Kategorie: Wszystkie | Edukacja | Fizyka | Kryzys | Literatura | Muzyka | Polityka | Rozmaitości
RSS
sobota, 29 sierpnia 2009

Weekendowa Wyborcza przynosi przekład artykułu amerykańskiego profesora ekonomii, Gregory'ego Clarka (można też przeczytać oryginał, który ukazał się w The Washington Post). Clarkowi chodzi głównie o środki, jakie Amerykanie wydają na ochronę zdrowia i z tego punktu widzenia analizuje rozziew pomiędzy dochodami wykształconych i niewykształconych mieszkańców USA, a wszystko to w kontekscie reformy systemu ochrony zdrowia, jaką chce (na razie z marnym skutkiem) przeprowadzić prezydent Obama.

Mnie, jak zawsze, zainteresował pewien wątek poboczny. Kryzys gospodarczy kiedyś się skończy, ale, jak twierdzi Clark,

ekonomiczne problemy przyszłości [...] będą się wiązać [...] z nieuchronnym wzrostem liczby ludzi bez przydatnych na rynku umiejętności. Technologia nie załagodzi konfliktu społecznego, tylko go zaostrzy.

Clarkowi chodzi o to, że postęp technologiczny wypiera z rynku ludzi o niskich kwalifikacjach. (Neoluddyści będą wzywać do wyhamowania postępu technicznego, a ich polski manifest napisze profesor Majcherek.) Dalej Clark pisze (przekład lekko zmieniony w stosunku do Wyborczej):

Istotą problemu jest przecież rosnący rozziew pomiędzy dochodami pracowników wykwalifikowanych i niewykwalifikowanych. Czy wykształcenie da najbiedniejszym do ręki broń przeciwko maszynom? Wątpię. Już teraz rzekomo lepsze wyniki nauczania w szkołach średnich i college'ach są w znacznej części efektem zaniżonych wymagań. Można z całą pewnością sprawić, że każdy "ukończy" szkołę średnią, ale wątpić należy, czy tacy absolwenci zdobędą niezbędne kwalifikacje.

Tymczasem Polska śmiało, radośnie i przy wtórze wiwatów podąża właśnie drogą upowszechnienia wykształcenia średniego poprzez drastyczne obniżenie wymagań. To smutne, że amerykański profesor o zapatrywaniach lewicowych (zdaje mi się, że prawie wszyscy amerykańscy profesorowie nauk społecznych mają zapatrywania lewicowe) wie, że nie sposób jest wykształcić wszystkich trzymając jaki-taki poziom, natomiast polscy politycy z całego spektrum udają, że jest to możliwe. A może naprawdę nie wiedzą? Nie wiadomo, co gorsze. W rezultacie polskie wykształcenie średnie jest już niewiele warte. Ba, wiele osób z wykształceniem formalnie wyższym, zwłaszcza po modnych (i tanich w nauczaniu) kierunkach na przedziwnych uczelniach, ale na niektórych wielkich też, zupełnie nie radzi sobie na rynku pracy. Strach pomyśleć, dokąd my w ten sposób zmierzamy.

 

A tak zupełnie na marginesie, opublikowane przez Post komentarze do artykułu Clarka były w większości bardzo nieprzychylne (Clark zaleca, aby bogatsi w ten lub inny sposób subsydiowali biedniejszych). Przekleństw i pospolitych obelg co prawda nie zauważyłem, ale określenia typu this Bozo left wing pinko neo commie prof doesn't live in the real world były bardzo częste. No i teraz pytanie - czy to jest przykład chamstwa w Internecie, czy nie?

Nie ma cargo, więc może choć paciorki się znajdą? Może przyjedzie ktoś ważny z Ameryki - najlepiej Obama, jeśli nie Obama, to Biden, jeśli nie Biden, to chociaż Hillary Clinton - i powie, że jesteśmy ważni i dzielni? A tu guzik, na rocznicę wybuchu II Wojny Światowej przyjedzie William Perry, były sekretarz obrony, teraz special envoy Obamy. No, ładnie. Też uważam, że polityka prezydenta Obamy wobec Europy Środkowej jest błędna, ale przecież niczego innego nie należało się spodziewać. W Stanach narastają nastroje izolacjonistyczne, Obama - jakoś - walczy z kryzysem, usiłuje przeprowadzić reformę systemu ochrony zdrowia. Polityka zagraniczna, a już zwłaszcza Europa Środkowa, w której, z amerykańskiego punktu widzenia, nic ważnego się nie dzieje ani nie zdarzy w przewidywalnej przyszłości, schodzi na trzeci, a może i czwarty plan. Jednak wiele osób w Polsce poczuło się dotkniętych niskim szczeblem amerykańskiej reprezentacji. Pisze Monika Olejnik w komentarzu w Gazecie Wyborczej:

...to hańba, że na tak ważną rocznicę nie przyjedzie nikt ważny z Ameryki. Amerykanie wciągnęli nas w wojnę w Iraku, kłamiąc na temat prawdziwych intencji tej wojny, jesteśmy sojusznikiem niezwykle lojalnym przez wszystkie lata, a teraz się okazuje, że nie będzie ani tarczy, ani amerykańskich przedstawicieli na Westerplatte.

Od hańby niedocenienia polskich ofiar wojny Olejnik płynnie przechodzi do spraw aktualnych, granica między jednym a drugim właściwie nie istnieje. Tarcza to cargo, amerykańskie znaki poważania i szacunku to paciorki. Tymczasem, jak uparcie powtarzam, nie chodzi ani o tarczę, ani o dostawy broni, ani o piękne słowa pod naszym adresem, ale o przekonanie Ameryki, że mimo iż teraz Europa Środkowa jest szczęśliwie nudna, to stan taki nie musi trwać wiecznie i że w Ameryce widzimy długofalowe gwarancje naszego bezpieczeństwa.

Komentarz Olejnik jest reakcją (jedną z wielu) na wpis na Twitterze Sławomira Nowaka, bliskiego współpracownika Tuska:

Cała żenująca dyskusja o szczeblu reprezentacji USA na Westerplatte to wyraz naszych narodowych kompleksów.

Wpis ten ma wszelkie cechy działania z zakresu damage control, ale jeśli brać go dosłownie, ja się z nim zgadzam.

Skąd wreszcie bierze się taka nieczułość Amerykanów? Słusznie pisze Olejnik, że

dla Amerykanów wojna zaczęła się później, po ataku na Pearl Harbor.

No właśnie. Oburza nas amerykański amerykanocentryzm? No jasne, przecież cały świat powinien się patrzeć oczyma Polski.

niedziela, 23 sierpnia 2009

...mojego wpisu o kłopotach Tuska. Rozmawiałem wczoraj z moim przyjacielem-dyplomatą. Zwrócił on  uwagę na rzeczy, które nie są tajemnicą, o których zapewne pisała prasa, ale które jakoś mi umknęły i które nie pojawiają się w obecnych komentarzach.

1. Transakcja katarska - dopóki Polska nie miała podpisanego z Katarem kontraktu na dostawy skroplonego gazu, dopóty Rosja w ogóle nie chciała rozmawiać z Polską na temat dlugoterminowego kontraktu na dostawy rurociągami, próbując nas ustawić w pozycji Ukrainy, co roku szantażowanej zakręceniem kurka. To się zmieniło, gdy kontrakt na dostawy gazu z Kataru został podpisany, czemu zresztą Rosja na wiele sposobów próbowala przeszkodzić. Co prawda mamy Katarczykom płacić za gaz więcej, niż wynoszą ceny światowe, co prawda liczyliśmy na katarskie inwestycje w stocznie, z których chyba nic nie wyjdzie, ale jeżeli prawdziwym celem było poprawienie gazowych relacji z Rosją, cel został osiągnięty. Ratowanie stoczni było w tym kontekscie zaledwie celem pobocznym.

Trzeba jednak dodać, że rząd powinien był rozważać inne, niż tylko katarskie, sposoby osiągnięcia tego dodatkowego celu.

2. Polska zakupiła bezzałogowe samoloty rozpoznawcze (BSR) gdy ministrem obrony był Aleksander Szczygło. Dla oszczędności (sic!) nie wyposażono ich w odpowiedni system łączności, pozwalający na bieżąco sprawdzać, co samolot widzi. Zatem samolot leci, fotografuje, co jest na dole, ale zdjęcia można obejrzeć dopiero, gdy samolot wyląduje. Byłoby to przydatne, gdyby armia chciała wiedzieć, czy talibowie nie budują gdzieś stacjonarnych wyrzutni rakiet dalekiego zasięgu, ale jest niemalże bezwartościowe, jeśli chcemy sprawdzić, czy za wzgórzem pięć kilometrów stąd talibowie nie szykują zasadzki na nasz patrol. Wojsko narzeka, że BSR-y nie spełniają swoich funkcji i kieruje żale do "urzędników wojskowych", którzy kupili nie to, co trzeba. Z punktu widzenia wojska nie ma znaczenia, którzy urzędnicy nie sprawdzili się, ale dla analizy obecnej sytuacji jest to istotne. A narzekania prezydenta i jego urzędników na obecny rząd, który tnie wydatki na wojsko, przez co polscy żołnierze giną, brzmią w tym kontekscie wyjątkowo cynicznie.

Pamiętajmy przy tym, że w Afganistanie polskie wojsko uczestniczy w wojnie. Jest tragedią, gdy żołnierze giną, ale Polaków ginie o wiele mniej, niż Amerykanów czy Brytyjczyków.

piątek, 21 sierpnia 2009

Wracam do polemiki z artykułem Witolda Gadomskiego. Całkiem słusznie zauważa on, że nie mamy co marzyć o "polskich Harvardach" bez radykalnego zwiększenia strumienia pieniędzy płynących do szkolnictwa wyższego. I tu Gadomski pisze

Bez zwiększenia zasilania ze środków prywatnych polskie szkolnictwo pozostanie biedne, gdyż państwo zawsze będzie miało pilniejsze potrzeby.

Teza ta jest zapewne słuszna, choć możnaby dyskutować, czy państwo to, co przeznacza na szkolnictwo wyższe, alokuje w rozsądny sposób. W tej chwili państwo finansuje wszystko mniej więcej równo - i kierunki ścisłe na największych uniwersytetach, i studia techniczne, i politologię na dziesiątkach państwowych szkół wyższych. Być może to nie jest najlepszy pomysł, być może państwo swoją polityką finansową powinno ograniczać nabór na kierunki, po których trudno jest znaleźć pracę, które dają tylko pozór wyższego wykształcenia. Może finansowanie nie powinno być "płaskie", ale bardziej zróżnicowane, nakierowane na najlepszych. Przy czym, broń Boże, nie chciałbym, aby państwo kierowało się przede wszystkim mityczną "przydatnością": niech finansowane będzie i kształcenie znakomitych fizyków, i wybitnych filozofów, i rewelacyjnych antropologów, to poziom studiów powinien być zasadniczym kryterium. Poziom finansowania badań naukowych jest nieco bardziej zróżnicowany. Jednak efektem ubocznym jest to, że jeżeli któryś wydział czy uczelnia badań nie prowadzi lub prowadzi je marnie, na badania pieniędzy nie dostaje, ale to nie wpływa na poziom finansowania dydaktyki. Wydział taki coraz bardziej skupia się więc na dydaktyce, chce, dla ratowania finansów, przyciągnąć jeszcze więcej studentów płatnych, pracownicy, żeby ich obsłużyć, mają na pracę naukową jeszcze mniej czasu i tak oto popadamy w błędne koło.

Przyznać jednak należy Gadomskiemu rację, że nawet jeśli państwo będzie pieniądze dzielić mądrzej, to bez finansowania ze źródeł prywatnych, będzie kiepsko.

Niestety, w tym miejscu Gadomski porzuca rolę chłodnego i dość sprawnego analityka rzeczywistości, stając się lobbystą działającym na rzecz prywatnych szkół wyższych. Cóż bowiem proponuje? Po pierwsze

Dotacje z budżetu dla wszystkich uczelni

przy czym jednym z argumentów ma być to, że

Wyrównanie szans finansowych państwowych i prywatnych szkół powinno spowodować większe zainteresowanie zdolnej młodzieży szkołami prywatnymi. Będzie szansa na to, że najlepsze się przebiją i będą konkurować jak równy z równym z UW, UJ, SGH czy Politechniką Warszawską.

Rozumiem, że Gadomskiemu chodzi o dotacje na działalność dydaktyczną; jak pisałem poprzednio, uczelnie prywatne mogą ubiegać się o dotacje na działalność naukową, ale, dziwna rzecz, tego nie robią. Żeby zaś państwo mogło dać wszystkim dotację dydaktyczną, to albo musi zwiększyć globalną sumę pieniędzy na dydaktykę - co daj Boże, ale jak wskazuje przywoływany wyżej cytat, nawet sam Gadomski chyba w to nie wierzy - albo też musi zmniejszyć dotację dydaktyczną dla uczelni państwowych. Dalej, Gadomski uważa, że będzie korzystne, aby więcej najzdolniejszych maturzystów wybierało dobre uczelnie prywatne zamiast najlepszych uczelni państwowych. Przypominam, że Gadomskiemu marzą się "polskie Harvardy", ale to, co proponuje, oznacza równanie poziomu w dół! Nie rozumiem tej logiki. To tak, jakby, toutes proportions gardées, zabrać część środków i zdolnych kandydatów Harvardowi i administracyjnie przydzielić ich do Kalamazoo College (nic nie mam przeciwko tej uczelni, po prostu jest ona już przysłowiowa, jak, nie przymierzając, Pcim).

Nie bardzo też rozumiem skąd pomysł, iż państwowe dotacje będą się wiązać z większą kontrolą, co

pomoże wyeliminować szkoły najsłabsze.

Kontrola merytoryczna, w postaci Państwowej Komisji Akredytacyjnej, już jest. To właśnie opinia PKA zdecydowała o planowanym zamknięciu osławionej AHE w Łodzi. Państwowe finansowanie niczego tu nie zmieni. Pojawić się mogą tylko kontrole finansowe, ale akurat dokumenty finansowe wszystkie szkoły będą miały w porządku - to już nie jest drapieżny, oszukańczy kapitalizm wczesnych lat '90.

Jako drugi środek zaradczy Gadomski proponuje

Współfinansowanie przez studentów i pracodawców.

Z płaceniem za studia trzeba, moim zdaniem, uważać. Owszem, niech będą płatne kierunki najbardziej oblegane i modne - przy czym nawet i tu trzebaby bardzo uważać, żeby nie zinstytucjonalizować w ten sposób dziedziczenia niektórych zawodów - ale te kierunki uznawane za potrzebne (techniczne, ścisłe, przyrodnicze), na które trudno jest znaleźć kandydatów, nie powinny być płatne, bo to dodatkowo zniechęci ludzi do ich studiowania. Proszę mi zresztą powiedzieć, jeżeli państwo będzie dotować studia na uczelniach prywatnych, studenci uczelni państwowych zaś będą za swoje wykształcenie płacić, na czym jeszcze będzie polegać różnica pomiędzy uczelniami "publicznymi" a "niepublicznymi"?

A co z pracodawcami? Gadomski:

Pracodawcy (...) powinni narzucać szkołom standardy i kierunki studiów oraz partycypować w ich finansowaniu

a to dlatego, że

im lepiej wykształconych stażystów dostaną, tym mniejsze będą musieli ponosić koszty na podnoszenie ich kwalifikacji podczas pracy.

Tutaj Gadomski ulega mitowi "przydatności" i w interesie pracodawców chce przerzucić na uczelnie koszty przysposobienia zawodowego absolwentów. Tymczasem studia, w odróżnieniu od kursów przysposobienia zawodowego, nie polegają na zdobywaniu umiejętności bezpośrednio i natychmiast przydatnych w pracy. Współcześnie postęp techniczny - implicite mówimy w tym miejscu wszakże o studiach typu technicznego - jest tak szybki, że technologie i metody opanowane dzisiaj, za pięc lat mogą być już nieprzydatne. Technologii przydatnych dzisiaj i jutro powinien swoich stażystów nauczyć pracodawca. Studia przede wszystkim powinny nauczyć się uczyć, dać absolwentom ogólne przygotowanie z danej dziedziny  oraz podstawy do tego, aby za pięć-dziesięć lat mogli sami nauczyć się zupełnie nowych rzeczy ze swojej (lub pokrewnej, lub tylko luźno powiązanej) dyscypliny. Owszem, nauka przydatnych w pracy "konkretów" jest potrzebna, ale nie może być najważniejsza.

Poddanie się presji "przydatności" mogłoby być zgoła szkodliwe dla studentów. Owszem, znając mnóstwo rzeczy przydatnych tu i teraz, łatwiej znajdywaliby pracę, ale za kilka lat ich umiejętności już by się zestarzały. Naiwnie mogą sobie wyobrażać, że pracodawca poniesie wówczas koszty szkolenia ich w nowych umiejętnościach. Marzenia! Dlaczegóż pracodawcy mieliby to robić, skoro "za darmo" mogliby zatrudnić świeżych absolwentów, nauczonych na kursach zawodowych, pardon, na wyższych uczelniach aktualnie modnych rzeczy? A starzy, nieprzydatni pracownicy - niech sobie radzą sami. Szef co najwyżej napisze im ładny list rekomendacyjny. Weźmie z szablonu.

Jak więc pracodawcy mogą współpracować ze szkołami wyższymi? Oczywiście mogą mówić, co im się wydaje potrzebne, uczelnie zaś, w rozsądnych proporcjach, powinny to uwzględniać. Prcodawcy powinni organizować praktyki i staże, bo w ten sposób studenci poznają pracodawców i ich oczekiwania, ci zaś - studentów. Potem łatwiej im będzie przeprowadzić rekrutację. Być może należałoby wrócić do pomysłu stypendiów fundowanych (pracodawca wypłaca studentowi stypendium w zamian za obietnicę pracy) - to gdzieniegdzie mogłoby być realne. Wreszcie przedsiębiocy powinni współfinansować badania naukowe, zlecając uczelniom przydatne im, przedsiębiorcom, tematy. To byłoby najwspanialsze, ale z tym właśnie jest największy problem, bo w Polsce powstaje bardzo mało nowych produktów i technologii, wymagających uprzednich badań naukowych. I to właśnie napawa mnie największym smutkiem, gdyż polska gospodarka coraz bardziej odstaje od standardów cywilizacyjnych.

A poza tym Witold Gadomski proponuje

zaostrzenie kryteriów egzaminu maturalnego.

Tu akurat pełna zgoda, ale nie sądzę, żeby było to politycznie wykonalne. Polskie władze chwalą się upowszechnieniem, czyli tak naprawdę inflacją, wykształcenia średniego. Byłoby to niemożliwe bez obniżenia kryteriów maturalnych. Zauważalne ich podniesienie zniweczyłoby to źródło naszej państwowej (bo nie narodowej) dumy.

czwartek, 20 sierpnia 2009

Rząd Tuska ma poważne kłopoty, i to od razu dwa. Dotąd Tusk i Platforma szczęśliwie unikali poważnych problemów, ale obawiam się, że tym razem się nie uda.

Stocznie

W sprawie stoczni kilka kolejnych rządów, w tym zwłaszcza rząd Kaczyńskiego, dopuściły się licznych zaniedbań. Nigdy im tego nie zapomnimy. Rząd Tuska odziedziczył więc sytuację mocno zabagnioną. Niestety, minister Aleksander Grad, z pełnym - przynajmniej werbalnym - poparciem Tuska, dołożył swoje. W dzisiejszej Gazecie Witold Gadomski podsumowuje zabiegi rządu wobec stoczni. Hipoteza, iż transakcja katarska była wiązana - Polska godzi się na zakup gazu z Kataru na niezbyt korzystnych warunkach, za to Katar kupuje stocznie - brzmi bardzo prawdopodobnie. Oczekiwanie, czy Katarczycy zapłacą, czy nie zapłacą, późniejsze tłumaczenie, że chociaż nie zapłacili,  to może jednak jeszcze zapłacą, jest naprawdę żenujące. Wygląda na to, że nie zapłacą. Majątek stoczni ktoś w końcu kupi i może nawet wykorzysta z pożytkiem, ale stoczni już nie będzie. PiS tego Platformie nie zapomni. Gorzej, że rzecz dotyczy Pomorza, a więc regionu, gdzie Platforma jest (była?) szczególnie silna. Spadki poparcia tam będą dla Platformy szczególnie bolesne.

Generał

Kilka dni temu generał Waldemar Skrzypczak, ważny generał, publicznie skrytykował "urzędników wojskowych" odpowiedzialnych za dostawy sprzętu i wyposażenia wojskowego. Zrobił to w niedobrych okolicznościach, dosłownie nad trumną oficera zabitego w Afganistanie, poza tym Klich i część komentatorów odebrała słowa generała jako zawoalowane kwestionowanie cywilnej kontroli nad wojskiem. Była burza i zamieszanie, dzisiaj wydawało się, że sprawę generała udało się załagodzić, ale generał raptem obraził się, stwierdził, że Klich "zmanipulował jego słowa" i że on wobec tego z Klichem "nie chce mieć nic wspólnego", wobec czego sklada podanie o dymisję i odchodzi z wojska.

Wierzę, że z zaopatrzeniem wojska są problemy - przetargi się przeciągają, urzędnicy zamawiają nie to, co wojsku jest najbardziej potrzebne, szukając oszczędności tną wydatki na oślep, bez przemyślenia - ale generał miał 1001 okazji, żeby powiedzieć o tym Klichowi, nie musiał robić afery na całą Polskę. Podobno Klich "otrzymywał meldunki", które ignorował, ale generał nawet nie usiłuje twierdzić, że mówił o tym wszystkim Klichowi bezpośrednio. Zamiast tego niezbyt mądrze się tłumaczy, że zgodnie z drogą służbową, tylko Szef Sztabu Generalnego mógłby cokolwiek mówić ministrowi - oczywisty nonsens, zważywszy na fakt, że generał Skrzypczak średnio raz na tydzień uczestniczył w oficjalnych, ale zamkniętych dla mediów naradach z Klichem. Oczywiście internet aż huczy od komentarzy, że generał ma rację, że żołnierze wysłani na wojnę (sic!) w Afganistanie są źle wyposażeni etc. Powstało zatem wrażenie, a może nawet coś więcej, niż wrażenie, że jest konflikt pomiędzy cywilnym kierownictwem MON i generałami robiącymi karierę urzędniczą z jednej, a wyższymi oficerami liniowymi z drugiej strony. To jest fatalne i bardzo obniża prestiż Klicha i całego rządu.

Nie wiem, czy generał miał początkowo rację, czy nie, ale jego słowa brzmiały poważnie. Ale jego dzisiejsze zachowanie to farsa. Tak sobie spekuluję - podkreślam, spekuluję: Generał Skrzypczak ma trzy gwiazdki i jest Dowódcą Wojsk Lądowych, przy czym jego kadencja na tym stanowisku kończy się za półtora miesiąca. Wyżej są tylko cztery gwiazdki i stanowisko Szefa Sztabu Generalnego. Może generał doszedł do wniosku, że na to nie ma szans i postanowił odejść z hukiem, w glorii obrońcy prawdziwego wojska przed nieudolnymi cywilami? A gdy pierwotny huk się rozszedł nie czyniąc szkody, huknął już całkiem absurdalnie, ale tak, że nie można udawać, że nic się nie stalo ("minister zmanipulował"). Czyżby - i to są właśnie spekulacje - generał szykował sobie stanowisko w BBN? Generał, niewątpliwie doświadczony i bardzo popularny w wojsku, za to skonfliktowany z Klichem, bardzo by się prezydentowi przydał. Mam nadzieję, że generał tylko niechcący zaplątał się w aferę, która go przerosła i z której postanowił wyjść honorowo, odchodząc w stan spoczynku. Jeżeli jednak za miesiąc-dwa okaże się, że generał przyjmuje propozycję prezydenta i przechodzi do BBN, będzie to bardzo, bardzo smutne, bo oto okaże się, że i prezydent, i generał po prostu używają armii do rozgrywek politycznych (prezydent) i osobistych (generał) z ministerm Klichem. Paradoksalnie, ten ostatni wyszedłby z afery moralnie najmniej umoczony, ale nie wyobrażam sobie, że mógłby współpracować z BBN reprezentowanym przez generała Skrzypczaka. Klich będzie się musiał podać do dymisji, a prezydent będzie cię cieszył, że ustrzelił ważnego ministra z rządu Tuska.

Powtarzam, mam nadzieję, że generał Waldemar Skrzypczak w takiej grze nie uczestniczy. Panie generale...?

poniedziałek, 17 sierpnia 2009

Ten sam numer Gazety Wyborczej, który cytowałem wczoraj, przynosi też artykuł Witolda Gadomskiego Dobra uczelnia to bogata uczelnia. Artykuł dzieli się na dwie części: Przez trzy i pół kolumny Gadomski opisuje stan polskiego szkolnictwa wyższego, pewne jego aspekty, i opis ten jest całkiem rozsądny. Ostatnie pół kolumny autor poświęca na propagowanie środków zaradczych, które, moim zdaniem, są zupełnie fałszywe, sam zaś Gadomski jawi się jako lobbysta działający na rzecz uczelni prywatnych.

Gadomski stwierdza, że w Polsce nie ma rynku wiedzy, tylko rynek dyplomów, zaś słabe uczelnie konkurują z mocniejszymi tym, że formalnie równoważne wykształcenie oferują za niższą cenę:

...dopóki na rynku wyższych uczelni nie handluje się wiedzą, lecz dyplomami, przewagę mają ci, którzy konkurują ceną, a nie jakością.

Dopóki na rynku pracy będzie popyt na ludzi ze słabymi dyplomami, ale jednak z dyplomami, szanse na znaczne podniesienie generalnego poziomu szkolnictwa wyższego w Polsce są marne. A popyt jest, teraz każda sekretarka w biurze, każdy przedstawiciel handlowy, muszą mieć co najmniej licencjat. Jest to inflacja wykształcenia wyższego, będąca zapewne pochodną inflacji wykształcenia średniego. Obecny maturzysta - pomijam wyjątki, mam na myśli wartości z okolic maksimum rozkładu - jest bardzo źle wykształcony. Zapewne pracodawcy to podskórnie czują, chcą więc nawet do stosunkowo prostych prac mieć kogoś, kto ma za sobą choćby te trzy dodatkowe lata nauki, a nuż czegoś sensownego się w tym czasie dowiedział? Ale prawo podaży i popytu działa w dwie strony: skoro mnóstwo młodych ludzi szło na studia "żeby postudiować" lub żeby opóźnić wejście na rynek pracy (i w dorosłość!), zwiększyła się podaż osób z wykształceniem formalnie wyższym, pracodawcy mieli z kogo wybierać, mogli więc śmiało żądać wykształcenia wyższego nawet tam, gdzie nie jest ono potrzebne, gdzie wystarczyłoby rzetelne wykształcenie średnie. Z przerażeniem stwierdzam, że obecnie analogicznej inflacji podlega doktorat. Tylko habilitacja jeszcze się trzyma, ale minister Kudrycka i wiele innych osób, być może nawet działających w dobrej wierze, usilnie stara się ją znieść a przynajmniej osłabić.

Dopóki zatem będzie istnieć dużo stanowisk pracy, dla objęcia których trzeba będzie spełnić formalny wymóg posiadania wyższego wykształcenia, jakość zaś tego wykształcenia będzie mniała znaczenie drugorzędne, będą kwitły uczelnie handlujące dyplomami. 

Gadomski twierdzi, że

Na polskim pracodawcy dyplom ukończenia UW, SGH czy UJ robi większe wrażenie niż dyplom AHE...

To chyba jest mit. Niewątpliwie istnieją tacy pracodawcy i takie stanowiska pracy, gdzie jakość dyplomu się liczy, ale jest ich stosunkowo niewiele. Gadomski zaraz dodaje:

...ale dla absolwenta jest co najwyżej biletem wstępu, a nie gwarancją kariery.

Ano właśnie. Gdyby było jasne, że dobry absolwent dobrej uczelni będzie mógł łatwo znaleźć ciekawą i satysfakcjonującą pracę, moglibyśmy liczyć na powstanie "polskich Harvardów", gdzie na bardzo wysokim poziomie kształcono by najlepszych studentów. Niestety, takiej pracy jest niewiele i nawet osoby kończące z dobrymi wynikami dobre uczelnie, zwłaszcza kierunki nie-ścisłe, kończą "wykładając chemię w Biedronce". To dodatkowo demobilizuje studentów i wpływa na pogorszenie się poziomu studiów.

Absolwenci kierunków ścisłych albo pracują naukowo, albo emigrują, albo się przekwalifikowują. Jak wielokrotnie pisałem, koniecznośc przekwalifikowania nie oznacza, że studia były stratą czasu. Po przekwalifikowaniu ludzie i tak wykorzystują wiele z tego, co wynieśli ze studiów, a przede wszystkim mogli się przekwalifikować w stronę potrzebną na rynku pracy, której to możliwości absolwenci majcherkowych "politologii i psychologii" są na ogół pozbawieni! Jeszcze inaczej jest z inżynierami. Owszem, wielu pracodawców donosi, że brakuje im inżynierów, ale poszukiwani są głównie inżynierowie doświadczeni, z uprawnieniami i bogatym portfolio zrealizowanych projektów. Inżynierowie młodzi, bez doświadczenia, bez uprawnień, zatrudniani są niechętnie i za psie pieniądze, bo tacy niewiele mogą, trzeba zaś w nich dużo inwestować. Nie wiadomo, czy za kilka lat firma będzie jeszcze istnieć i czy aby delikwent nie zmieni pracy, więc inwestycja może się nie zwrócić. Ci, którzy zacisną zęby, przebiedują kilka lat, zrobią uprawnienia, potem pracują i żyją na wysokim poziomie. Jednak wiele osób oczekuje, że inżynier zaraz po studiach będzie zarabiał krocie, realizował ciekawe projekty i jeździł po świecie; tak się nie dzieje i stąd bierze się rozczarowanie kolejnych roczników absolwentów, rzutujące na nabór na trudne kierunki techniczne.

Polska potrzebuje więc miejsc pracy dla dobrych absolwentów studiów wszelkiego rodzaju, w tym pracy dla młodych inżynierów. Niestety, tu uczelnie wiele same nie mogą zrobić, tu musi zadziałać rynek i polityka. Polska wciąż ma jeszcze szanse przekształcić się w kraj gospodarczo nowoczesny. Konserwowanie status quo i kunktatorskie odwlekanie decyzji szanse te oddala. A wtedy żegnajcie marzenia o cywilizacji!

Wróćmy do Gadomskiego. Całkiem słusznie powiada on, że tylko bogata uczelnia może nauczać na wysokim poziomie. Jeśli brakuje pieniędzy, to

Nie ma mowy o pracy naukowej, o przyciągnięciu bardziej znanych naukowców, o ciekawych konferencjach z udziałem znanych naukowców z Polski i ze świata.

Prawda, ale też uczelnie handlujące dyplomami żadnej tego typu aktywności nie prowadzą, bo i po co? Jak niedawno mówił nasz dziekan, większość (są nieliczne wyjątki) uczelni prywatnych nawet nie ubiega się o ministerialną dotację na "działalność statutową", czyli na prowadzenie badań naukowych (to jest inna pula pieniędzy niż ta przeznaczona ta finansowanie dydaktyki, w tym etatów!). Uczelnie te skupiają się na dydaktyce, na ogół na marnym poziomie, żyją wyłącznie z czesnego, badań żadnych nie prowadzą. Dosypanie im pieniędzy w postaci państwowej dodatcji dydaktycznej, co postuluje Gadomski, niewiele zmieni. Może będzie można lekko obniżyć czesne, może będzie można nieco podnieść pensje wykładowców i wymagać od nich, żeby nieco mniej lekceważyli prowadzone zajęcia, ale nie widzę, w jaki sposób miałoby to zaowocować owymi "ciekawymi konferencjami" i temu podobnymi. Co więcej, państwowe dotacje dydaktyczne dla prywatnych uczelni nie rozwiążą podstawowej sprzeczności pomiędzy dbaniem o poziom studiów i troską o ilość studentów-płatników. Jeśli student wyleci, uczelnia straci cząstkowe źródło przychodu, nieważne, czy z czesnego, czy z państwoej dotacji. A jeśli wszyscy "muszą" zdać, natychmiast prowadzi to do dramatycznego obniżenia poziomu.  

 

niedziela, 16 sierpnia 2009

W najnowszej Gazecie Wyborczej (Świątecznej) ciekawy wywiad z dr. Dawidem Wienerem z Zakładu Logiki i Kognitywistyki UAM. O tym, że dziś, w czasach natłoku informacyjnego, nasze mózgi działają inaczej, niż dotąd: mózg "oszczędza siły" i przetwarzając informacje, nie uruchamia struktur odpowiedzialnych za empatię, o ile informacja nie dotyczy nas osobiście. Podejrzewa się także, iż mózgi dzieci, wychowywanych przez telewizor, komórkę i komputer podłączony do sieci, rozwijają się inaczej, pod pewnymi względami działają jak mózgi osób dotkniętych autyzmem. Wszystko to jest bardzo frapujące, mnie jednak zainteresował pewien poboczny fragment:

...kontakt z książką, która pachnie i szeleści, jest dużo bardziej stymulujący. Czytanie to poniekąd poznanie ucieleśnione - embody cognition [tak w oryginale] - najbardziej naturalny i skuteczny sposób poznawania świata. Dowodem może być prosty eksperyment: dwie klasy, ten sam program. W jednej korzystano z książek, w drugiej z laptopów i tablicy świetlnej. I co? Uczniowie z elektronicznej klasy mieli problemy z wykorzystaniem wiedzy w praktyce.

"Embody" to chyba pomyłka, to nawet nie ma sensu gramatycznie. Zapewne chodzi o Embodied cognition. O ile kognitywistyka budziła dotąd u mnie podejrzliwość, gdyż podczas moich - nielicznych - kontaktów z tą dyscypliną odniosłem wrażenie, że jest to jakieś ponowoczesne bicie piany (sieci neuronowe dowodem na to, że Boga nie ma), o tyle wskazany tekst wygląda sensownie i będę się musiał z nim lepiej zapoznać (a także z tym). Mnie jednak zafrapował króciutki opis eksperymentu z dwiema klasami, "konwencjonalną" i "elektroniczną". Widzę to bowiem w kontekscie dyskusji na temat nauczania (wykładania) przedmiotów informatycznych w dobie prezentacji komputerowych. Wykładowca przygotowuje swoje wykłady w postaci elektronicznej, wyświetla je studentom, potem udostępnia w sieci - w efekcie studenci często na wykładzie się nudzą, chodzi ich niewielu, ale potem egzamin zdaje o wiele więcej. W zeszłym roku dochodziło już nawet na naszym Wydziale do scysji pomiędzy pewnymi wykładowcami (na szczęście - jeszcze? - nie dotyczyło to mnie-wykładowcy) a studentami, którzy twierdzili, że takie wykłady to strata czasu. Ja nawet studentów poniekąd rozumiem, po co słuchać czegoś, co można in extenso przeczytać w sieci. Wykład prezentowany z komputera to nowoczesna forma przysłowiowego odczytywania skryptu przez wykładowcę; jedyna różnica polega na tym, że skrypt nie jest stary, może być (i często jest) co roku uaktualniany. Z drugiej strony trzeba spróbować zrozumieć i wykładowcę: starał się, zrobił slajdy najlepiej, jak umiał, zawarł w nich potrzebą wiedzę, wyświetlił slajdy, a potem opublikował je w sieci. Cóż jeszcze można było zrobić?! No, ja na swoich wykładach zawsze staram się mówić więcej i inaczej, niż jest na slajdach, staram się tłumaczyć, ale czy mam prawo oczekiwać tego od wszystkich wykładowców, także tych, którzy przygotowując swoje elektroniczne wykłady, naprawdę, naprawdę się przyłożyli?

Teraz jednak czytam, że w klasie "konwencjonalnej" wyniki były lepsze, niż w klasie "elektronicznej". Czy w kontekscie wykładów na studiach wyższych miałoby to oznaczać, że studenci, którzy muszą słuchać i notować, więcej zrozumieją? Że ten element fizycznej interakcji z rzeczywistością (embodied cognition!), jaką jest zapisywanie, pozwala więcej zrozumieć? Natomiast bierne śledzenie gotowych prezentacji sprawia, że do słuchaczy mniej dociera? A może raczej chodzi o to, że wykładowca, który nie ogranicza się do wyświetlania następnych slajdów (ekranów), łapie lepszy kontakt ze słuchaczami i czuje, co powinien lepiej wytłumaczyć? Jedno i drugie brzmi sensownie. Prof. Staruszkiewicz zawsze twierdził, że na wykładach kursowych wszystko powinno się przeliczać ręcznie, tylko kreda i tablica. No dobrze, ale co z rysunkami (moja pierwotna motywacja do przygotowywania wykładów w formie elektronicznej) i skomplikowanymi przykladami, których nie można zrobić na bieżąco podczas wykładu? Nie wiem. Wiem natomiast, że nad dydaktyką w dobie komputera, beamera (i "klikera"), trzeba się poważnie zastanowić.

Pomysł: a może nasz Wydział mógłby zorganizowac konferencję na temat nowoczesnej dydaktyki informatyki na poziomie wyższym?

wtorek, 11 sierpnia 2009

Prasa pełna jest dyskusji o chamstwie w polskim internecie. Zaczęła Polityka, ale później wielkie poruszenie wywołała sprawa Doroty Świeniewicz. W związku z tą sprawą dzisiaj w Wyborczej Jacek Żakowski domaga się jakichś form kontroli nad wypowiedziami na forach największych portali; Michał Olszewski i Paweł Wujec odpowiadają, że byłaby to forma cenzury, z którą to konstatacją ja się zgadzam. Swoje dokłada też Newsweek. Słowem, jest strasznie, donoszą media.

Jest prawdą, iż internetowe chamy są w polskim internecie aż nadto widoczne i w każdej dłuższej dyskusji pewna ilość wyzwisk i obelg musi się pojawić. Warte przeanalizowania - poważnego przeanalizowania - byłoby to, czy polski internet jest pod tym względem szczególnie osobliwy (powszechna opinia jest, że tak, ale łatwo można znaleźć przykłady straszliwego chamstwa i obelg na forach anglojęzycznych), a jeśli tak, to dlaczego. Moim zdaniem jest to pochodna tego, iż Polaków nikt nie uczy dyskusji, więcej, że dyskusja, ścieranie się racji, nie cieszy się w Polsce szacunkiem. Nie chodzi mi nawet o formalne ćwiczenia grzecznych uczniów elitarnych liceów czy studentów prawa. Chodzi o samą zasadę. W Polsce "dyskusja" oznacza próbę całkowitej dyskredytacji, nieledwie unicestwienia przeciwnika. Nie można wymieniać argumentów, to bowiem zakłada, że przeciwnik może mieć jakąś cząstkową rację, przyznanie zaś choć takiej racji oponentowi byłoby strasznym dyshonorem, oznaką słabości, czymś nie-do-po-myś-le-nia. Nie możemy też zakładać dobrej woli naszego oponenta, przecież on nas pragne zniszczyć równie mocno, jak my jego. W dodatku nagminnie stosowana jest zasada pars pro toto: My, cokolwiek "my" oznacza, jesteśmy doskonali w każdym calu, najmniejsze uchybienie naszej doskonałości zburzyłoby cały nasz argument. Na odwrót, "oni" nie dość, że nie mają racji, to na dodatek są fizycznie i moralnie obrzydliwi. Dla komuny przeciwnik polityczny nie był po prostu przeciwnikiem, musiał być "zaplutym karłem". Ale ośmiel się powiedzieć, że za komuny zdarzyło się coś pozytywnego - cokolwiek, typu likwidacja analfabetyzmu - a ipso facto ogłosisz się zwolennikiem Stalina, mordu katyńskiego, zabójstwa księdza Popiełuszki i ubeckiego donosicielstwa.

Celem dyskusji jest więc zniszczenie, a co najmniej zohydzenie oponenta. Często brakuje argumentów, pozostaje jedynie bogaty arsenał środków zohydzających, a że argumenty się, w gruncie rzeczy, nie liczą, pozostają zniewagi. I takie właśnie osoby są szczególnie widoczne w internecie. W efekcie jeśli jesteś przeciwnikiem PiS, jesteś platfusem, popaprańcem, sprzedawczykiem, brak ci patriotyzmu. Rzecz jasna, jeśli jesteś zwolennikiem PiS, jesteś pisiorem, kartoflem, moherem i liżesz d... Rydzykowi. Tylko skrajności są dopuszczalne.

Na to nakłada się polskie przewrażliwienie, związane, moim zdaniem, z bardzo niskiem poziomem zaufania i z obroną integralności naszego wizerunku. Podświadomie każdą uwagę krytyczną, nawet uprawnioną i wygłoszoną bez złych intencji, traktuje się jak obelgę. Dla przykładu, autorka artykułu w Newsweeku powiada, że pani Świeniewicz, która po przerwie wróciła do kadry siatkarek, poczuła się niezwykle dotknięta internetowym komentarzem

Absolutnie nie rozumiem tej decyzji. Budowanie kadry trener rozpoczyna od wypalonej zawodniczki?!

Komentarz nie jest dla pani Świeniewicz przychylny, ale nie jest chamski ani obraźliwy; ja go w każdym tak nie odbieram. Ktoś uważał, że pani Świeniewicz jest psychicznie lub fizycznie wypalona, więc to napisał. Miał do tego prawo. A gdy pani Świeniewicz w końcu z płaczem zrezygnowała z gry w reprezentacji i pojawił się komentarz (wciąż cytuję za Newsweekiem)

Jest słaba psychicznie i dobrze, że sobie poszła

pani Świeniewicz nazywa to "maniakalnymi atakami". Bez przesady. Komentarz, znów, jest nieprzychylny, krytyczny, ale nie jest chamski, wulgarny czy też maniakalny.

Przy czym nic do pani Świeniewicz nie mam, nie oceniam ani jej gry, ani osoby, używam tego przykładu tylko do zilustrowania tezy, iż niewątpliwe chamstwo potęgowane jest przez przewrażliwienie, każące za chamstwo brać wszelką krytykę.

Tym niemniej, chamstwo w polskim internecie jest. Chamstwu w życiu należy się przeciwstawaić siłom i godnościom osobistom, jak głosi klasyk polskiego kabaretu. Proponuję godność. Pisuję w sieci już od tak dawna, że niejedno widziałem, niejednego doświadczyłem i mogę się podzielić moimi światłymi uwagami.

  1. Jeśli chcesz kogoś - osobę publiczną lub współuczestnika dyskusji - skrytykować, do czego masz prawo, nie uciekaj się do obelg. Niech twoja polemika będzie merytoryczna. Nie porównuj przeciwnika do Hitlera, Stalina, Rydzyka et consortes. Niech twoim celem będzie przekonanie przeciwnika lub milczącej publiczności, nie zaś unicestwienie go.
  2. Nie odpowiadaj na zaczepki. Jeżeli ktoś rzuci w ciebie stekiem obelg, zignoruj to. Nie odpowiadaj podobnymi obelgami. Nie wdawaj się w pissing contest.  Ale też nie wylewaj żalów w równoległych wypowiedziach. Wszysto to sprawia radość temu, kto cię zaatakował, świadczy o tym, że zaczepka cię dotknęła. Nie dawaj mu tej satysfakcji. Jest szansa, że atakujący, którego ataki trafiają w próżnię, zabierze swoje zabawki i pójdzie do domu. Możesz natomiast zgłosić abuse, ale nie trąb o tym na forum.
  3. Broń kultury dyskusji. Jeżeli ktoś chamsko atakuje kogoś innego, nie ciebie, stanowczo, ale grzecznie i bez obelg napisz, że nie życzysz sobie takich wypowiedzi. Jeśli pissing contest już się rozpoczął, napisz to pod adresem wszystkich uczestników "sporu", także tych, z którymi skądinąd sympatyzujesz. Zrób to raz, a potem cały ten wątek ignoruj. Możesz zgłosić abuse.
  4. Jeżeli ktoś habitualnie atakuje twoje wypowiedzi, co prawda nie używając wyzwisk, ale robiąc to przy każdej nadarzającej się okazji, należy się domyślać, że celem tej osoby nie jest polemika, tylko zniszczenie ciebie. Zaatakowany (bez wyzwisk!), raz i drugi możesz podjąć dyskusję, zakładając dobrą wolę przeciwnika. Uparte ataki mogą jednak świadczyć o braku dobrej woli. W takim wypadku wyjście jest tylko jedno: ignoruj tę osobę.
  5. Nigdy nie dyskutuj z trolami!
  6. Jeśli prowadzisz dyskusje na Usenet lub też otrzymujesz wrogie listy na prywatny adres, naucz się obsługiwać kill file, filtrujący wypowiedzi osób próbujących cię zaatakować. To bardzo poprawia samopoczucie i jest zinstytucjonalizowaną formą ignorowania tych, którzy cię niesprawiedliwie atakują. W wypadku otrzymywania wielu obelżywych listów prywatnych, zgłoś abuse.
  7. Nie domagaj się wprowadzenia cenzury po każdym ataku skierowanym przeciwko tobie.

  8. PS. Dopuszczaj możliwość przegranej w dyskusji. Może dasz się przekonać? A może i ty, i twoi oponenci pozostaniecie przy swoim zdaniu? Nic wielkiego się nie stanie.
poniedziałek, 03 sierpnia 2009

To zadziwiające, ale odkąd Anuszka napisała o kulcie cargo, a ja wdałem się z nią w dyskusję, coraz częściej dostrzegam coś, co da się w tych kategoriach zakwalifikować. Oto w dzisiejszym Newsweeku Grzegorz Kostrzewa-Zorbas pisze (Newsweek jeszcze nie daje tego w wersji elektronicznej):

Sprawę tarczy antyrakietowej rozegraliśmy źle. Nie powiedzieliśmy jasno, że nie chodzi nam o instalację militarną, ale o amerykańskie gwarancje dla Polski.

To moja teza. Liczą się długoterminowe gwarancje amerykańskie, zgoda na tarczę miała tylko przekonać Amerykanów do udzielenia takowych gwarancji. Pisałem też, że kładzenie przez władze Polski całego nacisku na tarczę antyrakietową, może okazać się chybioną inwestycją. No i proszę, Amerykanie się z budowy tarczy - a przynajmniej z budowy tarczy w Polsce - wycofują, a myśmy nie uzyskali ani gwarancji długoterminowych, ani korzyści doraźnych, cargo. Przy czym powtarzam, długoterminowe gwarancje amerykańskie dla Polski to nie jest cargo, tylko najżywotniejszy strategiczny polski interes narodowy, tu zdania nie zmieniłem. I Polska będzie na te gwarancje musiała ciężko zapracować.

Kostrzewa-Zorbas pisze dalej

Wstrząsem dla Polaków może okazać się koniec epoki nieustannego, wręcz należącego się nam - prymusom Europy Środkowej - rozwoju i awansu.

No właśnie, jest jasne, ba, jest oczywistą oczywistością, że przedstwiciele cywilizacji bardziej rozwiniętej (Stany, Europa Zachodnia) powinni - i będą! - dostarczać przedstawicielom cywilizacji gorzej rozwiniętej dóbr wszelakich, tylko dlatego, że oni to oni, a my to my. To jest kult cargo w postaci czystej.

Widzę, że przynajmniej część polskich polityków zaczyna myśleć o międzynarodowej roli Polski i czekających ją zadaniach w sposób nie-magiczny. To dobrze.