą Polsce, a kult smoleński większość ludzi doprowadza do złości i zażenowania. I teraz Duda ma swoją szansę: jeśli wygra z Kaczyńskim batalię o sądy, bardzo wzmocni się wizerunkowo (jeśli przegra, stanie się pośmiewiskiem nawet we własnym obozie) i - pamiętając o wszystkich upokorzeniach, których doznał od prezesa - będzie mógł myśleć o umniejszeniu roli, a z czasem o zmarginalizowaniu Kaczyńskiego i Macierewicza. Będzie mógł się kreować na centrystę, który, owszem, służąc Narodowi Polskiemu, chce go trzymać silną ręką, nie pozwoli na sejmową anarchię, ale też nie podporządkowuje się dyktatowi Brukseli, broni przedmurza chrześcijaństwa i uchodźców nie przyjmie, ale będzie chętnie z Europą w innych sprawach współpracował, a przy tym nie jest jawnie obłąkany. W to może uwierzyć znaczna część wyborców PiSu (a inni będą sparaliżowani, bo jeśli nie Duda, to Tusk!), podłączy się do tego - już się podłącza! - Kukiz i jego nacjonalistyczno-zaściankowi wyborcy, a może nawet prawa część Platformy? Stąd już tylko krok do wskazania, że Kaczyński i Macierewicz z jednej, a Tusk, Schetyna i Petru z drugiej, to typy anachroniczne, zgrane, toczące swoją rytualną wojnę, która szkodzi Polsce. Trzeba ich wszystkich odrzucić, bo dopóki będą obecni w polityce, dopóty będą ją zatruwać. Potrzebna jest młoda, centrowa partia, pod przywództwem młodego, energicznego prezydenta Dudy! I druga kadencja w kieszeni, pozycja polityczna wzmocniona, trwałe miejsce w historii pewne!

Co by to przyniosło Polsce? Więcej chaosu i bałaganu, ale mniej paranoi, dysfunkcjonalność, ale bez zagrożenia wyrzuceniem z UE, utrwalenie pół-peryferyjnej pozycji gospodarczej Polski, ale bez bezpośredniego ryzyka wpadnięcia w rosyjską strefę wpływów. Polska nadal będzie ksenofobiczna i patriarchalna, ale pozycja Kościola trochę osłabnie, medyczna marihuana zostanie zalegalizowana, a wycinka puszczy wstrzymana. Soft-PiS, wzmocniony kukizowcami i - być może - prawą stroną Platformy, nie tak zły, jak w arcypesymistycznej wizji Marcina Kamińskiego, ale, mówiąc szczerze, i tak całkiem niedobry.

Jaki kraj, taki Macron.

mordy zdradzieckie, kanalie

wtorek, 18 lipca 2017

PiS właśnie brutalnie, niekonstytucyjnie przejmuje władzę nad Sądem Najwyższym. Wszyscy podkreślają ustrojową rolę Sądu Najwyższego: To SN stwierdza ważność wyborów. Gdy więc już PiS "odzyska" SN, ten zatwierdzi wybory wygrane przez PiS dzięki złamaniu ordynacji wyborczej - lub też, jeśli tak się zdarzy, nie zatwierdzi wyborów przegranych przez PiS.

Nie wykluczam, że Jarosław Kaczyński, zły człowiek, będzie chciał skorzystać z tej możliwości. Jednak pośpiech, z jakim PiS dokonuje swojego zamachu, świadczy o tym, że cele są doraźne: Mianowicie chodzi o uniemożliwienie SN skierowania do drugiej instancji sprawy Mariusza Kamińskiego, koordynatora służb specjalnych, bezprawnie ułaskawionego przez prezydenta, a także o uniemożliwienie SN zbadania, czy sędzia Przyłębska została prawidłowo wybrana na prezesa TK.

Ponieważ jednak wiele osób nie dostrzega, że orzeczenie o ważności wyborów dotyka także ich praw fundamentalnych, a we wspomnianych sprawach widzi tylko ich aspekt "celebrycki", komentatorzy starają się wytłumaczyć, dlaczego niezawisły Sąd Najwyższy jest potrzebny zwykłym obywatelom.

Spróbuję i ja.

Sąd Najwyższy rozstrzyga kasacje oraz wydaje interpretacje prawa w sprawach mogących dotyczyć zwykłych obywateli, a zarazem bardzo skomplikowanych prawnie - na przykład dotyczących dziedziczenia, podatków czy różnych aspektów działalności gospodarczej. Otóż ja bardzo bym chciał, aby te wyroki, opinie i interpretacje wydawali sędziowie dobrani ze względu na swoje wysokie kompetencje merytoryczne i moralne, a nie ze względu na polityczne sympatie i lojalność. Niezliczone przykłady z różnych krajów i epok pokazują, że lojalność i posłuszeństwo władzy nie są tożsame z wysokim poziomem kompetencji. Na ogół bywa wręcz przeciwnie. Na naszym podwórku widzimy, jakie to tuzy prawnicze PiS skierował do Trybunału Konstytucyjnego. Nie ma powodu oczekiwać, że w wypadku SN byłoby inaczej. Przecież nie na darmo PiS forsuje przepis, wedle którego sędzią SN może zostać prokurator lub radca prawny z pięcioletnim stażem.

Nie chcę, żeby w Sądzie Najwyższym orzekały osoby o kwalifikacjach Misiewicza lub PiSowskich menedżerów stadnin koni.

Łańcuch światła pod Sądem Najwyższym

Protest w obronie niezawisłości Sądu Najwyższego, Warszawa, 16 lipca 2017

czwartek, 13 lipca 2017

Dwa lata temu pisałem, że Polska to wspaniały kraj i wytrzyma rządy PiSu, choć będzie ciężko. Dziś już nie jestem tego pewien. Gospodarka co prawda nadal jest rozpędzona - PO-PSL zostawiły ją w bardzo dobrym stanie, a jedyną zasługą PiS jest to, że jej natychmiast nie popsuły - bezrobocie jest niskie a program 500+ ma krótkotrwale korzystny wpływ na poziom zamożności. Jednak inwestycje zostały zahamowane, co fatalnie wróży na przyszłość, a tłumy Misiewiczów, których jedyną kompetencją jest to, że znają program PiS lub mają w PiS jakiegoś wujka, w praktyce gwarantują, że zarządzane przez nich spółki skarbu państwa i inne ważne instytucje popadną w kłopoty. PiS szykuje ukryte podwyżki podatków (abonament RTV, opłata paliwowa, zmiany w prawie wodnym). Zadłużenie rośnie tak szybko, jak chyba nigdy dotąd. Wbrew wszelkim światowym trendom, Polska stawia na energetykę węglową (co na razie skutkuje koniecznością oficjalnego importu węgla, być może z Rosji!), a PiS z premedytacją niszczy energetykę OZE. Mamieni obietnicami dostaw gazu z Ameryki, coraz bardziej uzależniamy się od dostaw z Rosji. Dalej, armia została katastrofalnie oslabiona: dowódcy pozwalniani, Lubuska Dywizja Kawalerii Pancernej rozbrojona, śmigłowców wielozadaniowych nie ma, o śmigłowcach szturmowych nawet nikt nie wspomina, obrony przeciwlotniczej nie ma (będzie - jeśli będzie - po 2022, ale za to ho, ho, jaka nowoczesna - i jaka droga!), za to za pieniądze przeznaczone na rozwoj sił operacyjnych powstaje prywatna armia ministra Macierewicza. Wokół Macierewicza, werbalnie niezwykle antyrosyjskiego (złodziej zawsze najgłośniej krzyczy "Łapaj złodzieja!"), kręcą się różne dziwne typki, przynajmniej pośrednio powiązane ze służbami rosyjskimi. Ostatnio padła nawet sugestia, że afera taśmowa rozgrywała się z udziałem rosyjskich służb. We wrześniu zobaczymy, do jakiego nieszczęścia doprowadziła minister Zalewska w oświacie, a w październiku, gdy zacznie działać sieć szpitali, doświadczymy załamania opieki zdrowotnej. Na płaszczyźnie międzynarodowej Polska jest izolowana (uchodźcy, rządy prawa, obawa przed rosyjską penetracją, publiczne wystąpienia antyniemieckie i antyfrancuskie naszych władz). Minister Jurgiel chce przywracać PGRy. Minister Szyszko wycina puszczę i drzewa w miastach. Nawet stadnin koni nie oszczędzili!

A gdy wejdą w życie najnowsze PiSowskie ustawy dotyczące prawa - o ustroju sądów powszechnych, o KRS, a przede wszystkim o Sądzie Najwyższym, ta ostatnia zgoszona jako projekt poselski (!), w środku nocy i w środku wakacji - będzie można oficjalnie ogłosić, że Polska przestała być demokratycznym państwem prawa. 

Teoretycznie ustawy te może jeszcze zawetować prezydent, ale raczej nie żywię złudzeń, że dr Duda się na to zdobędzie.

Przestałem w pewnym momencie komentować kolejne PiSowskie, bezprawne zmiany w Trybunale Konstytucyjnym, bo stało się to zupełnie jałowe. Dla porządku więc przypomnę, że po śmierci Lecha Morawskiego, dublera, Trybunał liczy 12 sędziów (przy czym wśród sędziów są osoby nie spełniające konstytucyjnego wymogu wyróżniania się wiedzą prawniczą, jak na przykład ta pani, która nie nadawała się do orzekania w Sądzie Okręgowym, bądź nieskazitelnością moralną, jak pan, który jako adwokat brał od klientów pieniądze, zwodził ich całymi miesiącami, ale żadnych czynności w ich sprawach nie wykonywał), plus trzech sędziów wciąż niezaprzysiężonych przez dr. Dudę, plus dwóch dublerów. Konstytucyjne stanowiska prezesa i wiceprezesa TK pozostają nieobsadzone: Za prezesa uchodzi pani wybrana niezgodnie nawet z uchwalonymi przez PiS przepisami, wiceprezesem zaś mianowano pana, który nie jest sędzią, ale to oni decydują o wyznaczaniu składów i terminów rozpraw. Nie ma więc kto uznać niekonstytucyjności PiSowskich przepisów, a gdy pan Zbyszek przejmie całkowitą kontrolę nad sądami, nawet rozproszona kontrola sądowa konstytucyjności prawa stanie się niemożliwa.

Co dalej, a raczej, kiedy i w jakiej kolejności dalej? Samorządy, media prywatne, cenzura? W 2019 odbędą się jakieś wybory, ale przy tak zmienionej ordynacji i zastraszaniu opozycji, że będzie to operacja czysto fasadowa, jak w Turcji czy w Rosji.

Witaj, Euroazjatycka Unio Gospodarcza!

Dietrich Monten, Finis Poloniae, 1831

P.s. Tak, wiem, że Kościuszko nie wzniósł tego okrzyku. 

P.p.s. Polecam też notkę drakainy.

sobota, 01 lipca 2017

Stosunek do przyjmowania uchodźców jest w tej chwili jednym z najważniejszych elementów dyskusji publicznej w Polsce. Doskonale zdając sobie sprawę, że obecnie blisko 3/4 Polaków jest przeciwko przyjmowaniu uchodźców, ja uparcie powtarzam swoje: Ze wszystkimi zstrzeżeniami, które już na tym blogu czyniłem, Polska powinna przyjmować uchodźców - jeśli nawet nie ze względu na solidarność z cierpiącymi, to z uwagi na nasz własny interes. Uchodźcy już są w Europie i nadal przybywają całymi tysiącami. Kraje południowej Europy, najbardziej wystawione na napływ uchodźców, nie radzą sobie z rozmiarami kryzysu i oczekują wsparcia od swoich europejskich partnerów. Jeśli my im tego wsparcia nie udzielimy, oni nie udzielą wsparcia nam, gdy my go będziemy w jakiejś innej sprawie potrzebować. Co więcej, nasza publicznie i z wielkim zadowoleniem przyprawiana sobie gęba rasistowskiego ksenofoba nikomu (może poza krajami V4, ale i to nie jest pewne) w Europie się nie podoba, więc inni też nam nie pomogą. Już prędzej nas ukarzą, nie wprost, ale tak konstruując europejski budżet i przyjmując takie regulacje, które nie będą odpowiadać naszym interesom.  

Mój prawicowy znajomy pyta się, czy mnie nie niepokoi, że po świecie przemieszczają się takie wielkie potoki ludzi. Ależ niepokoi mnie, nawet bardzo, ale nie mam na to wielkiego wpływu: To, że wielkie potoki ludzi się przemieszczają, należy uznać za warunek brzegowy.

Czy moglibyśmy jakoś ten warunek brzegowy zmienić? pyta znajomy i proponuje, aby na początek Europa ograniczyła konsumpcję: 

rzadziej zmieniać smartfony, sukienki, samochody, rzadziej jeździć na superwakacje na rafy koralowe i w Himalaje, pić mniej drogich alkoholi, nosić tańsze zegarki, itd, itp. Tak o 10% mniej. Może o 20%. Przywrócić tradycyjne "protestanckie" wartości: pracowitość, skromność, uczciwość (ale bez protestanckiej oschłości i ponuractwa!) Ale to dotyczy głównie bogatych krajów Zachodu - nas trochę też, ale mniej, bo my biedniejsi.

Z bardzo wielu powodów byłoby dobrze, gdyby Zachód (globalny Zachód, że tak to ujmę) ograniczył konsumpcję. Miałoby to też jakiś wpływ na poziom życia krajów Północnej Afryki i Bliskiego Wschodu, a także bardzo biednych i ciężko pracujących ludzi w Indiach, Bangladeszu czy Indochinach. Ale akurat Unia Europejska - owszem, przede wszystkim bogate kraje "starej Unii", ale bez zgody i kosztów dla Polski by się nie obyło - mogłaby zrobić rzecz niesłychanie prostą, ale politycznie w Europie bardzo trudną: znieść bariery chroniące rynek europejski przed afrykańskimi produktami rolnymi - warzywami i owocami, cukrem, bawełną, zdaje się, że także roślinami strączkowymi i oleistymi. One tam ze względów klimatycznych pięknie rosną, mogłyby rosnąć jeszcze piękniej, gdyby wprowadzić wyższą kulturę rolną, przetwarzanie, przechowywanie itd, ale Afryka nie może ich sprzedawać. A gdyby mogła, to z afrykańskiego punktu widzenia wielu ludzi miałoby pracę, poziom życia by wzrósł, młodzi mężczyźni mieliby inne perspektywy, niż wstąpienie do takiej czy innej armii lub partyzantki, głównie po to, aby grabić, gwałcić i mordować biednych chłopów. Z europejskiego punktu widzenia produkty rolne być może by odrobinę zdrożały, choć inni mówią, że wręcz przeciwnie, mogłyby potanieć, trudno mi to oszacować, ale na pewno bardzo wielu europejskich rolników (producentów rolnych) by splajtowało. A w europejskich krajach głosują europejscy rolnicy, afrykańscy chłopi, jeśli nawet głosują, to u siebie. Plantatorowi papryki, obojętnie czy z Hiszpanii, czy z Francji, czy z Polski, rozwiązaniem prostszym i bezpieczniejszym dla ich doraźnych interesów wydaje się zalecenie, aby wszystkich tych imigrantów odsyłać gdzieś do Libii czy Maroka, nawet jeśli to będzie kosztować dużo pieniędzy z kieszeni podatników, niż zgodzić się, że co prawda imigrantów będzie mniej, ale paprykę to ja sobie będę mógł uprawiać rekreacyjnie i będę musiał sobie poszukać innego zajęcia.

Nauczeni smutnymi doświadczeniami skutków dezindustrializacji, powinniśmy rozważać odległe skutki społeczne: Jakaś gmina - hiszpańska, francuska czy polska - żyła sobie nieźle z uprawy papryki. Plantacje upadły, bo dopuszczono konkurencję aftrykańską. Ci europejscy rolnicy, wraz z zatrudnianymi robotnikami rolnymi i ich rodzinami, nie znajdą innej pracy: Doliny Krzemowej tam nie ma i nie będzie, w najbliższej okolicy nie ma tradycyjnego przemysłu, co oni mają robić? Żyć z zasiłków, pardon, z lewicowej pensji obywatelskiej, która pozwoli na zaspokojenie elementarnych, level Europa, potrzeb życiowych, ale nie da żadnego poczucia sensu? O tym też trzeba pomyśleć.

Teoretycznie moglibyśmy mieć także wpływ na działanie wielkich korporacji surowcowych, które niemiłosiernie eksploatują Afrykę i, w pewnym stopniu, inne części świata, dewastując środowisko i korumpując lokalnych polityków, którzy wyżywają się potem na biedakach z innego ludu (narodu), mających - na skutek decyzji kolonialnych - pecha znajdować się pod ich władzą. Teoretycznie moglibyśmy mieć na to wpływ, ale wielkie korporacje stały się ponadnarodowe, wyalienowały się spod wpływów swych nominalnych rządów. Silna i naprawdę zjednoczona Unia Europejska mogłaby sobie jakoś z korporacjami poradzić, poszczególne kraje, nawet te duże, nie.

Są jeszcze dwa czynniki, które wpłynęły na ukształtowanie się obecnych warunków brzegowych i na które nie wyobrażam sobie, jaki moglibyśmy mieć wpływ. 

To prawda, że Europa Zachodnia zbudowała swoje bogactwo na niemiłosiernej, nieludzkiej, niebywale okrutnej eksploatacji swoich kolonii, więc teraz ma i wyrzuty sumienia, i można twierdzić, że ma wobec tych krajów jakieś zobowiązania, ale dziedzictwo kolonialne ma też dobre strony: demografię. Oprócz całego zła, Europejczycy przynieśli do kolonii i byłych kolonii elementy nowoczesnej medycyny, przede wszystkim szczepienia, higienę (w tym zasady dość elementarne, "nie pij wody skażonej odchodami"), a także ulepszone techniki produkcji żywności ("zielona rewolucja"). W efekcie populacja Afryki, Bliskiego Wschodu, Indii i innych krajów eksplodowała. W Syrii w roku 1960 mieszkało 4,5 mln ludzi. W roku 2011 23 mln. Pięciokrotny wzrost liczby ludności w ciągu pięćdziesięciu lat! Podobnie stało się w Egipcie, Etiopii i w krajach subsaharyjskich. I choć te kraje są wielkie, to brakuje zasobów, które mogłyby tę ludność wyżywić, nie ma pracy, nie ma perspektyw, epidemie wyeliminowano lub znacznie ograniczono, zostają więc tylko maltuzjańskie wojny: część młodych mężczyzn, nie mając perspektyw na normalne życie z pracy na roli czy w jakiejś fabryce, bo ani ziemi, ani takiej pracy nie ma (globalny Zachód lokuje swoje fabryki w Indiach i dalej na wschód, ale nie w Afryce czy na Bliskim Wschodzie), wstępują do jakiegoś wojska; pewnie zginą, ale co wcześniej użyją grabiąc, gwałcąc i mordując, to ich! Inni ludzie natomiast boją się, że zostaną zabici przez żołnierzy o nieco innym kształcie nosa lub wierzących w nieco innego Boga, albo skutków interwencji globalnego Zachodu, który oprócz przejmowania dochodów z ropy, chce wprowadzać demokrację i prawa człowieka, ale wprowadza głównie chaos (czyli całkiem na odwrót, niż Mefistofeles), albo boją się biedy na makabrycznie przeludnionej wsi czy w slumsach Nairobi, więc decydują się na ucieczkę. Gdyby ich było mniej, może jakoś by sobie poradzili. Ale ich jest dużo.

No i ostatni punkt: Mówi się, że wojna w Syrii jest pierwszą wojną klimatyczną. Coś jest na rzeczy. Wojnę domową poprzedziło kilka lat katastrofalnej suszy, w wyniku której ludność wiejska uciekła do miast. Gdy w przeludnionych miastach też zaczęło brakować wody i żywności, narastały napięcia społeczne, coś pękło i wybuchła wojna domowa wszystkich przeciwko wszystkim. Przy czym do suszy, jak mi się wydaje, przyczyniła się polityka państw, które zaczęły stawiać tamy na Eufracie, żeby nawodnić swoje pola, nie przejmując się losem ludzi mieszkająych w dole rzeki. Zdaje się, że coś podobnego z wolna szykuje się w Indochinach, gdzie kraje, przez które przepływa Mekong, też chcą go grodzić tamami, nie przejmując się tymi w dole. To dalej od nas, niż Syria, ale za to mieszka tam znacznie więcej ludzi.

Mekong Dam Project

Więcej o projekcie tam na Mekongu można przeczytać tutaj.

W Indiach natomiast gwałtownie ubywa wody w naturalnych podziemnych zbiornikach, z których korzysta 600 mln ludzi. Wody ubywa, bo ludzi i zwierząt hodowlanych jest o wiele więcej, niż dawniej, a opady są mniejsze. Pisałem o tym kiedyś na ś.p. blogu naukowym. Niechby 10% zagrożonych suszą ludzi postanowiło się gdzieś przenieść, a będziemy mieli wędrówkę ludów na skalę niespotykaną w przeszłości.