Kategorie: Wszystkie | Edukacja | Fizyka | Kryzys | Literatura | Muzyka | Polityka | Rozmaitości
RSS
środa, 18 sierpnia 2010

W kulturze europejskiej mamy dwie tradycje stosunku do przeciwników: tradycję plemienną i tradycję rycerską.

W tradycji plemiennej nie ma przeciwnika. Jest wróg. Wróg, którego trzeba znieważyć, wyśmiać, poniżyć, wyszydzić. Wróg, którego święte miejsca i symbole trzeba zniszczyć i splugawić. Wróg, którego trupa trzeba zbezcześcić, rozsiekać, zostawić bez pogrzebu, dać psom na pożarcie. Wróg, którego kobiety trzeba zabić lub zgwałcić. My bowiem jesteśmy wielcy i wspaniali, ale musimy być całkowicie wielcy i wspaniali, gdyż nasza wielkość i wspaniałość ma charakter sakralny. Najmniejsza pochwała wroga oznaczałaby, że my nie jesteśmy wielcy i wspaniali bezwględnie i całkowicie, że na nas samych jest jakaś rysa. Najmniejsza opieszałość w poniżaniu wroga oznaczałaby brak gorliwości w obronie naszej wspaniałości. Skoro jednak integralność naszej wspaniałości zostałaby naruszona, nie mogłaby ona mieć charakteru sakralnego. Desakralizacja zaś naszej wspaniałości unieważniłaby ją całkowicie.

W tradycji rycerskiej przeciwnika się wychwala, podnosi jego cnoty i męstwo, podkreśla zalety, co przecież nie umniejsza naszych własnych cnót i zalet. Jego świętości się szanuje. Jeśli przeciwnika uda nam się pokonać, sprawia mu się godny pogrzeb. Jego kobiety i dzieci się oszczędza. Oczywiście jest w tym drugie dno: Skoro przeciwnik jest taki wspaniały, tym większa będzie nasza chwała, jeśli uda nam się go pokonać, ale też tym mniejsza hańba, jeśli to my przegramy. Jeśli my uszanujemy ciała poległych przeciwników, możemy liczyć, iż przeciwnik uszanuje ciała naszych.

Obie te tradycje wciąż współistnieją - zgoda, nie w stanie czystym. Tradycję plemienną najlepiej widać w zachowaniach "kibolskich". O tradycji rycerskiej pięknie pisali wybitni myśliciele, choćby Johan Huizinga i Maria Ossowska, ale to tradycja plemienna ma bodaj donioślejsze umocowania literackie: Oto jest Kreon każący zostawić niepogrzebane ciało Polinejkesa, oto syn Achillesa biorący Andromachę za nałożnicę, oto Agamemnon biorący Kassandrę, oto wreszcie Achilles włóczący ciało Hektora wokół murów Troi. Myślę, iż chwila, w której Achilles ulitował się nad Priamem i wydał mu sponiewierane ciało Hektora, oznaczała narodziny postawy rycerskiej.

Piszę to wszystko pod wpływem wydarzeń w Ossowie. Kim my jesteśmy, której tradycji jesteśmy wierni?

poniedziałek, 16 sierpnia 2010

Kilka tygodni temu na stronach MNiSW opublikowano ósmą wersję projektu zmian w ustawach reformujących naukę. Jest to zapewne wersja ostateczna, która jesienią trafi pod obrady Sejmu. Habilitacja, z której proponenci reformy uczynili czarnego luda, rzekomo hamującego rozwój nauki w Polsce, pozostaje, ale proponowana procedura doprowadzi do deprecjacji tego stopnia naukowego.

1. Habilitacja

Po pierwsze, bez habilitacji nie będzie można być adiunktem dłużej niż osiem lat (str. 57 projektu). Wydaje mi się, że to zbyt krótko. Osoby bardzo zdolne na pewno sobie poradzą, ale osoby zaledwie zdolne, w dodatku przeciążone dydaktyką - niekoniecznie. Sam przewód habilitacyjny może się ciągnąć długo - ustawa przewiduje co prawda maksymalny czas trwania przewodu, ale wprowadzone mechanizmy nie wydają mi się realistyczne - a w tej sytuacji ustalenie sztywnego limitu czasowego wywrze nie tyle presję na intensyfikację badań naukowych (co byłoby dobre), ile na obniżenie poziomu habilitacji (źle).

Po drugie, sama procedura habilitacji ma wyglądać tak (str. 99-102):

  • Kandydat składa wniosek do CK, wskazując Radę Wydziału, która ma przeprowadzić habilitację.
  • Wskazana przez kandydata Rada może odmówić, a wówczas CK wyznacza inną Radę z odpowiednimi uprawnieniami do przeprowadzenia tej habilitacji. W projekcie nie ma słowa o tym, aby tak wyznaczona Rada mogła odmówić.
  • Pracą habilitacyjną może być - tak, jak dotąd - samodzielne dzieło, "zszywka" publikacji lub część pracy zbiorowej, jeżeli opracowanie wydzielonego zagadnienia jest indywidualnym wkładem osoby ubiegającej się o habilitację. To zawsze stanowi problem w wypadku uczestników wielkich międzynarodowych grup badawczych w fizyce doświadczalnej ("kolaboracji"); niestety, znane mi są przypadki osób, które, owszem, w takich grupach badawczych uczestniczyły, żadnego indywidualnego wkładu nie wniosły, ale habilitację otrzymały. Nowelizacja nie rozwiązuje tego problemu.
  • CK powołuje komisję habilitacyjną: cztery osoby, w tym przewodniczący, dwóch recenzentów i jeden członek są wyznaczeni przez CK, sekretarz, jeden recenzent i członek przez Radę formalnie przeprowadzającą habilitację. Recenzenci mają sporządzić recenzje w ciągu sześciu tygodni. Komisja podejmuje decyzję o przyznaniu habilitacji większością głosów. W internecie należy opublikować autoreferat kandydata, skład komisji i decyzję o przyznaniu habilitacji wraz z uzasadnieniem. Nie ma obowiązku publikowania recenzji, chociaż analogiczny obowiązek istnieje odnośnie do doktoratów.
  • Jeżeli komisja ma wątpliwości, może (str. 101 projektu)
    przeprowadzić z wnioskodawcą rozmowę o jego osiągnięciach i planach naukowych.
    Czy to ma oznaczać, że habilitację będzie można przyznać na podstawie planów naukowych kandydata?!
  • Rada, która formalnie przeprowadza przewód, na podstawie uchwały komisji, decyduje o przyznaniu stopnia doktora habilitowanego. Rada może zagłosować wbrew decyzji komisji, ale tu pojawia się największe kuriozum (str. 102):
    W przypadku rozbieżności między opinią komisji habilitacyjnej a uchwałami rady jednostki organizacyjnej, Centralna Komisja, po przeprowadzeniu postępowania wyjaśniającego, może cofnąć jednostce organizacyjnej uprawnienie do nadawania stopnia naukowego doktora habilitowanego, jeżeli stwierdzi, że rozbieżność jest nieuzasadniona.

Innymi słowy, Rada będzie podlegać silnemu naciskowi, aby zagłosować tak, jak to wskaże komisja, nawet gdyby wynik głosowania w komisji był 4:3 (przedstawiciele CK vs przedstawiciele Rady), gdyż w przeciwnym wypadku może stracić uprawnienia habilitacyjne. CK zresztą w sposób jaskrawy występuje jako sędzia we własnej sprawie: Najpierw wyznacza większość członków komisji, a potem, gdyby uchwała Rady nie była zgodna ze stanowiskiem większości komisji, ta sama CK decyduje, czy rozbieżność jest uzasadniona, aby wreszcie móc ukarać niepokorną Radę. Gdyby CK uznała, że to wyznaczeni przez nią członkowie komisji in gremio zbłądzili, zdezawuowałaby samą siebie, swoją poprzednią decyzję o powołaniu tych właśnie członków komisji. Procedury odwoławczej nie przewiduje się. W tej sytuacji Rady, dla świętego spokoju, będą głosować tak, jak komisja. To, z jednej strony, doprowadzi do przyznawania habilitacji słabych, z drugiej może służyć jako wehikuł do tępienia oryginalnej myśli naukowej.

Wyobraźmy sobie, że na pewnym wydziale uprawiane jest nieortodoksyjne podejście do pewnej dyscypliny naukowej, o co nietrudno w dyscyplinach humanistycznych. Habilitant z tego wydziału publikuje co prawda w liczących się czasopismach i uzyskuje jedną recenzję entuzjastyczną, ale większość członków komisji, wyznaczona przez CK, reprezentująca tradycyjne podejście do dyscypliny, uważa, że nieortodoksyjny kandydat na habilitację nie zasługuje. Rada albo głosuje tak, jak komisja, albo traci uprawnienia. Ach, gdyby tylko kandydat  napisał był porządną pracę przyczynkarską, bez niepotrzebnego wychylania się z szeregu, habilitację mógłby dostać. Ale skoro postanowił być oryginalny, cóż...

2. Obowiązki nauczyciela akademickiego

Pisałem już, iż wymóg, aby kandydat do tytułu profesora był co najmniej trzy razy promotorem pracy doktorskiej, wywoła silną presję na promowanie byle kogo, byle szybko, za byle co, a więc doprowadzi do dalszego obniżenia poziomu i rangi doktoratu. Wymóg wypromowania trzech doktoratów pozostał (str. 107), za to obniżono wymóg sporządzania recenzji doktorskich lub habilitacyjnych z dwóch do trzech - to akurat jest dziwne, bo recenzentów potrzeba więcej, niż promotorów, więc ten próg byłoby potencjalnie łatwiej pokonać.

Zapisany w projekcie ustawy wymóg, iż recenzje doktorskie i habilitacyjne mają być sporządzone w ciągu sześciu tygodni, także przyczyni się do obniżenia poziomu prac. Każdy system recenzencki opiera się - powinien opierać się - na dobrej woli i profesjonalizmie recenzentów. Projekt ustawy (str. 109) powiada, że zgoda na recenzowanie prac doktorskich i habilitacyjnych jest obowiązkiem nauczyciela akademickiego, a nawet przewiduje kary umowne za nienapisanie recenzji w terminie, ale pozwala, w uzasadnionych przypadkach, na zwolnienie z obowiązku recenzowania. Sądzę, iż w tej sytuacji ludzie albo będą masowo wymigiwali się z pisania recenzji, więc znalezienie kompetentnego recenzenta będzie bardzo trudne, albo będą pisać recenzje powierzchowne, przyczyniając się do tego, że przechodzić będą prace słabe.

Mam tu przed sobą pracę habilitacyjną pewnego znajomego - praca nie jest z fizyki - w postaci książki liczącej sobie 504 strony bez spisu literatury, indeksu itp. Recenzent powinien to przeczytać, zapewne sięgnąć do innych źródeł, przemyśleć, skonfrontować z aktualnym stanem wiedzy. Temu człowiekowi recenzentka trzymała pracę półtora roku i to oczywiście był wielki skandal, ale głęboko wątpię, aby ktoś, kto ma także inne obowiązki, był w stanie napisać rzetelną recenzję w ciągu sześciu tygodni.

Projekt ustawy za obowiązek nauczyciela akademickiego uznaje także przyjęcie na siebie funkcji promotora. Jak to? To znaczy, że jeśli zgłosi się do mnie osoba, której nie cenię, o której nic nie wiem, która chce zajmować się tematyką, na której ja się nie znam, ale która z dowolnych powodów upatrzyła mnie sobie jako swojego promotora, mam z mocy prawa obowiązek podjęcia się nad nią opieki naukowej? Pal diabli mnie, ale wyobraźmy sobie profesora, który dysponuje cenną i rzadką aparaturą naukową. Oto przychodzi do niego człowiek, który powiada, że chce na tej aparaturze robić projekt, który profesora nie interesuje, który zabierze profesorowi czas aparaturowy potrzebny do realizacji jakichś innych badań, i ten profesor ma - poza uzasadnionymi przypadkami - obowiązek taką osobę przyjąć jako swojego doktoranta? To chyba jakiś żart.

3. Konkluzje

Twierdzę, iż proponowana reforma przyczyni się do obniżenia poziomu prac doktorskich i habilitacyjnych. Przy okazji reforma

  • Ogranicza przywilej mianowania do osób z tytułem profesora (dotychczasowi profesorowie "podwórkowi" zachowają mianowanie, ale nowe mianowania będą otrzymywać tylko osoby z tytułem naukowym; adiunkci, w tym adiunkci habilitowani, mianowanie stracą).
  • Zmusza rektorów uczelni publicznych do odsyłania na emerytury pracowników naukowych, którzy osiągną wiek emerytalny; nie dotyczy to profesorów z tytułem naukowym - ci mogą pracować do ukończenia siedemdziesięciu lat. Kilka wyroków Sądów Pracy stwierdziło, że pracownika nie można zmuszać do przejścia na emeryturę - prawo do emerytury nie jest obowiązkiem emerytalnym. W niektórych przypadkach (oficerowie wojska) prawo do emerytury z mocy prawa staje się obowiązkiem emerytalnym, ale nie sądzę, żeby należało to rozciągać także na nauczycieli akademickich. Zwracam wszakże uwagę, że przepis ten dotyczy tylko uczelni publicznych - emerytowani nauczyciele akademiccy, którzy chcą i mogą jeszcze pracować, będą mogli szukać zatrudnienia na uczelniach prywatnych. Reforma kreuje zatem całkiem oficjalny kanał transferujący nauczycieli akademickich z sektora publicznego do prywatnego, przy czym na uczelni prywatnej godzić się oni będą na gorsze stawki, żeby nie stracić prawa do emerytury, psując tym samym rynek. Zadziała prawo Greshama. Po co uczelnia prywatna miałaby zatrudniać młodego doktora, skoro za mniejsze pieniądze może zatrudnić starego doktora, który co prawda może i stosuje archaiczne metody dydaktyczne, ale do wszelkich uprawnień liczy się tak samo, jak młody. Młody doktor będzie musiał zgodzić się na te gorsze stawki, a że będzie musiał utrzymać rodzinę, będzie brał nadgodziny i chałtury zamiast zajmować się nauką.

Profesorom z tytułem naukowym nowa reforma nie robi żadnej krzywdy, przeciwnie, wzmacnia ich pozycję (mianowanie, emerytura) oraz znacząco w stosunku do stanu obecnego podwyższa bariery otrzymania tytułu profesora. W tej sytuacji uważam, że proponowana reforma, po pierwsze, stanowi wyraz obrony interesu korporacyjnego osób z tytułem profesora, a więc osłabia elementy konkurencyjne w obrębie tej korporacji, po drugie, sztucznie poprawia pozycję uczelni niepublicznych wobec uczelni publicznych.

Głównym efektem tej reformy, wbrew deklarowanym przez jej proponentów celom, będzie obniżenie i poziomu badań naukowych, i kształcenia wyższego w Polsce.